Krótki opis wrażeń z pobytu w Bardejowie oraz na samym jarmarku zamieściłem tutaj.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wschodnia Słowacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wschodnia Słowacja. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 września 2011
niedziela, 30 sierpnia 2009
Bardejov
Właściwie to moja miłość do Słowacji - taka pełna i świadoma - rozpoczęła się od pierwszej wizyty w Bardejowie w 1999 r., kiedy to jeszcze jako student wyruszyłem na kilkugodzinną wyprawę z Krynicy do tego urokliwego miastczka. Później każdy swój pobyt w Beskidzie Sądeckim wykorzystywałem na odwiedziny Bardejowa. To wszak ledwie 31 km od centrum Krynicy - trasa z pięknymi widokami na Beskid. Po stronie słowackiej droga wiedzie przez kotlinę. To tam po raz pierwszy zrozumiałem i odczułem klimat wiersza Julii Hartwig, w którym opisuje nie do końca docenianą, ciepłą, łagodną, niemal śródziemnomorską "naszą siostrę" Słowację. Odtąd już Bardejów i droga doń prowadząca od polskiej granicy staną się moim prywatnym uosobieniem całej Słowacji - z zielonymi, zawsze nasłonecznionymi południowymi stokami Karpat, z cudnym już jesiennym zapachem ognisk palonych w polach i ogrodach, smakowitą wonią warzyw, widokiem winorośli, smukłą siegającą nieba wieżą bardejowskiego gotyckiego kościoła i skromnymi wieżyczkami jakby barokowych kościółków w mijanych wioskach.
Tym razem miałem wyjątkowo sporo czasu na kontemplowanie Bardejowa. Już nie biegałem w pośpiechu po Rynku, wąskimi uliczkami niedużej starówki, ale w spokoju usiadłem na ławeczce w Rynku i obserwowałem nieco senne, ale kojące życie małego miasteczka. Gargulce na gotyckim kościele, którym wcześniej nie miałem czasu się przyjrzeć, nie wzbudzały najmniejszej odrazy, wydawały się natomiast - wbrew sobie, własnej istocie i przeznaczeniu (wszak są rzygaczami) - zabawne i sympatyczne, pomimo swoich wyłupiastych wielkich oczu, wykrzywionych w złośliwym grymasie grubych warg i diabelskich rogów.
Stary Rynek był wolny od turystów, jedynie bardejowianie przedsiadywali na ławeczkach wokół, albo stojąc toczyli ważne rozmowy dnia codziennego. Tuż obok nas stanęły dwie młode mamy, babcia i dwójka maluchów - chłopak i dziewczynka, około 3 - letnie szkraby, które baraszkowały jak małe niedźwiadki, aż do momentu potknięcia się i upadku dziewczynki. Ta jednak była na tyle dzielna, by się nie rozpłakać na zanadto długo i za głośno. Później zabawa została wznowiona, jednak tym razem przybrała postać pogoni za gołębiem, ale raczej po to by go złapać i przytulić ewentualnie zabrać do domu jako przytulankę, niż by go nastraszyć. Ten jednak najwyraźniej opacznie zrozumiał okrzyki - w jego wobrażeniu pewnie przeraźliwe - "Holub!", "Holub!" - i czmychnął czymprędzej gdzieś na dach jednej z kamienic.
W Rynku w jednej z kamienic znajduje się także Dom Polsko - Słowacki, który miałem kiedyś przyjemność odwiedzić i obejrzeć wystawę fotografii z kopalni soli w Wieliczce. Nieopodal warto także zajrzeć do Muzeum Ikon. Wschodnia Słowacja to wszak region licznie zamieszkały przez wyznaców cerkwi grekokatolickiej, potomków osadników z Rusi (obecnie Ukrainy) i Wołoszczyzny. Muzeum mieści się w kamienicy z bodaj XVII wieku i choć ekspozycja nie jest może urządzona tak nowocześnie, jak w Muzeum Ikon w Supraślu (brak odpowiednio wygaszanach i zapalanych świateł budujących nastrój, wydobywającej się z ukrytych głośników cerkiewnej muzyki, pomieszczeń stylizowanych na katakumby, wnętrze celi zakonnika piszącego ikony, czy wnętrze prostej wiejskiej chaty), to jest tu o tyle lepiej, że ikon nie kontempluje się w grupie, muzeum można zwiedzać indywidualnie, a przecież czymże innym niż swego rodzaju modlitwą może być wpatrywanie się w ikonę? Nie sprzyja temu w żaden sposób ani grupa, ani przewodnik.
