Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzcianka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trzcianka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 kwietnia 2011

Duch północy w Majewie Kościelnym

Niewielka wieś tuż przy granicy z Białorusią, w prostej linii nie więcej niż 30 - 40 km od Grodna. Zjeżdżając w Sokółce z trasy prowadzącej do przejścia granicznego w Kuźnicy Białostockiej, należy się kierować na północ, by w urokliwiej, położonej na Wzgórzach Sokólskich wsi Sokolany odbić nieco na zachód.

Z Sokolan kierujemy się na Janów, tuż za rogatakami wioski krajobraz się nieco "uspokaja", wzgórza stają się niższe, coraz mniej dostrzegalne, teren stopniowo staje się niemal zupełnie płaski, choć to tylko złudne wrażenie, bo kilka kliometrów dalej malownicze wzgórza powracają.

Majewo Kościelne odkryłem zupełnie przez przypadek, szukając wczesnośredniowiecznego grodziska w pobliskiej Trzciance. Na wysokości Trzcianki, by dotrzeć do grodziska należałoby odbić na południe, gdyby nie dostrzeżona ni stąd, ni zowąd, wyrywająca się ku niebu tajemnicza, kamienna wieża, przypominająca nieco wieże zamkowe, górująca nad całą okolicą, gdzieś na północy. Z początku można odnieść całkiem realne wrażenie, że jest to jakieś przewidzenie, bo niby skąd kamienny zamek na Sokólszczyźnie, skąd jakiekolwiek jego ruiny, jeśli jedynymi pozostałościami z epoki średniowiecza mogą tutaj być jedynie kurhany czy grodzisko w Trzciance, w Miejskich Nowinach czy legenda o jakimś dawnym Zamczysku. Tym bardziej więc warto skierować się na północ, wąską asfaltową drogą, dziurawą niestety, jak sito. Po przejechaniu kilku kliometrów okazuje się, że owa tajemnicza wieża jest częścią większej całości, ciekawej kamiennej bryły, posadowionej na wzgórzu, tworzącej kościół.

Teren, na którym się znajdujemy do końca XVI w. porastała Puszcza Grodzieńska. We wczesnym średniowieczu - co jest wysoce prawdopodobne - ziemie te zamieszkiwali Jaćwingowie, choć pobliskie grodzisko w Trzciance z około X-XI w., jak twierdzą archeolodzy, było utworzone i zamieszkane przez Słowian, najprawdopodobniej wschodnich. Ziemie pogranicza, na których się przecież znajdujemy, trudno jest przypisać jednej, określonej czy to grupie etnicznej, czy kulturowej, czy wyznaniowej. Część nazw pobliskich miejscowości wskazywałaby jednoznacznie na wpływy bałtyjskie, np. Szyndziel, Gilbowszczyzna, Igryły, Kładziewo, Kumiałka, ale już np. Wasilówka czy Trofimówka noszą ewidentne ślady wpływów osadnictwa ruskiego z okolic zapewne Grodna. Co do tego, czy owe nazwy bałtyjskie miałyby być dowodem zamieszkiwania owych miejscowosci przez Jaćwingów pewności póki co, być nie może, bowiem równie dobrze mogły one być założone przez osadników litewskich, np. ze Żmudzi. Pokrewieństwo dawnego języka jaćwieskiego i litewskiego, jest tak bliskie, że na podstawie samej analizy językowej kategoryczne określenie ich rodowodu jest niemożliwe.

Samo Majewo Kościelne to niewielka, cicha, spokojna wieś, która jak się okazuje, posiada jednak prawdziwą perełkę architektoniczną. Już samo wzgórze, na którym został wzniesiony kościół nosi tajemniczą nazwę Kramieniec. By poznać jego historię, przenieśmy się nieco w czasie.

