Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróżowanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 sierpnia 2009

Bardejov

Właściwie to moja miłość do Słowacji - taka pełna i świadoma - rozpoczęła się od pierwszej wizyty w Bardejowie w 1999 r., kiedy to jeszcze jako student wyruszyłem na kilkugodzinną wyprawę z Krynicy do tego urokliwego miastczka. Później każdy swój pobyt w Beskidzie Sądeckim wykorzystywałem na odwiedziny Bardejowa. To wszak ledwie 31 km od centrum Krynicy - trasa z pięknymi widokami na Beskid. Po stronie słowackiej droga wiedzie przez kotlinę. To tam po raz pierwszy zrozumiałem i odczułem klimat wiersza Julii Hartwig, w którym opisuje nie do końca docenianą, ciepłą, łagodną, niemal śródziemnomorską "naszą siostrę" Słowację. Odtąd już Bardejów i droga doń prowadząca od polskiej granicy staną się moim prywatnym uosobieniem całej Słowacji - z zielonymi, zawsze nasłonecznionymi południowymi stokami Karpat, z cudnym już jesiennym zapachem ognisk palonych w polach i ogrodach, smakowitą wonią warzyw, widokiem winorośli, smukłą siegającą nieba wieżą bardejowskiego gotyckiego kościoła i skromnymi wieżyczkami jakby barokowych kościółków w mijanych wioskach.

Tym razem miałem wyjątkowo sporo czasu na kontemplowanie Bardejowa. Już nie biegałem w pośpiechu po Rynku, wąskimi uliczkami niedużej starówki, ale w spokoju usiadłem na ławeczce w Rynku i obserwowałem nieco senne, ale kojące życie małego miasteczka. Gargulce na gotyckim kościele, którym wcześniej nie miałem czasu się przyjrzeć, nie wzbudzały najmniejszej odrazy, wydawały się natomiast - wbrew sobie, własnej istocie i przeznaczeniu (wszak są rzygaczami) - zabawne i sympatyczne, pomimo swoich wyłupiastych wielkich oczu, wykrzywionych w złośliwym grymasie grubych warg i diabelskich rogów.

Stary Rynek był wolny od turystów, jedynie bardejowianie przedsiadywali na ławeczkach wokół, albo stojąc toczyli ważne rozmowy dnia codziennego. Tuż obok nas stanęły dwie młode mamy, babcia i dwójka maluchów - chłopak i dziewczynka, około 3 - letnie szkraby, które baraszkowały jak małe niedźwiadki, aż do momentu potknięcia się i upadku dziewczynki. Ta jednak była na tyle dzielna, by się nie rozpłakać na zanadto długo i za głośno. Później zabawa została wznowiona, jednak tym razem przybrała postać pogoni za gołębiem, ale raczej po to by go złapać i przytulić ewentualnie zabrać do domu jako przytulankę, niż by go nastraszyć. Ten jednak najwyraźniej opacznie zrozumiał okrzyki - w jego wobrażeniu pewnie przeraźliwe - "Holub!", "Holub!" - i czmychnął czymprędzej gdzieś na dach jednej z kamienic.

W Rynku w jednej z kamienic znajduje się także Dom Polsko - Słowacki, który miałem kiedyś przyjemność odwiedzić i obejrzeć wystawę fotografii z kopalni soli w Wieliczce. Nieopodal warto także zajrzeć do Muzeum Ikon. Wschodnia Słowacja to wszak region licznie zamieszkały przez wyznaców cerkwi grekokatolickiej, potomków osadników z Rusi (obecnie Ukrainy) i Wołoszczyzny. Muzeum mieści się w kamienicy z bodaj XVII wieku i choć ekspozycja nie jest może urządzona tak nowocześnie, jak w Muzeum Ikon w Supraślu (brak odpowiednio wygaszanach i zapalanych świateł budujących nastrój, wydobywającej się z ukrytych głośników cerkiewnej muzyki, pomieszczeń stylizowanych na katakumby, wnętrze celi zakonnika piszącego ikony, czy wnętrze prostej wiejskiej chaty), to jest tu o tyle lepiej, że ikon nie kontempluje się w grupie, muzeum można zwiedzać indywidualnie, a przecież czymże innym niż swego rodzaju modlitwą może być wpatrywanie się w ikonę? Nie sprzyja temu w żaden sposób ani grupa, ani przewodnik.

