Jeden z moich ulubionych publicystów, dziennikarz “Obywatela” - Krzysztof Wołodźko w pierwszej części - jak się okazało niedoszłego już cyklu “System 09″ wypowiedział słowa, które wciąż nie dają mi spokoju, choć jeszcze kilka lat temu skwitowałbym je pewnie pobłażliwym uśmiechem. W kontekście oceny polskiej rzeczywistości, współczesności, dwudziestolecia quasi-niepodległości Wołodźko napomknął o rewolucji, o możliwości rewolucji, postawił retoryczne pytanie “dlaczego nie rewolucja”. Nie potrzeba żadnych wyjaśnień, by wiedzieć, że nie miał na myśli rewolucji podobnej do rewolucji francuskiej czy październikowej. Nikt poważny o takich rewolucjach dziś mówić i myśleć nie może. I rzecz nie tylko w zmianie systemu politycznego, społecznego, ekonomicznego. Ta rewolucja miałaby sięgać dużo głębiej. Świat zastany, jest zupełnie nie do przyjęcia, i pewnie tak jest zawsze, w każdej epoce, ale jeśli świat ma się zmieniać, ewoluować, to zmiany nie mogą mieć tylko i wyłącznie charakteru cywilizacyjnego, technicznego, naukowego. Postęp w tych dziedzinach, któremu nie towarzyszy zmiana człowieka na lepsze, jest nie do przyjęcia, nie do zniesienia.
Cyniczne elity, wszechobecna popkulturowa, masowa papka, natężenie wzajemnej pogardy, obojętności, brak jakichkolwiek głębszych i prawdziwych więzi, młodzi i starsi, których łączy przekonanie, że cel uświęca środki, i przeważnie cel z dobrem wspólnym nie mający nic wspólnego. Młodzi przyszli prawnicy, studenci, którzy w swej większości uważają, że mogą sięgać do nieetycznych działań, by wygrywać.
Młodzi ludzie, w ilości swej już zupełnie totalitarni, potrafiący narzucać swoją wolę i przekonania nielicznym, w których głębi tli się jeszcze ledwie dostrzegalny sprzeciw.
Psychologia traktowana jak instrukcja obsługi drugiego człowieka, bez konieczności jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, moralnego, funkcjonująca jak instrument manipulacji zachowaniami, myślami, emocjami spotykanych ludzi. I gdzież tu miejsce na Spotkanie z drugim człowiekiem? Spotkanie z drugim jako gra, grą pozorów, nie angażujemy się, ale ma być między nami gładko i przyjemnie, nie ranimy się, ale też siebie w najmniejszym stopniu nie interesujemy. Jesteśmy poprawni, eleganccy, uprzejmi i do bólu obojętni, ani na krztynę siebie nie obchodzimy. W mgiełce uśmiechów, podręcznych gestów, słów, zachowań nie spotykamy się w żaden sposób.
Uczciwość jest tak wyświechtana i żałosna, że może tylko irytować lub doprowadzać do wściekłości. Podstęp i zdrada zaprzęgnięte do walki o zbożne cele. Kwitowanie wszelkiej podłości, nikczemności zdawkowym stwierdzeniem “tak już jest”, “taki jest świat”. Pobłażliwe uśmiechy jako reakcja na przejawy nawet umiarkowanego sprzeciwu wobec rzekomego “pogodzenia z losem”.
Całkowicie spsiały język, którego nie sposób słuchać na ulicach, rojący się od “kurew”, “ch…”, “p….”. Wygolone głowy gimnazjalistów, licealistów, nawet studentów; kobiety i młode dziewczyny nie mające w sobie nic z kobiecości i dziewczęcości. Któż by to zjawisko dziś nazywał jeszcze tak jak pod koniec lat 90-tych Krzysztof Piesiewicz “wstydem przed wstydem”. Wówczas wedle Piesiewicza dziewczęta miały się krępować swego wstydu i przykrywały go wulgarnością, agresją, chcąc udowodnić, że są równe facetom. Dziś ta cała wulgarna ordynarność wydaje się być ich naturalną potrzebą do tego stopnia, że zaskakuje wielu z najbrutalniejszych mężczyzn, a może nawet ich onieśmiela i w zestawieniu z agresją i wulgarnością ich rówieśniczek czyni z nich tę stronę słabszą, skuloną i wystraszoną.
Młodzi ludzie zapatrzeni w teledyski serwowane przez MTV, VIVĘ i inne stacje, ociekające złotem, wypasionymi furami, pełne samców obłapiających uprzedmiotowione kobiety, które znakomicie odnajdują się w przydzielonych im rolach.
