Niedzielnym chłodnym, acz słonecznym popołudniem dzięki wsparciu dwóch mieszkańców Jatwiezi Małej - wsi położonej około 50 km na północ od Białegostoku - udaje nam się wreszcie odnaleźć prawdopodobne średniowieczne cmentarzysko Jaćwingów.
Obszary między północnym skrajem Puszczy Knyszyńskiej a Biebrzą tworzą najbardziej typowe z możliwych pogranicze kultur i religii. Od wczesnego średniowiecza ścierały się tu wpływy bałtyjskie (Litwini i Jaćwingowie), mazowieckie od południa i ruskie od strony Grodna. Z czasem pojawił się też kolejny rywal w postaci rycerzy Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie.
Jatwieź Mała i Jatwieź Duża, oraz dawna nazwa Suchowoli - Suchaja Jatwieź, wskazywałyby na to, że miejscowości te zostały założone i były zamieszkane najprawdopodobniej przez zbiegów Jaćwieży, a więc tuż zza pobliskiej granicy przebiegającej na Biebrzy - około 10 km na północ od Jatwiezi Małej.
Przypadkowo napotkany rowerzysta na drodze między Jatwiezią Dużą i Jatwiezią Dużą, precyzyjnie wyjaśnia nam, jak dostać się do miejsca zazdrośnie skrywającego średniowieczne cmentarzysko Jaćwingów. Niestety, nie prowadzą do niego żadne drogowskazy, żadne tablice, a i na miejscu - jak się okazało - brakuje jakichkolwiek oznaczeń. Gdyby podobny "skarb" znalazł się w granicach nieodległej Litwy wiodłyby do niego szlaki turystyczne, ścieżki krajoznawcze, przyrodnicze, etnograficzne, zbudowano by kładki, oznaczono tablicami historycznymi i promowano by je w każdy możliwy sposób. Na Podlasiu nikt jak dotąd nie wpadł na taki pomysł. To zresztą chyba nie tylko przypadłość Podlasia.
Tuż za Jatwiezią Małą, w kierunku zachodnim, za zabudowaniami kolonii rozpościerają się niewielkie zagajniki brzozowe i sosnowe, teren jest dość płaski, bo jest to już południowy skraj doliny Biebrzy i wygląda dość monotonnie w porównaniu z fantazyjnymi pagórkami okolic Korycina, Jasionówki, Brzozowej, położonymi w odległości nie więcej niż 10 km na południe od wsi. Pierwszy zagajnik po lewej, sosnowy, ma być miejscem, w którym z wielkim prawdopodobieństwem grzebano jaćwieskich uchodźców. W lasku dosłownie roi się od mniejszych i większych głazów narzutowych, większość z nich nie tworzy żadnych regularnych kręgów ani innych figur, wyglądają tak jakby zostały tu zwiezione z pól i bezładnie rzucone przez miejscowych gospodarzy. Dość gęste poszycie lasu znacznie utrudnia poszukiwania. Zupełnie nieoczekiwanie z opresji ratuje nas starszy mężczyzna przechodzący akurat leśną drogą, jak się później okaże mieszkaniec Jatwiezi Małej. Zapytany o miejsce, w którym zachowały się jakiekolwiek ślady cmentarzyska, chętnie podejmuje rozmowę i przez krzewy malin prowadzi nas do miejsca, w którym z ziemi zza wysokich traw wyrastają - z trudem dostrzegalne - kamienie, niektóre ustawione na sztorc i formujące dość regularny krąg. Szybko przekonujemy się, że nasz przypadkowo napotkany przewodnik jest prawdziwym pasjonatem nie tylko lokalnej historii. Z niekłamanym entuzjazmem snuje opowieść o historii miejsca i całej okolicy nazywanej niegdyś Jaćwieskimi Błotami, wychodząc od wzmianki o archeologach, którzy około 50 lat temu mieli tu wydobywać ludzkie szkielety. Dowiadujemy się też o grodzisku założonym na terenie Jatwiezi Dużej przez Jaćwingów ocalałych z krwawej bitwy pod Wasilkowem (około 50 km na południowy wschód, w 1281 r. Leszek Czarny miał tam rozgromić Jaćwingów powracających z wyprawy łupieżczej do Małopolski). Według naszego rozmówcy pierwsze wzmianki w źródłach pisanych o wsi Jatwieź Duża pojawiły się około 1502 r., ale dane dotyczące jej ówczesnej powierzchni wskazywałyby na to, że wieś istniała już dużo wcześniej. W opowieści starszego mężczyzny przewija się także pobliskie Dolistowo (około 9 km na północny zachód od Jatwiezi Małej), którego spalenie miał nakazać przebywający na łowach w Puszczy Nowodworskiej Zygmunt Stary, jako że wieś powstała bez jego wiedzy i zgody. Jej mieszkańców zdradziły podobno odgłosy szczekających psów i snujący się po kniei dym i zapach palonych ognisk, a przed zniszczeniem ocalił wzniesiony przez nich kościół. Rozgniewany król wycofał się z powziętej decyzji, gdy jego dworzanie donieśli mu o istnieniu w osadzie świątyni.
