Pierwsze rekolekcje po niemal kilkunastoletniej przerwie i od razu niemałe rozczarowanie. Nie chcę przez to powiedzieć, że moja wiara osłabła, że znowu postanowiłem obrazić się na Kościół cały, że uszła ze mnie energia, ale chyba coraz lepiej zaczynam rozumieć fenomen polskiego, przaśnego antyklerykalizmu, a tym samym też polityków pokroju Janusza Palikota, którzy unoszą się na koniunkturalnej fali, zawsze z wiatrem.
Niedziela kończąca trzydniowe rekolekcje, które powinny być czasem absolutnie szczególnym, sprzyjającym zajrzeniu w głąb siebie samego, przynajmniej w założeniu, czasem refleksji nad sobą, nad światem, zwolnienia, zatrzymania się, wyciszenia. Mądry rekolekcjonista powinien wnieść coś nowego, świeżego i pozytywnego do naszego życia, nowe spojrzenie na znane nam często nader powierzchownie zagadnienia, których sami zgłębiać nie mamy czasu, albo brakuje nam odpowiedniej wiedzy i przygotowania. Ale gdy słyszę wygłaszane z charyzmą, niestety właśnie z charyzmą, w sposób przekonujący i barwny, opowieści o tym, że stan naszych finansów rodzinnych, prywatnych zależy od tego, czy rzucam na tacę i ile rzucam, to zastanawiam się, czym taka mało finezyjna propaganda różni się od manipulacji politycznej. Wszak to podobne metody i poniekąd intencje. A przecież istnieje niemała grupa ludzi, którzy każde słowo księdza biorą za dobrą monetę, bo wiadomo księdzu szacunek się należy, i krytykować książąt Kościoła nie można, co zresztą też na samym początku rekolekcjonista podkreślił! Mechanizm jest prosty, najpierw zamykamy usta potencjalnym krytykom, którzy mogliby się sprzeciwić takiej interpretacji - no właśnie czego - Słowa Bożego (konia z rzędem temu, kto znajdzie w Biblii passus mówiący o tym, że nasza sytuacja materialna, majątkowa, finansowa zależy od tego, czy i ile rzucimy na tacę). Owszem Biblia mówi o jałmużnie, ale czym innym jest dobrowolne obdarowywanie potrzebujących i ubogich, a czym innym zbieranie za pośrednictwem rekolekcji środków pieniężnych na potrzeby rodzimej parafii rekolekcjonisty. A gdy dodać jeszcze do tego dąsy, fumy i krzywienie się proboszcza, podsumowującego nie tak dawno kolędę w parafii i z oburzeniem konstatującego, że są też tacy, którzy mają czelność i tupet rzucać na tacę po kilkadziesiąt groszy, to zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno część duchownych nie odkleiła się za bardzo od rzeczywistości, i czy to na pewno jest jeszcze Kościół, którego drogą ma być człowiek?
Kościół liczący publicznie swoje pieniądze, zawsze tracił. Wielu to zgorszy, ale w Kościele pozostaną, bo rozumieją, że ksiądz jest jedynie narzędziem w rękach Boga, a poza tym takimi samymi grzesznikami, jak wszyscy świeccy parafianie, ale idę o zakład, że jest i wcale nie tak nieliczna grupa osób, która za sprawą podobnych poczynań od Kościoła odejdzie, pozostanie na uboczu, albo będą tworzyć może i większość z owych 95 % polskich katolików, którzy albo nie wierzą, ale praktykują, albo wierzą, ale nie praktykują.
Warto jeszcze raz zaznaczyć, ze jałmużna jest czymś pożądanym i koniecznym, ze wszech miar chwalebnym, ale snucie opowieści o tym, że nasza sytuacja finansowa zależy od tego, czy rzucam i ile rzucam na tacę, jest jedynie niezbyt wysokich lotów manipulacją, żerowaniem na łatwowierności, dobrej woli i prostocie wielu parafian, nadużywaniem ich dobroci.