Rzeczywistość, w której cynizm wyziera z każdej strony, z każdego środowiska, i w której jest normą, tłumaczoną ludzką naturą, ułomną przecież i niedoskonałą. Świat duszny i ciasny, obywający się bez wrażliwości, z wyjątkiem tej prywatnej, tylko na własne potrzeby. Wrażliwość społeczna pojawiająca się tam i wtedy, kiedy się opłaca. Konieczność zaistnienia, ułożenia się, promowania, pokazywania się, by móc to kiedyś wykorzystać, a nuż ktoś w mojej sprawie podpisze list wstawiający się za mną, gdy będę w tarapatach? Czy mogę być nikczemnikiem, podlecem? Ja który/która mam na swoim koncie książki/artykuły/członkostwo w zarządach organizacji pożytku publicznego? Ja który jestem duchownym? Ja, który/która tak bezinteresownie pomagam?
Sam nie wiem, jak miałaby ewentualna rewolucja wyglądać, ale jedno jest pewne, tak żyć na dłuższą metę się nie da.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą system 09. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą system 09. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 marca 2009
sobota, 21 lutego 2009
Na pograniczu
Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do określonej grupy narodowościowej. O tym, że można być Białorusinem wyznania katolickiego dowiedziałem się ledwie na studiach. A że można być prawosławnym Polakiem wiedziałem odkąd tylko zacząłem się stykać i świadomie rozmawiać z kolegami i koleżankami wyznania prawosławnego, którzy nigdy i nijak nie określiliby siebie, jako Białorusinów. Tatarzy wyznający nader liberalną wersję islamu - w zależności od upodobań - definiują się jako Polacy lub Białorusini, język tatarski czy język kipczacki jest już dla nich zupełnie odległą przeszłością.
Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko - białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.
Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość “ujawniały” w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem “swój”, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.
Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości - pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.
Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.
Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że “narzeczony” jednej z nich każde zdanie kończy słowem “kurwa”, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego “narzeczonego” i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w “Obywatelu” o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska…
Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko - białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.
Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość “ujawniały” w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem “swój”, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.
Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości - pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.
Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.
Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że “narzeczony” jednej z nich każde zdanie kończy słowem “kurwa”, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego “narzeczonego” i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w “Obywatelu” o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska…
niedziela, 1 lutego 2009
Ksiądz Staś a system 09
Zupełny zbieg okoliczności, sobotnie popołudnie z przebijającym się z trudem przez szare ponure chmury słońcem, przez 2 godziny będzie jeszcze widno, chwytam aparat, wbijam się w samochód i jadę przed siebie, bez konkretnego celu, być może do Pasynek koło Zabłudowa, być może do Kudrycz, Skrybicz, aby na południe, bo to wydaje się najbardziej słoneczne.
Kościół w Dojlidach, przyspyany śnigiem park z bezlistnymi drzewami, obok ruchliwa trasa z Białegostoku do Lublina. W architekturze tego kościoła zawsze mnie coś intrygowało, to ze względu na niego, na zapuszczony niegdyś stary park i popadający w ruinę pałac, potrafiłem na całe dnie przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta, pakować do plecaka książki, z czasem podręczniki studenckie, od których odrywała mnie jedynie błoga cisza, przez którą nie był w stanie przedrzeć się hałas nieodległej przecież szosy. Teraz park jest uporządkowany, okupowany przez tabuny studentów WSAP. Kiedyś poza kilkoma wędkarzami, miejscowymi pijaczkami nie zaglądał tu chyba nikt. Stary park i klasycystyczny pałac z widokiem na staw, jak z opowiadań Turgieniewa.
I ten niepokojący kontrast, miejsce z widokiem na plebanię, w której 30 stycznia 1989 roku zamrodowano księdza Suchowolca. Niewiarygodne wręcz, że w tak urzekającym otoczeniu mogła się dokonać zbrodnia. Drewniany domek koloru orzechowego, z dwuspadowym dachem, tak typowy dla Białegostoku, będący uosobieniem spokoju, ciszy i ładu, wbrew swej naturze musiał stać się świadkiem śmierci brutalnej.
W zimowe sobotnie słoneczne popołudnie ów domek wciąż roztacza aurę przeczącą całkowicie temu, co wydarzyło się w nim 20 lat temu. Zupełnie zapomniałem o tej rocznicy, i gdybym nie pamiętał słów swego znajomego, który twierdzi, że przypadków nie ma, powiedziałbym, że znalazłem się tu przez przypadek, z aparatem w zmarzniętej dłoni.
