Blada, jasna kula słońca z trudem przebijająca się przez chmury, czarne, postrzępione, i ostatnie żółte liście na drzewach wzdłuż szosy. Puszcza urokliwa, jak zresztą o każdej porze roku, mimo że słońce uległo nawale chmur ciężkich, późnojesiennych. Szare, rude, brązowe, czasem żółtawe barwy; falujące pagórki, wzniesienia, wzgórza, rzeczki, strumienie, które zamieniły się w rozlewiska, wyglądają jak spiętrzone zbiorniki wodne, stawy, małe jeziora. Porywisty wiatr, gnący wątłe drzewa w zagajniku przy korycińskim parku, od strony Miłosiernego Jezusa. Cmentarz na wzgórzu, droga w stronę Milewszczyzny, Aulakowszczyzny. Żółtawy neogotyk korycińskiego kościoła z dwiema wieżami, uświęcił dawne miejsce pogańskiego kultu, święte wzgórze ze świętym źródłem. Wiekowy park, jeszcze niedawno zielony, z rozłożystą dziką jabłonią, drewnianymi Chrystusem frasobliwym przy murowanej plebanii, drewniane stacje drogi krzyżowej, zawsze zamknięte i widok zapierający dech w piersiach na północny wschód z malowniczymi zagajnikami, pojedynczymi sadybami, falującymi polami, pastwiskami, łąkami, zalewem. Drzewa gną się smagane wiatrem. Pierwszy przeszywający chłód. Asfaltowa wąska droga wije się między wzgórzami, tak jakby się chciała upodobnić do meandrującej rzeki Kumiałki. Z lewej strony czerwienieje dachówka drewnianego domu przy moście na rzece, będącego zdaje się pozostałością po dawnym młynie. Miejsce zawsze pełne tajemnicy, zawsze puste, ciche, na wysokim brzegu, ze szczytu wzgórza dobrze widoczne. Za rzeką grodzisko. Nie tak dawno przekopane przez archeologów. Podobno ma tu powstać jakaś drewniana rekonstrukcja. Pamiętam gdy było jeszcze porośnięte chaszczami, jakimś zapuszczonym sadem, z żeliwnym niewielkim krzyżem posadowionym nań od drogi, jakby dla uświęcenia tajemniczego miejsca. Teraz jest odsłonięte. Tajemnica gdzieś umknęła, a przynajmniej schowała się lękliwie. Opuszczona kamienna stodoła, okalający ja kamienny mur z wmontowanymi weń kamiennymi żarnami. Miejsce biwakowe dla uczestników spływów kajakowych. Kim byli mieszkańcy grodziska? Jakie były ich losy? Gdzie są ich kości? Czy można zeń wydobyć sczerniałe, popalone drewniane bale, o jakich opowiadał kiedyś rolnik w Aulakowszczyźnie, na polu którego znalazło się średniowieczne grodzisko, 3 km na wschód od Milewszczyzny. Kim byli ich mieszkańcy? Bałtami - Jaćwingami? Słowianami? Kto je niszczył, zdobywał? Krzyżacy? Wikingowie? Kiedy to było? I jedno i drugie położone tuż przy rzeczce Kumiałce, fantastycznie wijącej się między pagórkami, najfantastyczniej wczesną wiosną, gdy topnieją śniegi, i zamienia się niemal w wartki potok, i teraz, gdy rzeczka wezbrała od długotrwałych opadów i przelała się na łąki i pastwiska. Kamienny Chrystus niosący krzyż przy drodze z Szumowa do Romaszkówki. Bielejący w polu na stoku wzgórza drewniany dom z dwuspadowym dachem, oknami wpatrzony na zachód, od szczytu pagórka osłonięty sosnowym zagajnikiem, zawsze radosny, jasny, na otwartej przestrzeni, z widokiem na dolinę Kumiałki i okalające ją wzgórza. Czuć tu zawsze wolność i przestrzeń. Jedyne czego mi w Warszawie brak, to tych właśnie wzgórz, falujących, łagodnych, zielonych, bujną, soczystą wiosenną i letnią zielenią, zalanych słońcem, czasem porośniętych sosnami i brzozami, meandrujących rzeczek i strumieni, tajemniczych grodzisk, dusz ich mieszkańców, drewnianych kapliczek, żeliwnych krzyży na kamiennych postumentach, szczerego uśmiechu ślicznej dziewczyny, o rozpuszczonych, błyszczących brązowych włosach, zbierającej z mamą truskawki na polu gdzieś między Jezierzyskiem a Sitkowem.
