Drewniane domy
Ogrody
Werandy
Ganki
Gęsta zabudowa
Plątanina wąskich uliczek
Równoległych, prostopadłych
Wszystkie przedmioty w pustych domach i wokół nich
pozostawione jakby tylko na chwilę
Czekają na powrót
Murowana kamienica
Wiśniowe drzewa i jabłonie
Na schodkach przed drzwiami siedzi starsza siwowłosa kobieta
Czeka, by opowiedzieć ważną historię
Aż ktoś przystanie i jej wysłucha
Ulica zdaje się nie mieć końca
Murowana plebania przy ceglanym kościele
Duchowny, który zaprasza na taras
I życzliwa obecność młodych ludzi
Którzy wiodą mnie w stronę wiekowego drewnianego domu
Z wyjątkowej urody zdobieniami
Zjawiskowe ujęcie
Chcę zamknąć w pamięci ten obraz
Spocząć w tym miejscu
Oprzeć głowę
i trwać w tym bezczasie pełnym miłości
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życzliwość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życzliwość. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 grudnia 2023
piątek, 15 grudnia 2023
Tramwaj na wyspę Świętej Małgorzaty
Pochmurna środa
w samo południe
długi żółty tramwaj
życzliwy dwudziestolatek z deskorolką pod pachą
opisał drogę z najdrobniejszymi szczegółami
a później jeszcze przejdzie z jednego końca tramwaju na drugi
by przypomnieć, że za chwilę jest już ten właściwy przystanek
Wyciszone popołudniowe Zuglo
nie czuć w tym miejscu tętna wielkiego miasta
słońce nadal nie mogło się przedrzeć przez chmury
zieleń przez to jakby nieco wypłowiała
zachowane kamienice z początku ubiegłego wieku
które przetrwały wojnę, a później powstanie
a dalej już bloki gulaszowego socjalizmu
i jeszcze mignie coś nowoczesnego
Przystanek gdzieś przy estakadzie
Wsiadł starszy mężczyzna
z innej epoki
dłuższe siwe włosy zaczesane do tyłu
spodnie zaprasowane na kant
koszula w delikatną kratkę
łagodny zamyślony wyraz twarzy
I byłem już pewien, że nasze oblicza
temperamenty, nawet drobne upodobania
mogą powtarzać się co do joty
Pojawił się ktoś kogo już dobrze znałem
widząc po raz pierwszy
w samo południe
długi żółty tramwaj
życzliwy dwudziestolatek z deskorolką pod pachą
opisał drogę z najdrobniejszymi szczegółami
a później jeszcze przejdzie z jednego końca tramwaju na drugi
by przypomnieć, że za chwilę jest już ten właściwy przystanek
Wyciszone popołudniowe Zuglo
nie czuć w tym miejscu tętna wielkiego miasta
słońce nadal nie mogło się przedrzeć przez chmury
zieleń przez to jakby nieco wypłowiała
zachowane kamienice z początku ubiegłego wieku
które przetrwały wojnę, a później powstanie
a dalej już bloki gulaszowego socjalizmu
i jeszcze mignie coś nowoczesnego
Przystanek gdzieś przy estakadzie
Wsiadł starszy mężczyzna
z innej epoki
dłuższe siwe włosy zaczesane do tyłu
spodnie zaprasowane na kant
koszula w delikatną kratkę
łagodny zamyślony wyraz twarzy
I byłem już pewien, że nasze oblicza
temperamenty, nawet drobne upodobania
mogą powtarzać się co do joty
Pojawił się ktoś kogo już dobrze znałem
widząc po raz pierwszy
czwartek, 23 grudnia 2010
Ot taka sobie przedświąteczna historia
Gorączka przedświątecznych zakupów trwajaca już od co najmniej dwóch tygodni, tłumy ludzi, klaustrofobiczne parkingi zatłoczone do granic możliwości, a nawet ponad ich granice, stanie w korku na podziemnym parkingu to wielce wątpliwa przyjemność, zwłaszcza jeśli się nie ma pod ręką żadnej książki, czasopisma czy gazety. Galerie stały się w B. jedynymi przestrzeniami publicznymi, w których mieszkańcy miasta mają możliwość spotykania zupełnie nieznanych im osób, ednak owe "spotkania" nawiązywaniem nowych kontaktów nie mogą się kończyć w żaden sposób, nie jesteśmy społeczeństwem otwartym, komunikatywnym, z łatwością nawiązującym znajomość z drugim, nieznajomym człowiekiem. Dotkliwie daje się we znaki brak przestrzeni publicznych stwarzających możliwość takiego spotkania, zwłaszcza zimą. Ciepłą wiosną, słonecznym latem, wczesną złotą jesienią sprzyjać może temu co najwyżej rzeczywiście rozległy i piękny park. Centrum miasta w okolicach Ratusza, jeszcze nie tak dawno tętniące życiem, teraz bez względu na porę dnia i roku wygląda, jak po wybuchu bomby atomowej, z wyjątkiem dni, kiedy odbywają się na placu ratuszowym koncerty, wówczas rzeczywiście nie sposób tam wcisnąć nawet szpilki. Jednak jeszcze około 2 czy 3 lat temu siedząc przy stoliku w ogródku Astorii i rozmawiając ze znajomym, spoglądaliśmy chciwie na przesuwajace się bez chwili wytchnienia samochody, jaące od strony kościoła farnego, przecinające ulicę Sienkiewicza, Rynek Kościuszki, i dalej sunące w stronę kościoła św. Rocha. Nawet te korki miały swój urok, dawały wrażenie życiodajnego pulsu miasta, do tego jeszcze tłumy ludzi wracające z pracy, śpieszące dokądś, rozradowani, żywi i głośni licealiści oraz studenci, tłum sączący się ze wszystkich stron, dający ułudę bytności w wielkim mieście. Teraz całe życie przeniosło się do raczej do tandetnych galerii, w których nie sposób nawet usiąśc w cichym, spokojnym miejscu, nie mówiąc już o zjedzeniu czegoś smacznego, wszystko jest plastikowe w smaku. Galeriowe kina grają wyłącznie amerykański chłam, albo nudne, jak flaki z olejem polskie komedie, już nawet nie wiem czy romantyczne, czy na topie znalazły się już jakieś inne. Miejskie kafejki czy puby, przypominają dużo bardziej piwożłopnie, żadna z nich nie ma wyrazistego stylu, charakterystycznego tylko dla niej, niepowtarzalnego, niczym nie próbuje się odróżnić od innych, odnoszę wręcz wrażenie, że za wszelką cenę starają się do siebie upodobnić, tak jakby ich właściciele przeprowadzili jakieś badania co do estetycznych i alkoholowych preferencji swoich potencjalnych klientów. Podobnie wszak planowane są przestrzenie galerii, liczą się nie pomysły architekta, ale oczekiwania i gusty maswoego klienta. Galerie są projektowane z myślą o nich właśnie. Średniowiecze pozostawiło po sobie gotyckie katedry, XVII i XVIII wiek barokowe kościoły i pałace, wiek XIX kamienice czynoszowe, mieszczańskie i pałacyki fabrykantów (bez względu na ich walory estetyczne), a my pozostawimy kawałki blachy i pustaków, z których za niecałe 100 lat nie pozostanie kamień na kamieniu. Zreszta tak też są pewnie budowane, by szybko móc je zwinąć i wraz ze zmianą upodobań klientów wznieść nowe, pewnie równie koszmarne budowle.