Przypomniało mi to zdarzenie też opowieść pewnego duchownego z pewnej parafii na południowym Podlasiu, który bez żadnego skrępowania opowiadał kilkunastoosobowej grupie gości o tym, jak to trudno mu konkurować z innymi konfesjami, jakie pojawiły się w ostatnich latach w okolicy, bo te wiernych przekupują lekarstwami, używanymi ubraniami rozdawanymi bezpłatnie, a on musi swoje owieczki straszyć chorobami zakaźnymi, w tym AIDS, którego mogą się nabawić przywdziewając owe ciuchy z darów, i podsumowując to następującymi słowami: "Bzdury, oczywiście, że bzdury opowiadam!"
Wydaje się jednak, że przydałoby się Kościołowi katolickiemu, jako całości, mówię tu też o sobie samym, więcej pokory i mniej cynizmu, a do tego umiejętności i chęci postrzegania duchownych przez siebie samych bardziej jak sług niż książąt Kościoła.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół katolicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół katolicki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
piątek, 16 października 2009
Cud
Kiedyś wracając z Wilna samochodem, wieczorem, kiedy zaczynało już zmierzchać, a wziąwszy pod uwagę, że jechałem przez puszczę, w której zmrok zapada dużo szybciej, złapałem - jako że zbliżałem się do miasta - czy to Dwójkę czy Radio Euro - i trafiłem na dyskusję dwóch filozofów na temat kościoła katolickiego. Jeden z nich - nazwiska niestety nie znam - wypowiedział takie oto słowa: "Kościół bez wątpienia jest dumny z Chrystusa, natomiast wątpliwe by Chrystus był dumny z kościoła." Z jednej strony kościół Jana Pawła II, kościół franciszkanów, Tischnera, dominaknów, Bonieckiego, a z drugiej ten realny, najbliższy, codzienny. I cóż z tego, że kościół jest jeden, że nie ma podziałów na kościół Jana Pawła II i kościół codzienny. Braki w wierze zawsze można tłumaczyć i usprawiedliwiać niedoskonałością samego kościoła i czynić je najważniejszą przyczyną oddalenia się od Boga. W "moim kościele", który spotykałem na co dzień nigdy nie odnalazłem pokory i z trudem odnajdywałem miłość, i tym sobie tłumaczyłem mój codzienny brak Boga. Ale do tego niedoskonałego kościoła, kościoła spraw małych i nierzadko zwyczajnie po ludzku nikczemnych i podłych, można nauczyć się dystansu. Bóg objawia się mimo lub wbrew niemu.
Nie wiem czy to, co wydarzyło się w Sokółce jest cudem eucharystycznym, materiał dowodowy - jeśli mozna tak go nazwać - trafił do Watykanu. Kościół w podobnych sprawach jest wyjątkowo ostrożny. I całe szczęście. Kościół pod przewodnictwem kardynała Ratzingera nie pozwoli sobie na nazwanie cudem czegoś, co nim być nie może. Mam głębokie przekonanie, że to ostateczne rozstrzygnięcie stanie się pewne i prawdziwe.
Pewien dominikanin stwierdził, że cuda eucharystyczne zdarzają się, kiedy ludzie zaczynają wątpić. Czasem odnoszę wrażenie, że Bóg mi nie pozwala o sobie zapomnieć. Ostatnimi czasy często ciągnęło mnie w okolice Sokółki, które jeszcze nie tak dawno nie należały do moich ulubionych miejsc. Czy gdyby się miało okazać, że cud domniemany jest cudem rzeczywistym, to byłby to znak od Boga czy tylko zbieg przypadków?
