Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje międzyludzkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje międzyludzkie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2014

Bojarskie obrazki

Wieczór Adoracji Krzyża. Cichy, ciepły, spokojny, ciemny. Z kościoła wytoczyły się już tłumy, a przez uchylone drzwi sączy się jeszcze zapach palonego kadzidła. Kilkuosobowe grupki wystają przed świątynią, pogrążone w rozmowie. Zza masywnych drewnianych drzwi wyłania się staruszka z około trzydziestoletnią kobietą, trzymającą za ręce dwie dziewczynki - jedną w wieku przedszkolnym, i drugą wyglądającą na uczennicę początkowych klas szkoły podstawowej. Staruszka głośno rozmawia, docierają do nas pojedyncze słowa, dłuższe frazy, z których można się domyślić, że opowiada o swoim niełatwym życiu, choć nie tonem skargi, żalu, narzekania, ale czystych faktów. Jest chyba samotna, a może ma rodzinę, lecz nikt jej nie odwiedza, boryka się z codziennymi trudnościami osoby schorowanej i w sędziwym wieku. Porusza się bez laski, a w rysach twarzy odmalowują się - mimo wszystko - pokój i życzliwe usposobienie. Matka dziewczynek słucha trochę zdystansowana, albo sprawia jedynie wrażenie słuchającej, wbija wzrok w ziemię. Starsza dziewczynka, zadziera głowę do góry, patrzy prosto w oczy kobiety, uśmiecha się i mówi:

- A może byśmy panią, kiedyś odwiedzili?

Mama jednak sprowadzą ją na ziemię:

- To może spotkamy się kiedyś w kościele?

Dochodzą do bramy, za nią jest chodnik i ulica. Żegnają się, życząc sobie dobrych Świąt. Mama z dziewczynkami pną się w górę, w stronę ulicy Kamiennej, staruszka ulicą Próżną zmierza do swojej kamienicy.

czwartek, 24 marca 2011

Baśniowe Tartu

Nigdy nie zapomnę swoich pierwszych wrażeń z Estonii, które zaczęły powstawać tuż po przekroczeniu granicy łotewsko - estońskiej między Ape a Moniste, a pogłębiały się w miarę "wgryzania się" w ten piękny kraj. Te pierwsze wyprawy były jak podróż do dzieciństwa, do świata na pograniczu baśni przeplatającego się z mniej baśniową, ale i tak intrygującą rzeczywsitością. Doskonała harmonia dzikiej, nieokiełznanej natury z gotykiem ruin zamków i katedr. Świat zurbanizowany i świat nietknięty ludzką ręką, współistniejące ze sobą już od drugiej połowy XIII w., kiedy pojawili się tam po raz pierwszy rycerze Zakonu Kawalerów Mieczowych, wypierając walecznych Estów z ich pierwotnych grodzisk, tak, jak to miało miejsce w Tartu. Po dawnym tartuskim grodzisku pogan nie pozostał ślad, poza kamieniem ofiarnym, który jednak sprawia wrażenie ustawionego tak jakby na potrzeby turystów.

Tartu, w średniowieczu zwane Dorpatem, stało się wówczas stolicą biskupstwa. W miejscu dawnego grodziska Estów przybysze z Niemiec wznieśli okazałą gotycką katedrę, najprawdopodobniej największą w ówczesnej północno - wschodniej Europie, a tuż obok zamek biskupi. Dziś o jej okazałości świadczą majestatyczne ruiny, w których czasem odbywają się spektakle teatralne, a w części katedry, odrestaurowanej w latach 80-tych między innymi przez specjalistów z Polski, urządzono Muzeum Uniwersyteckie. Po zamku nie pozostał nawet ślad, na jego miejscu wzniesiono w XIX w. uniwersyteckie obserwatorium astronomiczne. Między obserwatorium a ruinami katedry rozłożył się natomiast klasycystyczny budynek, mieszczący siedzibę Sądu Najwyższego - najlepszy dowód na to, że nie ma wcale przymusu lokowania wszystkich najważniejszych instytucji państwowych w jednym miejscu, jak to ma miejsce m.in. w Polsce. Rozsądne rozmieszcznie kluczowych dla państwa instytucji w różnych miastach, sprzyja tylko rozwojowi także innych regionów, a cały kraj dzięki temu zabiegowi rozwija się też bardziej równomiernie - oczywiście nie za sprawą samych instytucji, ale ich istnienie jest jednym z kluczowych czynników.

W przypadku Tartu o sile i pozycji tego miasta decyduje także Uniwersytet - jeden z najstarszych w Europie północno-wschodniej (drugi po szwedzkim Uniwersytecie w Uppsali, ufundowanym w 1477 r.), który powstał na fundamentach kolegium jezuickiego założonego przez Stefana Batorego w drugiej połowie XVI, kiedy to tuż po wojnie o Inflanty Tartu znalazło się w strefie polskich wpływów. Estończycy jednakże za datę powstania Uniwersytetu Tartuskiego uznają rok 1632, tj. rok nadania statutu uczelni wyższej przez króla Szwedzkiego - Gustawa II Adolfa.