Uszczęśliwony zakońcoznymi zakupami, głodny niczym wilk, bo galeriowe fastfoody niczym nie są w stanie skusić, przy drzwiach wyjściowych na podziemny parking, wypatruję stoisko z piewczywem francuskim, od którego bije zapach słodkich moreli, wiśni i nie wiadomo czego jeszcze. Podchodzę, śliczna i sympatycznie wyglądajaca dziewczyna informuje mnie, że w tej chwili nie może mi niczego sprzedać, ponieważ ma przerwę i wskazuje tabliczkę informującą o chwilowym wstrzymaniu sprzedaży. Pytam więc kiedy będę mógł wrócić, odwraca się i z szerokim uśmiechem oznajmia mi, że w związku z tym, iż jestem miły, sprzeda mi to na co mam ochotę. Uświadamiam sobie z całą mocą ludzką potrzebę bycia docenionym , szanowanym, traktowanym z powagą i życzliwością. Słowem, potrzebę kultury osobistej na co dzień. Strasznie się ona zdewaluowała ostatanimi czasy, a nawiązanie do niej w rozmowie może wywołać co najwyżej uśmiech politowania, a w skrajnych przypadkach posądzenie o bycie ciężkim frajerem. Dostaję swoją wymarzoną bułkę z dżemem morelowym, dziewczyna się uśmiecha i oboje chyba dostajemy wspaniały świąteczny prezent.
Wydaje się, że jesteśmy na takim etapie zwykłych, codziennych relacji międzludzkich, że jedną rzeczą, jakiej oczekujemy w takim powierzchownym kontakcie jest zwykła ludzka życzliwość. Rzeczywiście codzienne obserwacje ludzkich zachowań w sklepie, na ulicy, w autobusie, nie napawają optymizmem. Najbardziej dotkliwie muszą to odczuwać pracownicy wszelkich super czy hieprmarketów, narażeni bezpośrednio na razy i ciosy ze strony nie tylko swoich menedżerów, ale przede wszystkim sfrustrowanych klientów.
Uszczęśliwony zakońcoznymi zakupami, głodny niczym wilk, bo galeriowe fastfoody niczym nie są w stanie skusić, przy drzwiach wyjściowych na podziemny parking, wypatruję stoisko z piewczywem francuskim, od którego bije zapach słodkich moreli, wiśni i nie wiadomo czego jeszcze. Podchodzę, śliczna i sympatycznie wyglądajaca dziewczyna informuje mnie, że w tej chwili nie może mi niczego sprzedać, ponieważ ma przerwę i wskazuje tabliczkę informującą o chwilowym wstrzymaniu sprzedaży. Pytam więc kiedy będę mógł wrócić, odwraca się i z szerokim uśmiechem oznajmia mi, że w związku z tym, iż jestem miły, sprzeda mi to na co mam ochotę. Uświadamiam sobie z całą mocą ludzką potrzebę bycia docenionym , szanowanym, traktowanym z powagą i życzliwością. Słowem, potrzebę kultury osobistej na co dzień. Strasznie się ona zdewaluowała ostatanimi czasy, a nawiązanie do niej w rozmowie może wywołać co najwyżej uśmiech politowania, a w skrajnych przypadkach posądzenie o bycie ciężkim frajerem. Dostaję swoją wymarzoną bułkę z dżemem morelowym, dziewczyna się uśmiecha i oboje chyba dostajemy wspaniały świąteczny prezent.
Wydaje się, że jesteśmy na takim etapie zwykłych, codziennych relacji międzludzkich, że jedną rzeczą, jakiej oczekujemy w takim powierzchownym kontakcie jest zwykła ludzka życzliwość. Rzeczywiście codzienne obserwacje ludzkich zachowań w sklepie, na ulicy, w autobusie, nie napawają optymizmem. Najbardziej dotkliwie muszą to odczuwać pracownicy wszelkich super czy hieprmarketów, narażeni bezpośrednio na razy i ciosy ze strony nie tylko swoich menedżerów, ale przede wszystkim sfrustrowanych klientów.
sobota, 10 kwietnia 2010
"Śpieszmy się kochać ludzi"
Ile tragedii jest w stanie znieść naród? Czasem zastanawiamy się nad tym, co nas łączy poza językiem, ale i to przecież takie oczywiste nie jest. I znowu po 5 latach wracamy do debat o tym, jak wspaniale potrafimy się jednoczyć w obliczu wielkich tragedii. Pod Kancelarią Prezydenta RP spontanicznie gromadzą się tłumy. Wschód jak zwykle jest bardziej bierny. I po raz kolejny rozbrzmiewają apele o jedność, o opamiętanie się, o porozumienie. Sceptycy natomiast już wieszczą, że to tylko chwilowe uniesienie, zbiorowa histeria, taka sama, jak po śmierci Papieża.
Odeszli dziś ludzie, którzy bez wątpienia stanowili ważną część niewielkiej polskiej elity.
