Blada, jasna kula słońca z trudem przebijająca się przez chmury, czarne, postrzępione, i ostatnie żółte liście na drzewach wzdłuż szosy. Puszcza urokliwa, jak zresztą o każdej porze roku, mimo że słońce uległo nawale chmur ciężkich, późnojesiennych. Szare, rude, brązowe, czasem żółtawe barwy; falujące pagórki, wzniesienia, wzgórza, rzeczki, strumienie, które zamieniły się w rozlewiska, wyglądają jak spiętrzone zbiorniki wodne, stawy, małe jeziora. Porywisty wiatr, gnący wątłe drzewa w zagajniku przy korycińskim parku, od strony Miłosiernego Jezusa. Cmentarz na wzgórzu, droga w stronę Milewszczyzny, Aulakowszczyzny. Żółtawy neogotyk korycińskiego kościoła z dwiema wieżami, uświęcił dawne miejsce pogańskiego kultu, święte wzgórze ze świętym źródłem. Wiekowy park, jeszcze niedawno zielony, z rozłożystą dziką jabłonią, drewnianymi Chrystusem frasobliwym przy murowanej plebanii, drewniane stacje drogi krzyżowej, zawsze zamknięte i widok zapierający dech w piersiach na północny wschód z malowniczymi zagajnikami, pojedynczymi sadybami, falującymi polami, pastwiskami, łąkami, zalewem. Drzewa gną się smagane wiatrem. Pierwszy przeszywający chłód. Asfaltowa wąska droga wije się między wzgórzami, tak jakby się chciała upodobnić do meandrującej rzeki Kumiałki. Z lewej strony czerwienieje dachówka drewnianego domu przy moście na rzece, będącego zdaje się pozostałością po dawnym młynie. Miejsce zawsze pełne tajemnicy, zawsze puste, ciche, na wysokim brzegu, ze szczytu wzgórza dobrze widoczne. Za rzeką grodzisko. Nie tak dawno przekopane przez archeologów. Podobno ma tu powstać jakaś drewniana rekonstrukcja. Pamiętam gdy było jeszcze porośnięte chaszczami, jakimś zapuszczonym sadem, z żeliwnym niewielkim krzyżem posadowionym nań od drogi, jakby dla uświęcenia tajemniczego miejsca. Teraz jest odsłonięte. Tajemnica gdzieś umknęła, a przynajmniej schowała się lękliwie. Opuszczona kamienna stodoła, okalający ja kamienny mur z wmontowanymi weń kamiennymi żarnami. Miejsce biwakowe dla uczestników spływów kajakowych. Kim byli mieszkańcy grodziska? Jakie były ich losy? Gdzie są ich kości? Czy można zeń wydobyć sczerniałe, popalone drewniane bale, o jakich opowiadał kiedyś rolnik w Aulakowszczyźnie, na polu którego znalazło się średniowieczne grodzisko, 3 km na wschód od Milewszczyzny. Kim byli ich mieszkańcy? Bałtami - Jaćwingami? Słowianami? Kto je niszczył, zdobywał? Krzyżacy? Wikingowie? Kiedy to było? I jedno i drugie położone tuż przy rzeczce Kumiałce, fantastycznie wijącej się między pagórkami, najfantastyczniej wczesną wiosną, gdy topnieją śniegi, i zamienia się niemal w wartki potok, i teraz, gdy rzeczka wezbrała od długotrwałych opadów i przelała się na łąki i pastwiska. Kamienny Chrystus niosący krzyż przy drodze z Szumowa do Romaszkówki. Bielejący w polu na stoku wzgórza drewniany dom z dwuspadowym dachem, oknami wpatrzony na zachód, od szczytu pagórka osłonięty sosnowym zagajnikiem, zawsze radosny, jasny, na otwartej przestrzeni, z widokiem na dolinę Kumiałki i okalające ją wzgórza. Czuć tu zawsze wolność i przestrzeń. Jedyne czego mi w Warszawie brak, to tych właśnie wzgórz, falujących, łagodnych, zielonych, bujną, soczystą wiosenną i letnią zielenią, zalanych słońcem, czasem porośniętych sosnami i brzozami, meandrujących rzeczek i strumieni, tajemniczych grodzisk, dusz ich mieszkańców, drewnianych kapliczek, żeliwnych krzyży na kamiennych postumentach, szczerego uśmiechu ślicznej dziewczyny, o rozpuszczonych, błyszczących brązowych włosach, zbierającej z mamą truskawki na polu gdzieś między Jezierzyskiem a Sitkowem.