Po raz pierwszy trafiłem do Tartu w czerwcu, w okresie, kiedy kończył się rok akademicki. Codziennie miałem więc możliwość obserwowania interesującego zjawiska. Na dziedzińcu przed okazałym klasycystycznym budynkiem i takim też portalem co dnia gromadziły się tłumy ludzi, odświętnie ubranych, z obowiązkowymi kwiatami. Któregoś razu pewien Estończyk widząc zaciekawienie naszej grupki odbywającą się uroczystością i słysząc obcy język, zainteresował się nami, podszedł do nas i zapytał czy jesteśmy Litwinami czy Łotyszami, bo słysząc naszą rozmowę odnosi takie wrażenie. Tę pomyłkę złożyliśmy na karb hałasu panującego wokół, wszak język polski z językami Bałtów ma niewiele wspólnego, a nasz rozmówca był zdumiony, gdy oznajmiliśmy mu, że przybyliśmy z Polski. Polacy w Estonii są wciąż rzadkimi goścmi, a samo Tartu choć jest bez wątpienia jednym z najciekawszych miejsc w Estonii, tłumów turystów nie przyciąga, nie tylko z Polski. Nasz interlokutor wyjaśnił nam, że obserwujemy właśnie uroczystość zakończenia roku akademickiego, w której uczestniczą całe rodziny. Studenci zapraszają swoich rodziców, dziadków, rodzeństwo, i wszyscy wspólnie świętują najpierw na uczelni, a później rozchodzą się, gdzie tylko dusza zapragnie, do pobliskich licznych kafejek, na wzgórze katedralne, czy do domów. Odnieśliśmy wrażenie, że jesteśmy świadkami wspaniałego integrującego zdarzenia. Zgromadzeni na placu ludzie sprawiali wrażenie szczerze rozradowanych, i bez pompy, bez patosu uczestniczących w ważnym dla nich rytuale, nie było w tym widać rutyny, przymusu, czystej formalności, za to w pełni szczere przeżycie. Estończycy generalnie sprawiają wrażenie społeczeństwa doskonale zintegrowanego, łączącego jakiś mądry protestancki indywidualizm - bo w większości Estończycy są właśnie protestantami (dominują luteranie) - z umiejnością kooperacji na co dzień. Kultura relacji międzyludzkich już przy powierzchownym poznaniu wydaje się bez porównania wyższa niż kultura relacji w Polsce, w późniejsze wgłębianie się, wgryzanie się w ten piękny kraj tylko potwierdza te pierwsze spostrzeżenia.

Wreszcie Estończycy wydają się być społeczeństwem na wskroś tolerancyjnym i demokratycznym. Kwintesencją tego, było pewne zdarzenie, którego świadkami byliśmy właśnie w Tartu. Otóż, na tartuskiej Starówce, w jednej z kafejek, mieszczącej się w urokliwej klasycystycznej kamienicy, przy uliczce łączącej plac uniwersytecki z placem ratuszowym, przez bitych kilka dni spotykaliśmy pewną staruszkę, kobietę ponad 80-letnią, zawsze skromnie ubraną, w chustce na głowie, która każdego dnia taszczyła ciężkie torby zakupami, i każdego wieczora idąc w stronę placu uniwersyteckiego zaglądała do tej naszej ulubionej kafejki. Siatki wypełnione zakupami ustawiała przy stoliku, a później podchodziła do kontuaru, na jej twarzy pokrytej zmarszczkami pojawiał się życzliwy uśmiech, który odwzajemniała jej śliczna i uprzejma barmanka, po czym podawała staruszce kawałek pysznego - jak tylko pyszne potrafią być estońskie ciasta - a po chwili przynosiła staruszce do stolika pod oknem, przy którym siadywała nasza babcia, dymiącą filiżankę herbaty, może kawy, a może czekolady. Rytuał ten powtarzał się co dnia. Co dnia staruszka z torbami pełnymi zakupów, przygarbiona, po schodkach wchodziła do kafejki, zamawiała gorący napój i ciastko, a później w milczeniu obserwowała świat za oknem. I nikogo to nie dziwiło, nikogo nie zniesmaczało, nie wywoływało protekcjonalnych, lekceważących spojrzeń, fumów, dąsów, min, grymasów wśród pozostałch bywalców kafejki w wieku od 18 do 80 lat. Podkreślić trzeba, że nie mieliśmy tu do czynienia z barem mlecznym, ze stołówką, jadłodajnią, lecz z niezwykle klimatyczną, choć bez dusznej elegancji, kafejką na tartuskiej Starówce. Innym razem zdarzyło nam się - w tym samym miejscu - widzieć do bólu skromnie i ubogo wyglądajacego około 40-letniego mężczyznę, który przyszedł do naszej kafejki w wyciągniętych dresowych spodniach, rozciągniętym swetrze, zamówił również ciastko i herbatę, po czym usiadł przy jednym ze stolików pod oknem i w milczeniu, melancholijnie obserwował przesuwajacce się za oknem auta i ludzie nieśpiesznie zmierzajacych bądź to w stronę ratusza, bądź uniwersytetu. I to również nie wywołwało niczyjego oburzenia, zniechęcenia, zniesmaczenia. To troszkę tak, jakbyśmy podobną sytuację próbowali sobie wyobrazić, w którejś z kafejek na Nowym Świecie w Warszawie, albo gdzieś w okolicach ulicy Grodzkiej w Krakowie.