Odchodząc nieco od Rynku warto odwiedzić również gotycki kościółek, szpetnie jednak otynkowany - sądząc po szarości - w czasach komunistycznych. Tutaj trafiliśmy kiedyś na miłą panią, która z własnej inicjatywy, niezwykle uprzejmie i serdecznie oprowadziła nas po świątyni. Nieopodal kościółka ulokowała się barokowa pastelowa cerkiew grekokatolicka z przepięknym ikonostasem, do której też warto zajrzeć, bo hałaśliwe wycieczki do obu tych świątyń nie docierają, stąd też atmosfera do kontemplacji panuje w nich wymarzona.
I wreszcie rzecz przyziemna, może nieco niestosowna jak na bloga, ale wszak ludzka i jednak na swój sposób ważna. Pochłaniane w dużych ilościach latem płyny wywołują czasem potrzebę skorzystania z toalety publicznej. I muszę przyznać, że tak czystych toalet, jak w Bardejowie, Preszowie i Koszycach nie widziałem jeszcze nigdy. A panie - u nas takie panie nazywane są babciami klozetowymi, tutaj jednak ze względu na wiek owych kobiet w żaden spoób nie można byłoby nazwać ich babciami - mogłyby śmiało i z powodzeniem startować w konkursie na najsympatyczniejszą pracownicę toalety publicznej w świecie. Nie dość, że są uprzejme - o uprzejmości Słowaków pisałem w poprzednim poście - miłe, to jeszcze chętnie wdają się w rozmowę i uczą prawidłowej słowackiej wymowy, która wbrew pozorom wcale nie jest taka posta.
CDN...
Tym razem miałem wyjątkowo sporo czasu na kontemplowanie Bardejowa. Już nie biegałem w pośpiechu po Rynku, wąskimi uliczkami niedużej starówki, ale w spokoju usiadłem na ławeczce w Rynku i obserwowałem nieco senne, ale kojące życie małego miasteczka. Gargulce na gotyckim kościele, którym wcześniej nie miałem czasu się przyjrzeć, nie wzbudzały najmniejszej odrazy, wydawały się natomiast - wbrew sobie, własnej istocie i przeznaczeniu (wszak są rzygaczami) - zabawne i sympatyczne, pomimo swoich wyłupiastych wielkich oczu, wykrzywionych w złośliwym grymasie grubych warg i diabelskich rogów.
Stary Rynek był wolny od turystów, jedynie bardejowianie przedsiadywali na ławeczkach wokół, albo stojąc toczyli ważne rozmowy dnia codziennego. Tuż obok nas stanęły dwie młode mamy, babcia i dwójka maluchów - chłopak i dziewczynka, około 3 - letnie szkraby, które baraszkowały jak małe niedźwiadki, aż do momentu potknięcia się i upadku dziewczynki. Ta jednak była na tyle dzielna, by się nie rozpłakać na zanadto długo i za głośno. Później zabawa została wznowiona, jednak tym razem przybrała postać pogoni za gołębiem, ale raczej po to by go złapać i przytulić ewentualnie zabrać do domu jako przytulankę, niż by go nastraszyć. Ten jednak najwyraźniej opacznie zrozumiał okrzyki - w jego wobrażeniu pewnie przeraźliwe - "Holub!", "Holub!" - i czmychnął czymprędzej gdzieś na dach jednej z kamienic.