Jest rok 1906 r. Proboszcz z pobliskiej parafii w Sokolanach, ks. Tadeusz Makarewicz, wedle ludowej opowieści, ma widzenie Matki Boskiej, która prosi go o wybudowanie świątyni na górze Kramieniec ku jej czci. Ze względu na to, że ziemie znajdują się wówczas pod zaborem rosyjskim, uzyskanie zezwolenia na wzniesienie świątyni katolickiej nie jest rzeczą prostą. Urzędnicy carscy piętrzą wszelkie możliwe biurokratyczne przeszkody, byle tylko takiej zgody nie wydać. Niezbędny placet można uzyskać jedynie od samego cara. Zbiera się zatem kilku odważnych ludzi - Franciszek Kochanowski, jego syn Wiktor, Bolesław Stupakowski, Wiktor Deputat i Konstanty Raczkowski, którzy udają się ze stosownym adresem w daleką podróż, bo aż do samej Moskwy. Ówczesny car, o dość liberalnych zapatrywaniach, jak na warunki impereium i jego historię, Mikołaj II, nieoczkiwanie akcpetuje plan wzniesienia świątyni.

Następnie wspomniani śmiałkowie wyruszają w podróż do Wilna, celem spotkania z biskupem Edwardem Roppem, by ten zaaprobował konkretny już projekt kościoła, wykonany przez szlachcia pochodzącego z Inflant, a mieszkajacego w nieodległej wsi zwanej Polne Nory (obecnie wieś owa nosi nazwę Jałówka), inżyniera Mariana Behra.

Po owym mozolnym procesie zbierania niezbędnych pozwoleń, zezwoleń, zgód i wszelkcih innych koniecznych dokumentów, w 1907 r. przystąpiono do prac budowlanych. Natomiast 12 grudnia 1919 r. zostaje prawnie powołana do życia parafia w Majewie przez biskupa wileńskiego Jerzego Matulewicza. Parafii i kościołowi nadano wezwanie Opieki Matki Boskiej i św. Kazimierza. I mimo tego, że parafia i kościół już w zasadzie istnieją, to prace budowlane trwają jeszcze do roku 1927.

Kiedy znalazłem się w Majewie po raz pierwszy i nie znałem jeszcze historii owego kościoła, miałem wrażenie, że ma on coś w sobie z ducha północy. Jego styl architektoniczny jest dość trudny do określenia, ale chłód tworzących go kamieni, mroczny nastrój, majestatyczne usadowienie na wzgórzu o dość tajemniczej nazwie Kramieniec, strzelista wieża, nadawały mu jakiś rys północy, północnej świątyni bądź nawet zamku. Miałem poczucie, jakbym się znalazł gdzieś w dawnej Kurlandii czy właśnie w Inflantach. Dopiero później z historii wywieszonej przed świątynią wyczytałem, że jego projektantem był szlachcic pochodzący z Inflant - Marian Behr, który świadomie czy podświadomie, zamknął w swoim dziele ów klimat północnej Europy, estońskich czy łotewskich świątyń, zamków Zakonu Kawalerów Mieczowych.

Miejsce na pewno ze wszech miar warte odwiedzenia.


































Niewielka wieś tuż przy granicy z Białorusią, w prostej linii nie więcej niż 30 - 40 km od Grodna. Zjeżdżając w Sokółce z trasy prowadzącej do przejścia granicznego w Kuźnicy Białostockiej, należy się kierować na północ, by w urokliwiej, położonej na Wzgórzach Sokólskich wsi Sokolany odbić nieco na zachód.

Z Sokolan kierujemy się na Janów, tuż za rogatakami wioski krajobraz się nieco "uspokaja", wzgórza stają się niższe, coraz mniej dostrzegalne, teren stopniowo staje się niemal zupełnie płaski, choć to tylko złudne wrażenie, bo kilka kliometrów dalej malownicze wzgórza powracają.

Majewo Kościelne odkryłem zupełnie przez przypadek, szukając wczesnośredniowiecznego grodziska w pobliskiej Trzciance. Na wysokości Trzcianki, by dotrzeć do grodziska należałoby odbić na południe, gdyby nie dostrzeżona ni stąd, ni zowąd, wyrywająca się ku niebu tajemnicza, kamienna wieża, przypominająca nieco wieże zamkowe, górująca nad całą okolicą, gdzieś na północy. Z początku można odnieść całkiem realne wrażenie, że jest to jakieś przewidzenie, bo niby skąd kamienny zamek na Sokólszczyźnie, skąd jakiekolwiek jego ruiny, jeśli jedynymi pozostałościami z epoki średniowiecza mogą tutaj być jedynie kurhany czy grodzisko w Trzciance, w Miejskich Nowinach czy legenda o jakimś dawnym Zamczysku. Tym bardziej więc warto skierować się na północ, wąską asfaltową drogą, dziurawą niestety, jak sito. Po przejechaniu kilku kliometrów okazuje się, że owa tajemnicza wieża jest częścią większej całości, ciekawej kamiennej bryły, posadowionej na wzgórzu, tworzącej kościół.

