Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podzamczysk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podzamczysk. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 października 2010
niedziela, 10 października 2010
Jesienny kolaż
Piątkowe popołudnie, jesienne, rozproszone, przymglone słońce, godzina 16.00, krótka, intensywna wyprawa na północ. Niecałe 30 km, droga przez puszczę, przejrzysty sosnowo - świerkowy las, miejscami przetykany liściastymi drzewami, połyskującymi w łagodnym słońcu wszystkimi barwami jesieni. Po drodze - Rybniki, z licznymi miejscami, świadczącymi o prężnie działających tutaj jeszcze dość długo po II wojnie oddziałami AK, w tym obozowisko gdzieś na baganach, krzyże upamiętniające śmierć żołnierzy. Rezerwat Krzemianka w podmokłym gąszczu, z drewnianą kładką nad bagnami, prowadzącą do kopalni krzemienia sprzed 4 tysięcy lat. I wreszcie skraj puszczy, falujące pola, łąki, sosnowe gaje na horyzoncie. Brzozówka Ziemiańska, Brzozówka Strzelecka - wieś zamieszkała niegdyś przez osoczników, których powinnością było strzeżenie królewskiej kniei; Łapczyn, wreszcie tajemniczy Zamczysk. Kilkanaście zgrabnych drewnianych domów o dwuspadowych dachach, brukowa droga przecinająca wieś, a na skraju stary, zmurszały, kilkumetrowy krzyż z ułamanym jednym ramieniem, naprzeciw niego pole z jakby sztucznie usypanym wzniesieniem, niezagospodarowanym, niezaoranym, porośniętym wysoką trawą, krzewami i pojedyńczymi drzewami - to miejsce, w którym istniało najprawdopodobniej podgrodzie. Nieco dalej, w prostej linii, w odległości około 200 - 300 metrów wzgórze jeszcze wyższe, o bardziej nieregularnym kształcie, już na pierwszy rzut oka widać, że zostało usypane ludzkimi rękami. Tutaj rozlokował się około XII wieku gród utworzony przez Litwinów. Granica z Litwą przebiegała wówczas na nieodległej rzece Brzozówce. Niepokojąco i tajemniczo wyglądają te wzniesienia w jesiennym, łagodnym słońcu. Do grodziska jest trudno dojść, znajduje się w odległości około 200 metrów od polnej, piaskowej drogi, należałoby przeciąć zaorane pole; wokół zagajniki sosnowe, przetykane czerwieniejącymi, żółciejącymi i brązowawymi jesionami, dębami, klonami. Dalej Podzamczysk, z kilkoma drewnianymi chatami, tonącymi w zielonych jeszcze sadach; Przesławka, Brody i trasa augustowska rozjeżdżana codziennie przez tysiące tirów, kilka kilometrów wąskim asfaltem i znowu skraj puszczy. Przewalanka z drewnianą leśniczówką z czasów dwudziestolecia, i na południe od niej leśna droga w miejscu dawnej przecinki; las początkowo sosnowo - świerkowy, smukłe, masztowe drzewa sięgają niemal nieba; teren stopniowo się obniża i las staje się podmokły, liściasty, by za chwilę wraz z pnącą się w górę drogą przejść w mieszany, a na szczycie wzgórza dominują już dorodne klony, jawory, dęby. To gdzieś w tych okolicach bohater opowiadania, opublikowanego niegdyś w białoruskim "Czasopisie", miejscowy leśnik pasjonat historii, odnalazł przerdzewiały fragment średniowiecznego miecza. Na potrzeby leśnej drogi, wzgórze zostało ścięte o dobrych kilka metrów, co sprawia, że przez kilkadziesiąt metrów idziemy najprawdziwszym wąwozem, by na szczycie wzniesienia przekonać się, że to tylko wstęp do właściwej góry, która jest jeszcze przed nami. Dochodzi jednak godzina 18.00, w lesie zaczyna zapadać zmrok. Cała wyprawa zajmuje około dwóch godzin, powrót do miasta to już kwestia 30 minut.