Prezydent RP - Lech Kaczyński, opozycjonista, solidarnościowy ekspert od prawa pracy; polityk, którego jeszcze do niedawna atakowano w niewyobrażalny i bezpardonowy sposób. To jednak nie czas i miejsce, by do ludzkiej słabości i małości dziś wracać. Chciałoby się wierzyć, że każdy ma prawo do zrozumienia swego błędu, żalu, skruchy i nawrócenia. To czas dla tych, którzy nie zdążyli pokochać, tak zwyczajnie, czysto po ludzku. Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć słów księdza Twardowskiego: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Ta tragedia to między innymi czas dla tych, którzy się nie śpieszyli i głęboko wierzę
w to, że zdążą teraz. Zdążą pokochać i zdolają zrozumieć swoją małostkowość.
Janusz Kochanowski - Rzecznik Praw Obywatelskich, znakomity prawnik, prawnik z powłania, jakże inny od tych, których zdarza nam się tak często spotykać na co dzień, prawnik rozumiejący i wskazujący nam, że prawo jest po to, by służyć ludziom, przede wszystkim tym najmniejszym, by ich chronić.
Władysław Stasiak - Szef Kancelarii Prezydenta RP. Pod maską chłodnego urzędnika państwowego, niedoskonale skrywajacy zwyklą życzliwość i uczciwość.
Nie sposób Wszystkich wymienić. Dzielenie ofiar wedle barw politycznych nie ma najmniejszego sensu. Wszystkim bez wątpienia należy się cześć i szacunek.
I znowu pozostaje kwestia wniosków, jakie z tej tragtedii wyciągniemy. Rzecz przecież nie w tym, by ustały spory polityczne. To jednak, co obserwowaliśmy w ostatnich latach było nie do zniesienia. Natężenie agresji, brutalności, cynizmu, braku jakichkolwiek reguł, wolt niemiłosiernych, brak kultury politycznej, osobistej, lojalności i życzliwości, skrajna nieufność, na niespotykaną wręcz skalę.
To chyba najwyższy czas, by się opamiętać. Nie na pokaz, nie na czas tragedii, nie na czas żałoby, nie kierując się emocjami, szczerą potrzebą chwili. Ale tak naprawdę, ze zrozumieniem, bez kalkulacji, by uczynić także nasze codzienne życie bardziej ludzkim, bo przecież nasze życie publiczne jest wiernym odbiciem naszych relacji codziennych.
W takich chwilach dziękuję Bogu za dar łaski wiary, choćby nawet bardzo ułomnej, niepewnej i tak często wahającej się.
I dziękuję Bogu za takich Przyjaciół, jak pewna Białorusinka, która dziś rano wysłała mi smsa następującej treści: "Usłyszałam wiadomość o samolocie i Katyniu. Nie mogłam powstrzymać łez. Jak wielki koszmar. Jak wielki smutek".
Odeszli dziś ludzie, którzy bez wątpienia stanowili ważną część niewielkiej polskiej elity.
Prezydent RP - Lech Kaczyński, opozycjonista, solidarnościowy ekspert od prawa pracy; polityk, którego jeszcze do niedawna atakowano w niewyobrażalny i bezpardonowy sposób. To jednak nie czas i miejsce, by do ludzkiej słabości i małości dziś wracać. Chciałoby się wierzyć, że każdy ma prawo do zrozumienia swego błędu, żalu, skruchy i nawrócenia. To czas dla tych, którzy nie zdążyli pokochać, tak zwyczajnie, czysto po ludzku. Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć słów księdza Twardowskiego: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Ta tragedia to między innymi czas dla tych, którzy się nie śpieszyli i głęboko wierzę
w to, że zdążą teraz. Zdążą pokochać i zdolają zrozumieć swoją małostkowość.
Janusz Kochanowski - Rzecznik Praw Obywatelskich, znakomity prawnik, prawnik z powłania, jakże inny od tych, których zdarza nam się tak często spotykać na co dzień, prawnik rozumiejący i wskazujący nam, że prawo jest po to, by służyć ludziom, przede wszystkim tym najmniejszym, by ich chronić.
Władysław Stasiak - Szef Kancelarii Prezydenta RP. Pod maską chłodnego urzędnika państwowego, niedoskonale skrywajacy zwyklą życzliwość i uczciwość.
Nie sposób Wszystkich wymienić. Dzielenie ofiar wedle barw politycznych nie ma najmniejszego sensu. Wszystkim bez wątpienia należy się cześć i szacunek.
I znowu pozostaje kwestia wniosków, jakie z tej tragtedii wyciągniemy. Rzecz przecież nie w tym, by ustały spory polityczne. To jednak, co obserwowaliśmy w ostatnich latach było nie do zniesienia. Natężenie agresji, brutalności, cynizmu, braku jakichkolwiek reguł, wolt niemiłosiernych, brak kultury politycznej, osobistej, lojalności i życzliwości, skrajna nieufność, na niespotykaną wręcz skalę.
To chyba najwyższy czas, by się opamiętać. Nie na pokaz, nie na czas tragedii, nie na czas żałoby, nie kierując się emocjami, szczerą potrzebą chwili. Ale tak naprawdę, ze zrozumieniem, bez kalkulacji, by uczynić także nasze codzienne życie bardziej ludzkim, bo przecież nasze życie publiczne jest wiernym odbiciem naszych relacji codziennych.
W takich chwilach dziękuję Bogu za dar łaski wiary, choćby nawet bardzo ułomnej, niepewnej i tak często wahającej się.
I dziękuję Bogu za takich Przyjaciół, jak pewna Białorusinka, która dziś rano wysłała mi smsa następującej treści: "Usłyszałam wiadomość o samolocie i Katyniu. Nie mogłam powstrzymać łez. Jak wielki koszmar. Jak wielki smutek".
wtorek, 11 sierpnia 2009
W drodze do Wilna. Korycin, sierpień 2009
Początek ubiegłego tygodnia, kolejny wyjazd w tym roku na Litwę. Wyruszamy o 13, spokojnie, ze świadomością, że to tylko niecałe 4 godziny jazdy z centrum Białegostoku do centrum Wilna. Z dużą nonszalancją pzowalamy więc sobie na krótki postój w Korycinie, 37 km na północ od Białegostoku, stąd już tylko 270 km do Wilna, a gdyby można byłoby jechać przez Grodno, to tylko 200 km. Senne, ciche, przytulne, zawsze jasne miasteczko z przeważnie drewnianą zabudową, ze zgrabnymi domkami o dwuspadowych dachach w radosnych barwach, strzelistymi wieżami neogotyckiego kościoła na wzgórzu ze świętym źródełkiem - niegdyś miejscem kultu pogańskiego. Ziemie te we wczesnym średniowieczu zamieszkiwali Bałtowie, przodkowie późniejszych Litwinów albo Jaćwingów. To wzgórze zawsze miało w sobie coś tajemniczego, o tym, że było miejscem kultu pogańskiego, dowiedziałem się całkiem niedawno, dzięki artykułowi P. Boriwika i G. Ryżewskiego "Korycin - historia i zabytki" opublikowanemu w "Biuletynie Konserwatorskim Województwa Podlaskiego". Niby nie wierzę w miejsca mocy, a jednak miejsca dawnych gajów pogańskich, świętych źródeł, mają w sobie coś wyjątkowego - tak jak to tutaj w Korycinie lub miejsce dawnego kultu pogańskiego w Supraślu, w którym w XV wieku stanęła cerkiew i monastyr.