Mężczyzna zawstydzi nas jeszcze znajomością dokładnych dat panowania Aleksandra Jagiellończyka i Jana Olbrachta, którzy również przewiną się jego szalenie zajmującej opowieści, a po szczegóły dotyczące samego cmentarzyska odeśle nas do gminnej biblioteki w pobliskiej Suchowoli. Zanim się jednak pożegnamy, dowiemy się jeszcze, że miejsce, w którym się znajdujemy nazywane jest od stuleci przez mieszkańców Jatwiezi Budką. Otóż, w bliżej nieokreślonym czasie miała w okolicy zbierać obfite żniwo epidemia dżumy. W lesie na obrzeżach wsi wzniesiono tak zwaną budkę, w której izolowano śmiertelnie chorych mieszkańców okolicznych miejscowości, a ci mieli w niej dokonywać żywota. Ich ciała natomiast grzebali kolejni zarażeni, by następnie i oni mogli w niej pozostać i oczekiwać na rozstanie ze światem doczesnym. Ten makabryczny cykl miał trwać aż do ustąpienia śmiertelnej choroby. Stąd też niemal każdy mieszkaniec Jatwiezi Małej bez chwili zastanowienia wskaże zainteresowanym miejsce zwane Budką, wiedząc również o tym, że według archeologów jest to dawne cmentarzysko Jaćwingów. A jedno wcale nie musi wykluczać drugiego. Ofiary dżumy mogły być przecież chowane w miejscu, w którym wcześniej istniało miejsce pochówku walecznych Jaćwingów, bez względu na to czy byli oni zbiegami z Jaćwieży czy niedobitkami z bitwy pod Wasilkowem.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 października 2011
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Aulakowszczyzna - litewskie ślady, grodzisko, kurhan i wiatrak holender
Po raz pierwszy dotarliśmy tu dokładnie dwa lata temu, w połowie kwietnia, w dość pochmurny, wietrzny kwietniowy dzień, wiedząc już zawczasu dobrze o tym, czego mamy szukać. Urokliwa wieś z dala od ruchliwych, głośnych szos, położona na malowniczych Wzgórzach Wysoczyzny Białostockiej, na północ od Puszczy Knyszyńskiej, w większości drewniana zabudowa, domki otoczone ogrodami. Spora część mieszkańców tego dnia uskuteczniała wielkie przedświąteczne sprzątanie, i to nam w znacznym stopniu pomogło, bo choć wiedzieliśmy czego mamy szukać, to nie mieliśmy zielonego pojęcia, w którą konkretnie stronę powinniśmy się kierować, by odnaleźć średniowieczne grodzisko, czy mielibyśmy się przedzierać przez rozmokłe jeszcze pola i łąki, krzaki, sosnowe zagajniki, czy wystarczyłoby wygodnie, bez trudu, leniwie dojechać asfaltową drogą.