Nie wiem czy to, co wydarzyło się w Sokółce jest cudem eucharystycznym, materiał dowodowy - jeśli mozna tak go nazwać - trafił do Watykanu. Kościół w podobnych sprawach jest wyjątkowo ostrożny. I całe szczęście. Kościół pod przewodnictwem kardynała Ratzingera nie pozwoli sobie na nazwanie cudem czegoś, co nim być nie może. Mam głębokie przekonanie, że to ostateczne rozstrzygnięcie stanie się pewne i prawdziwe.
Pewien dominikanin stwierdził, że cuda eucharystyczne zdarzają się, kiedy ludzie zaczynają wątpić. Czasem odnoszę wrażenie, że Bóg mi nie pozwala o sobie zapomnieć. Ostatnimi czasy często ciągnęło mnie w okolice Sokółki, które jeszcze nie tak dawno nie należały do moich ulubionych miejsc. Czy gdyby się miało okazać, że cud domniemany jest cudem rzeczywistym, to byłby to znak od Boga czy tylko zbieg przypadków?
sobota, 31 maja 2008
Umiejętność bycia sługą
Godzina 6.30, dzień powszedni, chłodny acz słoneczny wiosenny poranek, bujna już zieleń wokół, i kościół na jednym z najstarszych białostockich osiedli do którego nie przyszedłem bezinteresownie. Nie jestem osobą zanadto religijną, choć czasem odczuwam głęboką potrzebę wspólnoty z ludźmi zgromadzonymi w kościele. Tym razem było inaczej, potrzebny był mi podpis księdza na pewnej karteczce a w tym celu musiałem przystąpić po latach do spowiedzi.
Msze w rzeczonym kościele odbywają się wciąż w części podziemnej, góra jest już niemal z zewnątrz wykończona, ale jeszcze nie oddana do użytku. Siedzę w ławce, w bocznej nawie, w nawie głównej modlą się na głos głównie starsi ludzie, skromnie ubrani, jedni z pokorą wymalowaną na twarzach, smutkiem albo cierpieniem, dostrzegam tylko kilka twarzy naznaczonych grymasem złości, z których trudno wyczytać coś pozytywnego, ale nie oceniam. Wraz z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi łatwe ocenianie, a nawet samo ocenianie, bez znaczenia czy łatwe czy trudne.
Msza ma się rozpocząć o 7, od 6.30 do 7 wierni modlą się sami. Z ławki w nawie bocznej, w której siedzę mam widok na drzwi wejściowe. Między ławką a drzwiami usiadł ksiądz, prawdopodobnie proboszcz, będzie przyjmował zapisy w określonych intencjach i ofiary. Schodzi się coraz więcej osób, głównie ludzie starsi, ale też w średnim wieku, ci ostatni mając wolną chwilę przed rozpoczęciem pracy, chcą najwyraźniej rozpocząć dzień od modlitwy, a może także potrzebują poczucia wspólnoty. Wszak to poczucie daje czasem niejasne odczucie szczęścia, którego na co dzień mogą nie mieć w domu, albo jest to zupełnie inny rodzaj szczęścia, którego nawet w dobrym życiu, w kochającej się rodzinie, zaznać nie sposób.
W pewnym momencie do kościoła wchodzi kobieta w średnim wieku, korpulentna, w zupełnie niemodnych okularach o grubych szkłach, skromnie i staroświecko ubrana. Kieruje się w stronę nawy głównej, ale wytężając wzrok spostrzega siedzącego przy stoliku proboszcza, cofa sie kilka kroków, zbliża się do stolika, wymusza uśmiech i macha księdzu ręką, chcę by ją zauważył, ten z początku jej nie dostrzega, dopiero gdy kobieta nie odpuszcza, kiwa jej oschle głową patrząc w zupełnie inną stronę. Było w tym zdarzeniu coś irytującego i zabawnego zarazem. Wiernopoddańczy stosunek do księży jest dość powszechną cechą w środowiskach osób blisko związanych z kościołem, zwłaszcza chyba we wschodniej Polsce.