Ryneczek w Korycinie tonie w zieleni. Za sprawą pomnika Zygmunta III Wazy ustawionego przed współczesnym urzędem gminy dowiadujemy się, że to właśnie ten król ufundował tu w 1601 roku pierwszą parafię.
Po schodkach wspinam się do siedziby wójta. Jeszcze w kwietniu jeden z gospodarzy z Aulakowszczyzny poinformował mnie, że będę mógł tu nabyć książkę zawierającą historię gminy Korycin, a w niej opis grodziska w Aulakowszczyźnie. Teraz wreszcie nadarzyła okazja! W budynku urzędu na parterze panuje głucha cisza, ani żywej duszy, dostrzegam schody prowadzące na piętro, m.in. do biblioteki. W bibliotece dwie panie bibliotekarki toczą namiętne debaty dnia codziennego, które muszę im brutalnie przerwać, realizując swój egoistyczny cel, który zrealizować muszę, bo następnym razem nieprędko tu zawitam w dniu powszednim. Panie uprzejmie odpowiadają mi, że owszem mają książki o historii Korycina, ale tylko do wypożyczenia, i na dodatek dwie właśnie zostały wypożyczone, ale w pokoju obok urzęduje pewna pani, u której być może będę mógł dokonać tak bezcennego zakupu. Jedna z biblotekarek, prowadzi mnie do wspomnianej pracownicy urzędu gminy. Ta zaś zupełnie zdumiona, patrząc na mnie, jak na przybysza z innej planety, informuje mnie, że żadnej książki mi nie sprzeda, ale ma jeszcze kilka egzemplarzy, które były kiedyś rozdawane bezpłatnie przy okazji różnych promocji gminy. Niemniej jednak sprzedać żadnej z nich mi nie może, bo przecież pieniędzy do kieszeni nie weźmie, a poza tym książki te nie mają ceny - tak jak wspomniałem wcześniej są całkowicie bezcenne! Może mi natmiast dać broszurki, na które troszkę się krzywię, bo historii w nich mało, tylko suche, podstawowe informacje, przeważnie praktyczne. Widocznie wzbudzam litość, bo widząc moję skwaszoną minę kobieta wreszcie proponuje mi wypożyczenie tej właściwej książki, ale ja się znowu wzbraniam, bo przecież kiedy ją oddam? Tak więc zrezygnowana pani, z uśmiechem decyduje się wreszcie wręczyć mi ją w prezencie. Robi mi się strasznie wstyd, bo czuję się teraz tak, jakbym tę książkę wyłudzał, wręcz wymuszał na bezbronnej niewieście taki podarunek. Ale dostrzegając błyski w moich oczach, kiedy trzymam wreszcie książkę w dłoniach, uśmiecha się życzliwie i teraz ona z kolei wzbrania się przed jakąkolwiek obietnicą z mojej strony odwdzięczenia się za tak wielkie uszczęśliwienie mnie. Radośnie, jak dziecko, jak mały chłopiec zbiegam po schodach na dół, wychodzę uskrzydlony na przytulny ryneczek. Dopiero teraz możemy spokojnie jechać do Wilna!
Dodam jeszcze tylko, że książka, którą otrzymałem w prezencie, nosi tytuł "Świat dawnego Korycina", a jej autorami są następujące osoby: Jolanta Muszyńska, Urszula Wróblewska i Artur Konopacki. O samej książce napiszę więcej, gdy zakończę jej czytanie, a to nie taka prosta sprawa, bo nie jest to przecież zwykłe czytanie, ale smakowanie 120 -stronicowego opracowania poświęconego historii Korycina i okolic, zbioru podań i legend, opowieści mieszkańców gminy. Zwyczajnie perełka!
Ryneczek w Korycinie tonie w zieleni. Za sprawą pomnika Zygmunta III Wazy ustawionego przed współczesnym urzędem gminy dowiadujemy się, że to właśnie ten król ufundował tu w 1601 roku pierwszą parafię.
Po schodkach wspinam się do siedziby wójta. Jeszcze w kwietniu jeden z gospodarzy z Aulakowszczyzny poinformował mnie, że będę mógł tu nabyć książkę zawierającą historię gminy Korycin, a w niej opis grodziska w Aulakowszczyźnie. Teraz wreszcie nadarzyła okazja! W budynku urzędu na parterze panuje głucha cisza, ani żywej duszy, dostrzegam schody prowadzące na piętro, m.in. do biblioteki. W bibliotece dwie panie bibliotekarki toczą namiętne debaty dnia codziennego, które muszę im brutalnie przerwać, realizując swój egoistyczny cel, który zrealizować muszę, bo następnym razem nieprędko tu zawitam w dniu powszednim. Panie uprzejmie odpowiadają mi, że owszem mają książki o historii Korycina, ale tylko do wypożyczenia, i na dodatek dwie właśnie zostały wypożyczone, ale w pokoju obok urzęduje pewna pani, u której być może będę mógł dokonać tak bezcennego zakupu. Jedna z biblotekarek, prowadzi mnie do wspomnianej pracownicy urzędu gminy. Ta zaś zupełnie zdumiona, patrząc na mnie, jak na przybysza z innej planety, informuje mnie, że żadnej książki mi nie sprzeda, ale ma jeszcze kilka egzemplarzy, które były kiedyś rozdawane bezpłatnie przy okazji różnych promocji gminy. Niemniej jednak sprzedać żadnej z nich mi nie może, bo przecież pieniędzy do kieszeni nie weźmie, a poza tym książki te nie mają ceny - tak jak wspomniałem wcześniej są całkowicie bezcenne! Może mi natmiast dać broszurki, na które troszkę się krzywię, bo historii w nich mało, tylko suche, podstawowe informacje, przeważnie praktyczne. Widocznie wzbudzam litość, bo widząc moję skwaszoną minę kobieta wreszcie proponuje mi wypożyczenie tej właściwej książki, ale ja się znowu wzbraniam, bo przecież kiedy ją oddam? Tak więc zrezygnowana pani, z uśmiechem decyduje się wreszcie wręczyć mi ją w prezencie. Robi mi się strasznie wstyd, bo czuję się teraz tak, jakbym tę książkę wyłudzał, wręcz wymuszał na bezbronnej niewieście taki podarunek. Ale dostrzegając błyski w moich oczach, kiedy trzymam wreszcie książkę w dłoniach, uśmiecha się życzliwie i teraz ona z kolei wzbrania się przed jakąkolwiek obietnicą z mojej strony odwdzięczenia się za tak wielkie uszczęśliwienie mnie. Radośnie, jak dziecko, jak mały chłopiec zbiegam po schodach na dół, wychodzę uskrzydlony na przytulny ryneczek. Dopiero teraz możemy spokojnie jechać do Wilna!