Teren, na którym się znajdujemy do końca XVI w. porastała Puszcza Grodzieńska. We wczesnym średniowieczu - co jest wysoce prawdopodobne - ziemie te zamieszkiwali Jaćwingowie, choć pobliskie grodzisko w Trzciance z około X-XI w., jak twierdzą archeolodzy, było utworzone i zamieszkane przez Słowian, najprawdopodobniej wschodnich. Ziemie pogranicza, na których się przecież znajdujemy, trudno jest przypisać jednej, określonej czy to grupie etnicznej, czy kulturowej, czy wyznaniowej. Część nazw pobliskich miejscowości wskazywałaby jednoznacznie na wpływy bałtyjskie, np. Szyndziel, Gilbowszczyzna, Igryły, Kładziewo, Kumiałka, ale już np. Wasilówka czy Trofimówka noszą ewidentne ślady wpływów osadnictwa ruskiego z okolic zapewne Grodna. Co do tego, czy owe nazwy bałtyjskie miałyby być dowodem zamieszkiwania owych miejscowosci przez Jaćwingów pewności póki co, być nie może, bowiem równie dobrze mogły one być założone przez osadników litewskich, np. ze Żmudzi. Pokrewieństwo dawnego języka jaćwieskiego i litewskiego, jest tak bliskie, że na podstawie samej analizy językowej kategoryczne określenie ich rodowodu jest niemożliwe.

Samo Majewo Kościelne to niewielka, cicha, spokojna wieś, która jak się okazuje, posiada jednak prawdziwą perełkę architektoniczną. Już samo wzgórze, na którym został wzniesiony kościół nosi tajemniczą nazwę Kramieniec. By poznać jego historię, przenieśmy się nieco w czasie.

Jest rok 1906 r. Proboszcz z pobliskiej parafii w Sokolanach, ks. Tadeusz Makarewicz, wedle ludowej opowieści, ma widzenie Matki Boskiej, która prosi go o wybudowanie świątyni na górze Kramieniec ku jej czci. Ze względu na to, że ziemie znajdują się wówczas pod zaborem rosyjskim, uzyskanie zezwolenia na wzniesienie świątyni katolickiej nie jest rzeczą prostą. Urzędnicy carscy piętrzą wszelkie możliwe biurokratyczne przeszkody, byle tylko takiej zgody nie wydać. Niezbędny placet można uzyskać jedynie od samego cara. Zbiera się zatem kilku odważnych ludzi - Franciszek Kochanowski, jego syn Wiktor, Bolesław Stupakowski, Wiktor Deputat i Konstanty Raczkowski, którzy udają się ze stosownym adresem w daleką podróż, bo aż do samej Moskwy. Ówczesny car, o dość liberalnych zapatrywaniach, jak na warunki impereium i jego historię, Mikołaj II, nieoczkiwanie akcpetuje plan wzniesienia świątyni.

Następnie wspomniani śmiałkowie wyruszają w podróż do Wilna, celem spotkania z biskupem Edwardem Roppem, by ten zaaprobował konkretny już projekt kościoła, wykonany przez szlachcia pochodzącego z Inflant, a mieszkajacego w nieodległej wsi zwanej Polne Nory (obecnie wieś owa nosi nazwę Jałówka), inżyniera Mariana Behra.

Po owym mozolnym procesie zbierania niezbędnych pozwoleń, zezwoleń, zgód i wszelkcih innych koniecznych dokumentów, w 1907 r. przystąpiono do prac budowlanych. Natomiast 12 grudnia 1919 r. zostaje prawnie powołana do życia parafia w Majewie przez biskupa wileńskiego Jerzego Matulewicza. Parafii i kościołowi nadano wezwanie Opieki Matki Boskiej i św. Kazimierza. I mimo tego, że parafia i kościół już w zasadzie istnieją, to prace budowlane trwają jeszcze do roku 1927.