Już widać wieże ceglanego kościoła w Janowie, dużo niższe niż korycińskiej świątyni, i urokliwe domki w rynku, odnowione, wymalowane, oszalowane, kwiaciarnia u Jagody, choć z początku przeczytałem kawiarnia, i już w myślach zasiadłem przy oknie w drewnianym brązowym domku, przy filiżance gorącej herbaty z jagodzianką w lukrze albo osypaną cukrem pudrem. Nie tym razem, to tylko kwiaciarnia. Przecinamy wąski pas dawnej Puszczy Nowodworskiej, dalej rozjazd na północ do Majewa Kościelnego, z kościołem wzniesionym z polnych kamieni, i na południe do Trzcianki z kolejnym tajemniczym grodziskiem zdobytym jakieś 1000 lat temu być może przez Wikingów, i już dużo lepiej przebadanym i poznanym przez archeologów, niż grodziska w Milewszczyźnie, Aulakowszczyźnie czy też nieodległym Zamczysku. Dalej strzelista wieża kościoła - z obrazem patrona tych ziem św. Kazimierza Królewicza - na wzgórzu w Sokolanach, ze skrzydlatymi aniołami klęczącymi na żeliwnej bramie otwierającej drogę do nieba tym, którzy wspinają się po kamiennych schodach od podnóża wzgórza, mijając po lewej drewniany domek w otoczeniu smukłych drzew. Została już jedynie Sokółka, słońce po raz ostatni próbuję się przebić przez gęste, ciężkie, kłębiące się chmury; nieudanie. Kościół św. Antoniego Padewskiego w przedwczesnym mroku, świeczki jasno błyskające przy obrazie Jezusa Miłosiernego. Kilkanaście osób klęczy w ławkach, w klęcznikach, cisza, i łagodny Jezus na obrazie ledwie widoczny w bladym blasku świeczek. I Jezus dobry pasterz na fresku na sklepieniu, osadzony w sokólskim krajobrazie, z owieczką na ramionach, jakby wziętą z pastwiska gdzieś w okolicach Starej Moczalni, i z fragmentem lasu z okolic Lipiny. Cisza, spokój, sokólski rytm, mógłbym tu usnąć i zostać.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aulakowszczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aulakowszczyzna. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 października 2017
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Aulakowszczyzna - litewskie ślady, grodzisko, kurhan i wiatrak holender
Po raz pierwszy dotarliśmy tu dokładnie dwa lata temu, w połowie kwietnia, w dość pochmurny, wietrzny kwietniowy dzień, wiedząc już zawczasu dobrze o tym, czego mamy szukać. Urokliwa wieś z dala od ruchliwych, głośnych szos, położona na malowniczych Wzgórzach Wysoczyzny Białostockiej, na północ od Puszczy Knyszyńskiej, w większości drewniana zabudowa, domki otoczone ogrodami. Spora część mieszkańców tego dnia uskuteczniała wielkie przedświąteczne sprzątanie, i to nam w znacznym stopniu pomogło, bo choć wiedzieliśmy czego mamy szukać, to nie mieliśmy zielonego pojęcia, w którą konkretnie stronę powinniśmy się kierować, by odnaleźć średniowieczne grodzisko, czy mielibyśmy się przedzierać przez rozmokłe jeszcze pola i łąki, krzaki, sosnowe zagajniki, czy wystarczyłoby wygodnie, bez trudu, leniwie dojechać asfaltową drogą.
Napotkana przez nas starsza kobieta, zapytana o grodzisko, z początku nieco zaskoczona, upewnia się, czy aby przypadkiem nie mamy na myśli zamku? Z podobną sytuacją zetkniemy się dużo później, szukając grodziska w Trzciance, tyle, że tam, nauczeni doświadczeniem, już wiedzieliśmy, że mamy pytać o zamek, a nie o grodzisko. Intuicyjnie potwierdzamy więc, że tak, szukamy właśnie zamku. A jeśli tak się sprawy mają, to sprawa okazuje się być dziecinnie prosta:
- Pojedziecie prosto, na koniec wsi, w stronę Korycina, tam za wzgórzem pole będzie orał młody człowiek, on wam pokaże to miejsce.