Dodam jeszcze tylko, że książka, którą otrzymałem w prezencie, nosi tytuł "Świat dawnego Korycina", a jej autorami są następujące osoby: Jolanta Muszyńska, Urszula Wróblewska i Artur Konopacki. O samej książce napiszę więcej, gdy zakończę jej czytanie, a to nie taka prosta sprawa, bo nie jest to przecież zwykłe czytanie, ale smakowanie 120 -stronicowego opracowania poświęconego historii Korycina i okolic, zbioru podań i legend, opowieści mieszkańców gminy. Zwyczajnie perełka!
czwartek, 7 maja 2009
Litewskie obrazki, w drodze do Miednik, maj 2009
Szosa Wilno - Miedniki Królewskie, Vilnius - Medininkai, do przejścia granicznego z Białorusią, a dalej Medininkai - Mińsk. Gdzieś w połowie drogi skręcamy w lewo, żwirówką, na której wzbijamy duszące tumany kurzu, odbijamy w stronę sosnowego lasku, kilkadziesiąt metrów od asfaltówki. W czasie krótkiego postoju w lusterku dostrzegam babuleńkę wysiadającą z samochodu, który przystanął na chwilę na szosie. Przygarbiona, w chustce na głowie, wolno i z trudem zmierza w naszą stronę. Po kilku minutach podchodzi do otwartego okna samochodu i pyta czy nie moglibyśmy jej podwieźć do sklepu widocznego w wiosce na horyzoncie. Wioska z daleka wygląda jak te, które jeszcze u schyłku ZSRR pod koniec lat 80-tych, będąc malcem odwiedziłem w sowieckiej wówczas Białorusi. Nijak nie jest to nam po drodze, ale wieziemy babcię do sklepu. Niebieski, parterowy, murowany budynek. Babcia wysiada z samochodu, chce nam kupić lody, od których się wymawiamy, ale czekamy na nią, bo jedziemy do Miednik, a ona mieszka niedaleko Miednik, więc teraz będzie nam wszystkim po drodze.
Krzysiek kracze, że babcia i tak kupi nam lody, i wykrakał, z chlebem pod pachą i czterema lodami w przezroczystej foliowej torebce kuśtyka nasza babuleńka, z szerokim uśmiechem rozświetlającym pooraną bruzdami twarz. Wymawiamy się dalej, bez skutku, babcia nie ma dzieci i nie ma wnuków, nie ma komu dać tych lodów, więc poddajemy się i przyjmujemy podarek. W drodze do Miednik babcia opowiada nam niemal całe swoje życie. Mówi w języku białoruskim, ale zupełnie innym niż ten, który tak często zdarza mi się słyszeć w okolicach Białegostoku. Momentami brzmi, jak język polski, zwłaszcza akcent, niektóre słowa są takie same, niektóre jakby wzięte z języka rosyjskiego, ale nie ma chyba tej rosyjskiej melodyki i rytmu, pod tym względem bliżej mu raczej do polskiego. Chwilami jego twardość przywodzi na myśl ukraiński, ale to też nie to, to nie ten rodzaj twardości. Tak czy owak brzmi pięknie i ciekawie. W końcu nie wytrzymuję i pytam co to za ładny język, którym włada nasza babcia, a ona mi odpowiada na to:
- Mówią, że białoruski.
Kobieta troszkę się żali, w pewnym momencie wybucha płaczem. Ojciec zmarł w roku 1959, jedną siostrę pochowali, gdy miała 6 lat, druga zmarła nieco później, babcią nie ma kto się opiekować, ale w czasie naszej niedługiej przecież rozmowy uśmiech często pojawia się na jej dobrej twarzy. To jest właśnie to dobro, ta życzliwość, szczerość i bezinteresowność, której doświadczyłem będąc jeszcze 12 - letnim chłopcem, odwiedzającym rodzinę na Białorusi. I jakie to może za znaczenie, że babcia jest Białorusinką, a wszystkie moje babcie i prababcie, które znałem, a o których tyle słyszałem, uparcie podkreślały, że były Polkami, i to jeszcze szlacheckiego pochodzenia. To wszystko są jakieś przesłony, zupełnie nic nie znaczące powłoki, skoro babcia, która obdarza nas takim zaufaniem, i te moje, które są już gdzieś w niebie, stanowią ten sam typ człowieka, ten sam typ osoby.
W kotlince rozświetlonej popołudniowym słońcem dostrzegamy dwuspadowe dachy drewnianych domków, zieleń bez deszczu jest sucha, nie ma w niej wiosennej witalności i bujności; nasza babcia żegna się z nami, odchodząc pozostawia nam kilka zapadających w pamięć życzliwych słów, z którymi nie rozstaniemy się chyba nigdy.