Z czasem jednak irytacja i rozbawienie, które mnie ogarnęły, zaczęły ustępować. Mimowolnie w czasie mszy kilka razy spojrzałem w stronę owej kobiety. Zauważyłem, że nie była zatopiona w głębokiej modlitwie, i choć wykonywała wszystkie przepisane gesty w czasie mszy, to jej myśli wydawały się gdzieś błądzić. Siedziała sama w długiej ławce, nieoczekiwanie kilka razy wybuchała cichym, dławionym śmiechem, wzrok miała wbity w ziemię. Wszelkie czynności w czasie liturgii wykonywała mechanicznie, zupełnie nieświadomie, jakby była nieobecna duchem, a jedynie ciałem.
Przez ponad dwa lata zdarzyło mi się pracować z ludźmi chorymi psychicznie. Wszystkie zachowania tej kobiety zaczęły mi się układać w pewną całość, zaczynałem powoli rozumieć, moje szare komórki zaczęły pracować na pełnych obrotach. Jej nadwaga okazała się tak charakterystyczną dla osób przyjmujących leki psychotropowe przeciw depresji, zaburzeniom schizoafektywnym czy schizofrenii. Te zachowania wydały mi się tak znajome i typowe dla osób dotkniętych tymi właśnie zaburzeniami.
W zupełnie innych barwach dostrzegłem to wydarzenie sprzed ponad dwóch tygodni dopiero dziś podczas wieczornej wycieczki rowerowej. Zbawienny jest jednak czas poświęcony tylko sobie i swoim myślom niekoniecznie o sobie. Dopiero dziś zrozumiałem, jak poważny błąd popełnił ów ksiądz.
Częstokroć jest tak, że ludzie dotknięci zaburzeniami psychicznymi są pozostawieni samym sobie, opuszczają ich rodziny, znajomi, przyjaciele, o prawdziwym szczęściu mogą mówić ci, którzy mają jeszcze kochających rodziców. A nawet, jeśli mają kogoś, kto sie nimi opiekuje, to osoby takie nie są w stanie wypełnić im życia, każdy człowiek oprócz rodziny potrzebuje bliskich, znajomych, przyjaciół, wrogów, kontaktu z drugim człowiekiem w jakiejkolwiek roli ten drugi, by nie występował. Bez tego istota ludzka obumiera.
Nie znam opisywanej kobiety, nie widziałem jej nigdy wcześniej i nigdy później. Jej zachowanie jednak tuż po wejściu do kościoła wskazywałoby na to, że traktuje księdza, jako osobę wyjątkową, jako kogoś kto daje poczucie bezpieczeństwa, a być może zastępuję członka rodziny, osobę bliską. Rzeczą oczywistą jest, że ksiądz takiej roli w rzeczywistości pełnić nie może, bo nie byłby w stanie się z niej wywiązać, chyba że formalnie i realnie podjąłby się opieki. Jednakże znając nadwrażliwość wielu osób chorych psychicznie, wskazanym byłoby, aby ów ksiądz nie reagował tak oschle i lekceważąco na zachowania wiernych, co do których wiernopoddańczych gestów jest zapewne przyzwyczajony.
Sądzę, że w seminariach nie uczy się kleryków psychiatrii, a raczej elementów psychiatrii. Ja mam to "szczęście", że na piątym roku studiów spośród wykładów nieobowiązkowych wybrałem sobie psychiatrię sądową połączoną z praktykami w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy, później jeszcze zdobyłem ponad dwuletnie doświadczenie w pracy z ludźmi chorymi. To wszystko dało mi pewną wrażliwość na rozeznanie potrzeb tych ludzi. Wszyscy którzy wykonują zawody nazwijmy je "wrażliwe społecznie" powinni jednak jakąś wiedzę z zakresu podstaw psychiatrii mieć, choćby po to, by reagować należycie w takich sytuacjach, jak ta opisana powyżej. W innym wypadku ich niewiedza (to jednak dużo lepsze słowo niż "brak wrażliwości", bo ten ostatni bierze się z deficytu wiedzy, a nie jest jakimś zawinionym "brakiem", choć czasem bywa i tak, że jest zawinionym) może skutkować poważnymi konsekwencjami. Pozornie błahe zachowanie może w rezultacie doprowadzić do poczucia bycia odrzuconym przez osobę, która stanowi nieraz "ostatnią deskę ratunku".
