Swobodnie i lekko przemieszczałem się
z południa na północ,
wśród wzgórz soczyście zielonych,
w jasnej przestrzeni,
a od wschodu towarzyszył mi strumyk,
stający się z wolna strumieniem.
Zielone pagórki siegające po horyzont
w łagodnym świetle,
którego źródła nie mogłem odszukać.
Meandrująca droga
A strumień przemieniał się w rzekę
zrównując się z drogą;
aż łagodnie szemrząca krystaliczna woda
przelewać się poczęła na jej powierzchnię.
I wtedy poczułem lęk
Mimo, że przezroczysta wartka już rzeka
była płytka na tyle,
że bez trudu mogłem ją pokonać.
Nieco dalej rzeka stawała się szersza,
jej prąd rwący, i brzeg coraz wyraźniej zaznaczał,
Przemieszczałem się mając już wodę po kolana,
gdy przede mną wyrosła okazała góra z wydrążonym w niej ciemnym tunelem.
Do pionowego zbocza góry
przytulony drewniany dom z dużymi oknami;
w ogrodzie wysokie malwy,
a wśród nich spacerująca kobieta
o łagodnym spojrzeniu
A po przeciwnej stronie - na wyższym już brzegu - mężczyzna wpatrujący się w rzekę
oparty o rower
odwraca głowę i mówi do mnie:
- Nie bój się, w tym tunelu wody jest tylko na dziewięć kostek
zdjęcia - okolice Korycina, Czarnegostoku, woj. podlaskie
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja wiara. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 stycznia 2024
Rzeka
Etykiety:
Anioł Stróż,
Bóg,
chrześcijańska poezja,
droga,
Duch Święty,
duchowość,
miłość,
moja wiara,
nadzieja,
opieka,
poezja,
sen,
strumień,
wiara,
wiersz biały,
wiersze,
woda życia
piątek, 2 września 2011
Bardejów - 18, 25 i 30, sierpień 2011 r.
Bardejów jak zwykle spokojny, słoneczny, gotycko - renesansowy, gotycko - renesansowe kamieniczki w rynku, klasycystyczne, z elementami barkowymi, gotycki ratusz i bazylika pod wezwaniem św. Idziego, dawny kościół franciszkanów, zachowana synagoga, pozostałości murów obronnych i baszty swoim klimatem przypominające nieco Tallin. Jarmark w dniach 25 - 28 sierpnia. Udało nam się dotrzeć 25 sierpnia, w dniu otwarcia, które swoją obecnością zaszczycił prezydent Słowacji - Iwan Gasparwoicz. Tłumy ludzi na rynku, zgromadzonych tuż pod sceną przed ratuszem. Stragany ciągnące się od starówki aż do nowych dzielnic miasta, wypełniające szczelnie każdą uliczkę, każdy zaułek. Cukrowa wata, burciak (czyt. burcziak), jedzenie typowo fastfoodowe i tradycyjne słowackie potrawy, swetry, koszule, zabawki, biżuteria, słodycze, ciasta, wyroby rękodzielnicze, chodniki do łazienek, kurtki, spodnie, foteliki dziecięce do samochodów, książki, dewocjonalia. Jarmarku o takiej skali, o takim rozmachu, nie zdarzyło mi się jeszcze dotąd widzieć. Jedna z ulic, biegnąca wzdłuż starówki została zamieniona w jedno wielkie wesołe miasteczko z karuzelami, domami i zamkami strachu, kolejkami i innymi wymysłami, które za czasów mojego dzieciństwa nikomu się nawet nie śniły. Przekrój wiekowy od lat kilku do lat około dziewięcdziesięciu, roześmiane dzieci i staruszki w chustkach związanych na głowie, oraz staruszkowie podpierajacy się laskami. Różne typy urody - słowiańskie jasne włosy, jasna karnacja, niebieskie oczy, włosy kruczoczarne i śniada karnacja, albo ciemny blond i oliwkowa karnacja, typowo madziarska uroda, oraz Romowie - kilkuosobwe orkiestry w ogródkach, i całe rodziny przemykajace między straganami - młode matki i ojcowie z kilkorgiem dzieci. Szum, gwar, feerie barw i burzowe chmury nad miastem, skwar, duszno, zapach smażonych, grillowanych, gotowanych potraw. Mundury policjantów, głośna rzężąca muzyka, niby paneuropejska, dyskotekowa łupanka, sentymentalnie kiczowaty głos wokalistki, przyprawiony ostrym bitem, przeznaczony do mechanicznego gibania się w tył i przód w mrocznych klubach, zagłuszający cygańskie kapele z harmoniami i skrzypcami. Podpłomyki z Nitry pieczone w piecach na oczach kupujących i oglądających. Łagodna, spokojna Słowaczka z uśmiechem upewnia się czy na pewno nam smakowały.