Napotkana przez nas starsza kobieta, zapytana o grodzisko, z początku nieco zaskoczona, upewnia się, czy aby przypadkiem nie mamy na myśli zamku? Z podobną sytuacją zetkniemy się dużo później, szukając grodziska w Trzciance, tyle, że tam, nauczeni doświadczeniem, już wiedzieliśmy, że mamy pytać o zamek, a nie o grodzisko. Intuicyjnie potwierdzamy więc, że tak, szukamy właśnie zamku. A jeśli tak się sprawy mają, to sprawa okazuje się być dziecinnie prosta:
- Pojedziecie prosto, na koniec wsi, w stronę Korycina, tam za wzgórzem pole będzie orał młody człowiek, on wam pokaże to miejsce.
Dziękujemy naszej wybawczyni, uprzejmie życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, i ruszamy na wschodni skraj wsi w poszukiwaniu orzącego pole rolnika.
I rzeczywiście, na wierzchołku wzgórza dostrzegamy przemieszczający się w tę i z powrotem traktor. Musimy więc opuścić asfaltową, wijącą się między pagórkami szosę, by polną drogą wspiąć się na szczyt wzniesienia. Mężczyzna nieco zaskoczony wyłącza silnik, i widząc trzech meżczyzn obwieszonych aparatami, tuż po powitaniu, upewnia się czy aby na pewno nie jesteśmy od konserwatora zabytków. Wyszło bowiem tak, że grodzisko znalazło się na jego polu. Nie do końca rozumiemy z czego wynika nieufność gospodarza, być może obawia się, że jesteśmy archeologami, którzy zamierzają mu utrudnić prace polowe, ale tego nie dociekamy, zwłaszcza, że mężczyzna jest rozmowny, chętnie opowiada wszystko to, co wie o grodzisku, w tym o wyoranych z pola położonego nieco niżej, przy szosie do Szumowa, zwęglonych, ogromnych balach, które wskazywałoby na istnienie także podgrodzia na wschód od grodziska.
Gospodarz, porzuciwszy pracę, prowadzi nas przez łąkę do sztucznie usypanego, niewysokiego, nieco zatartego przez czas i siły przyrody, wzniesienia, usytuowanego poniżej naturalnego morenowego wzgórza. Rzecz jest o tyle dziwna, że grodziska z reguły górowały nad okolicą, albo lokowano je na naturalnych wzniesieniach, a to akurat, tak jakby przytuliło się od strony północnej do zbocza całkiem wysokiego pagórka, co mogło przecież atakującym ogromnie ułatwić zadanie. Wał grodziska porośniety jest wierzbami. Zaskakiwać musi też to, że mimo upływu stuleci, tak względnie dobrze się owo grodzisko zachowało, nie zostało rozkopane, zniszczone, zrównane z ziemią, choć przecież utrudnia gospodarowanie, rozdzielajac od siebie dwa pola uprawne.
Rozmawiamy z naszym przewodnikiem dość długo, w międzyczasie pojawia się starszy mężczyzna, jak się okazuje ojciec naszego gospodarza, który zaniepokojony tym, że ucichł warkot silnika traktora, postanowił sprawdzić, co się dzieje z synem. A my dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się dużo więcej o historii wsi i jej mieszkańcach, niż można wyczytać z książek. Uprzejmy starszy pan informuje nas, że wieś nosiła wcześniej nieco inną nazwę – Holakowszczyzna albo Haulakowszczyzna. A któryś z ich przodków miał brać udział w powstaniu styczniowym. O samym grodzisku mężczyźni niewiele wiedzą, bo i niby skąd mogliby wiedzieć więcej, skoro nawet archeolodzy czy historycy są w stanie powiedzieć o nim ledwie kilka zdań, a właściwie tylko tyle, że pochodzi mniej więcej z okresu XI – XIII w., i było najprawdopodobniej założone przez Słowian, czy wschodnich czy zachodnich, tego nie wie nikt. A po zniszczeniu i spaleniu – na co wskazują wykopywane z pola zwęglone bale – jego mieszkańcy mieli założyć nowe grodzisko, w oddalonej o około 2-3 km na zachód Milewszczyźnie.