Jedziemy dalej do Miednik…
CDN
Krzysiek kracze, że babcia i tak kupi nam lody, i wykrakał, z chlebem pod pachą i czterema lodami w przezroczystej foliowej torebce kuśtyka nasza babuleńka, z szerokim uśmiechem rozświetlającym pooraną bruzdami twarz. Wymawiamy się dalej, bez skutku, babcia nie ma dzieci i nie ma wnuków, nie ma komu dać tych lodów, więc poddajemy się i przyjmujemy podarek. W drodze do Miednik babcia opowiada nam niemal całe swoje życie. Mówi w języku białoruskim, ale zupełnie innym niż ten, który tak często zdarza mi się słyszeć w okolicach Białegostoku. Momentami brzmi, jak język polski, zwłaszcza akcent, niektóre słowa są takie same, niektóre jakby wzięte z języka rosyjskiego, ale nie ma chyba tej rosyjskiej melodyki i rytmu, pod tym względem bliżej mu raczej do polskiego. Chwilami jego twardość przywodzi na myśl ukraiński, ale to też nie to, to nie ten rodzaj twardości. Tak czy owak brzmi pięknie i ciekawie. W końcu nie wytrzymuję i pytam co to za ładny język, którym włada nasza babcia, a ona mi odpowiada na to:
- Mówią, że białoruski.
Kobieta troszkę się żali, w pewnym momencie wybucha płaczem. Ojciec zmarł w roku 1959, jedną siostrę pochowali, gdy miała 6 lat, druga zmarła nieco później, babcią nie ma kto się opiekować, ale w czasie naszej niedługiej przecież rozmowy uśmiech często pojawia się na jej dobrej twarzy. To jest właśnie to dobro, ta życzliwość, szczerość i bezinteresowność, której doświadczyłem będąc jeszcze 12 - letnim chłopcem, odwiedzającym rodzinę na Białorusi. I jakie to może za znaczenie, że babcia jest Białorusinką, a wszystkie moje babcie i prababcie, które znałem, a o których tyle słyszałem, uparcie podkreślały, że były Polkami, i to jeszcze szlacheckiego pochodzenia. To wszystko są jakieś przesłony, zupełnie nic nie znaczące powłoki, skoro babcia, która obdarza nas takim zaufaniem, i te moje, które są już gdzieś w niebie, stanowią ten sam typ człowieka, ten sam typ osoby.
W kotlince rozświetlonej popołudniowym słońcem dostrzegamy dwuspadowe dachy drewnianych domków, zieleń bez deszczu jest sucha, nie ma w niej wiosennej witalności i bujności; nasza babcia żegna się z nami, odchodząc pozostawia nam kilka zapadających w pamięć życzliwych słów, z którymi nie rozstaniemy się chyba nigdy.
Jedziemy dalej do Miednik…
CDN
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Aulakowszczyzna. Szlakiem pogranicza litewskiego
Wreszcie kilka dni wolnych, które można wykorzystać do eksploracji tak do niedawna zaniedbanej północnej części skrawka Białostocczyzny. Dotychczas dużo bardziej pociągało mnie południe - Mielnik, Serpelice, Biała Podlaska, Grabarka, Janów Podlaski, Kostomłoty. Sam do końca nie potrafię wyjaśnić skąd się wzięło to świeże zamiłowanie do północy, może z odmiennego krajobrazu - dużo bardziej nieprzewidywalnego niż ten na południu, dużo bardziej swawolnego, radosnego, pofalowanego z miejscami, które śmiało mogłyby konkurować z pogórzem. Morenowe wzgórza figlarnie wzbijające się i opadające, z niespodziewanie wyrastającymi na ich szczytach lub w kotlinkach sosnowymi zagajnikami, porozrzucane na koloniach drewniane domki o dwuspadowych dachach w otoczeniu sadów, które lada dzień wybuchną całym urokiem wiosny.
A właściwie już wiem, właśnie sobie przypomniałem skąd się wzięła ta północ. Wystarczyły ledwie dwa zdania z nowo wydanego przewodnika po Puszczy Knyszyńskiej, wspominające o grodzisku usypanym przez Litwinów w bodaj XII wieku na pograniczu litewsko - mazowieckim, to jest na obecnym północnym skraju puszczy. Tyle razy tamtędy przejeżdżałem i nie byłem go w stanie dostrzec. Dopiero niedawno, bez najmniejszych problemów wśród falujących pól otoczonych lasem na horyzoncie od strony północnej i południowej odkryliśmy sztucznie usypane wzgórze, tak odmienne od rozsianych wokół naturalnych pagórków morenowych. Między Niemczynem a Podzamczyskiem, od południa widnieją dachy Zamczyska i niepokojący z lekka granat puszczy. Od strony zachodniej wzgórze się nieco osypało, stok jest częściow zaorany, od strony wschodniej pole już nie tak ordynarnie wdziera się na stok, ale do grodziska nie można podejść z żadnej strony, bo z każdej otoczone jest zaoranym polem. Na jego płaskim szczycie wyrosło kilka sosen i dzika grusza. Wokół hula tylko wiatr i ani żywej duszy. Nie ma nawet kogo zapytać o straszące tu duchy, o wyorywane z ziemi skorupy naczyń ceramicznych, glinanych, gorty strzał, pordzewiałe miecze.
Z Podzamczyska jedziemy do Aulakowszczyzny. Nazwa trudna do wymówienia i w swym trzonie zupełnie nie słowiańska, nie biorąc pod uwagę przyrostka “owszczyzna”. O ile dobrze pamiętam Piotr Aulak - osocznik lub myśliwiec otrzymał tę wieś jako nadanie za wierną służbę królowi w bodaj 1601 roku. Ale nie był tu pierwszym osadnikiem. Tajemnicze grodzisko tuż za wsią powstało już w XII wieku, a kto wie może i wcześniej. Zupełnie niewidoczne z asfaltowej drogi do Korycina. Pytamy we wsi starszą kobietę zamiatającą ulicę przed domem o stare grodzisko. Uśmiechnięta, życzliwa odpowiada nam, że sama o nim wie niewiele, ale jej syn może nam co nieco o zamku opowiedzieć. Ona nie jest stąd, jej teściowa też nie była stąd, ale coś o zamku wiedziała. Syn do nas nie wyjdzie, ale starsza pani po krótkiej z nim rozmowie, kiedy to rzuciła miotłę i poszła do drewnianego domku, by po chwili wrócić, wskaże nam dokładnie drogę. Zapyta jeszcze przyglądającego się nam obojętnie sąsiada czy nie wie czegoś o zamku, bo kiedyś coś tam o nim czytał w jakiejś książce. Ten odeśle nas do gminy w sprawie książki o zamku, a tymczasem wskaże żółty znak tuż za wsią, za nim wzgórze, na którym pole orze traktorem jakiś człowiek, mogący podobno opowiedzieć nam coś o grodzisku. Życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, dojeżdżamy do znaku informującego o zakręcie, zatrzymujemy samochód, na wierzchołku wzgórza przystaje traktor, w którego kabinie widnieje niewyraźna męska sylwetka. Uzbrojeni w aparaty wspinamy się pod górę. Podchodzimy do traktorzysty, który przygląda nam się z zaciekawieniem. Pytamy o grodzisko. Z początku nieco podejrzliwie około 40-letni mężczyzna zeskakując z maszyny pyta nas czy jesteśmy od konserwatora zabytków. Naszym zapewnieniom, że nie nie daje wiary, ale chętnie zaczyna snuć opowieść o zamku i prowadzi nas do niego.