Pierwsze kroki kieruję w stronę grobu, ktoś przy nim zamiata resztówkę śniegu. Starsza, niska kobieta. Jest mi jakoś niewytłmaczalnie niezręcznie, mimowolnie pytam czy mogę wykonać zdjęcia. W odpowiedzi dowiaduję się, że powinienem spytać księdza, ale wyjaśniwszy, że nie jestem fotoreportem z gazety, a zdjęcia chcę wykonać do celów prywatnych, uzyskuję zgodę. Kobieta wydaje mi się być antypatyczna i na sposób białostocki podejrzliwie - nieufna. Wciąż cięzko mi się wyzbyć tej maniery powierzchownego i pochopnego oceniania ludzi.
Nawiązujemy jednak rozmowę, kobieta powoli nabiera do mnie przekonania, ciążyła mi strasznie jej nieufność. A może to, że nie chciała bądź nie potrafiła być miła. Znowu łapię się na swoim egoistycznym podejściu do ludzi, które wymusza na nich, by byli uprzejmi, mili i zawsze kulturalni. Bez niuansowania, taka mała prywatna niedojrzałość.
- Jest pan z tego samego rocznika, co mój syn.
- A co pan robił, kiedy był pogrzeb księdza Stasia?
- Miałem ledwie 13 lat.
- Mogę mieć do pana prośbę? Pomódlmy się razem, zmówmy Anioł Pański…
- Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z ducha świętego…
- Zdrowaś Mario…
Rzeczywiście modlimy się razem, kiedy ostatni raz odmawiałem Anioł Pański? Staram się by głoś brzmiał pewnie.
- Dziękuję panu za modlitwę. A pan to chyba wierzący jest?
- Różnie bywa z tą moją wiarą, proszę pani.
- Po głosie słyszę, że pan wierzący. Proszę przyjechać jutro, o godzinie 11.30 mają być uroczystości poświęcone pamięci księdza Stasia. Dziękuję jeszcze raz za wspólna modlitwę. A jeszcze proszę powiedzieć czy czuł pan obecność ksieza Stasia w czasie naszej modlitwy?
Przed odejściem jeszcze rzut oka na zdjęcia księdza Suchwolca. 31 lat, wygląd nader poważny jak na tak młody wiek, kręcone włosy, oklary, i pewny siebie uśmiech.
Sprawców do dziś nie wykryto. 5 miesięcy przed Okrągłym Stołem, 30 stycznia, tak niewiele brakowało, by żyć. Badanie krwi denata wykazało oczywiście obecność alkoholu, sprawcy nieznani, a i też ksiądz miał - o ile sobie dobrze przypominam - skręcić kark spadając bodaj z łóżka.
Po powrocie do domu natykam się w Rzepie na interesujący artykuł Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały “System 09. Zapiski skandalu“. O zdradzie, o manipulacji, o porzuceniu, o wykorzystaniu, o klęsce rewolucji sierpniowej, o klęsce solidarnościowego karnawału. O zdradzie milionów anonimowych członków ruchu, o zdradzie też takich osób jak ksiądz Suchowolec - kapelan Solidarności.
Jeszcze kilka lat temu z uśmiechem pobłażania odniósłbym się do podobnych artykułów. Nie mieszkam w kraju wolnym, obywatelskim? Śmiechu warte, przecież jeszcze na studiach argumentowałem podczas kłótni z wujkiem, że mamy państwo wolne i prawdziwie praworządne, bo przecież w swoich esejach na zajęcia z prawa międzynarodowego swobodnie wyrażam swoje myśli, przekonania, bez obawy o negatywne tego konsekwencje, bez obawy, że trafię do więzeinia, że ktoś założy mi podsłuch, że ktoś na mnie doniesie. Trzeba było kilku dobrych lat, by polską rzeczywistością rozczarować się dokumentnie. By trafiać na brudy w każdym miejscu, w którym zacznie się kopać. Z początku jeszcze w sposób pełen wiary i nadziei, z umiarem, w obawie przed genralizowaniem. Ile jednak rozczarowań jest w stanie znieść człowiek?