Do Bardejowa wracamy tuż po zakończeniu jarmarku - 30 sierpnia. Na rynku sterczy jeszcze nierozebrana scena, w ogródkach ubyło stolików, tylko przy dwóch siedzą ledwie cztery osoby, ktoś przemyka w stronę katedry, ławki w większości puste, urokliwie pusto i cicho. Bazylika zamknięta, szczupła, uprzejma bardejowianka w średnim wieku informuje nas, że msza dziś odbywa się w dawnym kościele franciszkanów - gotyckiej świątyni na obrzeżach starówki, otynkowanej na szaro - ewidentna spuścizna czasów komunistycznych; wnętrze natomiast oszałamiająco zjawiskowe - gotycko - barokowe; i tłum wiernych, zgromadzonych na wieczornej mszy wtorkowej. I po raz kolejny w czasie tej podróży po Słowacji poczucie prawdziwej wspólnoty, rozumiem każde słowo kapłana i modlących się; bijąca od zgromadzonych szczera pokora, łagodność i spokój. Nawet przekazywanie sobie znaku pokoju przez podanie ręki, wywołuje niekłamany uśmiech na twarzach ściskajacych sobie dłonie.
Po raz pierwszy od kilku lat przystępuję do komunii.
Godzina 19.02, pożegnanie z Bardejowem i ze Słowacją. W bursztynowych, łagodnych promieniach zachodzącego słońca odjeżdżamy do Polski, po 45 minutach będziemy w Krynicy Zdroju.
Do Bardejowa wracamy tuż po zakończeniu jarmarku - 30 sierpnia. Na rynku sterczy jeszcze nierozebrana scena, w ogródkach ubyło stolików, tylko przy dwóch siedzą ledwie cztery osoby, ktoś przemyka w stronę katedry, ławki w większości puste, urokliwie pusto i cicho. Bazylika zamknięta, szczupła, uprzejma bardejowianka w średnim wieku informuje nas, że msza dziś odbywa się w dawnym kościele franciszkanów - gotyckiej świątyni na obrzeżach starówki, otynkowanej na szaro - ewidentna spuścizna czasów komunistycznych; wnętrze natomiast oszałamiająco zjawiskowe - gotycko - barokowe; i tłum wiernych, zgromadzonych na wieczornej mszy wtorkowej. I po raz kolejny w czasie tej podróży po Słowacji poczucie prawdziwej wspólnoty, rozumiem każde słowo kapłana i modlących się; bijąca od zgromadzonych szczera pokora, łagodność i spokój. Nawet przekazywanie sobie znaku pokoju przez podanie ręki, wywołuje niekłamany uśmiech na twarzach ściskajacych sobie dłonie.
Po raz pierwszy od kilku lat przystępuję do komunii.
Godzina 19.02, pożegnanie z Bardejowem i ze Słowacją. W bursztynowych, łagodnych promieniach zachodzącego słońca odjeżdżamy do Polski, po 45 minutach będziemy w Krynicy Zdroju.
sobota, 10 kwietnia 2010
"Śpieszmy się kochać ludzi"
Ile tragedii jest w stanie znieść naród? Czasem zastanawiamy się nad tym, co nas łączy poza językiem, ale i to przecież takie oczywiste nie jest. I znowu po 5 latach wracamy do debat o tym, jak wspaniale potrafimy się jednoczyć w obliczu wielkich tragedii. Pod Kancelarią Prezydenta RP spontanicznie gromadzą się tłumy. Wschód jak zwykle jest bardziej bierny. I po raz kolejny rozbrzmiewają apele o jedność, o opamiętanie się, o porozumienie. Sceptycy natomiast już wieszczą, że to tylko chwilowe uniesienie, zbiorowa histeria, taka sama, jak po śmierci Papieża.
Odeszli dziś ludzie, którzy bez wątpienia stanowili ważną część niewielkiej polskiej elity.
Prezydent RP - Lech Kaczyński, opozycjonista, solidarnościowy ekspert od prawa pracy; polityk, którego jeszcze do niedawna atakowano w niewyobrażalny i bezpardonowy sposób. To jednak nie czas i miejsce, by do ludzkiej słabości i małości dziś wracać. Chciałoby się wierzyć, że każdy ma prawo do zrozumienia swego błędu, żalu, skruchy i nawrócenia. To czas dla tych, którzy nie zdążyli pokochać, tak zwyczajnie, czysto po ludzku. Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć słów księdza Twardowskiego: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Ta tragedia to między innymi czas dla tych, którzy się nie śpieszyli i głęboko wierzę
w to, że zdążą teraz. Zdążą pokochać i zdolają zrozumieć swoją małostkowość.