Kiedy znalazłem się w Majewie po raz pierwszy i nie znałem jeszcze historii owego kościoła, miałem wrażenie, że ma on coś w sobie z ducha północy. Jego styl architektoniczny jest dość trudny do określenia, ale chłód tworzących go kamieni, mroczny nastrój, majestatyczne usadowienie na wzgórzu o dość tajemniczej nazwie Kramieniec, strzelista wieża, nadawały mu jakiś rys północy, północnej świątyni bądź nawet zamku. Miałem poczucie, jakbym się znalazł gdzieś w dawnej Kurlandii czy właśnie w Inflantach. Dopiero później z historii wywieszonej przed świątynią wyczytałem, że jego projektantem był szlachcic pochodzący z Inflant - Marian Behr, który świadomie czy podświadomie, zamknął w swoim dziele ów klimat północnej Europy, estońskich czy łotewskich świątyń, zamków Zakonu Kawalerów Mieczowych.

Miejsce na pewno ze wszech miar warte odwiedzenia.



















































piątek, 19 czerwca 2009

Trzcianka

Północne obrzeża Puszczy Knyszyńskiej stały się moim odkryciem tego roku. Dotychczas - jak to zwykle w takich przypadkach bywa z powodu ignorancji - wydawały mi się tą częścią pogranicza, której nie warto poświęcać większej uwagi. Jak bardzo się myliłem przekonałem się ledwie kilka miesięcy temu. Wszystko zaczęło się od litewskiego grodziska w pobliżu Podzamczyska, Zamczyska i Niemczyna. Błądząc po bezdrożach, pokonując wąskie całkiem niezłe drogi asfaltowe, przemierzając żwirówki i niezanadto solidnie wyjeżdżone drogi piaskowe odkryłem wiele niezwykłych miejsc o nazwach będących przepięknym świadectwem współistnienia litewskich, rusińskich, polskich, a pewnie też i jaćwieskich mieszkańców tego skrawka ziemi. Gilbowszczyzna, Szyndziel, Aulakowszczyzna przenosiły mnie w czasie, gdy okolice te musiały być zamieszkane przez Bałtów. Lasy łączące się z Puszczą Knyszyńską, ciągnące się wąskim pasem od okolic Dąbrowy Białostockiej i zlewające się płynnie z puszczą gdzieś w okolicach Rozedranki, tak odmienne w swoim charakterze od samej puszczy, jakby przebiegała tu gdzieś granica występowania gatunków drzew i krzewów, wywarły na mnie wrażenie pierwotnej kniei pamiętającej polowania Giedymina czy Witolda. Mroczne i tajemnicze ze smukłymi aż do nieba świerkami i sosnami, rozłożystymi dębami i innymi licznymi tu gatunkami drzew liściastych. Lasy z baśni Lewisa, MacDonalda, z litewskich legend.

Wiekowe świerki z ciężkimi, niemal czarnymi gałęziami zwieszającymi się nisko nad dziurawą jak szwajcarski ser, ale jakże urokliwą asfaltową drogą z Kładziewa do Szyndziela. Samo Kładziewo położone na skraju starego ciemnego lasu jawi się jakby bramą do baśniowego świata. Jadąc od Trzcianki mijamy po lewej stronie wiekowy żeliwny krzyż zatopiony w kamieniu, który wygląda tak jakby stał tu kilkaset lat, i pewnie tyle lat już tu stoi. Przycupnął przy nim mniejszy krzyż, zatknięty bezpośrednio w ziemię, przy nim delikatny kopczyk, obsadzony kwiatkami. Dopiero później uda nam się ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że jest to grób rosyjskiego żołnierza, który zginął w czasie II wojny śwaitowej. Ktoś wciąż o nim pamięta, ktoś wciąż dba o kwiatki na skromnej mogiłce. Dla miejscowych człowiek, to człowiek, któremu pamięć i troska należą się jeszcze długo po śmierci bezwarunkowo.