CDN



Uroczyste zakończenie roku akademickiego, tego dnia akurat studentów Wydziału Prawa.









































Widok na odrestaurowaną część katedry.



Siedziba Sądu Najwyższego.





Pierwszy rektor Uniwersytetu Tartuskiego.







Widok na plac uniwersytecki.









Staruszka z tartuskiej kafejki.

czwartek, 23 grudnia 2010

Ot taka sobie przedświąteczna historia

Gorączka przedświątecznych zakupów trwajaca już od co najmniej dwóch tygodni, tłumy ludzi, klaustrofobiczne parkingi zatłoczone do granic możliwości, a nawet ponad ich granice, stanie w korku na podziemnym parkingu to wielce wątpliwa przyjemność, zwłaszcza jeśli się nie ma pod ręką żadnej książki, czasopisma czy gazety. Galerie stały się w B. jedynymi przestrzeniami publicznymi, w których mieszkańcy miasta mają możliwość spotykania zupełnie nieznanych im osób, ednak owe "spotkania" nawiązywaniem nowych kontaktów nie mogą się kończyć w żaden sposób, nie jesteśmy społeczeństwem otwartym, komunikatywnym, z łatwością nawiązującym znajomość z drugim, nieznajomym człowiekiem. Dotkliwie daje się we znaki brak przestrzeni publicznych stwarzających możliwość takiego spotkania, zwłaszcza zimą. Ciepłą wiosną, słonecznym latem, wczesną złotą jesienią sprzyjać może temu co najwyżej rzeczywiście rozległy i piękny park. Centrum miasta w okolicach Ratusza, jeszcze nie tak dawno tętniące życiem, teraz bez względu na porę dnia i roku wygląda, jak po wybuchu bomby atomowej, z wyjątkiem dni, kiedy odbywają się na placu ratuszowym koncerty, wówczas rzeczywiście nie sposób tam wcisnąć nawet szpilki. Jednak jeszcze około 2 czy 3 lat temu siedząc przy stoliku w ogródku Astorii i rozmawiając ze znajomym, spoglądaliśmy chciwie na przesuwajace się bez chwili wytchnienia samochody, jaące od strony kościoła farnego, przecinające ulicę Sienkiewicza, Rynek Kościuszki, i dalej sunące w stronę kościoła św. Rocha. Nawet te korki miały swój urok, dawały wrażenie życiodajnego pulsu miasta, do tego jeszcze tłumy ludzi wracające z pracy, śpieszące dokądś, rozradowani, żywi i głośni licealiści oraz studenci, tłum sączący się ze wszystkich stron, dający ułudę bytności w wielkim mieście. Teraz całe życie przeniosło się do raczej do tandetnych galerii, w których nie sposób nawet usiąśc w cichym, spokojnym miejscu, nie mówiąc już o zjedzeniu czegoś smacznego, wszystko jest plastikowe w smaku. Galeriowe kina grają wyłącznie amerykański chłam, albo nudne, jak flaki z olejem polskie komedie, już nawet nie wiem czy romantyczne, czy na topie znalazły się już jakieś inne. Miejskie kafejki czy puby, przypominają dużo bardziej piwożłopnie, żadna z nich nie ma wyrazistego stylu, charakterystycznego tylko dla niej, niepowtarzalnego, niczym nie próbuje się odróżnić od innych, odnoszę wręcz wrażenie, że za wszelką cenę starają się do siebie upodobnić, tak jakby ich właściciele przeprowadzili jakieś badania co do estetycznych i alkoholowych preferencji swoich potencjalnych klientów. Podobnie wszak planowane są przestrzenie galerii, liczą się nie pomysły architekta, ale oczekiwania i gusty maswoego klienta. Galerie są projektowane z myślą o nich właśnie. Średniowiecze pozostawiło po sobie gotyckie katedry, XVII i XVIII wiek barokowe kościoły i pałace, wiek XIX kamienice czynoszowe, mieszczańskie i pałacyki fabrykantów (bez względu na ich walory estetyczne), a my pozostawimy kawałki blachy i pustaków, z których za niecałe 100 lat nie pozostanie kamień na kamieniu. Zreszta tak też są pewnie budowane, by szybko móc je zwinąć i wraz ze zmianą upodobań klientów wznieść nowe, pewnie równie koszmarne budowle.