sobota, 18 kwietnia 2009
Podzamczysk i Aulakowszczyzna. Szlakiem litewskiego pogranicza. Zdjęcia
Opublikowane poniżej zdjęcia są wariacją na temat grodziska w Aulakowszczyźnie - prawdopodobnie litewskiego z XII wieku, z wyjątkiem dwóch ostatnich (na samym dole), które przedstawiają grodzisko w Podzamczysku, z tego samego okresu. Ale na pograniczu, jak to na pograniczu, pewności chyba nigdy mieć nie można, bo być może owe usypiska były dziełem Jaćwingów, a może Słowian? Jaki los spotkał ich mieszkańców nie wiadomo, choć jak wspominał nasz przewodnik (o którym mowa w poprzednim poście) wykopywane przez niego i przez innych mieszkańców Aulakowszczyzny zwęglone bale wskazywałyby na to, że nieszczęśnicy ci zostali zaatakowani przez… No właśnie, przez kogo? A to już zależy od tego kto je zamieszkiwał. Jeśli Litwini bądź Jaćwingowie, to możliwe, że agresorami byli Krzyżacy z nieodległego przecież zamku w Ełku, a może Mazowszanie? Jeśli zamieszkiwali je Słowianie to atakującymi mogli być Bałtowie, tj. Litwini lub Jaćwingowie. A kto wie może nawet sami Wikingowie. Wykopaliska przeprowadzone w 2007 r. na grodzisku z IX - XI wieku w Trzciance (odległej około 15 - 20 km na wschód od Aulakowszczyzny) dowodzą, że napadającymi mogli być właśnie przybysze ze Skandynawii. O Trzciance wspomnę w jednym z następnych postów, bo to także wielce interesujące miejsce. Tak czy owak ta archeologiczna niepewność pozostawia pole do popisu dla wyobraźni, ale z drugiej strony tak korci, by wiedzieć na pewno!



















poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Aulakowszczyzna. Szlakiem pogranicza litewskiego
Wreszcie kilka dni wolnych, które można wykorzystać do eksploracji tak do niedawna zaniedbanej północnej części skrawka Białostocczyzny. Dotychczas dużo bardziej pociągało mnie południe - Mielnik, Serpelice, Biała Podlaska, Grabarka, Janów Podlaski, Kostomłoty. Sam do końca nie potrafię wyjaśnić skąd się wzięło to świeże zamiłowanie do północy, może z odmiennego krajobrazu - dużo bardziej nieprzewidywalnego niż ten na południu, dużo bardziej swawolnego, radosnego, pofalowanego z miejscami, które śmiało mogłyby konkurować z pogórzem. Morenowe wzgórza figlarnie wzbijające się i opadające, z niespodziewanie wyrastającymi na ich szczytach lub w kotlinkach sosnowymi zagajnikami, porozrzucane na koloniach drewniane domki o dwuspadowych dachach w otoczeniu sadów, które lada dzień wybuchną całym urokiem wiosny.
A właściwie już wiem, właśnie sobie przypomniałem skąd się wzięła ta północ. Wystarczyły ledwie dwa zdania z nowo wydanego przewodnika po Puszczy Knyszyńskiej, wspominające o grodzisku usypanym przez Litwinów w bodaj XII wieku na pograniczu litewsko - mazowieckim, to jest na obecnym północnym skraju puszczy. Tyle razy tamtędy przejeżdżałem i nie byłem go w stanie dostrzec. Dopiero niedawno, bez najmniejszych problemów wśród falujących pól otoczonych lasem na horyzoncie od strony północnej i południowej odkryliśmy sztucznie usypane wzgórze, tak odmienne od rozsianych wokół naturalnych pagórków morenowych. Między Niemczynem a Podzamczyskiem, od południa widnieją dachy Zamczyska i niepokojący z lekka granat puszczy. Od strony zachodniej wzgórze się nieco osypało, stok jest częściow zaorany, od strony wschodniej pole już nie tak ordynarnie wdziera się na stok, ale do grodziska nie można podejść z żadnej strony, bo z każdej otoczone jest zaoranym polem. Na jego płaskim szczycie wyrosło kilka sosen i dzika grusza. Wokół hula tylko wiatr i ani żywej duszy. Nie ma nawet kogo zapytać o straszące tu duchy, o wyorywane z ziemi skorupy naczyń ceramicznych, glinanych, gorty strzał, pordzewiałe miecze.