W Rynku w jednej z kamienic znajduje się także Dom Polsko - Słowacki, który miałem kiedyś przyjemność odwiedzić i obejrzeć wystawę fotografii z kopalni soli w Wieliczce. Nieopodal warto także zajrzeć do Muzeum Ikon. Wschodnia Słowacja to wszak region licznie zamieszkały przez wyznaców cerkwi grekokatolickiej, potomków osadników z Rusi (obecnie Ukrainy) i Wołoszczyzny. Muzeum mieści się w kamienicy z bodaj XVII wieku i choć ekspozycja nie jest może urządzona tak nowocześnie, jak w Muzeum Ikon w Supraślu (brak odpowiednio wygaszanach i zapalanych świateł budujących nastrój, wydobywającej się z ukrytych głośników cerkiewnej muzyki, pomieszczeń stylizowanych na katakumby, wnętrze celi zakonnika piszącego ikony, czy wnętrze prostej wiejskiej chaty), to jest tu o tyle lepiej, że ikon nie kontempluje się w grupie, muzeum można zwiedzać indywidualnie, a przecież czymże innym niż swego rodzaju modlitwą może być wpatrywanie się w ikonę? Nie sprzyja temu w żaden sposób ani grupa, ani przewodnik.
Odchodząc nieco od Rynku warto odwiedzić również gotycki kościółek, szpetnie jednak otynkowany - sądząc po szarości - w czasach komunistycznych. Tutaj trafiliśmy kiedyś na miłą panią, która z własnej inicjatywy, niezwykle uprzejmie i serdecznie oprowadziła nas po świątyni. Nieopodal kościółka ulokowała się barokowa pastelowa cerkiew grekokatolicka z przepięknym ikonostasem, do której też warto zajrzeć, bo hałaśliwe wycieczki do obu tych świątyń nie docierają, stąd też atmosfera do kontemplacji panuje w nich wymarzona.
I wreszcie rzecz przyziemna, może nieco niestosowna jak na bloga, ale wszak ludzka i jednak na swój sposób ważna. Pochłaniane w dużych ilościach latem płyny wywołują czasem potrzebę skorzystania z toalety publicznej. I muszę przyznać, że tak czystych toalet, jak w Bardejowie, Preszowie i Koszycach nie widziałem jeszcze nigdy. A panie - u nas takie panie nazywane są babciami klozetowymi, tutaj jednak ze względu na wiek owych kobiet w żaden spoób nie można byłoby nazwać ich babciami - mogłyby śmiało i z powodzeniem startować w konkursie na najsympatyczniejszą pracownicę toalety publicznej w świecie. Nie dość, że są uprzejme - o uprzejmości Słowaków pisałem w poprzednim poście - miłe, to jeszcze chętnie wdają się w rozmowę i uczą prawidłowej słowackiej wymowy, która wbrew pozorom wcale nie jest taka posta.
CDN...
czwartek, 27 sierpnia 2009
Wschodnia Słowacja
Wreszcie - po dwóch latach nieobecności - udało mi się wrócić do ukochanej Słowacji. Wschodnia Słowacja, Bardejów, Stara Lubovnia, Sabinow, Preszów. Pogranicze wyśmienite, jeszcze bardziej niż Podlasze, tak, tak Podlasze, kraina pod Lachami, a nie jakaś ziemia pod lasami, bo to przecież byłaby brednia, rejon porośnięty prastarymi puszczami miałby być krainą położoną gdzieś pod lasami? Nic z tego, to była ziemia tuż przy Lachach, stąd to Podlasze, Podlachia - na starych mapach. Ale do rzeczy - wschodnia Słowacja to pogranicze modelowe, ze swoją pigułką w postaci Kurova - małej wioski tuż po przekroczeniu granicy w okolicach Muszynki. Wioska wielkości powiedzmy Jurowiec pod Białymstokiem, może jeszcze mniejsza, w której przy każdej wizycie odwiedzam kościół katolicki, grekokatolicki i cerkiew prawosławną. Tym razem, dosłownie przedwczoraj dowiaduję się od dzwonnika z cerkwi grekokatolickiej, że najwięcej jest tu wyznawców Unii.
