Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wschodnia Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wschodnia Polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 maja 2024

Kock i okolice - powroty

Jadąc z Warszawy, czy z Białegostoku, do Lubartowa, nie sposób nie zatrzymać się w Kocku. Kock pojawiał się w opowieściach taty ze względu na ostatnią bitwę w czasie kampanii wrześniowej 1939 r., czy bitwę z dnia 7 maja 1809 r. w czasie wojny polsko - austriackiej, kiedy to śmiertelnie został raniony Berek Joselewicz, ale też z uwagi na bliskość Woli Skromowskiej, w której na świat przyszła babcia - Aleksandra, z domu Kozak, żona Mieczysława, z którym po ślubie zamieszkała w Lubartowie, i gdzie na świat przyszło ich siedmioro dzieci.

Niska zabudowa miasteczka, z rzadka piętrowe kamieniczki w rynku, ludzie gdzieś się spieszący, jak to bywa w lokalnym centrum administracyjnym i handlowym; klasycystyczny kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, ufundowany przez księżnę Annę Jabłonowską, a wybudowany według projektu Szymona Bogumiła Zuga w latach 1778 - 1782. Ilekroć byśmy go nie odwiedzali, we wnętrzu jest zawsze pusto, są to godziny, kiedy nie ma nabożeństw, i albo dni powszednie, albo soboty, ludzie zabiegani, życie natomiast koncentruje się na samym rynku, w pobliskich sklepach, lodziarni, gdzieś w pierzei północnej ulokował się też kebab, a nad wszystkim pieczę sprawuje św. Helena ze zrekonstruowanej kolumny, pierwotnie powstałej pod koniec XVIII w. W półmroku bocznej kaplicy kościoła ustawione relikwie Sióstr Nazaretanek - Męczęnniczek z Nowogródka skłaniają do modlitwy, ale we wschodniej części nawy moją uwagę za każdym razem przykuwa obraz przedstawiający naukę czytania - siedząca matka, ubrana w czerwono-niebieską suknię, w zawiązanej chustce na głowie, trzymająca otwartą księgą, a przy niej stoi około ośmioletni Jezus, lewą dłonią przytrzymuje kięgę i wpatrzony w jej otwarte stronice, pogodnie skupiony czyta, matka poważnie i z troską zerka w jego stronę. Scena na wskroś ludzka i zwyczajna, pełna miłości i pokoju. To jeden z najpiękniejszych obrazów o tematyce religijnej, jakie zdarzyło mi się widzieć. Mógłbym się weń wpatrywać bez końca.

W rynku w sklepach zupełnie niesieciowych robię zakupy na drogę i do domu - produkty z lokalnych piekarni, cukierni - pyszne i świeże ciasta, chleby, bułki, nabiał z okolicznych mleczarni, wędliny z miejscowych masarni. Zanim odjedziemy, obowiązkowo jeszcze musimy skierować się do pałacu księżnej Anny Jabłonowskiej, w którym obecnie mieści się dom pomocy społecznej. Początki tej rezydencji sięgają XVI w., gdy była właśnością Firlejów. W 1799 r., w czasach Anny z Sapiehów Jabłonowskiej, została przebudowana według projektu wspomnianego wyżej Szymona Bogumiła Zuga. Następnie w 1825 r. pałac otrzymał charakter klasycystyczny, za sprawą architekta Henryka Marconiego. Dzięki szerokim horyzontom księżnej, jej zainteresowaniom i staraniom, pałac stał się ważnym ośrodkiem życia kulturalnego i naukowego w skali kraju. Księżna Anna Jabłonowska pod koniec lat 70-tych XVIII w. zleciła również przebudowę pałacu w Siemiatyczach, odległych o około 100 km na północ od Kocka, już w województwie podlaskim, po którym pozostały jedynie sfinksy przy nieistniejącej bramie wjazdowej, sam pałac spłonął w czasie Powstania Styczniowego - w Siemiatyczach rozegrała się wówczas jedna z największych bitew na Podlasiu. Siemiatycka rezydencja słynęła z utworzonego przez księżnę gabinetu historii naturalnej, w którym zgromadziła bogatą kolekcję obiektów zoologicznych, mineralogicznych i botanicznych, a także z biblioteki o niezwykle bogatym księgozbiorze. Kocki pałac miał jednakże więcej szczęścia, zachowując się do czasów nam współczesnych.