Dziękujemy naszej wybawczyni, uprzejmie życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, i ruszamy na wschodni skraj wsi w poszukiwaniu orzącego pole rolnika.
I rzeczywiście, na wierzchołku wzgórza dostrzegamy przemieszczający się w tę i z powrotem traktor. Musimy więc opuścić asfaltową, wijącą się między pagórkami szosę, by polną drogą wspiąć się na szczyt wzniesienia. Mężczyzna nieco zaskoczony wyłącza silnik, i widząc trzech meżczyzn obwieszonych aparatami, tuż po powitaniu, upewnia się czy aby na pewno nie jesteśmy od konserwatora zabytków. Wyszło bowiem tak, że grodzisko znalazło się na jego polu. Nie do końca rozumiemy z czego wynika nieufność gospodarza, być może obawia się, że jesteśmy archeologami, którzy zamierzają mu utrudnić prace polowe, ale tego nie dociekamy, zwłaszcza, że mężczyzna jest rozmowny, chętnie opowiada wszystko to, co wie o grodzisku, w tym o wyoranych z pola położonego nieco niżej, przy szosie do Szumowa, zwęglonych, ogromnych balach, które wskazywałoby na istnienie także podgrodzia na wschód od grodziska.
Gospodarz, porzuciwszy pracę, prowadzi nas przez łąkę do sztucznie usypanego, niewysokiego, nieco zatartego przez czas i siły przyrody, wzniesienia, usytuowanego poniżej naturalnego morenowego wzgórza. Rzecz jest o tyle dziwna, że grodziska z reguły górowały nad okolicą, albo lokowano je na naturalnych wzniesieniach, a to akurat, tak jakby przytuliło się od strony północnej do zbocza całkiem wysokiego pagórka, co mogło przecież atakującym ogromnie ułatwić zadanie. Wał grodziska porośniety jest wierzbami. Zaskakiwać musi też to, że mimo upływu stuleci, tak względnie dobrze się owo grodzisko zachowało, nie zostało rozkopane, zniszczone, zrównane z ziemią, choć przecież utrudnia gospodarowanie, rozdzielajac od siebie dwa pola uprawne.
Rozmawiamy z naszym przewodnikiem dość długo, w międzyczasie pojawia się starszy mężczyzna, jak się okazuje ojciec naszego gospodarza, który zaniepokojony tym, że ucichł warkot silnika traktora, postanowił sprawdzić, co się dzieje z synem. A my dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się dużo więcej o historii wsi i jej mieszkańcach, niż można wyczytać z książek. Uprzejmy starszy pan informuje nas, że wieś nosiła wcześniej nieco inną nazwę – Holakowszczyzna albo Haulakowszczyzna. A któryś z ich przodków miał brać udział w powstaniu styczniowym. O samym grodzisku mężczyźni niewiele wiedzą, bo i niby skąd mogliby wiedzieć więcej, skoro nawet archeolodzy czy historycy są w stanie powiedzieć o nim ledwie kilka zdań, a właściwie tylko tyle, że pochodzi mniej więcej z okresu XI – XIII w., i było najprawdopodobniej założone przez Słowian, czy wschodnich czy zachodnich, tego nie wie nikt. A po zniszczeniu i spaleniu – na co wskazują wykopywane z pola zwęglone bale – jego mieszkańcy mieli założyć nowe grodzisko, w oddalonej o około 2-3 km na zachód Milewszczyźnie.