Ważnym jest też, by przyszłych księży uczono w seminariach, że ksiądz nie jest żadnym "księciem kościoła", nawet jak się dosłuży orantów biskupich, ale sługą Bożym i człowieczym.
Msze w rzeczonym kościele odbywają się wciąż w części podziemnej, góra jest już niemal z zewnątrz wykończona, ale jeszcze nie oddana do użytku. Siedzę w ławce, w bocznej nawie, w nawie głównej modlą się na głos głównie starsi ludzie, skromnie ubrani, jedni z pokorą wymalowaną na twarzach, smutkiem albo cierpieniem, dostrzegam tylko kilka twarzy naznaczonych grymasem złości, z których trudno wyczytać coś pozytywnego, ale nie oceniam. Wraz z wiekiem coraz trudniej przychodzi mi łatwe ocenianie, a nawet samo ocenianie, bez znaczenia czy łatwe czy trudne.
Msza ma się rozpocząć o 7, od 6.30 do 7 wierni modlą się sami. Z ławki w nawie bocznej, w której siedzę mam widok na drzwi wejściowe. Między ławką a drzwiami usiadł ksiądz, prawdopodobnie proboszcz, będzie przyjmował zapisy w określonych intencjach i ofiary. Schodzi się coraz więcej osób, głównie ludzie starsi, ale też w średnim wieku, ci ostatni mając wolną chwilę przed rozpoczęciem pracy, chcą najwyraźniej rozpocząć dzień od modlitwy, a może także potrzebują poczucia wspólnoty. Wszak to poczucie daje czasem niejasne odczucie szczęścia, którego na co dzień mogą nie mieć w domu, albo jest to zupełnie inny rodzaj szczęścia, którego nawet w dobrym życiu, w kochającej się rodzinie, zaznać nie sposób.
W pewnym momencie do kościoła wchodzi kobieta w średnim wieku, korpulentna, w zupełnie niemodnych okularach o grubych szkłach, skromnie i staroświecko ubrana. Kieruje się w stronę nawy głównej, ale wytężając wzrok spostrzega siedzącego przy stoliku proboszcza, cofa sie kilka kroków, zbliża się do stolika, wymusza uśmiech i macha księdzu ręką, chcę by ją zauważył, ten z początku jej nie dostrzega, dopiero gdy kobieta nie odpuszcza, kiwa jej oschle głową patrząc w zupełnie inną stronę. Było w tym zdarzeniu coś irytującego i zabawnego zarazem. Wiernopoddańczy stosunek do księży jest dość powszechną cechą w środowiskach osób blisko związanych z kościołem, zwłaszcza chyba we wschodniej Polsce.
Z czasem jednak irytacja i rozbawienie, które mnie ogarnęły, zaczęły ustępować. Mimowolnie w czasie mszy kilka razy spojrzałem w stronę owej kobiety. Zauważyłem, że nie była zatopiona w głębokiej modlitwie, i choć wykonywała wszystkie przepisane gesty w czasie mszy, to jej myśli wydawały się gdzieś błądzić. Siedziała sama w długiej ławce, nieoczekiwanie kilka razy wybuchała cichym, dławionym śmiechem, wzrok miała wbity w ziemię. Wszelkie czynności w czasie liturgii wykonywała mechanicznie, zupełnie nieświadomie, jakby była nieobecna duchem, a jedynie ciałem.