Intrygująca jest ta zmiana nazwy wsi na Holakowszczyzna, tak jakby była próbą zeslawizowania pierwotnej nazwy Aulakowszczyzna. Niewykluczone, że nastąpiłą slawizacja słowa mającego swój rodowód w języku litewskim. Ze źródeł historycznych wynika bowiem, że wieś miał założyć myśliwiec Aulak, który otrzymał tu w 1652 r. nadanie ziemi. Aulak z pewnością nie jest nazwiskiem pochodzenia słowiańskiego, lecz bałtyjskiego. Możliwe, że nasz myśliwiec był przybyszem z nieodległej etnicznej Litwy, a ziemie te wówczas należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego (województwa trockiego). Tę tezę mogłyby potwierdzać tak charakterystyczne dla języka litewskiego dwugłoski, tj. połączenia dwóch samogłosek, np. – au, -ai, – ei, – ui, -ie, -uo, dość trudne do wymówienia dla Słowian – i stąd być może to zmiana nazwy na Holakowszczyzna. Ale są to tylko przypuszczenia, wiedzieć tego na pewno nie możemy, ze względu na brak źródeł pisanych. A wiedzieć, cóż, chciałoby się szalenie, tak, jak i chciałoby się poznać losy mieszkańców spalonego grodziska. Czy byli Słowianami przybyszami z okolic Grodna, czy może z Mazowsza, a może było to grodzisko jaćwieskie bądź litewskie, i wreszcie, kto miałby być agresorem? Ta wiedza tonie jednakże w mrokach niepamięci.
Na północ od grodziska natomiast, wolno toczy swoje wody, meandrując między polami i sosnowymi zagajnikami rzeka Kumiałka, której nazwę znajomy Litwin wywodzi od litewskiego słowa "kumele" oznaczającego "klacz", ale i w tym przypadku pewności mieć nie możemy, bo może ono równie dobrze pochodzić z języka jaćwieskiego, blisko spokrewnionego z litewskim.
Po wysłuchaniu interesujących historii snutych przez miejscowych gospodarzy, udajemy się jeszcze na wschód, by objerzeć na skraju wsi wiatrak typu holenderskiego z 1930 r. Swoją drogą interesujące jest to, że w okolicach Korycina zachowało się jeszcze kilka wiatraktów tego typu, nie typowych dla większości ziem polskich wiatraków "koźlaków", tylko właśnie "holendrów". Może jest to spuścizna po osadnikach niemieckich z Prus Wschodnich, którzy osiedlili się tu, gdy ziemie te po trzecim rozbiorze w 1795 r. przypadły właśnie Prusom? To również rzecz warta zbadania.
A niedaleko od wiatraka, tuż przy drodze prowadzącej do wsi Przystawka, w szczerym polu dostrzegamy jeszcze niewielkie, z pewnością sztuczne usypisko, otoczone wątłymi bezlistnymi drzewami, wyglądające, jak kurhan. Jaćwieski? Słowaiński? A może będący śladem bytności Gotów na tych ziemiach we wczesnym średniowieczu, tak jak cmemntarzysko kurhanowe w pobliskiej Jasionowej Dolinie z IV – V w. n.e.? To bez wątpienia kolejna sprawa warta odkrycia, a sama Aulakowszczyzna, i okolica, mieszkajacy tu ludzie, sprawiają, że wraca się tu możliwie, jak najczęściej.


Kurhan między Aulakowszczyzną a Przystawką.


Wiatrak "holender" na skraju Aulakowszczyzny.





Wiatrak typu "holender" tuż przed Korycinem (od strony południowej).





Widoki grodziska.







Pole, na którym nasz przewodnik podczas orania odkrywał zwęglone bale.