- Tu przed wami, tam w dole, gdzie rosną te wierzby, to jest grodzisko.
Jego kontury przez stulecia znacznie się zatarły, ale można dostrzec sztucznie usypane niewysokie wzniesienie.
- Tam kiedyś ludzie wybierali glinę i jak kopali, to wykopywali poczerniałe, spalone drągi. Połowa grodziska jest moja, a połowa wójta.
Stajemy na szczycie wzniesienia, od strony południowej przylegającego do stoku wysokiego wzgórza, na którym pole ma nasz przewodnik. Nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego grodzisko nie zostało wzniesione na samym szczycie. A może to było podgrodzie? Choć z tego, co mówi gospodarz wynika, że podgrodzie musiało być jeszcze niżej, tam gdzie jest łąka, na której orząc odkrywał kolejne spalone bale.
Ze wzgórza roztacza się przepiekny widok na radosne pagórki z budzącą się do życią roślinnością - sosnowe zagajniki, wierzby rosnące tuż przy rzece - Kumiałce, drewniane przytulne zabudowania wioski.
- Dziadek mówił, że tu straszy w nocy.
- A pan widział ducha?
- Ja nie, ale nigdy w nocy tu nie przychodziłem - śmieje się - A może dziadek nie chciał po prostu, by wnuki same tu chodziły.
W międzyczasie na szczycie wzgórza pojawia się drugi traktor.
- To ojciec przyjechał, zobaczył, że mój traktor stoi i zaniepokoił się.
Zrobiwszy mnóstwo zdjęć, wdrapujemy się na szczyt wzgórza. Witamy się z przybyłem tatą naszego przewodnika, który to jeszcze raz upewniwszy się czy, aby na pewno nie jesteśmy z jakiegoś urzędu, nabrał do nas zaufania.
Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z mężczyznami o możliwości wykorzystania tak drogocennego skarbu na własnym polu, trochę o historii samego grodziska, a później już tylko słuchamy o rosyjskim generale, który zginął we wsi w 1944 r., którego ciało ekshumowano w latach 50-tych i wywieziono do ZSRR, o cmentarzysku cholerycznym na polu po drugiej stronie drogi do Korycina, o katiuszach, który stały we wsi i w 1944 r. ostrzeliwały Kamionkę, w której okopali się Niemcy, o pradziadku, który opowiadał albo nawet brał udział w powstaniu listopadowym(choć chyba raczej powinno to być powstanie styczniowe).
Rozmowa z synem i ojcem to prawdziwa przyjemność, są istną skarbnicą wiedzy. Prości, dobrzy ludzie, o łagodnych uśmiechach i spokojnych spojrzeniach.
Czas nas jednak nagli (sobota przed Wielką Nocą), tu także życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt i wyruszamy w dalszą podróż…
CDN…
Zdjęcia z wyprawy opublikowalem w tym oto poscie.
A właściwie już wiem, właśnie sobie przypomniałem skąd się wzięła ta północ. Wystarczyły ledwie dwa zdania z nowo wydanego przewodnika po Puszczy Knyszyńskiej, wspominające o grodzisku usypanym przez Litwinów w bodaj XII wieku na pograniczu litewsko - mazowieckim, to jest na obecnym północnym skraju puszczy. Tyle razy tamtędy przejeżdżałem i nie byłem go w stanie dostrzec. Dopiero niedawno, bez najmniejszych problemów wśród falujących pól otoczonych lasem na horyzoncie od strony północnej i południowej odkryliśmy sztucznie usypane wzgórze, tak odmienne od rozsianych wokół naturalnych pagórków morenowych. Między Niemczynem a Podzamczyskiem, od południa widnieją dachy Zamczyska i niepokojący z lekka granat puszczy. Od strony zachodniej wzgórze się nieco osypało, stok jest częściow zaorany, od strony wschodniej pole już nie tak ordynarnie wdziera się na stok, ale do grodziska nie można podejść z żadnej strony, bo z każdej otoczone jest zaoranym polem. Na jego płaskim szczycie wyrosło kilka sosen i dzika grusza. Wokół hula tylko wiatr i ani żywej duszy. Nie ma nawet kogo zapytać o straszące tu duchy, o wyorywane z ziemi skorupy naczyń ceramicznych, glinanych, gorty strzał, pordzewiałe miecze.
Z Podzamczyska jedziemy do Aulakowszczyzny. Nazwa trudna do wymówienia i w swym trzonie zupełnie nie słowiańska, nie biorąc pod uwagę przyrostka “owszczyzna”. O ile dobrze pamiętam Piotr Aulak - osocznik lub myśliwiec otrzymał tę wieś jako nadanie za wierną służbę królowi w bodaj 1601 roku. Ale nie był tu pierwszym osadnikiem. Tajemnicze grodzisko tuż za wsią powstało już w XII wieku, a kto wie może i wcześniej. Zupełnie niewidoczne z asfaltowej drogi do Korycina. Pytamy we wsi starszą kobietę zamiatającą ulicę przed domem o stare grodzisko. Uśmiechnięta, życzliwa odpowiada nam, że sama o nim wie niewiele, ale jej syn może nam co nieco o zamku opowiedzieć. Ona nie jest stąd, jej teściowa też nie była stąd, ale coś o zamku wiedziała. Syn do nas nie wyjdzie, ale starsza pani po krótkiej z nim rozmowie, kiedy to rzuciła miotłę i poszła do drewnianego domku, by po chwili wrócić, wskaże nam dokładnie drogę. Zapyta jeszcze przyglądającego się nam obojętnie sąsiada czy nie wie czegoś o zamku, bo kiedyś coś tam o nim czytał w jakiejś książce. Ten odeśle nas do gminy w sprawie książki o zamku, a tymczasem wskaże żółty znak tuż za wsią, za nim wzgórze, na którym pole orze traktorem jakiś człowiek, mogący podobno opowiedzieć nam coś o grodzisku. Życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, dojeżdżamy do znaku informującego o zakręcie, zatrzymujemy samochód, na wierzchołku wzgórza przystaje traktor, w którego kabinie widnieje niewyraźna męska sylwetka. Uzbrojeni w aparaty wspinamy się pod górę. Podchodzimy do traktorzysty, który przygląda nam się z zaciekawieniem. Pytamy o grodzisko. Z początku nieco podejrzliwie około 40-letni mężczyzna zeskakując z maszyny pyta nas czy jesteśmy od konserwatora zabytków. Naszym zapewnieniom, że nie nie daje wiary, ale chętnie zaczyna snuć opowieść o zamku i prowadzi nas do niego.