Uszczęśliwony zakońcoznymi zakupami, głodny niczym wilk, bo galeriowe fastfoody niczym nie są w stanie skusić, przy drzwiach wyjściowych na podziemny parking, wypatruję stoisko z piewczywem francuskim, od którego bije zapach słodkich moreli, wiśni i nie wiadomo czego jeszcze. Podchodzę, śliczna i sympatycznie wyglądajaca dziewczyna informuje mnie, że w tej chwili nie może mi niczego sprzedać, ponieważ ma przerwę i wskazuje tabliczkę informującą o chwilowym wstrzymaniu sprzedaży. Pytam więc kiedy będę mógł wrócić, odwraca się i z szerokim uśmiechem oznajmia mi, że w związku z tym, iż jestem miły, sprzeda mi to na co mam ochotę. Uświadamiam sobie z całą mocą ludzką potrzebę bycia docenionym , szanowanym, traktowanym z powagą i życzliwością. Słowem, potrzebę kultury osobistej na co dzień. Strasznie się ona zdewaluowała ostatanimi czasy, a nawiązanie do niej w rozmowie może wywołać co najwyżej uśmiech politowania, a w skrajnych przypadkach posądzenie o bycie ciężkim frajerem. Dostaję swoją wymarzoną bułkę z dżemem morelowym, dziewczyna się uśmiecha i oboje chyba dostajemy wspaniały świąteczny prezent.

Wydaje się, że jesteśmy na takim etapie zwykłych, codziennych relacji międzludzkich, że jedną rzeczą, jakiej oczekujemy w takim powierzchownym kontakcie jest zwykła ludzka życzliwość. Rzeczywiście codzienne obserwacje ludzkich zachowań w sklepie, na ulicy, w autobusie, nie napawają optymizmem. Najbardziej dotkliwie muszą to odczuwać pracownicy wszelkich super czy hieprmarketów, narażeni bezpośrednio na razy i ciosy ze strony nie tylko swoich menedżerów, ale przede wszystkim sfrustrowanych klientów.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Wschodnia Słowacja

Wreszcie - po dwóch latach nieobecności - udało mi się wrócić do ukochanej Słowacji. Wschodnia Słowacja, Bardejów, Stara Lubovnia, Sabinow, Preszów. Pogranicze wyśmienite, jeszcze bardziej niż Podlasze, tak, tak Podlasze, kraina pod Lachami, a nie jakaś ziemia pod lasami, bo to przecież byłaby brednia, rejon porośnięty prastarymi puszczami miałby być krainą położoną gdzieś pod lasami? Nic z tego, to była ziemia tuż przy Lachach, stąd to Podlasze, Podlachia - na starych mapach. Ale do rzeczy - wschodnia Słowacja to pogranicze modelowe, ze swoją pigułką w postaci Kurova - małej wioski tuż po przekroczeniu granicy w okolicach Muszynki. Wioska wielkości powiedzmy Jurowiec pod Białymstokiem, może jeszcze mniejsza, w której przy każdej wizycie odwiedzam kościół katolicki, grekokatolicki i cerkiew prawosławną. Tym razem, dosłownie przedwczoraj dowiaduję się od dzwonnika z cerkwi grekokatolickiej, że najwięcej jest tu wyznawców Unii.

Pogranicze na którym wymieszali się jak w garncu Słowianie - Słowacy, Rusini czy Rusnacy, Madziarzy, Wołosi, Niemcy, Żydzi, a pewnie i jeszcze kilka innych nacji można byłoby dorzucić. To stąd zapewne takie ciekawe typy urody płci obojga - śniade panie o czarnych lub lśniących brązowych włosach, tacy też panowie, ciemni blondyni i ciemne blondynki o oliwkowej karnacji, płowowłose piękności o dużych ciemnych oczach albo ciemnowłose o karnacji mlecznobiałej.

Ale zostawmy na razie typy urody i przejdźmy do bogactwa kulturowego. Dziś przystanek Preszów - Presov. W rynku piękne kamienice renesansowe, późnogotycki kościół, a tuż dalej przepiękna barokowa cerkiew grekokatolicka, nieopodal kościoła zbór ewangelcki i miejsce kaźni uczestników powstania antyhasburskiego z bodaj 1697 r. - szlachciców madziarskich i mieszczan. Pomnik upamiętniający ofiary epidemii z 1751 r. (daty pewien już nie jestem - ta zawodna ludzka pamięć!) w miejscu egzekucji zarządzonej przez habsburskiego generała.