Pogranicze na którym wymieszali się jak w garncu Słowianie - Słowacy, Rusini czy Rusnacy, Madziarzy, Wołosi, Niemcy, Żydzi, a pewnie i jeszcze kilka innych nacji można byłoby dorzucić. To stąd zapewne takie ciekawe typy urody płci obojga - śniade panie o czarnych lub lśniących brązowych włosach, tacy też panowie, ciemni blondyni i ciemne blondynki o oliwkowej karnacji, płowowłose piękności o dużych ciemnych oczach albo ciemnowłose o karnacji mlecznobiałej.
Ale zostawmy na razie typy urody i przejdźmy do bogactwa kulturowego. Dziś przystanek Preszów - Presov. W rynku piękne kamienice renesansowe, późnogotycki kościół, a tuż dalej przepiękna barokowa cerkiew grekokatolicka, nieopodal kościoła zbór ewangelcki i miejsce kaźni uczestników powstania antyhasburskiego z bodaj 1697 r. - szlachciców madziarskich i mieszczan. Pomnik upamiętniający ofiary epidemii z 1751 r. (daty pewien już nie jestem - ta zawodna ludzka pamięć!) w miejscu egzekucji zarządzonej przez habsburskiego generała.
W grekokatolickiej cerkwi modlę się przy grobach męczenników tego kościoła - biskupów Vasyla Hopko i Pavla Gojdica. Władze komunistyczne żarliwie zwalczały unitów, przekazując ich majątek cerkwi prawosławnej. Łatwiej było im kontrolować cerkiew prawosławną niż uznających zwierzchnictwo Watykanu grekokatolików, do tego dochodziła jeszcze stara i dobra zasada "dziel i rządź" i zarzewie konfliktu mamy gotowe na lata.
Preszowska cerkiew z zewnątrz wygląda - przez swój czysty barok - jak kościół katolicki, dopiero po wejściu do wewnątrz, widząc rzucający się w oczy przepiękny ikonostas nie mamy wątpliwości, że jest to świątynia obrządku wschodniego, bizantyjskiego. Zwracamy także uwagę na tablicę upamiętniającą wizytę w 1995 r. w Preszowie i w samej cerkwi Jana Pawła II, oraz kopię całunu turyńskiego. Uprzejma zakonnica zapala nam światło przy tablicy opisującej jego historię.
A właśnie a propos uprzejmości - otóż ta wydaje się być jakąś cechą narodową Słowaków. To nie tylko moje spostrzeżenie, i nie poczynione po raz pierwszy, ale potwierdzające się przy każdej wizycie w tym pięknym kraju, a zatem pretendujące do prawdy jedynej. Gdzie byśmy się nie pojawili - sklep, kiosk, parking, toaleta publiczna, księgarnia, wszędzie jesteśmy witani - nie dawano nam nigdy dojść pierwszym do słowa - pozdrowieniem "dobry den", niewymuszonym, szczerym, z towarzyszącym mu uśmiechem. Nie widać tu na ulicach tak powszechnego u nas typu Polaczka - cwaniaczka, niedostrzegalna jest też agresja. Nie miejmy jednak złudzeń raj to, to nie jest, choć istnieje podobno Słowacki Raj, ale jest to - o ile mi wiadomo, bo tam nie byłem - raczej kompleks jaskiń niż raj biblijny czy ziemia obiecana. Mniej lub bardziej regularna lektura słowackiego tygodnika "Tyżdeń" pozbawia mnie też jakichkolwiek złudzeń. Co nie zmienia jednak faktu, że kultura relacji międzyludzkich dnia codziennego jest tą dziedziną życia, której Polacy powinni się od Słowaków uczyć. A co do owego tygodnika, to nabyłem go po raz pierwszy w życiu w wersji papierowej i oddaję się każdego popołudnia nieziemskiej, błogiej, rozkosznej przyjemności obcowania z językiem słowackim, którego próbuję także w mowie, co jednak nie wzbudza entuzjazmu wśród samych Słowaków, na który - nie ukrywam - tak bardzo liczyłem. Ech, cóż, próżność ludzka nie zna miary, na pochwały trzeba jeszcza widocznie poczekać.
Ciąg dalszy nastąpi...