Najpierw wieści o najniższym kapitał zaufania społecznego w Europie, później coraz bardziej doskwierająca powszechna nieufność, obojętność, agresja, pogarda wobec tych gorzej wykształconych, niemajętnych, niezaradnych, dziecięco niemal nieporadnych. Świat, w którym prawie każdy każdemu wilkiem. Spotykane osoby, które powinni być elitą wykazujące się mentalnością drobnych cwaniaczków. Pomieszanie z poplątaniem, zagmatwanie wszelkich pojęć i wartości. Wartości będące antywartościami. Niezbędność funkcjonowania w określonych kontekstach, by cokolwiek osiągnąć, czy to towarzyskich, czy to politycznych - i nie ma tu znaczenia czy peowskich, pisowskich, czy eseldowskich.
Oferta pracy w Warszawie w instytucji stojącaj na straży praw i wolności za 1.800 - 1.900 zł miesięcznie netto, bez szans na jej przyjęcie, gdy kawalerka na obrzeżach stolicy kosztuje 1.400 pelenów.
A co z tymi, którzy tyrają za 900 pelenów miesięcznie, poniżani, wykorzystywani na wszelkie możliwe sposoby. Kto nie potrafi sobie radzić, kto się nie uczył, kto nie potrafi pracować… Ileż razy to słyszałem. Albo - “tak już jest”, “taki jest świat”, “taka jest rzeczywistość”, “mniej inteligentni musza odpaść”. Prymitywny darwinizm społeczny?
Co z tymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na pójście na zwolnienie lekraskie, na urlop macierzyński?
System 09, rewolucja, która została przejęta, zmanipulowana, wykorzystana, zaprzepaszczona.

Kościół w Dojlidach, przyspyany śnigiem park z bezlistnymi drzewami, obok ruchliwa trasa z Białegostoku do Lublina. W architekturze tego kościoła zawsze mnie coś intrygowało, to ze względu na niego, na zapuszczony niegdyś stary park i popadający w ruinę pałac, potrafiłem na całe dnie przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta, pakować do plecaka książki, z czasem podręczniki studenckie, od których odrywała mnie jedynie błoga cisza, przez którą nie był w stanie przedrzeć się hałas nieodległej przecież szosy. Teraz park jest uporządkowany, okupowany przez tabuny studentów WSAP. Kiedyś poza kilkoma wędkarzami, miejscowymi pijaczkami nie zaglądał tu chyba nikt. Stary park i klasycystyczny pałac z widokiem na staw, jak z opowiadań Turgieniewa.
I ten niepokojący kontrast, miejsce z widokiem na plebanię, w której 30 stycznia 1989 roku zamrodowano księdza Suchowolca. Niewiarygodne wręcz, że w tak urzekającym otoczeniu mogła się dokonać zbrodnia. Drewniany domek koloru orzechowego, z dwuspadowym dachem, tak typowy dla Białegostoku, będący uosobieniem spokoju, ciszy i ładu, wbrew swej naturze musiał stać się świadkiem śmierci brutalnej.
W zimowe sobotnie słoneczne popołudnie ów domek wciąż roztacza aurę przeczącą całkowicie temu, co wydarzyło się w nim 20 lat temu. Zupełnie zapomniałem o tej rocznicy, i gdybym nie pamiętał słów swego znajomego, który twierdzi, że przypadków nie ma, powiedziałbym, że znalazłem się tu przez przypadek, z aparatem w zmarzniętej dłoni.
Pierwsze kroki kieruję w stronę grobu, ktoś przy nim zamiata resztówkę śniegu. Starsza, niska kobieta. Jest mi jakoś niewytłmaczalnie niezręcznie, mimowolnie pytam czy mogę wykonać zdjęcia. W odpowiedzi dowiaduję się, że powinienem spytać księdza, ale wyjaśniwszy, że nie jestem fotoreportem z gazety, a zdjęcia chcę wykonać do celów prywatnych, uzyskuję zgodę. Kobieta wydaje mi się być antypatyczna i na sposób białostocki podejrzliwie - nieufna. Wciąż cięzko mi się wyzbyć tej maniery powierzchownego i pochopnego oceniania ludzi.
Nawiązujemy jednak rozmowę, kobieta powoli nabiera do mnie przekonania, ciążyła mi strasznie jej nieufność. A może to, że nie chciała bądź nie potrafiła być miła. Znowu łapię się na swoim egoistycznym podejściu do ludzi, które wymusza na nich, by byli uprzejmi, mili i zawsze kulturalni. Bez niuansowania, taka mała prywatna niedojrzałość.
- Jest pan z tego samego rocznika, co mój syn.
- A co pan robił, kiedy był pogrzeb księdza Stasia?