Odchodząc nieco od Rynku warto odwiedzić również gotycki kościółek, szpetnie jednak otynkowany - sądząc po szarości - w czasach komunistycznych. Tutaj trafiliśmy kiedyś na miłą panią, która z własnej inicjatywy, niezwykle uprzejmie i serdecznie oprowadziła nas po świątyni. Nieopodal kościółka ulokowała się barokowa pastelowa cerkiew grekokatolicka z przepięknym ikonostasem, do której też warto zajrzeć, bo hałaśliwe wycieczki do obu tych świątyń nie docierają, stąd też atmosfera do kontemplacji panuje w nich wymarzona.

I wreszcie rzecz przyziemna, może nieco niestosowna jak na bloga, ale wszak ludzka i jednak na swój sposób ważna. Pochłaniane w dużych ilościach latem płyny wywołują czasem potrzebę skorzystania z toalety publicznej. I muszę przyznać, że tak czystych toalet, jak w Bardejowie, Preszowie i Koszycach nie widziałem jeszcze nigdy. A panie - u nas takie panie nazywane są babciami klozetowymi, tutaj jednak ze względu na wiek owych kobiet w żaden spoób nie można byłoby nazwać ich babciami - mogłyby śmiało i z powodzeniem startować w konkursie na najsympatyczniejszą pracownicę toalety publicznej w świecie. Nie dość, że są uprzejme - o uprzejmości Słowaków pisałem w poprzednim poście - miłe, to jeszcze chętnie wdają się w rozmowę i uczą prawidłowej słowackiej wymowy, która wbrew pozorom wcale nie jest taka posta.

CDN...

piątek, 19 czerwca 2009

Trzcianka

Północne obrzeża Puszczy Knyszyńskiej stały się moim odkryciem tego roku. Dotychczas - jak to zwykle w takich przypadkach bywa z powodu ignorancji - wydawały mi się tą częścią pogranicza, której nie warto poświęcać większej uwagi. Jak bardzo się myliłem przekonałem się ledwie kilka miesięcy temu. Wszystko zaczęło się od litewskiego grodziska w pobliżu Podzamczyska, Zamczyska i Niemczyna. Błądząc po bezdrożach, pokonując wąskie całkiem niezłe drogi asfaltowe, przemierzając żwirówki i niezanadto solidnie wyjeżdżone drogi piaskowe odkryłem wiele niezwykłych miejsc o nazwach będących przepięknym świadectwem współistnienia litewskich, rusińskich, polskich, a pewnie też i jaćwieskich mieszkańców tego skrawka ziemi. Gilbowszczyzna, Szyndziel, Aulakowszczyzna przenosiły mnie w czasie, gdy okolice te musiały być zamieszkane przez Bałtów. Lasy łączące się z Puszczą Knyszyńską, ciągnące się wąskim pasem od okolic Dąbrowy Białostockiej i zlewające się płynnie z puszczą gdzieś w okolicach Rozedranki, tak odmienne w swoim charakterze od samej puszczy, jakby przebiegała tu gdzieś granica występowania gatunków drzew i krzewów, wywarły na mnie wrażenie pierwotnej kniei pamiętającej polowania Giedymina czy Witolda. Mroczne i tajemnicze ze smukłymi aż do nieba świerkami i sosnami, rozłożystymi dębami i innymi licznymi tu gatunkami drzew liściastych. Lasy z baśni Lewisa, MacDonalda, z litewskich legend.

Wiekowe świerki z ciężkimi, niemal czarnymi gałęziami zwieszającymi się nisko nad dziurawą jak szwajcarski ser, ale jakże urokliwą asfaltową drogą z Kładziewa do Szyndziela. Samo Kładziewo położone na skraju starego ciemnego lasu jawi się jakby bramą do baśniowego świata. Jadąc od Trzcianki mijamy po lewej stronie wiekowy żeliwny krzyż zatopiony w kamieniu, który wygląda tak jakby stał tu kilkaset lat, i pewnie tyle lat już tu stoi. Przycupnął przy nim mniejszy krzyż, zatknięty bezpośrednio w ziemię, przy nim delikatny kopczyk, obsadzony kwiatkami. Dopiero później uda nam się ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że jest to grób rosyjskiego żołnierza, który zginął w czasie II wojny śwaitowej. Ktoś wciąż o nim pamięta, ktoś wciąż dba o kwiatki na skromnej mogiłce. Dla miejscowych człowiek, to człowiek, któremu pamięć i troska należą się jeszcze długo po śmierci bezwarunkowo.