Janusz Kochanowski - Rzecznik Praw Obywatelskich, znakomity prawnik, prawnik z powłania, jakże inny od tych, których zdarza nam się tak często spotykać na co dzień, prawnik rozumiejący i wskazujący nam, że prawo jest po to, by służyć ludziom, przede wszystkim tym najmniejszym, by ich chronić.
Władysław Stasiak - Szef Kancelarii Prezydenta RP. Pod maską chłodnego urzędnika państwowego, niedoskonale skrywajacy zwyklą życzliwość i uczciwość.
Nie sposób Wszystkich wymienić. Dzielenie ofiar wedle barw politycznych nie ma najmniejszego sensu. Wszystkim bez wątpienia należy się cześć i szacunek.
I znowu pozostaje kwestia wniosków, jakie z tej tragtedii wyciągniemy. Rzecz przecież nie w tym, by ustały spory polityczne. To jednak, co obserwowaliśmy w ostatnich latach było nie do zniesienia. Natężenie agresji, brutalności, cynizmu, braku jakichkolwiek reguł, wolt niemiłosiernych, brak kultury politycznej, osobistej, lojalności i życzliwości, skrajna nieufność, na niespotykaną wręcz skalę.
To chyba najwyższy czas, by się opamiętać. Nie na pokaz, nie na czas tragedii, nie na czas żałoby, nie kierując się emocjami, szczerą potrzebą chwili. Ale tak naprawdę, ze zrozumieniem, bez kalkulacji, by uczynić także nasze codzienne życie bardziej ludzkim, bo przecież nasze życie publiczne jest wiernym odbiciem naszych relacji codziennych.
W takich chwilach dziękuję Bogu za dar łaski wiary, choćby nawet bardzo ułomnej, niepewnej i tak często wahającej się.
I dziękuję Bogu za takich Przyjaciół, jak pewna Białorusinka, która dziś rano wysłała mi smsa następującej treści: "Usłyszałam wiadomość o samolocie i Katyniu. Nie mogłam powstrzymać łez. Jak wielki koszmar. Jak wielki smutek".
Odeszli dziś ludzie, którzy bez wątpienia stanowili ważną część niewielkiej polskiej elity.
Prezydent RP - Lech Kaczyński, opozycjonista, solidarnościowy ekspert od prawa pracy; polityk, którego jeszcze do niedawna atakowano w niewyobrażalny i bezpardonowy sposób. To jednak nie czas i miejsce, by do ludzkiej słabości i małości dziś wracać. Chciałoby się wierzyć, że każdy ma prawo do zrozumienia swego błędu, żalu, skruchy i nawrócenia. To czas dla tych, którzy nie zdążyli pokochać, tak zwyczajnie, czysto po ludzku. Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć słów księdza Twardowskiego: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Ta tragedia to między innymi czas dla tych, którzy się nie śpieszyli i głęboko wierzę
w to, że zdążą teraz. Zdążą pokochać i zdolają zrozumieć swoją małostkowość.
Janusz Kochanowski - Rzecznik Praw Obywatelskich, znakomity prawnik, prawnik z powłania, jakże inny od tych, których zdarza nam się tak często spotykać na co dzień, prawnik rozumiejący i wskazujący nam, że prawo jest po to, by służyć ludziom, przede wszystkim tym najmniejszym, by ich chronić.
Władysław Stasiak - Szef Kancelarii Prezydenta RP. Pod maską chłodnego urzędnika państwowego, niedoskonale skrywajacy zwyklą życzliwość i uczciwość.
Nie sposób Wszystkich wymienić. Dzielenie ofiar wedle barw politycznych nie ma najmniejszego sensu. Wszystkim bez wątpienia należy się cześć i szacunek.
I znowu pozostaje kwestia wniosków, jakie z tej tragtedii wyciągniemy. Rzecz przecież nie w tym, by ustały spory polityczne. To jednak, co obserwowaliśmy w ostatnich latach było nie do zniesienia. Natężenie agresji, brutalności, cynizmu, braku jakichkolwiek reguł, wolt niemiłosiernych, brak kultury politycznej, osobistej, lojalności i życzliwości, skrajna nieufność, na niespotykaną wręcz skalę.