Już widać wieże ceglanego kościoła w Janowie, dużo niższe niż korycińskiej świątyni, i urokliwe domki w rynku, odnowione, wymalowane, oszalowane, kwiaciarnia u Jagody, choć z początku przeczytałem kawiarnia, i już w myślach zasiadłem przy oknie w drewnianym brązowym domku, przy filiżance gorącej herbaty z jagodzianką w lukrze albo osypaną cukrem pudrem. Nie tym razem, to tylko kwiaciarnia. Przecinamy wąski pas dawnej Puszczy Nowodworskiej, dalej rozjazd na północ do Majewa Kościelnego, z kościołem wzniesionym z polnych kamieni, i na południe do Trzcianki z kolejnym tajemniczym grodziskiem zdobytym jakieś 1000 lat temu być może przez Wikingów, i już dużo lepiej przebadanym i poznanym przez archeologów, niż grodziska w Milewszczyźnie, Aulakowszczyźnie czy też nieodległym Zamczysku. Dalej strzelista wieża kościoła - z obrazem patrona tych ziem św. Kazimierza Królewicza - na wzgórzu w Sokolanach, ze skrzydlatymi aniołami klęczącymi na żeliwnej bramie otwierającej drogę do nieba tym, którzy wspinają się po kamiennych schodach od podnóża wzgórza, mijając po lewej drewniany domek w otoczeniu smukłych drzew. Została już jedynie Sokółka, słońce po raz ostatni próbuję się przebić przez gęste, ciężkie, kłębiące się chmury; nieudanie. Kościół św. Antoniego Padewskiego w przedwczesnym mroku, świeczki jasno błyskające przy obrazie Jezusa Miłosiernego. Kilkanaście osób klęczy w ławkach, w klęcznikach, cisza, i łagodny Jezus na obrazie ledwie widoczny w bladym blasku świeczek. I Jezus dobry pasterz na fresku na sklepieniu, osadzony w sokólskim krajobrazie, z owieczką na ramionach, jakby wziętą z pastwiska gdzieś w okolicach Starej Moczalni, i z fragmentem lasu z okolic Lipiny. Cisza, spokój, sokólski rytm, mógłbym tu usnąć i zostać.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sokółka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sokółka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 października 2017
niedziela, 26 lipca 2015
Sokółka
Sokólszczyzna, najciekawsza część Podlasia, ostatni prawdziwy skrawek Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sama Sokółka ze swoją senną, niedzielną atmosferą, aleją kasztanową na ulicy Polnej, intrygująca kolonią domów na ulicy Kasztanowej; urokliwe drewniane domki w otoczeniu przestronnych ogrodów; wąskie dwukondygnacyjne kamieniczki na łagodnych, zielonych wzgórzach, zielonych, bo niestłamszonych doszczętnie betonem; wąskie przesmyki między równie wąskimi kamieniczkami, pamiętającymi jeszcze przedwojennych mieszkańców miasteczka; i schowane przy nich podwórza z niewielkimi ogrodami, zachowała w sobie jako bodaj ostatnie miasteczko coś z ducha tego federacyjnego tworu.
Kościół św. Antoniego Padewskiego z magnetyzującymi freskami. Pokorny i łagodny Jezus w otoczeniu zieleni pól i drzew, idealnie wpisany w podsokólski krajobraz, równie łagodny, falujący, kojąco zielony. Skrawki ulicy Ściegiennego, Sikorskiego, Polnej, Kasztanowej, Witosa, Mickiewicza, przywodzące na myśl swoją atmosferą, łagodnie rozproszonym słońcem, bujną, soczystą zielenią, zapachem, drewnianą zabudową fragmenty samego Wilna z Zarzecza, okolic cmentarza na Rossie, Zwierzyńca. Wiśnie, kasztany, bursztynowe sosny i miodowe lipy przy szkole. Sokółka - Wilno. Zupełnie nieprzystające porównanie, bez zachowania proporcji, a jednak istnieje wychwytywalne podobieństwo. Kto wie, czy za 100, 200 lat Sokółka nie rozrośnie się do rozmiarów Wilna? Krajobraz, ukształtowanie terenu, barwa i intensywność słonecznego światła, drewniana zabudowa, zieloność, jedyne co - wydaje się - może je teraz łączyć, gdyby nie najważniejsze - typy ludzkie, z jakimiś charakterystycznym rysem litewskiego wyciszenia, spokoju, łagodności. Dziewczyny przemierzające ulice obu miast, o długich, bujnych brązowych bądź czarnych włosach i raczej jasnej, a jednocześnie ciepłej karnacji, delikatne, smukłe, piękne. Podobne typy ludzkie spotkać można jeszcze bliżej Grodna, bo w kościele w Różanymstoku, gdzie jeszcze czasem po zakończonej niedzielnej mszy w małych grupkach rozbrzmiewa białoruska mowa, choć władający nią tak, by jej zapewne nie nazwali. Ogromna barokowa świątynia zagubiona wśród pól, samotna, historia nie dała najmniejszych szans Różanemustokowi na rozwinięcie skrzydeł, stolica duchowa północno wschodniej Sokólszczyzny. Sokólszczyzny, której duchem dużo bliżej do Grodna niż nadętego, lecz bez duszy i tożsamości Białegostoku.