W grekokatolickiej cerkwi modlę się przy grobach męczenników tego kościoła - biskupów Vasyla Hopko i Pavla Gojdica. Władze komunistyczne żarliwie zwalczały unitów, przekazując ich majątek cerkwi prawosławnej. Łatwiej było im kontrolować cerkiew prawosławną niż uznających zwierzchnictwo Watykanu grekokatolików, do tego dochodziła jeszcze stara i dobra zasada "dziel i rządź" i zarzewie konfliktu mamy gotowe na lata.

Preszowska cerkiew z zewnątrz wygląda - przez swój czysty barok - jak kościół katolicki, dopiero po wejściu do wewnątrz, widząc rzucający się w oczy przepiękny ikonostas nie mamy wątpliwości, że jest to świątynia obrządku wschodniego, bizantyjskiego. Zwracamy także uwagę na tablicę upamiętniającą wizytę w 1995 r. w Preszowie i w samej cerkwi Jana Pawła II, oraz kopię całunu turyńskiego. Uprzejma zakonnica zapala nam światło przy tablicy opisującej jego historię.

A właśnie a propos uprzejmości - otóż ta wydaje się być jakąś cechą narodową Słowaków. To nie tylko moje spostrzeżenie, i nie poczynione po raz pierwszy, ale potwierdzające się przy każdej wizycie w tym pięknym kraju, a zatem pretendujące do prawdy jedynej. Gdzie byśmy się nie pojawili - sklep, kiosk, parking, toaleta publiczna, księgarnia, wszędzie jesteśmy witani - nie dawano nam nigdy dojść pierwszym do słowa - pozdrowieniem "dobry den", niewymuszonym, szczerym, z towarzyszącym mu uśmiechem. Nie widać tu na ulicach tak powszechnego u nas typu Polaczka - cwaniaczka, niedostrzegalna jest też agresja. Nie miejmy jednak złudzeń raj to, to nie jest, choć istnieje podobno Słowacki Raj, ale jest to - o ile mi wiadomo, bo tam nie byłem - raczej kompleks jaskiń niż raj biblijny czy ziemia obiecana. Mniej lub bardziej regularna lektura słowackiego tygodnika "Tyżdeń" pozbawia mnie też jakichkolwiek złudzeń. Co nie zmienia jednak faktu, że kultura relacji międzyludzkich dnia codziennego jest tą dziedziną życia, której Polacy powinni się od Słowaków uczyć. A co do owego tygodnika, to nabyłem go po raz pierwszy w życiu w wersji papierowej i oddaję się każdego popołudnia nieziemskiej, błogiej, rozkosznej przyjemności obcowania z językiem słowackim, którego próbuję także w mowie, co jednak nie wzbudza entuzjazmu wśród samych Słowaków, na który - nie ukrywam - tak bardzo liczyłem. Ech, cóż, próżność ludzka nie zna miary, na pochwały trzeba jeszcza widocznie poczekać.

Ciąg dalszy nastąpi...

czwartek, 5 marca 2009

O rewolucji?

Jeden z moich ulubionych publicystów, dziennikarz “Obywatela” - Krzysztof Wołodźko w pierwszej części - jak się okazało niedoszłego już cyklu “System 09″ wypowiedział słowa, które wciąż nie dają mi spokoju, choć jeszcze kilka lat temu skwitowałbym je pewnie pobłażliwym uśmiechem. W kontekście oceny polskiej rzeczywistości, współczesności, dwudziestolecia quasi-niepodległości Wołodźko napomknął o rewolucji, o możliwości rewolucji, postawił retoryczne pytanie “dlaczego nie rewolucja”. Nie potrzeba żadnych wyjaśnień, by wiedzieć, że nie miał na myśli rewolucji podobnej do rewolucji francuskiej czy październikowej. Nikt poważny o takich rewolucjach dziś mówić i myśleć nie może. I rzecz nie tylko w zmianie systemu politycznego, społecznego, ekonomicznego. Ta rewolucja miałaby sięgać dużo głębiej. Świat zastany, jest zupełnie nie do przyjęcia, i pewnie tak jest zawsze, w każdej epoce, ale jeśli świat ma się zmieniać, ewoluować, to zmiany nie mogą mieć tylko i wyłącznie charakteru cywilizacyjnego, technicznego, naukowego. Postęp w tych dziedzinach, któremu nie towarzyszy zmiana człowieka na lepsze, jest nie do przyjęcia, nie do zniesienia.