Rzeka Kumiałka, od strony północnej osłaniająca grodzisko.



Droga z Aulakowszczyzny w stronę Korycina.
Napotkana przez nas starsza kobieta, zapytana o grodzisko, z początku nieco zaskoczona, upewnia się, czy aby przypadkiem nie mamy na myśli zamku? Z podobną sytuacją zetkniemy się dużo później, szukając grodziska w Trzciance, tyle, że tam, nauczeni doświadczeniem, już wiedzieliśmy, że mamy pytać o zamek, a nie o grodzisko. Intuicyjnie potwierdzamy więc, że tak, szukamy właśnie zamku. A jeśli tak się sprawy mają, to sprawa okazuje się być dziecinnie prosta:
- Pojedziecie prosto, na koniec wsi, w stronę Korycina, tam za wzgórzem pole będzie orał młody człowiek, on wam pokaże to miejsce.
Dziękujemy naszej wybawczyni, uprzejmie życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, i ruszamy na wschodni skraj wsi w poszukiwaniu orzącego pole rolnika.
I rzeczywiście, na wierzchołku wzgórza dostrzegamy przemieszczający się w tę i z powrotem traktor. Musimy więc opuścić asfaltową, wijącą się między pagórkami szosę, by polną drogą wspiąć się na szczyt wzniesienia. Mężczyzna nieco zaskoczony wyłącza silnik, i widząc trzech meżczyzn obwieszonych aparatami, tuż po powitaniu, upewnia się czy aby na pewno nie jesteśmy od konserwatora zabytków. Wyszło bowiem tak, że grodzisko znalazło się na jego polu. Nie do końca rozumiemy z czego wynika nieufność gospodarza, być może obawia się, że jesteśmy archeologami, którzy zamierzają mu utrudnić prace polowe, ale tego nie dociekamy, zwłaszcza, że mężczyzna jest rozmowny, chętnie opowiada wszystko to, co wie o grodzisku, w tym o wyoranych z pola położonego nieco niżej, przy szosie do Szumowa, zwęglonych, ogromnych balach, które wskazywałoby na istnienie także podgrodzia na wschód od grodziska.
Gospodarz, porzuciwszy pracę, prowadzi nas przez łąkę do sztucznie usypanego, niewysokiego, nieco zatartego przez czas i siły przyrody, wzniesienia, usytuowanego poniżej naturalnego morenowego wzgórza. Rzecz jest o tyle dziwna, że grodziska z reguły górowały nad okolicą, albo lokowano je na naturalnych wzniesieniach, a to akurat, tak jakby przytuliło się od strony północnej do zbocza całkiem wysokiego pagórka, co mogło przecież atakującym ogromnie ułatwić zadanie. Wał grodziska porośniety jest wierzbami. Zaskakiwać musi też to, że mimo upływu stuleci, tak względnie dobrze się owo grodzisko zachowało, nie zostało rozkopane, zniszczone, zrównane z ziemią, choć przecież utrudnia gospodarowanie, rozdzielajac od siebie dwa pola uprawne.
Rozmawiamy z naszym przewodnikiem dość długo, w międzyczasie pojawia się starszy mężczyzna, jak się okazuje ojciec naszego gospodarza, który zaniepokojony tym, że ucichł warkot silnika traktora, postanowił sprawdzić, co się dzieje z synem. A my dzięki temu mamy okazję dowiedzieć się dużo więcej o historii wsi i jej mieszkańcach, niż można wyczytać z książek. Uprzejmy starszy pan informuje nas, że wieś nosiła wcześniej nieco inną nazwę – Holakowszczyzna albo Haulakowszczyzna. A któryś z ich przodków miał brać udział w powstaniu styczniowym. O samym grodzisku mężczyźni niewiele wiedzą, bo i niby skąd mogliby wiedzieć więcej, skoro nawet archeolodzy czy historycy są w stanie powiedzieć o nim ledwie kilka zdań, a właściwie tylko tyle, że pochodzi mniej więcej z okresu XI – XIII w., i było najprawdopodobniej założone przez Słowian, czy wschodnich czy zachodnich, tego nie wie nikt. A po zniszczeniu i spaleniu – na co wskazują wykopywane z pola zwęglone bale – jego mieszkańcy mieli założyć nowe grodzisko, w oddalonej o około 2-3 km na zachód Milewszczyźnie.