Święty Antoni Padewski, od kilku lat miejsce docelowe licznych pielgrzymek, już nie tylko z całej Polski. I niezwykła atmosfera niedzielnej Mszy w kościele z 1848 r. Niezbyt wysoko zawieszone sklepienie, witraże w oknach od północnej strony, wspomniane już freski. Łagodna Matka Boska w lewej nawie, z rozpuszczonymi blond włosami - "Jam jest niepokalane poczęcie", o wielkich, pełnych pokoju oczach. Licznie zgromadzeni wierni, modlący się głośno i pokornie, silnie odczuwana jedność, gotowość i potrzeba przemiany, otwarcia, uwolnienia.
Po zakończonej Mszy pozostają pielgrzymi, świątynia opustoszawszy oferuje wiele miejsc do wyciszonej medytacji. Dwudziestoparoletni chłopak, poruszający się o kulach, w spodniach panterkach, i towarzysząca mu śliczna dziewczyna, o bujnych, długich czarnych włosach, energiczna, silna, zdecydowana, wierząca nie mniej niż on w uzdrowienie. Jakaś grupka robiąca zdjęcia niczym grupa japońskich turystów, fotografująca wszystko po kolei. Po kilkunastu minutach pozostają najbardziej wytrwali. Cisza i wewnętrzny pokój.
Kościół św. Antoniego Padewskiego z magnetyzującymi freskami. Pokorny i łagodny Jezus w otoczeniu zieleni pól i drzew, idealnie wpisany w podsokólski krajobraz, równie łagodny, falujący, kojąco zielony. Skrawki ulicy Ściegiennego, Sikorskiego, Polnej, Kasztanowej, Witosa, Mickiewicza, przywodzące na myśl swoją atmosferą, łagodnie rozproszonym słońcem, bujną, soczystą zielenią, zapachem, drewnianą zabudową fragmenty samego Wilna z Zarzecza, okolic cmentarza na Rossie, Zwierzyńca. Wiśnie, kasztany, bursztynowe sosny i miodowe lipy przy szkole. Sokółka - Wilno. Zupełnie nieprzystające porównanie, bez zachowania proporcji, a jednak istnieje wychwytywalne podobieństwo. Kto wie, czy za 100, 200 lat Sokółka nie rozrośnie się do rozmiarów Wilna? Krajobraz, ukształtowanie terenu, barwa i intensywność słonecznego światła, drewniana zabudowa, zieloność, jedyne co - wydaje się - może je teraz łączyć, gdyby nie najważniejsze - typy ludzkie, z jakimiś charakterystycznym rysem litewskiego wyciszenia, spokoju, łagodności. Dziewczyny przemierzające ulice obu miast, o długich, bujnych brązowych bądź czarnych włosach i raczej jasnej, a jednocześnie ciepłej karnacji, delikatne, smukłe, piękne. Podobne typy ludzkie spotkać można jeszcze bliżej Grodna, bo w kościele w Różanymstoku, gdzie jeszcze czasem po zakończonej niedzielnej mszy w małych grupkach rozbrzmiewa białoruska mowa, choć władający nią tak, by jej zapewne nie nazwali. Ogromna barokowa świątynia zagubiona wśród pól, samotna, historia nie dała najmniejszych szans Różanemustokowi na rozwinięcie skrzydeł, stolica duchowa północno wschodniej Sokólszczyzny. Sokólszczyzny, której duchem dużo bliżej do Grodna niż nadętego, lecz bez duszy i tożsamości Białegostoku.
Święty Antoni Padewski, od kilku lat miejsce docelowe licznych pielgrzymek, już nie tylko z całej Polski. I niezwykła atmosfera niedzielnej Mszy w kościele z 1848 r. Niezbyt wysoko zawieszone sklepienie, witraże w oknach od północnej strony, wspomniane już freski. Łagodna Matka Boska w lewej nawie, z rozpuszczonymi blond włosami - "Jam jest niepokalane poczęcie", o wielkich, pełnych pokoju oczach. Licznie zgromadzeni wierni, modlący się głośno i pokornie, silnie odczuwana jedność, gotowość i potrzeba przemiany, otwarcia, uwolnienia.