Cyniczne elity, wszechobecna popkulturowa, masowa papka, natężenie wzajemnej pogardy, obojętności, brak jakichkolwiek głębszych i prawdziwych więzi, młodzi i starsi, których łączy przekonanie, że cel uświęca środki, i przeważnie cel z dobrem wspólnym nie mający nic wspólnego. Młodzi przyszli prawnicy, studenci, którzy w swej większości uważają, że mogą sięgać do nieetycznych działań, by wygrywać.

Młodzi ludzie, w ilości swej już zupełnie totalitarni, potrafiący narzucać swoją wolę i przekonania nielicznym, w których głębi tli się jeszcze ledwie dostrzegalny sprzeciw.

Psychologia traktowana jak instrukcja obsługi drugiego człowieka, bez konieczności jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, moralnego, funkcjonująca jak instrument manipulacji zachowaniami, myślami, emocjami spotykanych ludzi. I gdzież tu miejsce na Spotkanie z drugim człowiekiem? Spotkanie z drugim jako gra, grą pozorów, nie angażujemy się, ale ma być między nami gładko i przyjemnie, nie ranimy się, ale też siebie w najmniejszym stopniu nie interesujemy. Jesteśmy poprawni, eleganccy, uprzejmi i do bólu obojętni, ani na krztynę siebie nie obchodzimy. W mgiełce uśmiechów, podręcznych gestów, słów, zachowań nie spotykamy się w żaden sposób.

Uczciwość jest tak wyświechtana i żałosna, że może tylko irytować lub doprowadzać do wściekłości. Podstęp i zdrada zaprzęgnięte do walki o zbożne cele. Kwitowanie wszelkiej podłości, nikczemności zdawkowym stwierdzeniem “tak już jest”, “taki jest świat”. Pobłażliwe uśmiechy jako reakcja na przejawy nawet umiarkowanego sprzeciwu wobec rzekomego “pogodzenia z losem”.

Całkowicie spsiały język, którego nie sposób słuchać na ulicach, rojący się od “kurew”, “ch…”, “p….”. Wygolone głowy gimnazjalistów, licealistów, nawet studentów; kobiety i młode dziewczyny nie mające w sobie nic z kobiecości i dziewczęcości. Któż by to zjawisko dziś nazywał jeszcze tak jak pod koniec lat 90-tych Krzysztof Piesiewicz “wstydem przed wstydem”. Wówczas wedle Piesiewicza dziewczęta miały się krępować swego wstydu i przykrywały go wulgarnością, agresją, chcąc udowodnić, że są równe facetom. Dziś ta cała wulgarna ordynarność wydaje się być ich naturalną potrzebą do tego stopnia, że zaskakuje wielu z najbrutalniejszych mężczyzn, a może nawet ich onieśmiela i w zestawieniu z agresją i wulgarnością ich rówieśniczek czyni z nich tę stronę słabszą, skuloną i wystraszoną.

Młodzi ludzie zapatrzeni w teledyski serwowane przez MTV, VIVĘ i inne stacje, ociekające złotem, wypasionymi furami, pełne samców obłapiających uprzedmiotowione kobiety, które znakomicie odnajdują się w przydzielonych im rolach.

Rzeczywistość, w której cynizm wyziera z każdej strony, z każdego środowiska, i w której jest normą, tłumaczoną ludzką naturą, ułomną przecież i niedoskonałą. Świat duszny i ciasny, obywający się bez wrażliwości, z wyjątkiem tej prywatnej, tylko na własne potrzeby. Wrażliwość społeczna pojawiająca się tam i wtedy, kiedy się opłaca. Konieczność zaistnienia, ułożenia się, promowania, pokazywania się, by móc to kiedyś wykorzystać, a nuż ktoś w mojej sprawie podpisze list wstawiający się za mną, gdy będę w tarapatach? Czy mogę być nikczemnikiem, podlecem? Ja który/która mam na swoim koncie książki/artykuły/członkostwo w zarządach organizacji pożytku publicznego? Ja który jestem duchownym? Ja, który/która tak bezinteresownie pomagam?

Sam nie wiem, jak miałaby ewentualna rewolucja wyglądać, ale jedno jest pewne, tak żyć na dłuższą metę się nie da.

poniedziałek, 7 lipca 2008

O zdradach

Postanowiłem jeszcze raz obejrzeć film Ewy Stankiewicz “Trzech kumpli”. Nie dlatego, żeby oglądanie go sprawiało mi jakąś przyjemność, ale po to, by dostrzec w nim to, co być może umknęło mojej uwadze przy pierwszej jego emisji. Jest to bez wątpienia film, który sprzyja głębszej refleksji nad nieodległą historią, ale też i czasami nam współczesnymi, nad kondycją naszego życia publicznego i prywatnego.