Intrygująca jest ta zmiana nazwy wsi na Holakowszczyzna, tak jakby była próbą zeslawizowania pierwotnej nazwy Aulakowszczyzna. Niewykluczone, że nastąpiłą slawizacja słowa mającego swój rodowód w języku litewskim. Ze źródeł historycznych wynika bowiem, że wieś miał założyć myśliwiec Aulak, który otrzymał tu w 1652 r. nadanie ziemi. Aulak z pewnością nie jest nazwiskiem pochodzenia słowiańskiego, lecz bałtyjskiego. Możliwe, że nasz myśliwiec był przybyszem z nieodległej etnicznej Litwy, a ziemie te wówczas należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego (województwa trockiego). Tę tezę mogłyby potwierdzać tak charakterystyczne dla języka litewskiego dwugłoski, tj. połączenia dwóch samogłosek, np. – au, -ai, – ei, – ui, -ie, -uo, dość trudne do wymówienia dla Słowian – i stąd być może to zmiana nazwy na Holakowszczyzna. Ale są to tylko przypuszczenia, wiedzieć tego na pewno nie możemy, ze względu na brak źródeł pisanych. A wiedzieć, cóż, chciałoby się szalenie, tak, jak i chciałoby się poznać losy mieszkańców spalonego grodziska. Czy byli Słowianami przybyszami z okolic Grodna, czy może z Mazowsza, a może było to grodzisko jaćwieskie bądź litewskie, i wreszcie, kto miałby być agresorem? Ta wiedza tonie jednakże w mrokach niepamięci.
Na północ od grodziska natomiast, wolno toczy swoje wody, meandrując między polami i sosnowymi zagajnikami rzeka Kumiałka, której nazwę znajomy Litwin wywodzi od litewskiego słowa "kumele" oznaczającego "klacz", ale i w tym przypadku pewności mieć nie możemy, bo może ono równie dobrze pochodzić z języka jaćwieskiego, blisko spokrewnionego z litewskim.
Po wysłuchaniu interesujących historii snutych przez miejscowych gospodarzy, udajemy się jeszcze na wschód, by objerzeć na skraju wsi wiatrak typu holenderskiego z 1930 r. Swoją drogą interesujące jest to, że w okolicach Korycina zachowało się jeszcze kilka wiatraktów tego typu, nie typowych dla większości ziem polskich wiatraków "koźlaków", tylko właśnie "holendrów". Może jest to spuścizna po osadnikach niemieckich z Prus Wschodnich, którzy osiedlili się tu, gdy ziemie te po trzecim rozbiorze w 1795 r. przypadły właśnie Prusom? To również rzecz warta zbadania.
A niedaleko od wiatraka, tuż przy drodze prowadzącej do wsi Przystawka, w szczerym polu dostrzegamy jeszcze niewielkie, z pewnością sztuczne usypisko, otoczone wątłymi bezlistnymi drzewami, wyglądające, jak kurhan. Jaćwieski? Słowaiński? A może będący śladem bytności Gotów na tych ziemiach we wczesnym średniowieczu, tak jak cmemntarzysko kurhanowe w pobliskiej Jasionowej Dolinie z IV – V w. n.e.? To bez wątpienia kolejna sprawa warta odkrycia, a sama Aulakowszczyzna, i okolica, mieszkajacy tu ludzie, sprawiają, że wraca się tu możliwie, jak najczęściej.
Kurhan między Aulakowszczyzną a Przystawką.
Wiatrak "holender" na skraju Aulakowszczyzny.
Wiatrak typu "holender" tuż przed Korycinem (od strony południowej).