Intrygująca jest ta zmiana nazwy wsi na Holakowszczyzna, tak jakby była próbą zeslawizowania pierwotnej nazwy Aulakowszczyzna. Niewykluczone, że nastąpiłą slawizacja słowa mającego swój rodowód w języku litewskim. Ze źródeł historycznych wynika bowiem, że wieś miał założyć myśliwiec Aulak, który otrzymał tu w 1652 r. nadanie ziemi. Aulak z pewnością nie jest nazwiskiem pochodzenia słowiańskiego, lecz bałtyjskiego. Możliwe, że nasz myśliwiec był przybyszem z nieodległej etnicznej Litwy, a ziemie te wówczas należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego (województwa trockiego). Tę tezę mogłyby potwierdzać tak charakterystyczne dla języka litewskiego dwugłoski, tj. połączenia dwóch samogłosek, np. – au, -ai, – ei, – ui, -ie, -uo, dość trudne do wymówienia dla Słowian – i stąd być może to zmiana nazwy na Holakowszczyzna. Ale są to tylko przypuszczenia, wiedzieć tego na pewno nie możemy, ze względu na brak źródeł pisanych. A wiedzieć, cóż, chciałoby się szalenie, tak, jak i chciałoby się poznać losy mieszkańców spalonego grodziska. Czy byli Słowianami przybyszami z okolic Grodna, czy może z Mazowsza, a może było to grodzisko jaćwieskie bądź litewskie, i wreszcie, kto miałby być agresorem? Ta wiedza tonie jednakże w mrokach niepamięci.
Na północ od grodziska natomiast, wolno toczy swoje wody, meandrując między polami i sosnowymi zagajnikami rzeka Kumiałka, której nazwę znajomy Litwin wywodzi od litewskiego słowa "kumele" oznaczającego "klacz", ale i w tym przypadku pewności mieć nie możemy, bo może ono równie dobrze pochodzić z języka jaćwieskiego, blisko spokrewnionego z litewskim.
Po wysłuchaniu interesujących historii snutych przez miejscowych gospodarzy, udajemy się jeszcze na wschód, by objerzeć na skraju wsi wiatrak typu holenderskiego z 1930 r. Swoją drogą interesujące jest to, że w okolicach Korycina zachowało się jeszcze kilka wiatraktów tego typu, nie typowych dla większości ziem polskich wiatraków "koźlaków", tylko właśnie "holendrów". Może jest to spuścizna po osadnikach niemieckich z Prus Wschodnich, którzy osiedlili się tu, gdy ziemie te po trzecim rozbiorze w 1795 r. przypadły właśnie Prusom? To również rzecz warta zbadania.
A niedaleko od wiatraka, tuż przy drodze prowadzącej do wsi Przystawka, w szczerym polu dostrzegamy jeszcze niewielkie, z pewnością sztuczne usypisko, otoczone wątłymi bezlistnymi drzewami, wyglądające, jak kurhan. Jaćwieski? Słowaiński? A może będący śladem bytności Gotów na tych ziemiach we wczesnym średniowieczu, tak jak cmemntarzysko kurhanowe w pobliskiej Jasionowej Dolinie z IV – V w. n.e.? To bez wątpienia kolejna sprawa warta odkrycia, a sama Aulakowszczyzna, i okolica, mieszkajacy tu ludzie, sprawiają, że wraca się tu możliwie, jak najczęściej.


Kurhan między Aulakowszczyzną a Przystawką.


Wiatrak "holender" na skraju Aulakowszczyzny.





Wiatrak typu "holender" tuż przed Korycinem (od strony południowej).





Widoki grodziska.







Pole, na którym nasz przewodnik podczas orania odkrywał zwęglone bale.








Rzeka Kumiałka, od strony północnej osłaniająca grodzisko.



Droga z Aulakowszczyzny w stronę Korycina.
Napotkana przez nas starsza kobieta, zapytana o grodzisko, z początku nieco zaskoczona, upewnia się, czy aby przypadkiem nie mamy na myśli zamku? Z podobną sytuacją zetkniemy się dużo później, szukając grodziska w Trzciance, tyle, że tam, nauczeni doświadczeniem, już wiedzieliśmy, że mamy pytać o zamek, a nie o grodzisko. Intuicyjnie potwierdzamy więc, że tak, szukamy właśnie zamku. A jeśli tak się sprawy mają, to sprawa okazuje się być dziecinnie prosta:
- Pojedziecie prosto, na koniec wsi, w stronę Korycina, tam za wzgórzem pole będzie orał młody człowiek, on wam pokaże to miejsce.