Bronisław Wildstein w jednej ze scen filmu mówi, że Maleszka go zdradził. I jest to niewątpliwie film m.in. o zdradzie. Zdradzie, której motywów trudno dociec, ale wszystko wskazuje na to, że współpraca z SB i donoszenie na kolegów i przyjaciół sprawiało Maleszce swego rodzaju perwersyjną, psychopatyczną przyjemność, poczucie górowania nad ludźmi wobec, których w rzeczywistości mógł mieć poczucie bycia gorszym; ta współpraca mogła mu dawać poczucie dominacji nad ludźmi, którym w głębi duszy czegoś zazdrościł. Z filmu wynika, że Ketman próbował też wpływać poprzez centralę SB w Warszawie na sposób rozpracowywania krakowskiej opozycji, donosił także na esbeków, którzy go prowadzili, twierdząc, że ich taktyka jest mało skuteczna, a on ma jakoby lepszy pomysł na sparaliżowanie konspiracji krakowskich demokratów.

Te czasy są jednak dla mnie historią, w 1977 roku, miałem ledwie rok. Bez problemu jednak znajduję analogię między nimi, a czasami obecnymi. Znajduję także związek przyczynowo - skutkowy między nierozliczeniem zbrodni komunistycznej przeszłości, nienapiętnowaniem wszystkiego tego, co było w niej złe a stanem współczesnego nam życia publicznego.

Życie publiczne bez jakiegoś minimum etycznego aprobowanego przez większość społeczeństwa nigdy nie będzie zdrowe. Zawsze będziemy społeczeństwem o najniższym kapitale zaufania społecznego w Europie, jeśli nie umówimy się, że w naszych relacjach w sferze publicznej i prywatnej muszą obowiązywać jakieś zasady, na które godzimy się wszyscy. Tak jak godzimy się na to, że morderstwo, kradzież, pobicie, są złem, za które należy karać. Społeczeństwo bez minimum etycznego nie może istnieć. Inaczej zamienia się w dżunglę, dzikie pola, step, gdzie niemożliwa albo w znacznym stopniu utrudniona jest kooperacja, współdziałanie, wzajemne zaufanie, wzajemna pomoc, gdzie trudno jest prowadzić interesy, pracować ludziom o różnych typach charakterów, temperamentach w jednej firmie czy instytucji, nawiązywać głębsze znajomości czy przyjaźnie.

Nie chcę porównywać zdrady obecnej ze zdradą, jakiej dopuścił się Maleszka. Nie te skutki, nie te konsekwencje dla zdradzanych wówczas i zdradzanych obecnie. Teraz co najwyżej na skutek donosu, pomówienia można stracić pracę, wówczas można było stracić życie. Teraz można stracić przyjaciela, ale stracić w sensie”tylko” boleśnie zakończonej przyjaźni. Jednakże kumulacja zdrad ze strony przyjaciół, bliskich, znajomych sprawia, że trudno jest nam zdobyć się na zaufanie w codziennych relacjach międzyludzkich. Zdumiewającym jest o, że osoby, do których owe donosy, pomówienia docierają - czy są to szefowie w firmach, czy w urzędach, uczelniach - częstokroć biorą je za dobrą monetą, która - w ich mniemaniu - może ułatwić kontrolę sytuacji w danej instytucji, dawać złudne poczucie trzymania ręki na pulsie. Zdarza się często, że owe “informacje” nie są weryfikowane, a osoby będące ich źródłem nie ponoszą konsekwencji pomówień wobec swoich kolegów czy koleżanek, mało tego zdarza się, że są premiowane na różne sposoby. Z takimi sytuacjami zetknąłem się sam i zetknęło się wielu moich znajomych. Zdumiewa to tym bardziej, że udowodniono poprzez badania naukowe, iż za sprawą donosów, oczerniania innych i złej atmosfery w miejscu praca znacząco spada wydajność danej firmy czy instytucji. Ma to przecież przełożenie na relacje między pracownikami. Sama świadomość istnienia takich mechanizmów w grupie utrudnia komunikację między pracownikami, obniża wydatnie zaufanie, odbiera energię życiową, osłabia motywację i wolę do pracy, czyni pracowników mniej pomysłowymi, nie mówiąc już o niechęci do identyfikowania się z firmą czy instytucją, w której są zatrudnieni, a to z kolei sprawia, że miejsce pracy staje się bardziej piekłem niż miejscem, do którego idzie się z przyjemnością, by realizować określone cele, w którym można działać na rzecz nie tylko swoją, ale także na rzecz innych.