Z Podzamczyska jedziemy do Aulakowszczyzny. Nazwa trudna do wymówienia i w swym trzonie zupełnie nie słowiańska, nie biorąc pod uwagę przyrostka “owszczyzna”. O ile dobrze pamiętam Piotr Aulak - osocznik lub myśliwiec otrzymał tę wieś jako nadanie za wierną służbę królowi w bodaj 1601 roku. Ale nie był tu pierwszym osadnikiem. Tajemnicze grodzisko tuż za wsią powstało już w XII wieku, a kto wie może i wcześniej. Zupełnie niewidoczne z asfaltowej drogi do Korycina. Pytamy we wsi starszą kobietę zamiatającą ulicę przed domem o stare grodzisko. Uśmiechnięta, życzliwa odpowiada nam, że sama o nim wie niewiele, ale jej syn może nam co nieco o zamku opowiedzieć. Ona nie jest stąd, jej teściowa też nie była stąd, ale coś o zamku wiedziała. Syn do nas nie wyjdzie, ale starsza pani po krótkiej z nim rozmowie, kiedy to rzuciła miotłę i poszła do drewnianego domku, by po chwili wrócić, wskaże nam dokładnie drogę. Zapyta jeszcze przyglądającego się nam obojętnie sąsiada czy nie wie czegoś o zamku, bo kiedyś coś tam o nim czytał w jakiejś książce. Ten odeśle nas do gminy w sprawie książki o zamku, a tymczasem wskaże żółty znak tuż za wsią, za nim wzgórze, na którym pole orze traktorem jakiś człowiek, mogący podobno opowiedzieć nam coś o grodzisku. Życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, dojeżdżamy do znaku informującego o zakręcie, zatrzymujemy samochód, na wierzchołku wzgórza przystaje traktor, w którego kabinie widnieje niewyraźna męska sylwetka. Uzbrojeni w aparaty wspinamy się pod górę. Podchodzimy do traktorzysty, który przygląda nam się z zaciekawieniem. Pytamy o grodzisko. Z początku nieco podejrzliwie około 40-letni mężczyzna zeskakując z maszyny pyta nas czy jesteśmy od konserwatora zabytków. Naszym zapewnieniom, że nie nie daje wiary, ale chętnie zaczyna snuć opowieść o zamku i prowadzi nas do niego.
- Tu przed wami, tam w dole, gdzie rosną te wierzby, to jest grodzisko.
Jego kontury przez stulecia znacznie się zatarły, ale można dostrzec sztucznie usypane niewysokie wzniesienie.
- Tam kiedyś ludzie wybierali glinę i jak kopali, to wykopywali poczerniałe, spalone drągi. Połowa grodziska jest moja, a połowa wójta.
Stajemy na szczycie wzniesienia, od strony południowej przylegającego do stoku wysokiego wzgórza, na którym pole ma nasz przewodnik. Nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego grodzisko nie zostało wzniesione na samym szczycie. A może to było podgrodzie? Choć z tego, co mówi gospodarz wynika, że podgrodzie musiało być jeszcze niżej, tam gdzie jest łąka, na której orząc odkrywał kolejne spalone bale.
Ze wzgórza roztacza się przepiekny widok na radosne pagórki z budzącą się do życią roślinnością - sosnowe zagajniki, wierzby rosnące tuż przy rzece - Kumiałce, drewniane przytulne zabudowania wioski.
- Dziadek mówił, że tu straszy w nocy.
- A pan widział ducha?
- Ja nie, ale nigdy w nocy tu nie przychodziłem - śmieje się - A może dziadek nie chciał po prostu, by wnuki same tu chodziły.
W międzyczasie na szczycie wzgórza pojawia się drugi traktor.