- Tu przed wami, tam w dole, gdzie rosną te wierzby, to jest grodzisko.
Jego kontury przez stulecia znacznie się zatarły, ale można dostrzec sztucznie usypane niewysokie wzniesienie.
- Tam kiedyś ludzie wybierali glinę i jak kopali, to wykopywali poczerniałe, spalone drągi. Połowa grodziska jest moja, a połowa wójta.
Stajemy na szczycie wzniesienia, od strony południowej przylegającego do stoku wysokiego wzgórza, na którym pole ma nasz przewodnik. Nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego grodzisko nie zostało wzniesione na samym szczycie. A może to było podgrodzie? Choć z tego, co mówi gospodarz wynika, że podgrodzie musiało być jeszcze niżej, tam gdzie jest łąka, na której orząc odkrywał kolejne spalone bale.
Ze wzgórza roztacza się przepiekny widok na radosne pagórki z budzącą się do życią roślinnością - sosnowe zagajniki, wierzby rosnące tuż przy rzece - Kumiałce, drewniane przytulne zabudowania wioski.
- Dziadek mówił, że tu straszy w nocy.
- A pan widział ducha?
- Ja nie, ale nigdy w nocy tu nie przychodziłem - śmieje się - A może dziadek nie chciał po prostu, by wnuki same tu chodziły.
W międzyczasie na szczycie wzgórza pojawia się drugi traktor.
- To ojciec przyjechał, zobaczył, że mój traktor stoi i zaniepokoił się.
Zrobiwszy mnóstwo zdjęć, wdrapujemy się na szczyt wzgórza. Witamy się z przybyłem tatą naszego przewodnika, który to jeszcze raz upewniwszy się czy, aby na pewno nie jesteśmy z jakiegoś urzędu, nabrał do nas zaufania.
Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z mężczyznami o możliwości wykorzystania tak drogocennego skarbu na własnym polu, trochę o historii samego grodziska, a później już tylko słuchamy o rosyjskim generale, który zginął we wsi w 1944 r., którego ciało ekshumowano w latach 50-tych i wywieziono do ZSRR, o cmentarzysku cholerycznym na polu po drugiej stronie drogi do Korycina, o katiuszach, który stały we wsi i w 1944 r. ostrzeliwały Kamionkę, w której okopali się Niemcy, o pradziadku, który opowiadał albo nawet brał udział w powstaniu listopadowym(choć chyba raczej powinno to być powstanie styczniowe).
Rozmowa z synem i ojcem to prawdziwa przyjemność, są istną skarbnicą wiedzy. Prości, dobrzy ludzie, o łagodnych uśmiechach i spokojnych spojrzeniach.
Czas nas jednak nagli (sobota przed Wielką Nocą), tu także życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt i wyruszamy w dalszą podróż…
CDN…
Zdjęcia z wyprawy opublikowalem w tym oto poscie.
sobota, 22 marca 2008
Wielkanoc
I znowu nie wyszło tak, jak sobie wcześniej postanowiłem. Post miał być czasem zadumy, refleksji i wyciszenia, a po raz kolejny moje plany spaliły na panewce. W ubiegłym roku udało mi się chociaż zdobyć płytę "O duszo wszelka" (tak zdobyć, ponieważ kupienie tej płyty w Białymstoku okazało się sprawą wcale nie taką prostą) ze staropolskimi pieśniami wielkopostnymi z okresu - o ile się nie mylę - późnego średniowiecza i renesansu i słuchać jej wielokrotnie. Muzyka zawarta na płycie w rzeczy samej sprzyja wyciszeniu i refleksji. W tym roku wysłuchałem jej po raz ostatni około miesiąca temu, a w Wielkim Tygodniu nie znalazłem na nią czasu. Miałem także zamiar wydrukować z Internetu i przeczytać rekolekcje wielkopostne ojca Aleksandra Mienia, ale znowuż zamysł pozostał jedynie w sferze niezrealizowanych planów. Szkoda. Tym razem chyba nie warto nawet szukać usprawiedliwienia w nadmiarze obowiązków, w tym akurat przypadku usprawiedliwiłbym siebie brakiem odpowiedniego nastroju niezbędnego do czytania głębokich i mądrych słów tego rosyjskiego prawosławnego duchownego zamordowanego w 1990 r.
W przyszłym roku będzie lepiej.
Z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę znanym oraz nieznanym Czytelnikom mego bloga, a także sobie Niegasnącej Nadziei, Wiary w Drugiego Człowieka, Niewyczerpanych pokładów Dobra, Prawdziwej Radości, Pokoju Duszy, umiejętności obdarzania Zaufaniem spotykanych na naszej drodze ludzi, którzy tego Zaufania nie zawiodą, Życzliwości wobec innych i ze strony innych, a to wszystko nie tylko na czas Świąt, ale na każdy dzień.
W przyszłym roku będzie lepiej.
Z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę znanym oraz nieznanym Czytelnikom mego bloga, a także sobie Niegasnącej Nadziei, Wiary w Drugiego Człowieka, Niewyczerpanych pokładów Dobra, Prawdziwej Radości, Pokoju Duszy, umiejętności obdarzania Zaufaniem spotykanych na naszej drodze ludzi, którzy tego Zaufania nie zawiodą, Życzliwości wobec innych i ze strony innych, a to wszystko nie tylko na czas Świąt, ale na każdy dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...
-
Leniwe, zimowe, niedzielne popołudnie, blade słońce świecące prosto w oczy, pola przykryte cienką już warstwą śniegu, a do tego sącząca się ...