Nie chcę przez to powiedzieć bynajmniej, że wszystkiemu winien jest niejaki Ketman, że gdyby został osądzony, napiętnowany, to do takich sytuacji, by nie dochodziło. Natura ludzka jest ułomna, słaba i są między nami ludzie, którzy mają nieodpartą potrzebę szkodzenia innym czy to bezinteresownie, czy z zawiści, zemsty, czy jakiejkolwiek innej niskiej motywacji. Ale bez wątpienia niewskazanie jasno i wyraźnie co jest w życiu publicznym czy w prywatnych relacjach międzyludzkich złe, a co dobre, powoduje chaos i zagubienie. Cóż z tego, że jakaś część społeczeństwa ma świadomość tego, że donoszenie, pomawianie jest złem, skoro wielu widzi, jak ich przełożeni tolerują takie zjawiska, a nawet za nie nagradzają. A ta spora tolerancja dla tego typu podłości, wynika z dość powszechnego klimatu przyzwolenia na bycie podłym, nikczemnym, na bycie mówiąc dosadnie i brutalnie “skurwysynem” (można nawet zaobserwować swego rodzaju modę na bycie “skurwysynem”).

Któż z nas nie zetknął się z jakąś zdradą ze strony znajomego, przyjaciela? Roi się od nich w naszym codziennym życiu. Przechodzimy obok nich jakoś obojętnie, uważając je za coś naturalnego, nieodłączonego od ludzkiego życia, z czym trzeba nauczyć się żyć. I tak pewnie było zawsze i będzie, niezależnie od czasów, różnić się tylko będą konsekwencje tych zdrad. Mam jednak poczucie, że obecnie owych zdrad jest nieco w nadmiarze.

sobota, 29 marca 2008

Pokolenie JP II

Zbliża się trzecia już rocznica śmierci Jana Pawła II. Doskonale pamiętam w jakim napięciu wyczekiwałem na wiadomości o stanie zdrowia Papieża i chyba tak jak wszyscy -- nieco egoistycznie - wierzyłem, że stanie się cud i Papież ozdrowieje. Niestety cud nie nastąpił, bo nastąpić nie powinien. Jan Paweł II "odszedł do Domu Ojca". Spontanicznie jak wielu innych Polaków tego dnia wyszedłem z domu, poszedłem do białostockiej katedry, pod którą zebrało się już wiele osób, nie dostałem wcześniej żadnego smsa, nikt do mnie nie dzwonił.

Tego dnia i przez kilka najbliższych dni, może tygodni, obserwowaliśmy w całej Polsce coś, co można byłoby nazwać swego rodzaju świętem. Ludzie poczuli się zjednoczeni, połączyła ich trudna do uchwycenia i nazwania więź. Jak zwykle w trudnych chwilach Polacy stali się wobec siebie uprzejmiejsi, życzliwsi, słowem starali się być lepsi. Szczerze mówiąc nie miałem złudzeń, co do tego, że taki stan nie potrwa długo - chyba jednak istnieje charakter narodowy, którego znajomość podpowiadała mi, że w Polsce wszystko wraca na stare tory i prędzej czy później wszystko będzie takim, jakim było wcześniej. Mimo to odsuwałem od siebie te myśli, zagłuszałem je, nie one wówczas były najważniejsze, chciałem chłonąć tę niezwykłą atmosferę zjednoczenia, przemiany.

Socjologowie i filozofowie szumnie ogłosili powstanie pokolenia JP II skupiającego młodych ludzi, znających nauczanie Papieża i kierujących się nim w życiu codziennym. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te entuzjastyczne proklamacje. Mimo tego, że wielu młodych ludzi chętnie zakładało tiszerty z napisem "jesteśmy pokoleniem JP II", wielu podejmowało wolontariat w organizacjach charytatywnych, wielu chętnie wszem i wobec deklarowało swoją przynależność do owego pokolenia, miało to jednak minimalny wpływ na życie codzienne. Młodym ludziom jakby trudno było zrozumieć, że być członkiem pokolenia JP II to nie tylko chodzić do kościoła, uczestniczyć w mszach, spotkaniach wspólnot, pięknie śpiewać i grać na gitarach, podejmować wolontariat, ale to przede wszystkim codzienna, mozolna praca nad sobą, nad relacjami z innymi ludźmi, to bycie uczciwym, bezinteresownym, życzliwym wobec innych, to ciągłe doskonalenie siebie, by być lepszym dla innych, to mało spektakularne czyny często niedostrzegane i niedoceniane przez innych.

Polacy stanowią społeczeństwo o wciąż najniższym poziomie wzajemnego zaufania w całej Europie. Nie ufamy sobie, jesteśmy wobec siebie nieżyczliwi, cynizm wciąż ma się dobrze, agresja, opryskliwość i obojętność nie chcą ustąpić z życia codziennego i nadają ton naszym relacjom.

W ostatnim numerze "Więzi" poświęconym więziom społecznym Dariusz Karłowicz stwierdza, że to święto, które nam się wydarzyło 3 lata temu, było świętem i jako takie nie może trwać wiecznie, a na jego rezultaty trzeba jeszcze poczekać.

Oby miał rację...

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...