- To ojciec przyjechał, zobaczył, że mój traktor stoi i zaniepokoił się.
Zrobiwszy mnóstwo zdjęć, wdrapujemy się na szczyt wzgórza. Witamy się z przybyłem tatą naszego przewodnika, który to jeszcze raz upewniwszy się czy, aby na pewno nie jesteśmy z jakiegoś urzędu, nabrał do nas zaufania.
Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z mężczyznami o możliwości wykorzystania tak drogocennego skarbu na własnym polu, trochę o historii samego grodziska, a później już tylko słuchamy o rosyjskim generale, który zginął we wsi w 1944 r., którego ciało ekshumowano w latach 50-tych i wywieziono do ZSRR, o cmentarzysku cholerycznym na polu po drugiej stronie drogi do Korycina, o katiuszach, który stały we wsi i w 1944 r. ostrzeliwały Kamionkę, w której okopali się Niemcy, o pradziadku, który opowiadał albo nawet brał udział w powstaniu listopadowym(choć chyba raczej powinno to być powstanie styczniowe).
Rozmowa z synem i ojcem to prawdziwa przyjemność, są istną skarbnicą wiedzy. Prości, dobrzy ludzie, o łagodnych uśmiechach i spokojnych spojrzeniach.
Czas nas jednak nagli (sobota przed Wielką Nocą), tu także życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt i wyruszamy w dalszą podróż…
CDN…
Zdjęcia z wyprawy opublikowalem w tym oto poscie.
A właściwie już wiem, właśnie sobie przypomniałem skąd się wzięła ta północ. Wystarczyły ledwie dwa zdania z nowo wydanego przewodnika po Puszczy Knyszyńskiej, wspominające o grodzisku usypanym przez Litwinów w bodaj XII wieku na pograniczu litewsko - mazowieckim, to jest na obecnym północnym skraju puszczy. Tyle razy tamtędy przejeżdżałem i nie byłem go w stanie dostrzec. Dopiero niedawno, bez najmniejszych problemów wśród falujących pól otoczonych lasem na horyzoncie od strony północnej i południowej odkryliśmy sztucznie usypane wzgórze, tak odmienne od rozsianych wokół naturalnych pagórków morenowych. Między Niemczynem a Podzamczyskiem, od południa widnieją dachy Zamczyska i niepokojący z lekka granat puszczy. Od strony zachodniej wzgórze się nieco osypało, stok jest częściow zaorany, od strony wschodniej pole już nie tak ordynarnie wdziera się na stok, ale do grodziska nie można podejść z żadnej strony, bo z każdej otoczone jest zaoranym polem. Na jego płaskim szczycie wyrosło kilka sosen i dzika grusza. Wokół hula tylko wiatr i ani żywej duszy. Nie ma nawet kogo zapytać o straszące tu duchy, o wyorywane z ziemi skorupy naczyń ceramicznych, glinanych, gorty strzał, pordzewiałe miecze.
