Klimat miasta, niezależnie od jego wielkości, historii, jaką może się poszczycić, czy tradycji, tworzą też między innymi ludzie czytający książki w miejscach publicznych, w metrze, na trawnikach w parku, na ławkach, w skwerach, autobusach, tramwajach, trolejbusach, kafejkach, ogródkach, na murkach, na schodach; czytelnicy reprezentujący różne grupy wiekowe i społeczne, studenci, licealiści, staruszkowie, urzędnicy, menedżerowie, panie z poczty, mężczyzna w średnim wieku w garniturze, czy babcia w znoszonym nieco i wyblakłym sweterku. To widok, którego najbardziej brakuje mi w Białymstoku, z rzadka czasem gdzieś w parku okolicach Pałacu Branickich, Wydziału Prawa, Filharmonii można natknąć się na pojedyncze "egzemplarze", dzierżące książki w dłoniach, z reguły są to jednakże studenci, przygotowujący się do egzaminów przed sesją letnią. W białostockich kafejkach natomiast to widok chyba nigdy nie spotykany, pomijając już nawet fakt, że większości z nich nie sposób nazwać kafejkami, ze względu na brak nie tyle już nawet odróżniajacego je od innych klimatu, co klimatu w ogóle; dużo bardziej przypominają piwożłopnie, w których w wielu przypadkach trudno o jakieś dobre, nietuzinkowe piwo. O widoku czytających białostoczan w środkach komunikacji publicznej nie wypowiadam się, bo za rzadko z nich korzystam. Ale nie korzystam z nich także w Wilnie, a to do czego wzdycham, będąc w tym pięknym mieście, to spośród wielu innych rzeczy także widok czytających wilnian; łapczywie i chciwie zatopionych w książkach w ogródkach, kafejkach, na ławkach w parkach, na Starówce, przy Uniwersytecie, przy Pałacu Prezydenckim, na trawie nad Neris (Wilią), i nie mam tu na myśli tylko studentów czy licealistów, którzy czytać niejako są zmuszeni z definicji, ale przede wszystkim tych czytających zupełnie bezinteresownie.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
sobota, 24 września 2011
wtorek, 11 sierpnia 2009
W drodze do Wilna. Korycin, sierpień 2009
Początek ubiegłego tygodnia, kolejny wyjazd w tym roku na Litwę. Wyruszamy o 13, spokojnie, ze świadomością, że to tylko niecałe 4 godziny jazdy z centrum Białegostoku do centrum Wilna. Z dużą nonszalancją pzowalamy więc sobie na krótki postój w Korycinie, 37 km na północ od Białegostoku, stąd już tylko 270 km do Wilna, a gdyby można byłoby jechać przez Grodno, to tylko 200 km. Senne, ciche, przytulne, zawsze jasne miasteczko z przeważnie drewnianą zabudową, ze zgrabnymi domkami o dwuspadowych dachach w radosnych barwach, strzelistymi wieżami neogotyckiego kościoła na wzgórzu ze świętym źródełkiem - niegdyś miejscem kultu pogańskiego. Ziemie te we wczesnym średniowieczu zamieszkiwali Bałtowie, przodkowie późniejszych Litwinów albo Jaćwingów. To wzgórze zawsze miało w sobie coś tajemniczego, o tym, że było miejscem kultu pogańskiego, dowiedziałem się całkiem niedawno, dzięki artykułowi P. Boriwika i G. Ryżewskiego "Korycin - historia i zabytki" opublikowanemu w "Biuletynie Konserwatorskim Województwa Podlaskiego". Niby nie wierzę w miejsca mocy, a jednak miejsca dawnych gajów pogańskich, świętych źródeł, mają w sobie coś wyjątkowego - tak jak to tutaj w Korycinie lub miejsce dawnego kultu pogańskiego w Supraślu, w którym w XV wieku stanęła cerkiew i monastyr.
Ryneczek w Korycinie tonie w zieleni. Za sprawą pomnika Zygmunta III Wazy ustawionego przed współczesnym urzędem gminy dowiadujemy się, że to właśnie ten król ufundował tu w 1601 roku pierwszą parafię.
Po schodkach wspinam się do siedziby wójta. Jeszcze w kwietniu jeden z gospodarzy z Aulakowszczyzny poinformował mnie, że będę mógł tu nabyć książkę zawierającą historię gminy Korycin, a w niej opis grodziska w Aulakowszczyźnie. Teraz wreszcie nadarzyła okazja! W budynku urzędu na parterze panuje głucha cisza, ani żywej duszy, dostrzegam schody prowadzące na piętro, m.in. do biblioteki. W bibliotece dwie panie bibliotekarki toczą namiętne debaty dnia codziennego, które muszę im brutalnie przerwać, realizując swój egoistyczny cel, który zrealizować muszę, bo następnym razem nieprędko tu zawitam w dniu powszednim. Panie uprzejmie odpowiadają mi, że owszem mają książki o historii Korycina, ale tylko do wypożyczenia, i na dodatek dwie właśnie zostały wypożyczone, ale w pokoju obok urzęduje pewna pani, u której być może będę mógł dokonać tak bezcennego zakupu. Jedna z biblotekarek, prowadzi mnie do wspomnianej pracownicy urzędu gminy. Ta zaś zupełnie zdumiona, patrząc na mnie, jak na przybysza z innej planety, informuje mnie, że żadnej książki mi nie sprzeda, ale ma jeszcze kilka egzemplarzy, które były kiedyś rozdawane bezpłatnie przy okazji różnych promocji gminy. Niemniej jednak sprzedać żadnej z nich mi nie może, bo przecież pieniędzy do kieszeni nie weźmie, a poza tym książki te nie mają ceny - tak jak wspomniałem wcześniej są całkowicie bezcenne! Może mi natmiast dać broszurki, na które troszkę się krzywię, bo historii w nich mało, tylko suche, podstawowe informacje, przeważnie praktyczne. Widocznie wzbudzam litość, bo widząc moję skwaszoną minę kobieta wreszcie proponuje mi wypożyczenie tej właściwej książki, ale ja się znowu wzbraniam, bo przecież kiedy ją oddam? Tak więc zrezygnowana pani, z uśmiechem decyduje się wreszcie wręczyć mi ją w prezencie. Robi mi się strasznie wstyd, bo czuję się teraz tak, jakbym tę książkę wyłudzał, wręcz wymuszał na bezbronnej niewieście taki podarunek. Ale dostrzegając błyski w moich oczach, kiedy trzymam wreszcie książkę w dłoniach, uśmiecha się życzliwie i teraz ona z kolei wzbrania się przed jakąkolwiek obietnicą z mojej strony odwdzięczenia się za tak wielkie uszczęśliwienie mnie. Radośnie, jak dziecko, jak mały chłopiec zbiegam po schodach na dół, wychodzę uskrzydlony na przytulny ryneczek. Dopiero teraz możemy spokojnie jechać do Wilna!