Dziękujemy naszej wybawczyni, uprzejmie życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, i ruszamy na wschodni skraj wsi w poszukiwaniu orzącego pole rolnika.
I rzeczywiście, na wierzchołku wzgórza dostrzegamy przemieszczający się w tę i z powrotem traktor. Musimy więc opuścić asfaltową, wijącą się między pagórkami szosę, by polną drogą wspiąć się na szczyt wzniesienia. Mężczyzna nieco zaskoczony wyłącza silnik, i widząc trzech meżczyzn obwieszonych aparatami, tuż po powitaniu, upewnia się czy aby na pewno nie jesteśmy od konserwatora zabytków. Wyszło bowiem tak, że grodzisko znalazło się na jego polu. Nie do końca rozumiemy z czego wynika nieufność gospodarza, być może obawia się, że jesteśmy archeologami, którzy zamierzają mu utrudnić prace polowe, ale tego nie dociekamy, zwłaszcza, że mężczyzna jest rozmowny, chętnie opowiada wszystko to, co wie o grodzisku, w tym o wyoranych z pola położonego nieco niżej, przy szosie do Szumowa, zwęglonych, ogromnych balach, które wskazywałoby na istnienie także podgrodzia na wschód od grodziska.
Gospodarz, porzuciwszy pracę, prowadzi nas przez łąkę do sztucznie usypanego, niewysokiego, nieco zatartego przez czas i siły przyrody, wzniesienia, usytuowanego poniżej naturalnego morenowego wzgórza. Rzecz jest o tyle dziwna, że grodziska z reguły górowały nad okolicą, albo lokowano je na naturalnych wzniesieniach, a to akurat, tak jakby przytuliło się od strony północnej do zbocza całkiem wysokiego pagórka, co mogło przecież atakującym ogromnie ułatwić zadanie. Wał grodziska porośniety jest wierzbami. Zaskakiwać musi też to, że mimo upływu stuleci, tak względnie dobrze się owo grodzisko zachowało, nie zostało rozkopane, zniszczone, zrównane z ziemią, choć przecież utrudnia gospodarowanie, rozdzielajac od siebie dwa pola uprawne.
Rozmawiamy z naszym przewodnikiem dość długo, w międzyczasie pojawia się starszy mężczyzna, jak się okazuje ojciec naszego gospodarza, który zaniepokojony tym, że ucichł warkot silnika traktora, postanowił sprawdzić, co się dzieje z synem. A my dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się dużo więcej o historii wsi i jej mieszkańcach, niż można wyczytać z książek. Uprzejmy starszy pan informuje nas, że wieś nosiła wcześniej nieco inną nazwę – Holakowszczyzna albo Haulakowszczyzna. A któryś z ich przodków miał brać udział w powstaniu styczniowym. O samym grodzisku mężczyźni niewiele wiedzą, bo i niby skąd mogliby wiedzieć więcej, skoro nawet archeolodzy czy historycy są w stanie powiedzieć o nim ledwie kilka zdań, a właściwie tylko tyle, że pochodzi mniej więcej z okresu XI – XIII w., i było najprawdopodobniej założone przez Słowian, czy wschodnich czy zachodnich, tego nie wie nikt. A po zniszczeniu i spaleniu – na co wskazują wykopywane z pola zwęglone bale – jego mieszkańcy mieli założyć nowe grodzisko, w oddalonej o około 2-3 km na zachód Milewszczyźnie.