W Kładziewie jeszcze nigdy nie uraczyłem żywej duszy, stara wioska o drwnianej w większości zabudowie kryje skrzętnie swoje tajemnice. O mogiłce opowie nam mieszkaniec nieodległej Trzcianki, wracający z podziemnej piwnicy w szczerym polu z koszem kartofli. Zagadnięty nie wie, gdzie jest grodzisko, którego szukamy, ale zapytany o zamek, ze szczery uśmiechem wskazuje nam pobliską piaszczystą polną drogę tuż za sosnowym zagajnikiem. Za laskiem ma stać niebieski drewniany domek, a w nim mieszka babcia, która dużo wie o zamku, na jej polu archeolodzy rozbili kiedyś namioty, to z nimi babcia miała toczyć niekończące się rozmowy. Urokliwy domek otoczony owocowym sadem odnajdziemy, ale nie ośmielimy się zakłócać babci spokoju, gdyby chociaż krzątała się gdzieś na podwórku. Pól i łąk babci też deptać nie zamierzamy, nie jesteśmy przecież archeologami, a zwykłymi ciekawskimi mieszczuchami z wielkiego świata, bo przecież z samego Białegostoku! Nasycimy się widokiem grodziska - ledwie dostrzegalnego usypanego ludzkimi rękami wzgórza na tle sosnowego wiekowego lasu - z daleka, no może nie tak daleka, bo z odległości 200 może 300 metrów.

To grodzisko nie da mi już spokoju. Mogło ono powstać w IX albo X wieku. Siedzibę urządzili tu sobie Słowianie, wykopane dirhamy świadczyłyby o tym, że prowadzili ożywioną wymianę z kupcami aż z krajów arabskich. Czyli przez tę urokliwą puszczę musiały ciągnąć karawany kupieckie. Czy zachwycały ich tam samo, jak nas smukłe, sięgające nieba sosny i świerki? Czy puszcza wyglądała wówczas tak, jak teraz? Którędy przebiegał szlak handlowy? Czym handlowali nasi przodkowie? Skórami, miodami, sprzedawali swoich współplemieńców w niewolę? Byli ludźmi łagodnymi czy okrutnymi? Na te pytania pewne nie poznamy odpowiedzi, ale jedno jest pewne - nie zaznali tu spokoju na dłuższy czas. W XI wieku nadszedł kres grodziska. Od strony północnego zachodu zaatakowali ich prawdopodobnie Bałtowie, co śmielsze teorie mówią nawet o Wikingach! Groty strzał wykopane przez archeologów, które utkwiły w przysypanych ziemią balach palisady jednoznacznie wskazują, że napastnicy zaatakowali od strony północno - zachodniej. Zaatakowani nieszczęśnicy nie spodziewali się napadu, próbowali uciekać w kierunku południowo - wschodnim, wielu musiało zginąć, ale do dziś nie udało się odkryć kurhanu, w którym spoczęli. To już pewnie kwestia czasu, tylko trzeba rozmawiać z miejscowymi. Ileż już zdarzyło mi się widzieć na Podlasiu, gdzieś w szczerym polu niezaorywanych, ledwie wyrastających ponad powierzchnię pola kopczyków, o których z pokolenia na pokolenie przekazuje się wiedzę, że są to miejsca święte, miejsca spoczynku, których kosztem nie powiększa się stanu swego posiadania. Któreś z rzędu pokolenia już nawet nie wiedzą dlaczego nie można niszczyć tych sztucznie usypanych wzgórków, ale przez uszanowanie dla próśb swoich ojców czy dziadków nie niszczą miejsc świętych. Ojcowie, a już na pewno dziadkowie rozumieli, że miejsc ludzkiego spoczynku z zamierzchłej nawet przeszłości zrównywać z ziemią nie przystoi.

W tej małej krainie ludzi mądrych i dobrych, jakoś tak zwyczajnie po ludzku robi mi się żal tych nieszczęśników, którym nie udało się zbiec przed atakiem wojowniczych Bałtów czy Wikingów. To dobry znak, wspaniałe poczucie, że nie można zobojętnieć na śmierć nawet tę odległą, nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie. Rodzi się swego rodzaju poczucie więzi między ludźmi, którym przytrafiło się tu być przede mną około 1000 lat temu, nie poczucie więzi etnicznej, plemiennej, kulturowej, ale takiej zwykłej międzyldzkiej. Co za szczęście!

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...