Dodam jeszcze tylko, że książka, którą otrzymałem w prezencie, nosi tytuł "Świat dawnego Korycina", a jej autorami są następujące osoby: Jolanta Muszyńska, Urszula Wróblewska i Artur Konopacki. O samej książce napiszę więcej, gdy zakończę jej czytanie, a to nie taka prosta sprawa, bo nie jest to przecież zwykłe czytanie, ale smakowanie 120 -stronicowego opracowania poświęconego historii Korycina i okolic, zbioru podań i legend, opowieści mieszkańców gminy. Zwyczajnie perełka!
Ryneczek w Korycinie tonie w zieleni. Za sprawą pomnika Zygmunta III Wazy ustawionego przed współczesnym urzędem gminy dowiadujemy się, że to właśnie ten król ufundował tu w 1601 roku pierwszą parafię.
Po schodkach wspinam się do siedziby wójta. Jeszcze w kwietniu jeden z gospodarzy z Aulakowszczyzny poinformował mnie, że będę mógł tu nabyć książkę zawierającą historię gminy Korycin, a w niej opis grodziska w Aulakowszczyźnie. Teraz wreszcie nadarzyła okazja! W budynku urzędu na parterze panuje głucha cisza, ani żywej duszy, dostrzegam schody prowadzące na piętro, m.in. do biblioteki. W bibliotece dwie panie bibliotekarki toczą namiętne debaty dnia codziennego, które muszę im brutalnie przerwać, realizując swój egoistyczny cel, który zrealizować muszę, bo następnym razem nieprędko tu zawitam w dniu powszednim. Panie uprzejmie odpowiadają mi, że owszem mają książki o historii Korycina, ale tylko do wypożyczenia, i na dodatek dwie właśnie zostały wypożyczone, ale w pokoju obok urzęduje pewna pani, u której być może będę mógł dokonać tak bezcennego zakupu. Jedna z biblotekarek, prowadzi mnie do wspomnianej pracownicy urzędu gminy. Ta zaś zupełnie zdumiona, patrząc na mnie, jak na przybysza z innej planety, informuje mnie, że żadnej książki mi nie sprzeda, ale ma jeszcze kilka egzemplarzy, które były kiedyś rozdawane bezpłatnie przy okazji różnych promocji gminy. Niemniej jednak sprzedać żadnej z nich mi nie może, bo przecież pieniędzy do kieszeni nie weźmie, a poza tym książki te nie mają ceny - tak jak wspomniałem wcześniej są całkowicie bezcenne! Może mi natmiast dać broszurki, na które troszkę się krzywię, bo historii w nich mało, tylko suche, podstawowe informacje, przeważnie praktyczne. Widocznie wzbudzam litość, bo widząc moję skwaszoną minę kobieta wreszcie proponuje mi wypożyczenie tej właściwej książki, ale ja się znowu wzbraniam, bo przecież kiedy ją oddam? Tak więc zrezygnowana pani, z uśmiechem decyduje się wreszcie wręczyć mi ją w prezencie. Robi mi się strasznie wstyd, bo czuję się teraz tak, jakbym tę książkę wyłudzał, wręcz wymuszał na bezbronnej niewieście taki podarunek. Ale dostrzegając błyski w moich oczach, kiedy trzymam wreszcie książkę w dłoniach, uśmiecha się życzliwie i teraz ona z kolei wzbrania się przed jakąkolwiek obietnicą z mojej strony odwdzięczenia się za tak wielkie uszczęśliwienie mnie. Radośnie, jak dziecko, jak mały chłopiec zbiegam po schodach na dół, wychodzę uskrzydlony na przytulny ryneczek. Dopiero teraz możemy spokojnie jechać do Wilna!
Dodam jeszcze tylko, że książka, którą otrzymałem w prezencie, nosi tytuł "Świat dawnego Korycina", a jej autorami są następujące osoby: Jolanta Muszyńska, Urszula Wróblewska i Artur Konopacki. O samej książce napiszę więcej, gdy zakończę jej czytanie, a to nie taka prosta sprawa, bo nie jest to przecież zwykłe czytanie, ale smakowanie 120 -stronicowego opracowania poświęconego historii Korycina i okolic, zbioru podań i legend, opowieści mieszkańców gminy. Zwyczajnie perełka!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...