W Kładziewie jeszcze nigdy nie uraczyłem żywej duszy, stara wioska o drwnianej w większości zabudowie kryje skrzętnie swoje tajemnice. O mogiłce opowie nam mieszkaniec nieodległej Trzcianki, wracający z podziemnej piwnicy w szczerym polu z koszem kartofli. Zagadnięty nie wie, gdzie jest grodzisko, którego szukamy, ale zapytany o zamek, ze szczery uśmiechem wskazuje nam pobliską piaszczystą polną drogę tuż za sosnowym zagajnikiem. Za laskiem ma stać niebieski drewniany domek, a w nim mieszka babcia, która dużo wie o zamku, na jej polu archeolodzy rozbili kiedyś namioty, to z nimi babcia miała toczyć niekończące się rozmowy. Urokliwy domek otoczony owocowym sadem odnajdziemy, ale nie ośmielimy się zakłócać babci spokoju, gdyby chociaż krzątała się gdzieś na podwórku. Pól i łąk babci też deptać nie zamierzamy, nie jesteśmy przecież archeologami, a zwykłymi ciekawskimi mieszczuchami z wielkiego świata, bo przecież z samego Białegostoku! Nasycimy się widokiem grodziska - ledwie dostrzegalnego usypanego ludzkimi rękami wzgórza na tle sosnowego wiekowego lasu - z daleka, no może nie tak daleka, bo z odległości 200 może 300 metrów.

To grodzisko nie da mi już spokoju. Mogło ono powstać w IX albo X wieku. Siedzibę urządzili tu sobie Słowianie, wykopane dirhamy świadczyłyby o tym, że prowadzili ożywioną wymianę z kupcami aż z krajów arabskich. Czyli przez tę urokliwą puszczę musiały ciągnąć karawany kupieckie. Czy zachwycały ich tam samo, jak nas smukłe, sięgające nieba sosny i świerki? Czy puszcza wyglądała wówczas tak, jak teraz? Którędy przebiegał szlak handlowy? Czym handlowali nasi przodkowie? Skórami, miodami, sprzedawali swoich współplemieńców w niewolę? Byli ludźmi łagodnymi czy okrutnymi? Na te pytania pewne nie poznamy odpowiedzi, ale jedno jest pewne - nie zaznali tu spokoju na dłuższy czas. W XI wieku nadszedł kres grodziska. Od strony północnego zachodu zaatakowali ich prawdopodobnie Bałtowie, co śmielsze teorie mówią nawet o Wikingach! Groty strzał wykopane przez archeologów, które utkwiły w przysypanych ziemią balach palisady jednoznacznie wskazują, że napastnicy zaatakowali od strony północno - zachodniej. Zaatakowani nieszczęśnicy nie spodziewali się napadu, próbowali uciekać w kierunku południowo - wschodnim, wielu musiało zginąć, ale do dziś nie udało się odkryć kurhanu, w którym spoczęli. To już pewnie kwestia czasu, tylko trzeba rozmawiać z miejscowymi. Ileż już zdarzyło mi się widzieć na Podlasiu, gdzieś w szczerym polu niezaorywanych, ledwie wyrastających ponad powierzchnię pola kopczyków, o których z pokolenia na pokolenie przekazuje się wiedzę, że są to miejsca święte, miejsca spoczynku, których kosztem nie powiększa się stanu swego posiadania. Któreś z rzędu pokolenia już nawet nie wiedzą dlaczego nie można niszczyć tych sztucznie usypanych wzgórków, ale przez uszanowanie dla próśb swoich ojców czy dziadków nie niszczą miejsc świętych. Ojcowie, a już na pewno dziadkowie rozumieli, że miejsc ludzkiego spoczynku z zamierzchłej nawet przeszłości zrównywać z ziemią nie przystoi.

W tej małej krainie ludzi mądrych i dobrych, jakoś tak zwyczajnie po ludzku robi mi się żal tych nieszczęśników, którym nie udało się zbiec przed atakiem wojowniczych Bałtów czy Wikingów. To dobry znak, wspaniałe poczucie, że nie można zobojętnieć na śmierć nawet tę odległą, nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie. Rodzi się swego rodzaju poczucie więzi między ludźmi, którym przytrafiło się tu być przede mną około 1000 lat temu, nie poczucie więzi etnicznej, plemiennej, kulturowej, ale takiej zwykłej międzyldzkiej. Co za szczęście!

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...