- Miałem ledwie 13 lat.
- Mogę mieć do pana prośbę? Pomódlmy się razem, zmówmy Anioł Pański…
- Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z ducha świętego…
- Zdrowaś Mario…
Rzeczywiście modlimy się razem, kiedy ostatni raz odmawiałem Anioł Pański? Staram się by głoś brzmiał pewnie.
- Dziękuję panu za modlitwę. A pan to chyba wierzący jest?
- Różnie bywa z tą moją wiarą, proszę pani.
- Po głosie słyszę, że pan wierzący. Proszę przyjechać jutro, o godzinie 11.30 mają być uroczystości poświęcone pamięci księdza Stasia. Dziękuję jeszcze raz za wspólna modlitwę. A jeszcze proszę powiedzieć czy czuł pan obecność ksieza Stasia w czasie naszej modlitwy?
Przed odejściem jeszcze rzut oka na zdjęcia księdza Suchwolca. 31 lat, wygląd nader poważny jak na tak młody wiek, kręcone włosy, oklary, i pewny siebie uśmiech.
Sprawców do dziś nie wykryto. 5 miesięcy przed Okrągłym Stołem, 30 stycznia, tak niewiele brakowało, by żyć. Badanie krwi denata wykazało oczywiście obecność alkoholu, sprawcy nieznani, a i też ksiądz miał - o ile sobie dobrze przypominam - skręcić kark spadając bodaj z łóżka.
Po powrocie do domu natykam się w Rzepie na interesujący artykuł Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały “System 09. Zapiski skandalu“. O zdradzie, o manipulacji, o porzuceniu, o wykorzystaniu, o klęsce rewolucji sierpniowej, o klęsce solidarnościowego karnawału. O zdradzie milionów anonimowych członków ruchu, o zdradzie też takich osób jak ksiądz Suchowolec - kapelan Solidarności.
Jeszcze kilka lat temu z uśmiechem pobłażania odniósłbym się do podobnych artykułów. Nie mieszkam w kraju wolnym, obywatelskim? Śmiechu warte, przecież jeszcze na studiach argumentowałem podczas kłótni z wujkiem, że mamy państwo wolne i prawdziwie praworządne, bo przecież w swoich esejach na zajęcia z prawa międzynarodowego swobodnie wyrażam swoje myśli, przekonania, bez obawy o negatywne tego konsekwencje, bez obawy, że trafię do więzeinia, że ktoś założy mi podsłuch, że ktoś na mnie doniesie. Trzeba było kilku dobrych lat, by polską rzeczywistością rozczarować się dokumentnie. By trafiać na brudy w każdym miejscu, w którym zacznie się kopać. Z początku jeszcze w sposób pełen wiary i nadziei, z umiarem, w obawie przed genralizowaniem. Ile jednak rozczarowań jest w stanie znieść człowiek?
Najpierw wieści o najniższym kapitał zaufania społecznego w Europie, później coraz bardziej doskwierająca powszechna nieufność, obojętność, agresja, pogarda wobec tych gorzej wykształconych, niemajętnych, niezaradnych, dziecięco niemal nieporadnych. Świat, w którym prawie każdy każdemu wilkiem. Spotykane osoby, które powinni być elitą wykazujące się mentalnością drobnych cwaniaczków. Pomieszanie z poplątaniem, zagmatwanie wszelkich pojęć i wartości. Wartości będące antywartościami. Niezbędność funkcjonowania w określonych kontekstach, by cokolwiek osiągnąć, czy to towarzyskich, czy to politycznych - i nie ma tu znaczenia czy peowskich, pisowskich, czy eseldowskich.
Oferta pracy w Warszawie w instytucji stojącaj na straży praw i wolności za 1.800 - 1.900 zł miesięcznie netto, bez szans na jej przyjęcie, gdy kawalerka na obrzeżach stolicy kosztuje 1.400 pelenów.
A co z tymi, którzy tyrają za 900 pelenów miesięcznie, poniżani, wykorzystywani na wszelkie możliwe sposoby. Kto nie potrafi sobie radzić, kto się nie uczył, kto nie potrafi pracować… Ileż razy to słyszałem. Albo - “tak już jest”, “taki jest świat”, “taka jest rzeczywistość”, “mniej inteligentni musza odpaść”. Prymitywny darwinizm społeczny?
Co z tymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na pójście na zwolnienie lekraskie, na urlop macierzyński?
System 09, rewolucja, która została przejęta, zmanipulowana, wykorzystana, zaprzepaszczona.

Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...