Po zakończonej Mszy pozostają pielgrzymi, świątynia opustoszawszy oferuje wiele miejsc do wyciszonej medytacji. Dwudziestoparoletni chłopak, poruszający się o kulach, w spodniach panterkach, i towarzysząca mu śliczna dziewczyna, o bujnych, długich czarnych włosach, energiczna, silna, zdecydowana, wierząca nie mniej niż on w uzdrowienie. Jakaś grupka robiąca zdjęcia niczym grupa japońskich turystów, fotografująca wszystko po kolei. Po kilkunastu minutach pozostają najbardziej wytrwali. Cisza i wewnętrzny pokój.
poniedziałek, 4 lutego 2013
Sokółka (część I)
Rozpisywanie się o historii Sokółki, przy obfitości wszelkich materiałów o niej dostępnych także online, nie ma większego sensu, podobnie przepisywanie książek czy artykułów porozrzucanych w wielu czasopismach. Sokółkę odwiedza się dla niespotykanego w żadnym innym miasteczku Podlasia klimatu. Nie oznacza to, że jest ona ciekawsza czy bardziej urokliwa od Bielska Podlaskiego, Siemiatycz, Mielnika, Drohiczyna czy Dąbrowy Białostockiej. Bliskość Grodna, Bohonik, Kruszynian, Puszczy Knyszyńskiej, Różanegostoku, a także - jakby to dziwacznie nie zabrzmiało - Wilna (oddalonego od Sokółki o 200 km na północny wschód), tworzą absolutnie niepowtarzalny klimat tego miasteczka, pogranicznego, otoczonego typowo litewskimi krajobrazami - pnącymi się, począwszy już od rogatek Białegostoku, coraz wyżej zielonymi pagórkami, porozrzucanymi na nich sosnowymi zagajnikami, falującymi zbożami, malowniczymi wioskami z licznymi wciąż jeszcze drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach, smukłymi przydrożnymi krzyżami i kapliczkami, ciemnymi kniejami, będącymi pozostałościami dawnej Puszczy Grodzieńskiej, ciągnącymi się wąskim klinem od okolic Dąbrowy Białostockiej, dalej na południe przez Trzciankę z jej tajemniczym wczesnośredniowiecznym grodziskiem, na którym znaleziono arabskie dirhamy, w stronę Puszczy Knyszyńskiej koło Rozedranek.
Do Sokółki najlepiej przybyć w dzień powszedni, kiedy miasto żyje swoim naturalnym rytmem, pulsuje codziennością zwyczajną aż do granic możliwości i przez to wzruszająco piękną, kiedy staruszkowie podpierając się drewnianymi laskami wychodzą na popołudniowy spacer, ludzie w średnim wieku załatwiają sprawy najprawdopodobniej urzędowe i robią zakupy, młodzież i dzieci wracają ze szkół. Wtedy właśnie powinniśmy zapuścić się w jakąkolwiek uliczkę, wychodzącą od dawnego rynku, i krążyć podobnymi bez bliżej sprecyzowanego celu, poza odkryciem prawdziwego klimatu miasta, tego wszystkiego, co jest ukryte przed okiem przejeżdżających w pośpiechu przez liczne wsie i miasta podróżnych, którzy śpieszą do określonego, znanego celu, pogardzając nieco miejscowościami nie ujętymi w popularnych przewodnikach, o których brak wzmianek w stacjach TV. O Sokółce było co prawda jeszcze nie tak dawno głośno przy okazji Cudu Eucharystycznego, choć to akurat wydarzenie w klimacie współczesnej Polski, przydaje miasteczku raczej aury albo taniej sensacji, albo polskiego zacofania i zabobonu, zupełnie niesłusznie zresztą. By być sprawiedliwym trzeba dodać, że ciągną tu też tłumy pielgrzymów, żarliwie wierzących w objawienie się Chrystusa za sprawą Hostii, która w czasie sprawowania Eucharystii upadła jednemu z księży na ziemię. Któregoś razu w nieodległej Świętej Wodzie natknęliśmy się na autokar pielgrzymów z Rumunii ciągnących właśnie do Sokółki, by pomodlić się przed Cudowną Hostią.
Ale Sokółka to nie tylko Cud, nie tylko pełne uroku przedwojenne drewniane czy murowane domki, to nie tylko Muzeum Ziemi Sokólskiej z arcyciekawą wystawą poświęconą polskim Tatarom, mieszczące się w XVIII-wiecznym budynku wzniesionym jeszcze za czasów podskarbiego litewskiego Antoniego Tyzenhauza, ale też ludzie, których spotykamy na ulicach, przy kościele, którzy potrafią podejść do nieznajomego i zupełnie spontanicznie nawiązać serdeczną rozmowę. To oczywiście domena ludzi starszych, bo młodzież się glajszachtuje się chyba wszędzie.
I warto poświęcić na krążenie po Sokółce kilka dobrych godzin, tak zupełnie swobodne, bez nerwowego spoglądania na zegarek, bez pośpiechu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...