Przez ponad dwa lata zdarzyło mi się pracować z ludźmi chorymi psychicznie. Wszystkie zachowania tej kobiety zaczęły mi się układać w pewną całość, zaczynałem powoli rozumieć, moje szare komórki zaczęły pracować na pełnych obrotach. Jej nadwaga okazała się tak charakterystyczną dla osób przyjmujących leki psychotropowe przeciw depresji, zaburzeniom schizoafektywnym czy schizofrenii. Te zachowania wydały mi się tak znajome i typowe dla osób dotkniętych tymi właśnie zaburzeniami.
W zupełnie innych barwach dostrzegłem to wydarzenie sprzed ponad dwóch tygodni dopiero dziś podczas wieczornej wycieczki rowerowej. Zbawienny jest jednak czas poświęcony tylko sobie i swoim myślom niekoniecznie o sobie. Dopiero dziś zrozumiałem, jak poważny błąd popełnił ów ksiądz.
Częstokroć jest tak, że ludzie dotknięci zaburzeniami psychicznymi są pozostawieni samym sobie, opuszczają ich rodziny, znajomi, przyjaciele, o prawdziwym szczęściu mogą mówić ci, którzy mają jeszcze kochających rodziców. A nawet, jeśli mają kogoś, kto sie nimi opiekuje, to osoby takie nie są w stanie wypełnić im życia, każdy człowiek oprócz rodziny potrzebuje bliskich, znajomych, przyjaciół, wrogów, kontaktu z drugim człowiekiem w jakiejkolwiek roli ten drugi, by nie występował. Bez tego istota ludzka obumiera.
Nie znam opisywanej kobiety, nie widziałem jej nigdy wcześniej i nigdy później. Jej zachowanie jednak tuż po wejściu do kościoła wskazywałoby na to, że traktuje księdza, jako osobę wyjątkową, jako kogoś kto daje poczucie bezpieczeństwa, a być może zastępuję członka rodziny, osobę bliską. Rzeczą oczywistą jest, że ksiądz takiej roli w rzeczywistości pełnić nie może, bo nie byłby w stanie się z niej wywiązać, chyba że formalnie i realnie podjąłby się opieki. Jednakże znając nadwrażliwość wielu osób chorych psychicznie, wskazanym byłoby, aby ów ksiądz nie reagował tak oschle i lekceważąco na zachowania wiernych, co do których wiernopoddańczych gestów jest zapewne przyzwyczajony.
Sądzę, że w seminariach nie uczy się kleryków psychiatrii, a raczej elementów psychiatrii. Ja mam to "szczęście", że na piątym roku studiów spośród wykładów nieobowiązkowych wybrałem sobie psychiatrię sądową połączoną z praktykami w szpitalu psychiatrycznym w Choroszczy, później jeszcze zdobyłem ponad dwuletnie doświadczenie w pracy z ludźmi chorymi. To wszystko dało mi pewną wrażliwość na rozeznanie potrzeb tych ludzi. Wszyscy którzy wykonują zawody nazwijmy je "wrażliwe społecznie" powinni jednak jakąś wiedzę z zakresu podstaw psychiatrii mieć, choćby po to, by reagować należycie w takich sytuacjach, jak ta opisana powyżej. W innym wypadku ich niewiedza (to jednak dużo lepsze słowo niż "brak wrażliwości", bo ten ostatni bierze się z deficytu wiedzy, a nie jest jakimś zawinionym "brakiem", choć czasem bywa i tak, że jest zawinionym) może skutkować poważnymi konsekwencjami. Pozornie błahe zachowanie może w rezultacie doprowadzić do poczucia bycia odrzuconym przez osobę, która stanowi nieraz "ostatnią deskę ratunku".
Ważnym jest też, by przyszłych księży uczono w seminariach, że ksiądz nie jest żadnym "księciem kościoła", nawet jak się dosłuży orantów biskupich, ale sługą Bożym i człowieczym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...