Spacerując uliczkami Kocka odszukaliśmy charakterystyczny dom z wieżyczką zwany "Rabinówką", w którym zginął ostatni rabin miasteczka - Josef Morgenstern - w ogrodzie przy domu wyszykowany został prowizoryczny schron, na który spadła pierwsza bomba zrzucona 9 września 1939 r. na Kock. . Rabin był potomkiem cadyka Menachema Mendla Morgensterna, przybyłego do Kocka w 1829 r., będącego uczniem Jakuba Icchaka Horowica ("Widzącego z Lublina") i Symchy Binema z Przysuchy, i twórcą tzw. chasydyzmu kockiego.

W Kocku zachowało się wiele murowanych i drewnianych domów, pamiętających czasy przedwojenne, wędrując wąskimi uliczkami chłoniemy barwy i zapachy dorodnych kwiatów w ogrodach i warzywników. Nawiązujemy serdeczną rozmowę ze starszą kobietą pracującą w ogrodzie, o jej codzienych troskach, radościach, o naszych związkach z Kockiem, o wyprawie na uroczystość rodzinną do Lubartowa. Czuję się tu poniekąd jak u siebie w domu, wszak Wola Skromowska położona jest ledwie 3 km na południe od Kocka. Kocki kościół był świątynią parafialną babci, jej rodziców, być może zachwycaliśmy się tym samym obrazem wiszącym w jej wnętrzu.

środa, 15 maja 2024

Lubartów - powroty do korzeni

Spacerując któregoś razu po cmentarzu w Lubartowie udało mi się naliczyć 27 nagrobków z nazwiskiem Derecki, a nie szukałem ich wnikliwie. Gdybym miał więcej czasu, z pewnością odszukałbym ich bez więcej. To jedno z najpopularniejszych nazwisk w tym urokliwym miasteczku.