Widoki grodziska.
Pole, na którym nasz przewodnik podczas orania odkrywał zwęglone bale.
Rzeka Kumiałka, od strony północnej osłaniająca grodzisko.
Droga z Aulakowszczyzny w stronę Korycina.
środa, 5 stycznia 2011
Podlaska Milewszczyzna drugim Biskupinem?
Białostocka "Gazeta Współczesna" dumnie donosi, że na Podlasiu szykuje się nam drugi Biskupin - w miejscu, w którym prawdopodobnie między XI a XIII w. istniało grodzisko założone przez Rusinów. Władze gminy Korycin chciałyby z owego średniowiecznego grodziska uczynić atrakcję turystyczną na skalę całego kraju, a może nawet Europy. Nie wiem czy inwestycja polegająca na zabudowaniu dawnego grodziska drewnianą palisadą, otoczenia go fosą, wzniesienia kilku chat z bali i bramy wjazdowej, została poprzedzona stosownymi badaniami, tj. czy inwestycja się zwróci, czy rzeczywiście ściągnie turystów, czy istnieje jeszcze jakiekolwiek zainteresowanie tego typu turystyką? Czy gmina będzie też w stanie pozyskać środki na promocję owego "drugiego Biskupina"?
Natomiast podchodząc do tematu skrajnie egoistycznie, wolałbym, by Milewszczyzna nie traciła swojego dotychczasowego charakteru, miejsca cichego, spokojnego, otoczonego aurą tajemnicy. To dawne grodzisko najpiękniej wygląda wybujałą, świeżą i soczystą wiosną oraz słonecznym latem. Do tej pory poza kilkoma wędkarzami, w ciszy łowiącymi ryby w płynącej u podnóża grodziska Kumiałce, pies z kulawą nogą tym miejscem się nie interesował, nawet pomimo tego, że w ruinach urokliwych zabudowań folwarcznych zorgnizowane zostało miejsce do biwakowania.
Wzgórze porośnięte wysokimi trawami, krzakami, drzewami owocowymi, będącymi pozostałościami starego sadu, tworzy malowniczą scenerię, żywo pobudzającą wyobraźnię. Zarośla są tak gęste, że z trudem można dotrzeć do miejsca, w którym kiedyś wznosiły się drewniane chaty, częstokół, i które tętniło życiem na miarę wschodniej, zapomnianej i niemal nieznanej wówczas Europy.
Gdyby jednak miało się okazać, że rzeczywiście owa inwestycja przyniosłaby wymierne korzyści i poprawiła sytuację finansową gminy Korycin, to cóż, może i warto wyzbyć się swoich egoistycznych zachcianek i sentymentów?
Obawiałbym się tylko jednego, a mianowicie tego, że owa rekonstrukacja, tak jak została przedstawiona na ilustracji w "Gazecie Współczesnej" będzie bardziej przypominać gród zbójcerzy z "Kajka i Kokosza", niż średniowieczne grodzisko. Poza tym wszelkie rekonstrukcje mają z reguły to do siebie, że brakuje im ducha epoki, którą imitują, a w tym przypadku jednym duchem, jaki się może wraz z nowym grodziskiem pojawić jest jedynie duch komercji.
Warto może w tym miejscu przypomnieć, że Litwini, którzy swoją pierwszą stolicę umiejscawiają w malowniczym Kiernave nie zabudowali kompleksu dawnych grodzisk palisadami, chatami w stylu iście disneyowskim, lecz tuż obok wznieśli nowoczesne muzeum, prezentujące historię miejsca i znaleziska archeologiczne. Może i w tym naszym "zagłębiu grodziskowym" (Milewszczyzna, Aulakowszczyzna, Zamczysk i Trzcianka), warto byłoby pomyśleć o udostępnieniu owych grodzisk ewentualnym turystom i wybudowaniu muzeum prezentujacego złożoną i wielce interesującą historię tych ziem, np. w Korycinie?
***Wcześniej o Milewszczyźnie pisałem także tutaj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...