Intrygująca jest ta zmiana nazwy wsi na Holakowszczyzna, tak jakby była próbą zeslawizowania pierwotnej nazwy Aulakowszczyzna. Niewykluczone, że nastąpiłą slawizacja słowa mającego swój rodowód w języku litewskim. Ze źródeł historycznych wynika bowiem, że wieś miał założyć myśliwiec Aulak, który otrzymał tu w 1652 r. nadanie ziemi. Aulak z pewnością nie jest nazwiskiem pochodzenia słowiańskiego, lecz bałtyjskiego. Możliwe, że nasz myśliwiec był przybyszem z nieodległej etnicznej Litwy, a ziemie te wówczas należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego (województwa trockiego). Tę tezę mogłyby potwierdzać tak charakterystyczne dla języka litewskiego dwugłoski, tj. połączenia dwóch samogłosek, np. – au, -ai, – ei, – ui, -ie, -uo, dość trudne do wymówienia dla Słowian – i stąd być może to zmiana nazwy na Holakowszczyzna. Ale są to tylko przypuszczenia, wiedzieć tego na pewno nie możemy, ze względu na brak źródeł pisanych. A wiedzieć, cóż, chciałoby się szalenie, tak, jak i chciałoby się poznać losy mieszkańców spalonego grodziska. Czy byli Słowianami przybyszami z okolic Grodna, czy może z Mazowsza, a może było to grodzisko jaćwieskie bądź litewskie, i wreszcie, kto miałby być agresorem? Ta wiedza tonie jednakże w mrokach niepamięci.
Na północ od grodziska natomiast, wolno toczy swoje wody, meandrując między polami i sosnowymi zagajnikami rzeka Kumiałka, której nazwę znajomy Litwin wywodzi od litewskiego słowa "kumele" oznaczającego "klacz", ale i w tym przypadku pewności mieć nie możemy, bo może ono równie dobrze pochodzić z języka jaćwieskiego, blisko spokrewnionego z litewskim.
Po wysłuchaniu interesujących historii snutych przez miejscowych gospodarzy, udajemy się jeszcze na wschód, by objerzeć na skraju wsi wiatrak typu holenderskiego z 1930 r. Swoją drogą interesujące jest to, że w okolicach Korycina zachowało się jeszcze kilka wiatraktów tego typu, nie typowych dla większości ziem polskich wiatraków "koźlaków", tylko właśnie "holendrów". Może jest to spuścizna po osadnikach niemieckich z Prus Wschodnich, którzy osiedlili się tu, gdy ziemie te po trzecim rozbiorze w 1795 r. przypadły właśnie Prusom? To również rzecz warta zbadania.
A niedaleko od wiatraka, tuż przy drodze prowadzącej do wsi Przystawka, w szczerym polu dostrzegamy jeszcze niewielkie, z pewnością sztuczne usypisko, otoczone wątłymi bezlistnymi drzewami, wyglądające, jak kurhan. Jaćwieski? Słowaiński? A może będący śladem bytności Gotów na tych ziemiach we wczesnym średniowieczu, tak jak cmemntarzysko kurhanowe w pobliskiej Jasionowej Dolinie z IV – V w. n.e.? To bez wątpienia kolejna sprawa warta odkrycia, a sama Aulakowszczyzna, i okolica, mieszkajacy tu ludzie, sprawiają, że wraca się tu możliwie, jak najczęściej.
Kurhan między Aulakowszczyzną a Przystawką.
Wiatrak "holender" na skraju Aulakowszczyzny.
Wiatrak typu "holender" tuż przed Korycinem (od strony południowej).
Widoki grodziska.
Pole, na którym nasz przewodnik podczas orania odkrywał zwęglone bale.
Rzeka Kumiałka, od strony północnej osłaniająca grodzisko.
Droga z Aulakowszczyzny w stronę Korycina.
niedziela, 19 lipca 2009
Milewszczyzna
O grodzisku w Milewszczyźnie usłyszałem po raz pierwszy od gospodarza z Aulakowszczyzny, na polu którego znalazło się inne średniowieczne grodzisko. Mieszkańcy osady w Aulakowszczyźnie, po jej spaleniu w czasie ataku bliżej nieokreślonych napastników, mieli przenieść swoją siedzibę 3 kilometry na zachód i ulokować ją również nad rzeką Kumiałką. Dziś Kumiałka to bardziej niepozorny malowniczy strumyk niż rzeka, który jednak w X - XII w. musiał być szeroką, wijącą się między pagórkami rzeką, stanowiącą naturlanego sprzymierzeńca obu grodów.