Dziadek ze strony taty był sierotą wychowywanym przez zakonników. Na świat podobno przyszedł nie w Lubartowie, lecz w Rejowcu. A czy trafił do przytułku prowadzonego przez zakonników w Lubartowie czy w innej miejscowości, tego już ustalić nie sposób. Nie udało mi się dotrzeć do informacji, by w Rejowcu istniał jakikolwiek klasztor. Zakonnicy wuyczyli chłopaka rzemiosła szewskiego i taki też zawód wykonywał. W roku 1920 brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Później opowiadał swoim dzieciom jak bolszewicy zobaczywszy polskie czołgi, które nazywał tankietkami, będąc przekonani, że to jedzie polska kuchnia, krzyczeli - "Polska kuchnia jediot" i rzucili się do ataku po pewną śmierć. Po pracy w swoim warsztacie, z pasją czytywał Trylogię Sienkiewicza, i przy fragmentach z Zagłobą w roli głównej zaśmiewał się w głos. Ożeniwszy się z Aleksandrą zamieszkali przy obecnej ulicy Krótkiej w Lubartowie. Babcia pochodziła z Woli Skromowskiej w okolicach Kocka, a z domu nazywała się Kozak. Jeszcze w latach 80-tych udało mi się dziadka i babcię odwiedzić w ich skromnym domku z niedużym ogrodem, pachnącym zupą mleczną z kaszą manną. Niestety, dziadkami nie cieszyłem się długo, oboje zmarli w latach 80-tych, w odstępie dwóch lat. Ich dzieci urodziły się jeszcze przed wybuchem drugiej wojny, te starsze nawet zapamiętały okrucieństwa tego czasu. Tata opowiadał, że będąc dzieckiem, widział ciało zastrzelonej przez Niemców Żydówki, przy ulicy Kościuszki, bięgnącej wzdłuż parku pałacowego. Niemcy zabronili najwyraźniej jej pochówku, by w ten sposób zastraszyć miejscową ludność, nie tylko żydowską. Powodem śmierci był zapewne sam fakt istnienia i przynależności do narodu żydowskiego. Z czasów wojennego dzieciństwa tata zapamiętał też pijanego rosyjskiego żołnierza, który w czasie pobytu owych "wyzwolicieli" w Lubartowie, strzelał do niego z pistoletu, bez powodu. Całe szczęście w pobliżu drogi były krzaki, w których 12-letni chłopak się skrył, a pulsujący we krwi sołdata alkohol sprawił, że nie był w stanie celnie strzelać. W opowieściach taty pojawiała się też wyprawa z kolegami do pobliskiego Skrobowa, gdzie w jednym z budynków, w którym w latach 1944 - 1945 mieścił się obóz NKWD, na ścianie narysowany był wielkich rozmiarów przepiękny Chrystus. Ten obóz był miejscem, w którym sowieci uwięzili żołnierzy 27 Dywizji Piechoty Armii Krajowej, przybyłej w te strony z Wołynia. Większość tych nieszczęśników została następnie wywieziona w głąb ZSRR. Innych historii z czasów wojny tata nie opowiadał, prawdopodobnie znaczną ich część wyparł ze świadomości. Lubartów w jego opowieściach był miasteczkiem o bogatej historii, z pięknym pałacem Sanguszków, kościołem św. Anny, kościołem kapucynów, malowniczym parkiem przypałacowym, miejscem pełnym słońca, mimo tych wszystkich traumautycznych zdarzeń, których świadkiem był chłopak. Ojciec był dumny, że pochodzi z Lubartowa, czasem może nawet zbyt bardzo, zwłaszcza kiedy się chełipił rezydencjami magnackimi w Lubartowie, Kozłówce, Kocku, co wyglądało trochę tak, jakby sam co najmniej był jednym z dziedziców owych fortun. Ale któż z nas nie ma swoich śmiesznostek.

Lubartowski pałac swoją genezą sięga XVI w., a w obecnym kształcie powstał pod koniec XVII w. dla Lubomirskich, według projektu Tylmana z Gameren. W latach 1722 - 1741 został odbudowany i rozbudowany dla Sanguszków według projektu Pawła Antoniego Fontany. Po raz kolejny został przebudowany w latach 30-tych XIX w. Niedaleko pałacu znajduje się barokowy kościół św. Anny, wzniesiony w latach 1733 - 1738, również według projektu wspomnianego Fontany, a ufundowany przez Pawła Karola Sanguszkę. Odwiedzin Lubartowa nie wyobrażam sobie bez wizyty w kościele kapucynów. O tym kościele i klasztorze tata często opowiadał jako o miejscu, w którym w czasie powstania styczniowego 1863 r. bronili się powstańcy, ostrzeliwując się zza wysokich murów. Fundatorem kościoła był wspomniany już książę Paweł Karol Sanguszko, marszałek wielki litewski, fundator także klasztoru kapucynów w Lublinie. Świątynię wzniesiono w latach 1737 - 1741 w stylu baroku toskańskiego, według projektu znanego nam już Pawła Antoniego Fontany, nadwornego architekta Sanguszków. Fundatorem zaś klasztoru był Mikołaj Krzynecki - skarbnik trembowelski i pułkownik wojsk polskich. W XIX w. klasztor był siedzibą nowicjatu - tu do życia zakonnego przygotowywał się w latach 1848 - 1849 bł. Honorat Koźmiński. Walki na terenie kalsztoru i w okolicach toczyły się nie tylko w czasie powstania styczniowego, ale też w trakcie powstania listopadowego. 9 maja 1831 r. bronił się tu oddział wojska polskiego zaatakowany przez Rosjan. W czasie powstania styczniowego kościół został ostrzelany z armat przez rosyjskich żołdaków ścigających powstańców - z tego czasu w ścianach świątyni utkwiły kule armatnie. Co ciekawe, w czasie powstania styczniowego do oddziałów powstańczych zaciągnęli się wszyscy nowicjusze - za namową popularnego wówczas kaznodziei patriotycznego - o. Fidelisa Paszkowskiego. Nieopadal kościoła i klasztoru kapucynów znajduje się też miejsce, gdzie stał dom, w którym w latach 1863 - 1865 mieszkał Aleksander Głowacki znany jako Bolesław Prus, również uczestnik powstania styczniowego.