Z Podzamczyska jedziemy do Aulakowszczyzny. Nazwa trudna do wymówienia i w swym trzonie zupełnie nie słowiańska, nie biorąc pod uwagę przyrostka “owszczyzna”. O ile dobrze pamiętam Piotr Aulak - osocznik lub myśliwiec otrzymał tę wieś jako nadanie za wierną służbę królowi w bodaj 1601 roku. Ale nie był tu pierwszym osadnikiem. Tajemnicze grodzisko tuż za wsią powstało już w XII wieku, a kto wie może i wcześniej. Zupełnie niewidoczne z asfaltowej drogi do Korycina. Pytamy we wsi starszą kobietę zamiatającą ulicę przed domem o stare grodzisko. Uśmiechnięta, życzliwa odpowiada nam, że sama o nim wie niewiele, ale jej syn może nam co nieco o zamku opowiedzieć. Ona nie jest stąd, jej teściowa też nie była stąd, ale coś o zamku wiedziała. Syn do nas nie wyjdzie, ale starsza pani po krótkiej z nim rozmowie, kiedy to rzuciła miotłę i poszła do drewnianego domku, by po chwili wrócić, wskaże nam dokładnie drogę. Zapyta jeszcze przyglądającego się nam obojętnie sąsiada czy nie wie czegoś o zamku, bo kiedyś coś tam o nim czytał w jakiejś książce. Ten odeśle nas do gminy w sprawie książki o zamku, a tymczasem wskaże żółty znak tuż za wsią, za nim wzgórze, na którym pole orze traktorem jakiś człowiek, mogący podobno opowiedzieć nam coś o grodzisku. Życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, dojeżdżamy do znaku informującego o zakręcie, zatrzymujemy samochód, na wierzchołku wzgórza przystaje traktor, w którego kabinie widnieje niewyraźna męska sylwetka. Uzbrojeni w aparaty wspinamy się pod górę. Podchodzimy do traktorzysty, który przygląda nam się z zaciekawieniem. Pytamy o grodzisko. Z początku nieco podejrzliwie około 40-letni mężczyzna zeskakując z maszyny pyta nas czy jesteśmy od konserwatora zabytków. Naszym zapewnieniom, że nie nie daje wiary, ale chętnie zaczyna snuć opowieść o zamku i prowadzi nas do niego.
- Tu przed wami, tam w dole, gdzie rosną te wierzby, to jest grodzisko.
Jego kontury przez stulecia znacznie się zatarły, ale można dostrzec sztucznie usypane niewysokie wzniesienie.
- Tam kiedyś ludzie wybierali glinę i jak kopali, to wykopywali poczerniałe, spalone drągi. Połowa grodziska jest moja, a połowa wójta.
Stajemy na szczycie wzniesienia, od strony południowej przylegającego do stoku wysokiego wzgórza, na którym pole ma nasz przewodnik. Nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego grodzisko nie zostało wzniesione na samym szczycie. A może to było podgrodzie? Choć z tego, co mówi gospodarz wynika, że podgrodzie musiało być jeszcze niżej, tam gdzie jest łąka, na której orząc odkrywał kolejne spalone bale.
Ze wzgórza roztacza się przepiekny widok na radosne pagórki z budzącą się do życią roślinnością - sosnowe zagajniki, wierzby rosnące tuż przy rzece - Kumiałce, drewniane przytulne zabudowania wioski.
- Dziadek mówił, że tu straszy w nocy.
- A pan widział ducha?
- Ja nie, ale nigdy w nocy tu nie przychodziłem - śmieje się - A może dziadek nie chciał po prostu, by wnuki same tu chodziły.
W międzyczasie na szczycie wzgórza pojawia się drugi traktor.
- To ojciec przyjechał, zobaczył, że mój traktor stoi i zaniepokoił się.
Zrobiwszy mnóstwo zdjęć, wdrapujemy się na szczyt wzgórza. Witamy się z przybyłem tatą naszego przewodnika, który to jeszcze raz upewniwszy się czy, aby na pewno nie jesteśmy z jakiegoś urzędu, nabrał do nas zaufania.
Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z mężczyznami o możliwości wykorzystania tak drogocennego skarbu na własnym polu, trochę o historii samego grodziska, a później już tylko słuchamy o rosyjskim generale, który zginął we wsi w 1944 r., którego ciało ekshumowano w latach 50-tych i wywieziono do ZSRR, o cmentarzysku cholerycznym na polu po drugiej stronie drogi do Korycina, o katiuszach, który stały we wsi i w 1944 r. ostrzeliwały Kamionkę, w której okopali się Niemcy, o pradziadku, który opowiadał albo nawet brał udział w powstaniu listopadowym(choć chyba raczej powinno to być powstanie styczniowe).
Rozmowa z synem i ojcem to prawdziwa przyjemność, są istną skarbnicą wiedzy. Prości, dobrzy ludzie, o łagodnych uśmiechach i spokojnych spojrzeniach.
Czas nas jednak nagli (sobota przed Wielką Nocą), tu także życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt i wyruszamy w dalszą podróż…
CDN…
Zdjęcia z wyprawy opublikowalem w tym oto poscie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...