Grodzisko w Milewszczyźnie jego założyciele rozlokowali na naturalnym wzgórzu, najwyższym w całej okolicy. Obecnie porastają je krzewy i drzewa owcowe, tworząc nieprzebyty gąszcz, najbardziej urokliwy wiosną. Zauważyłem na nim też metalowe krzyże symbolizujące stacje drogi krzyżowej. W XIX wieku w pobliżu grodziska wzniesiono kamienne zabudowania folwarczne, wykorzystywane obecnie jako miejsce biwakowania. Ile razy bym nie był w Milewszczyźnie, nigdy nie zdarzyło mi się tam uraczyć żywej duszy, co dodaje miejscu jeszcze większej tajemniczości. Zawsze cisza, spokój, atmosfera przypominająca mi jakąś sztukę z teatru telewizji dla młodzieży z dawnych jeszcze czasów. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie ani jej tytułu, ani głównego wątku, w pamięci nie zatarła się jedynie jej atmosfera i kilka obrazów pełnych bujnej zieleni i tajemniczości.
Drogi prowadzącej do grodziska strzegą zabudowania będące najprawdopodobniej pozosgtałością dawnego młyna wodnego - dwa stare drewniane domy w otoczeniu wiekowych drzew owocowych - ten po prawej kryty czerwoną dachówką, nie ogrodzony płotem i nieco mniejszy po lewej, nieznacznie zapadnięty w ziemię. W oknach stoją kwiatki, wiszą firanki, co wskazywałoby na to że ktoś tu jeszcze mieszka, ale te firanki nigdy nie poruszają się, nikt nie wygląda przez okno, nie krząta się na podwórzu. Tuż za równie tajemniczymi, jak grodzisko domami wolno toczy swoje wody Kumiałka (językoznawcy pewnie powiedzieliby, że nazwa rzeki jest pochodzenia bałtyjskiego); następnie należy przejechać przez drewniany most i wspiąć się na wzgórze.
Miejsce skrzętnie kryje swoją tajemnicę. Czy było to grodzisko Bałtów czy Słowian? Co się stało z jego mieszkańcami? Czy ich osada została również zaatakowana i doszczętnie zniszczona? Wszystko wskazywaloby na to, że tak, skoro nie rozwinęła się w miasto czy miasteczko, które przetrwałoby do naszych czasów.
sobota, 18 kwietnia 2009
Podzamczysk i Aulakowszczyzna. Szlakiem litewskiego pogranicza. Zdjęcia
Opublikowane poniżej zdjęcia są wariacją na temat grodziska w Aulakowszczyźnie - prawdopodobnie litewskiego z XII wieku, z wyjątkiem dwóch ostatnich (na samym dole), które przedstawiają grodzisko w Podzamczysku, z tego samego okresu. Ale na pograniczu, jak to na pograniczu, pewności chyba nigdy mieć nie można, bo być może owe usypiska były dziełem Jaćwingów, a może Słowian? Jaki los spotkał ich mieszkańców nie wiadomo, choć jak wspominał nasz przewodnik (o którym mowa w poprzednim poście) wykopywane przez niego i przez innych mieszkańców Aulakowszczyzny zwęglone bale wskazywałyby na to, że nieszczęśnicy ci zostali zaatakowani przez… No właśnie, przez kogo? A to już zależy od tego kto je zamieszkiwał. Jeśli Litwini bądź Jaćwingowie, to możliwe, że agresorami byli Krzyżacy z nieodległego przecież zamku w Ełku, a może Mazowszanie? Jeśli zamieszkiwali je Słowianie to atakującymi mogli być Bałtowie, tj. Litwini lub Jaćwingowie. A kto wie może nawet sami Wikingowie. Wykopaliska przeprowadzone w 2007 r. na grodzisku z IX - XI wieku w Trzciance (odległej około 15 - 20 km na wschód od Aulakowszczyzny) dowodzą, że napadającymi mogli być właśnie przybysze ze Skandynawii. O Trzciance wspomnę w jednym z następnych postów, bo to także wielce interesujące miejsce. Tak czy owak ta archeologiczna niepewność pozostawia pole do popisu dla wyobraźni, ale z drugiej strony tak korci, by wiedzieć na pewno!



















Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...
-
Leniwe, zimowe, niedzielne popołudnie, blade słońce świecące prosto w oczy, pola przykryte cienką już warstwą śniegu, a do tego sącząca się ...