Będąc w Lubartowie, odwiedzam przede wszystkim dziadków i innych krewnych spoczywających na cmentarzu, ale też modlę się i stawiam znicze na grobach żołnierzy z 1920 r., mogile powstańców styczniowych i listopadowych.

I rzeczywiście, w przeważajacej mierze, Lubartów jest miasteczkiem pełnym słońca, no ale to już urok całej Lubelszczyzny, która jak pamiętam jeszcze z licealnych lekcji geografii ma największą liczbę dni słonecznych w Polsce.

niedziela, 7 stycznia 2024

Starożyńce

Północne krajobrazy

Otwarte szerokie przestrzenie

Ciemniejący masyw puszczy od zachodu

Droga wiodąca na północ

Trójstyk języków, etnosów

Zielone wzgórza

Falujące łany zbóż

żwirowa droga

Betonowe szare, czerniejące mury potrzaskanych bunkrów

Jeden na stoku wzgórza

Pod ołowianym niebem

Wyzierający strzelniczymi otworami

Zza sielankowych drewnianych kolorowych wiejskich domów

z pierwszego planu

muskanych promieniami przebijającego się słońca

Żółty piasek drogi, wyrobiska

Zielone już sady i ogrody

Za wzgórzem kolejne wzniesienia

Dwa wysokie krzyże – żeliwny i drewniany – na rozstaju dróg

Drogą kroczą - kobieta wsparta na kosturze

I staruszek dotrzymujący jej kroku

I trójkolorowy kot

towarzyszący wiernie przy nodze

Popołudniowe wędrowanie

Pośród pól i zagajników

I nieprzeparta chęć rozmowy

Staruszek pamięta

Pnące się wieże lipskiego neogotyckiego kościoła z czerwonej cegły

I spogląda łagodnymi oczami

Odbijającymi chwile radości wspólnego wędrowania

kolejnej minionej już wiosny i nabierającego wigoru lata

czwartek, 7 kwietnia 2011

Duch północy w Majewie Kościelnym

Niewielka wieś tuż przy granicy z Białorusią, w prostej linii nie więcej niż 30 - 40 km od Grodna. Zjeżdżając w Sokółce z trasy prowadzącej do przejścia granicznego w Kuźnicy Białostockiej, należy się kierować na północ, by w urokliwiej, położonej na Wzgórzach Sokólskich wsi Sokolany odbić nieco na zachód.

Z Sokolan kierujemy się na Janów, tuż za rogatakami wioski krajobraz się nieco "uspokaja", wzgórza stają się niższe, coraz mniej dostrzegalne, teren stopniowo staje się niemal zupełnie płaski, choć to tylko złudne wrażenie, bo kilka kliometrów dalej malownicze wzgórza powracają.

Majewo Kościelne odkryłem zupełnie przez przypadek, szukając wczesnośredniowiecznego grodziska w pobliskiej Trzciance. Na wysokości Trzcianki, by dotrzeć do grodziska należałoby odbić na południe, gdyby nie dostrzeżona ni stąd, ni zowąd, wyrywająca się ku niebu tajemnicza, kamienna wieża, przypominająca nieco wieże zamkowe, górująca nad całą okolicą, gdzieś na północy. Z początku można odnieść całkiem realne wrażenie, że jest to jakieś przewidzenie, bo niby skąd kamienny zamek na Sokólszczyźnie, skąd jakiekolwiek jego ruiny, jeśli jedynymi pozostałościami z epoki średniowiecza mogą tutaj być jedynie kurhany czy grodzisko w Trzciance, w Miejskich Nowinach czy legenda o jakimś dawnym Zamczysku. Tym bardziej więc warto skierować się na północ, wąską asfaltową drogą, dziurawą niestety, jak sito. Po przejechaniu kilku kliometrów okazuje się, że owa tajemnicza wieża jest częścią większej całości, ciekawej kamiennej bryły, posadowionej na wzgórzu, tworzącej kościół.