To chyba najwyższy czas, by się opamiętać. Nie na pokaz, nie na czas tragedii, nie na czas żałoby, nie kierując się emocjami, szczerą potrzebą chwili. Ale tak naprawdę, ze zrozumieniem, bez kalkulacji, by uczynić także nasze codzienne życie bardziej ludzkim, bo przecież nasze życie publiczne jest wiernym odbiciem naszych relacji codziennych.
W takich chwilach dziękuję Bogu za dar łaski wiary, choćby nawet bardzo ułomnej, niepewnej i tak często wahającej się.
I dziękuję Bogu za takich Przyjaciół, jak pewna Białorusinka, która dziś rano wysłała mi smsa następującej treści: "Usłyszałam wiadomość o samolocie i Katyniu. Nie mogłam powstrzymać łez. Jak wielki koszmar. Jak wielki smutek".
piątek, 16 października 2009
Cud
Kiedyś wracając z Wilna samochodem, wieczorem, kiedy zaczynało już zmierzchać, a wziąwszy pod uwagę, że jechałem przez puszczę, w której zmrok zapada dużo szybciej, złapałem - jako że zbliżałem się do miasta - czy to Dwójkę czy Radio Euro - i trafiłem na dyskusję dwóch filozofów na temat kościoła katolickiego. Jeden z nich - nazwiska niestety nie znam - wypowiedział takie oto słowa: "Kościół bez wątpienia jest dumny z Chrystusa, natomiast wątpliwe by Chrystus był dumny z kościoła." Z jednej strony kościół Jana Pawła II, kościół franciszkanów, Tischnera, dominaknów, Bonieckiego, a z drugiej ten realny, najbliższy, codzienny. I cóż z tego, że kościół jest jeden, że nie ma podziałów na kościół Jana Pawła II i kościół codzienny. Braki w wierze zawsze można tłumaczyć i usprawiedliwiać niedoskonałością samego kościoła i czynić je najważniejszą przyczyną oddalenia się od Boga. W "moim kościele", który spotykałem na co dzień nigdy nie odnalazłem pokory i z trudem odnajdywałem miłość, i tym sobie tłumaczyłem mój codzienny brak Boga. Ale do tego niedoskonałego kościoła, kościoła spraw małych i nierzadko zwyczajnie po ludzku nikczemnych i podłych, można nauczyć się dystansu. Bóg objawia się mimo lub wbrew niemu.
Nie wiem czy to, co wydarzyło się w Sokółce jest cudem eucharystycznym, materiał dowodowy - jeśli mozna tak go nazwać - trafił do Watykanu. Kościół w podobnych sprawach jest wyjątkowo ostrożny. I całe szczęście. Kościół pod przewodnictwem kardynała Ratzingera nie pozwoli sobie na nazwanie cudem czegoś, co nim być nie może. Mam głębokie przekonanie, że to ostateczne rozstrzygnięcie stanie się pewne i prawdziwe.
Pewien dominikanin stwierdził, że cuda eucharystyczne zdarzają się, kiedy ludzie zaczynają wątpić. Czasem odnoszę wrażenie, że Bóg mi nie pozwala o sobie zapomnieć. Ostatnimi czasy często ciągnęło mnie w okolice Sokółki, które jeszcze nie tak dawno nie należały do moich ulubionych miejsc. Czy gdyby się miało okazać, że cud domniemany jest cudem rzeczywistym, to byłby to znak od Boga czy tylko zbieg przypadków?
Nie wiem czy to, co wydarzyło się w Sokółce jest cudem eucharystycznym, materiał dowodowy - jeśli mozna tak go nazwać - trafił do Watykanu. Kościół w podobnych sprawach jest wyjątkowo ostrożny. I całe szczęście. Kościół pod przewodnictwem kardynała Ratzingera nie pozwoli sobie na nazwanie cudem czegoś, co nim być nie może. Mam głębokie przekonanie, że to ostateczne rozstrzygnięcie stanie się pewne i prawdziwe.
Pewien dominikanin stwierdził, że cuda eucharystyczne zdarzają się, kiedy ludzie zaczynają wątpić. Czasem odnoszę wrażenie, że Bóg mi nie pozwala o sobie zapomnieć. Ostatnimi czasy często ciągnęło mnie w okolice Sokółki, które jeszcze nie tak dawno nie należały do moich ulubionych miejsc. Czy gdyby się miało okazać, że cud domniemany jest cudem rzeczywistym, to byłby to znak od Boga czy tylko zbieg przypadków?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...