Pogranicze na którym wymieszali się jak w garncu Słowianie - Słowacy, Rusini czy Rusnacy, Madziarzy, Wołosi, Niemcy, Żydzi, a pewnie i jeszcze kilka innych nacji można byłoby dorzucić. To stąd zapewne takie ciekawe typy urody płci obojga - śniade panie o czarnych lub lśniących brązowych włosach, tacy też panowie, ciemni blondyni i ciemne blondynki o oliwkowej karnacji, płowowłose piękności o dużych ciemnych oczach albo ciemnowłose o karnacji mlecznobiałej.
Ale zostawmy na razie typy urody i przejdźmy do bogactwa kulturowego. Dziś przystanek Preszów - Presov. W rynku piękne kamienice renesansowe, późnogotycki kościół, a tuż dalej przepiękna barokowa cerkiew grekokatolicka, nieopodal kościoła zbór ewangelcki i miejsce kaźni uczestników powstania antyhasburskiego z bodaj 1697 r. - szlachciców madziarskich i mieszczan. Pomnik upamiętniający ofiary epidemii z 1751 r. (daty pewien już nie jestem - ta zawodna ludzka pamięć!) w miejscu egzekucji zarządzonej przez habsburskiego generała.
W grekokatolickiej cerkwi modlę się przy grobach męczenników tego kościoła - biskupów Vasyla Hopko i Pavla Gojdica. Władze komunistyczne żarliwie zwalczały unitów, przekazując ich majątek cerkwi prawosławnej. Łatwiej było im kontrolować cerkiew prawosławną niż uznających zwierzchnictwo Watykanu grekokatolików, do tego dochodziła jeszcze stara i dobra zasada "dziel i rządź" i zarzewie konfliktu mamy gotowe na lata.
Preszowska cerkiew z zewnątrz wygląda - przez swój czysty barok - jak kościół katolicki, dopiero po wejściu do wewnątrz, widząc rzucający się w oczy przepiękny ikonostas nie mamy wątpliwości, że jest to świątynia obrządku wschodniego, bizantyjskiego. Zwracamy także uwagę na tablicę upamiętniającą wizytę w 1995 r. w Preszowie i w samej cerkwi Jana Pawła II, oraz kopię całunu turyńskiego. Uprzejma zakonnica zapala nam światło przy tablicy opisującej jego historię.
A właśnie a propos uprzejmości - otóż ta wydaje się być jakąś cechą narodową Słowaków. To nie tylko moje spostrzeżenie, i nie poczynione po raz pierwszy, ale potwierdzające się przy każdej wizycie w tym pięknym kraju, a zatem pretendujące do prawdy jedynej. Gdzie byśmy się nie pojawili - sklep, kiosk, parking, toaleta publiczna, księgarnia, wszędzie jesteśmy witani - nie dawano nam nigdy dojść pierwszym do słowa - pozdrowieniem "dobry den", niewymuszonym, szczerym, z towarzyszącym mu uśmiechem. Nie widać tu na ulicach tak powszechnego u nas typu Polaczka - cwaniaczka, niedostrzegalna jest też agresja. Nie miejmy jednak złudzeń raj to, to nie jest, choć istnieje podobno Słowacki Raj, ale jest to - o ile mi wiadomo, bo tam nie byłem - raczej kompleks jaskiń niż raj biblijny czy ziemia obiecana. Mniej lub bardziej regularna lektura słowackiego tygodnika "Tyżdeń" pozbawia mnie też jakichkolwiek złudzeń. Co nie zmienia jednak faktu, że kultura relacji międzyludzkich dnia codziennego jest tą dziedziną życia, której Polacy powinni się od Słowaków uczyć. A co do owego tygodnika, to nabyłem go po raz pierwszy w życiu w wersji papierowej i oddaję się każdego popołudnia nieziemskiej, błogiej, rozkosznej przyjemności obcowania z językiem słowackim, którego próbuję także w mowie, co jednak nie wzbudza entuzjazmu wśród samych Słowaków, na który - nie ukrywam - tak bardzo liczyłem. Ech, cóż, próżność ludzka nie zna miary, na pochwały trzeba jeszcza widocznie poczekać.
Ciąg dalszy nastąpi...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...