Teren, na którym się znajdujemy do końca XVI w. porastała Puszcza Grodzieńska. We wczesnym średniowieczu - co jest wysoce prawdopodobne - ziemie te zamieszkiwali Jaćwingowie, choć pobliskie grodzisko w Trzciance z około X-XI w., jak twierdzą archeolodzy, było utworzone i zamieszkane przez Słowian, najprawdopodobniej wschodnich. Ziemie pogranicza, na których się przecież znajdujemy, trudno jest przypisać jednej, określonej czy to grupie etnicznej, czy kulturowej, czy wyznaniowej. Część nazw pobliskich miejscowości wskazywałaby jednoznacznie na wpływy bałtyjskie, np. Szyndziel, Gilbowszczyzna, Igryły, Kładziewo, Kumiałka, ale już np. Wasilówka czy Trofimówka noszą ewidentne ślady wpływów osadnictwa ruskiego z okolic zapewne Grodna. Co do tego, czy owe nazwy bałtyjskie miałyby być dowodem zamieszkiwania owych miejscowosci przez Jaćwingów pewności póki co, być nie może, bowiem równie dobrze mogły one być założone przez osadników litewskich, np. ze Żmudzi. Pokrewieństwo dawnego języka jaćwieskiego i litewskiego, jest tak bliskie, że na podstawie samej analizy językowej kategoryczne określenie ich rodowodu jest niemożliwe.

Samo Majewo Kościelne to niewielka, cicha, spokojna wieś, która jak się okazuje, posiada jednak prawdziwą perełkę architektoniczną. Już samo wzgórze, na którym został wzniesiony kościół nosi tajemniczą nazwę Kramieniec. By poznać jego historię, przenieśmy się nieco w czasie.

Jest rok 1906 r. Proboszcz z pobliskiej parafii w Sokolanach, ks. Tadeusz Makarewicz, wedle ludowej opowieści, ma widzenie Matki Boskiej, która prosi go o wybudowanie świątyni na górze Kramieniec ku jej czci. Ze względu na to, że ziemie znajdują się wówczas pod zaborem rosyjskim, uzyskanie zezwolenia na wzniesienie świątyni katolickiej nie jest rzeczą prostą. Urzędnicy carscy piętrzą wszelkie możliwe biurokratyczne przeszkody, byle tylko takiej zgody nie wydać. Niezbędny placet można uzyskać jedynie od samego cara. Zbiera się zatem kilku odważnych ludzi - Franciszek Kochanowski, jego syn Wiktor, Bolesław Stupakowski, Wiktor Deputat i Konstanty Raczkowski, którzy udają się ze stosownym adresem w daleką podróż, bo aż do samej Moskwy. Ówczesny car, o dość liberalnych zapatrywaniach, jak na warunki impereium i jego historię, Mikołaj II, nieoczkiwanie akcpetuje plan wzniesienia świątyni.

Następnie wspomniani śmiałkowie wyruszają w podróż do Wilna, celem spotkania z biskupem Edwardem Roppem, by ten zaaprobował konkretny już projekt kościoła, wykonany przez szlachcia pochodzącego z Inflant, a mieszkajacego w nieodległej wsi zwanej Polne Nory (obecnie wieś owa nosi nazwę Jałówka), inżyniera Mariana Behra.

Po owym mozolnym procesie zbierania niezbędnych pozwoleń, zezwoleń, zgód i wszelkcih innych koniecznych dokumentów, w 1907 r. przystąpiono do prac budowlanych. Natomiast 12 grudnia 1919 r. zostaje prawnie powołana do życia parafia w Majewie przez biskupa wileńskiego Jerzego Matulewicza. Parafii i kościołowi nadano wezwanie Opieki Matki Boskiej i św. Kazimierza. I mimo tego, że parafia i kościół już w zasadzie istnieją, to prace budowlane trwają jeszcze do roku 1927.

Kiedy znalazłem się w Majewie po raz pierwszy i nie znałem jeszcze historii owego kościoła, miałem wrażenie, że ma on coś w sobie z ducha północy. Jego styl architektoniczny jest dość trudny do określenia, ale chłód tworzących go kamieni, mroczny nastrój, majestatyczne usadowienie na wzgórzu o dość tajemniczej nazwie Kramieniec, strzelista wieża, nadawały mu jakiś rys północy, północnej świątyni bądź nawet zamku. Miałem poczucie, jakbym się znalazł gdzieś w dawnej Kurlandii czy właśnie w Inflantach. Dopiero później z historii wywieszonej przed świątynią wyczytałem, że jego projektantem był szlachcic pochodzący z Inflant - Marian Behr, który świadomie czy podświadomie, zamknął w swoim dziele ów klimat północnej Europy, estońskich czy łotewskich świątyń, zamków Zakonu Kawalerów Mieczowych.

Miejsce na pewno ze wszech miar warte odwiedzenia.


































Niewielka wieś tuż przy granicy z Białorusią, w prostej linii nie więcej niż 30 - 40 km od Grodna. Zjeżdżając w Sokółce z trasy prowadzącej do przejścia granicznego w Kuźnicy Białostockiej, należy się kierować na północ, by w urokliwiej, położonej na Wzgórzach Sokólskich wsi Sokolany odbić nieco na zachód.

Z Sokolan kierujemy się na Janów, tuż za rogatakami wioski krajobraz się nieco "uspokaja", wzgórza stają się niższe, coraz mniej dostrzegalne, teren stopniowo staje się niemal zupełnie płaski, choć to tylko złudne wrażenie, bo kilka kliometrów dalej malownicze wzgórza powracają.

Majewo Kościelne odkryłem zupełnie przez przypadek, szukając wczesnośredniowiecznego grodziska w pobliskiej Trzciance. Na wysokości Trzcianki, by dotrzeć do grodziska należałoby odbić na południe, gdyby nie dostrzeżona ni stąd, ni zowąd, wyrywająca się ku niebu tajemnicza, kamienna wieża, przypominająca nieco wieże zamkowe, górująca nad całą okolicą, gdzieś na północy. Z początku można odnieść całkiem realne wrażenie, że jest to jakieś przewidzenie, bo niby skąd kamienny zamek na Sokólszczyźnie, skąd jakiekolwiek jego ruiny, jeśli jedynymi pozostałościami z epoki średniowiecza mogą tutaj być jedynie kurhany czy grodzisko w Trzciance, w Miejskich Nowinach czy legenda o jakimś dawnym Zamczysku. Tym bardziej więc warto skierować się na północ, wąską asfaltową drogą, dziurawą niestety, jak sito. Po przejechaniu kilku kliometrów okazuje się, że owa tajemnicza wieża jest częścią większej całości, ciekawej kamiennej bryły, posadowionej na wzgórzu, tworzącej kościół.

Teren, na którym się znajdujemy do końca XVI w. porastała Puszcza Grodzieńska. We wczesnym średniowieczu - co jest wysoce prawdopodobne - ziemie te zamieszkiwali Jaćwingowie, choć pobliskie grodzisko w Trzciance z około X-XI w., jak twierdzą archeolodzy, było utworzone i zamieszkane przez Słowian, najprawdopodobniej wschodnich. Ziemie pogranicza, na których się przecież znajdujemy, trudno jest przypisać jednej, określonej czy to grupie etnicznej, czy kulturowej, czy wyznaniowej. Część nazw pobliskich miejscowości wskazywałaby jednoznacznie na wpływy bałtyjskie, np. Szyndziel, Gilbowszczyzna, Igryły, Kładziewo, Kumiałka, ale już np. Wasilówka czy Trofimówka noszą ewidentne ślady wpływów osadnictwa ruskiego z okolic zapewne Grodna. Co do tego, czy owe nazwy bałtyjskie miałyby być dowodem zamieszkiwania owych miejscowosci przez Jaćwingów pewności póki co, być nie może, bowiem równie dobrze mogły one być założone przez osadników litewskich, np. ze Żmudzi. Pokrewieństwo dawnego języka jaćwieskiego i litewskiego, jest tak bliskie, że na podstawie samej analizy językowej kategoryczne określenie ich rodowodu jest niemożliwe.

Samo Majewo Kościelne to niewielka, cicha, spokojna wieś, która jak się okazuje, posiada jednak prawdziwą perełkę architektoniczną. Już samo wzgórze, na którym został wzniesiony kościół nosi tajemniczą nazwę Kramieniec. By poznać jego historię, przenieśmy się nieco w czasie.

Jest rok 1906 r. Proboszcz z pobliskiej parafii w Sokolanach, ks. Tadeusz Makarewicz, wedle ludowej opowieści, ma widzenie Matki Boskiej, która prosi go o wybudowanie świątyni na górze Kramieniec ku jej czci. Ze względu na to, że ziemie znajdują się wówczas pod zaborem rosyjskim, uzyskanie zezwolenia na wzniesienie świątyni katolickiej nie jest rzeczą prostą. Urzędnicy carscy piętrzą wszelkie możliwe biurokratyczne przeszkody, byle tylko takiej zgody nie wydać. Niezbędny placet można uzyskać jedynie od samego cara. Zbiera się zatem kilku odważnych ludzi - Franciszek Kochanowski, jego syn Wiktor, Bolesław Stupakowski, Wiktor Deputat i Konstanty Raczkowski, którzy udają się ze stosownym adresem w daleką podróż, bo aż do samej Moskwy. Ówczesny car, o dość liberalnych zapatrywaniach, jak na warunki impereium i jego historię, Mikołaj II, nieoczkiwanie akcpetuje plan wzniesienia świątyni.

Następnie wspomniani śmiałkowie wyruszają w podróż do Wilna, celem spotkania z biskupem Edwardem Roppem, by ten zaaprobował konkretny już projekt kościoła, wykonany przez szlachcia pochodzącego z Inflant, a mieszkajacego w nieodległej wsi zwanej Polne Nory (obecnie wieś owa nosi nazwę Jałówka), inżyniera Mariana Behra.

Po owym mozolnym procesie zbierania niezbędnych pozwoleń, zezwoleń, zgód i wszelkcih innych koniecznych dokumentów, w 1907 r. przystąpiono do prac budowlanych. Natomiast 12 grudnia 1919 r. zostaje prawnie powołana do życia parafia w Majewie przez biskupa wileńskiego Jerzego Matulewicza. Parafii i kościołowi nadano wezwanie Opieki Matki Boskiej i św. Kazimierza. I mimo tego, że parafia i kościół już w zasadzie istnieją, to prace budowlane trwają jeszcze do roku 1927.

Kiedy znalazłem się w Majewie po raz pierwszy i nie znałem jeszcze historii owego kościoła, miałem wrażenie, że ma on coś w sobie z ducha północy. Jego styl architektoniczny jest dość trudny do określenia, ale chłód tworzących go kamieni, mroczny nastrój, majestatyczne usadowienie na wzgórzu o dość tajemniczej nazwie Kramieniec, strzelista wieża, nadawały mu jakiś rys północy, północnej świątyni bądź nawet zamku. Miałem poczucie, jakbym się znalazł gdzieś w dawnej Kurlandii czy właśnie w Inflantach. Dopiero później z historii wywieszonej przed świątynią wyczytałem, że jego projektantem był szlachcic pochodzący z Inflant - Marian Behr, który świadomie czy podświadomie, zamknął w swoim dziele ów klimat północnej Europy, estońskich czy łotewskich świątyń, zamków Zakonu Kawalerów Mieczowych.

Miejsce na pewno ze wszech miar warte odwiedzenia.



















































Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...