Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy i Słowacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy i Słowacy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 kwietnia 2010
niedziela, 30 sierpnia 2009
Bardejov
Właściwie to moja miłość do Słowacji - taka pełna i świadoma - rozpoczęła się od pierwszej wizyty w Bardejowie w 1999 r., kiedy to jeszcze jako student wyruszyłem na kilkugodzinną wyprawę z Krynicy do tego urokliwego miastczka. Później każdy swój pobyt w Beskidzie Sądeckim wykorzystywałem na odwiedziny Bardejowa. To wszak ledwie 31 km od centrum Krynicy - trasa z pięknymi widokami na Beskid. Po stronie słowackiej droga wiedzie przez kotlinę. To tam po raz pierwszy zrozumiałem i odczułem klimat wiersza Julii Hartwig, w którym opisuje nie do końca docenianą, ciepłą, łagodną, niemal śródziemnomorską "naszą siostrę" Słowację. Odtąd już Bardejów i droga doń prowadząca od polskiej granicy staną się moim prywatnym uosobieniem całej Słowacji - z zielonymi, zawsze nasłonecznionymi południowymi stokami Karpat, z cudnym już jesiennym zapachem ognisk palonych w polach i ogrodach, smakowitą wonią warzyw, widokiem winorośli, smukłą siegającą nieba wieżą bardejowskiego gotyckiego kościoła i skromnymi wieżyczkami jakby barokowych kościółków w mijanych wioskach.
Tym razem miałem wyjątkowo sporo czasu na kontemplowanie Bardejowa. Już nie biegałem w pośpiechu po Rynku, wąskimi uliczkami niedużej starówki, ale w spokoju usiadłem na ławeczce w Rynku i obserwowałem nieco senne, ale kojące życie małego miasteczka. Gargulce na gotyckim kościele, którym wcześniej nie miałem czasu się przyjrzeć, nie wzbudzały najmniejszej odrazy, wydawały się natomiast - wbrew sobie, własnej istocie i przeznaczeniu (wszak są rzygaczami) - zabawne i sympatyczne, pomimo swoich wyłupiastych wielkich oczu, wykrzywionych w złośliwym grymasie grubych warg i diabelskich rogów.
Stary Rynek był wolny od turystów, jedynie bardejowianie przedsiadywali na ławeczkach wokół, albo stojąc toczyli ważne rozmowy dnia codziennego. Tuż obok nas stanęły dwie młode mamy, babcia i dwójka maluchów - chłopak i dziewczynka, około 3 - letnie szkraby, które baraszkowały jak małe niedźwiadki, aż do momentu potknięcia się i upadku dziewczynki. Ta jednak była na tyle dzielna, by się nie rozpłakać na zanadto długo i za głośno. Później zabawa została wznowiona, jednak tym razem przybrała postać pogoni za gołębiem, ale raczej po to by go złapać i przytulić ewentualnie zabrać do domu jako przytulankę, niż by go nastraszyć. Ten jednak najwyraźniej opacznie zrozumiał okrzyki - w jego wobrażeniu pewnie przeraźliwe - "Holub!", "Holub!" - i czmychnął czymprędzej gdzieś na dach jednej z kamienic.
W Rynku w jednej z kamienic znajduje się także Dom Polsko - Słowacki, który miałem kiedyś przyjemność odwiedzić i obejrzeć wystawę fotografii z kopalni soli w Wieliczce. Nieopodal warto także zajrzeć do Muzeum Ikon. Wschodnia Słowacja to wszak region licznie zamieszkały przez wyznaców cerkwi grekokatolickiej, potomków osadników z Rusi (obecnie Ukrainy) i Wołoszczyzny. Muzeum mieści się w kamienicy z bodaj XVII wieku i choć ekspozycja nie jest może urządzona tak nowocześnie, jak w Muzeum Ikon w Supraślu (brak odpowiednio wygaszanach i zapalanych świateł budujących nastrój, wydobywającej się z ukrytych głośników cerkiewnej muzyki, pomieszczeń stylizowanych na katakumby, wnętrze celi zakonnika piszącego ikony, czy wnętrze prostej wiejskiej chaty), to jest tu o tyle lepiej, że ikon nie kontempluje się w grupie, muzeum można zwiedzać indywidualnie, a przecież czymże innym niż swego rodzaju modlitwą może być wpatrywanie się w ikonę? Nie sprzyja temu w żaden sposób ani grupa, ani przewodnik.
Odchodząc nieco od Rynku warto odwiedzić również gotycki kościółek, szpetnie jednak otynkowany - sądząc po szarości - w czasach komunistycznych. Tutaj trafiliśmy kiedyś na miłą panią, która z własnej inicjatywy, niezwykle uprzejmie i serdecznie oprowadziła nas po świątyni. Nieopodal kościółka ulokowała się barokowa pastelowa cerkiew grekokatolicka z przepięknym ikonostasem, do której też warto zajrzeć, bo hałaśliwe wycieczki do obu tych świątyń nie docierają, stąd też atmosfera do kontemplacji panuje w nich wymarzona.
I wreszcie rzecz przyziemna, może nieco niestosowna jak na bloga, ale wszak ludzka i jednak na swój sposób ważna. Pochłaniane w dużych ilościach latem płyny wywołują czasem potrzebę skorzystania z toalety publicznej. I muszę przyznać, że tak czystych toalet, jak w Bardejowie, Preszowie i Koszycach nie widziałem jeszcze nigdy. A panie - u nas takie panie nazywane są babciami klozetowymi, tutaj jednak ze względu na wiek owych kobiet w żaden spoób nie można byłoby nazwać ich babciami - mogłyby śmiało i z powodzeniem startować w konkursie na najsympatyczniejszą pracownicę toalety publicznej w świecie. Nie dość, że są uprzejme - o uprzejmości Słowaków pisałem w poprzednim poście - miłe, to jeszcze chętnie wdają się w rozmowę i uczą prawidłowej słowackiej wymowy, która wbrew pozorom wcale nie jest taka posta.
CDN...
Tym razem miałem wyjątkowo sporo czasu na kontemplowanie Bardejowa. Już nie biegałem w pośpiechu po Rynku, wąskimi uliczkami niedużej starówki, ale w spokoju usiadłem na ławeczce w Rynku i obserwowałem nieco senne, ale kojące życie małego miasteczka. Gargulce na gotyckim kościele, którym wcześniej nie miałem czasu się przyjrzeć, nie wzbudzały najmniejszej odrazy, wydawały się natomiast - wbrew sobie, własnej istocie i przeznaczeniu (wszak są rzygaczami) - zabawne i sympatyczne, pomimo swoich wyłupiastych wielkich oczu, wykrzywionych w złośliwym grymasie grubych warg i diabelskich rogów.
Stary Rynek był wolny od turystów, jedynie bardejowianie przedsiadywali na ławeczkach wokół, albo stojąc toczyli ważne rozmowy dnia codziennego. Tuż obok nas stanęły dwie młode mamy, babcia i dwójka maluchów - chłopak i dziewczynka, około 3 - letnie szkraby, które baraszkowały jak małe niedźwiadki, aż do momentu potknięcia się i upadku dziewczynki. Ta jednak była na tyle dzielna, by się nie rozpłakać na zanadto długo i za głośno. Później zabawa została wznowiona, jednak tym razem przybrała postać pogoni za gołębiem, ale raczej po to by go złapać i przytulić ewentualnie zabrać do domu jako przytulankę, niż by go nastraszyć. Ten jednak najwyraźniej opacznie zrozumiał okrzyki - w jego wobrażeniu pewnie przeraźliwe - "Holub!", "Holub!" - i czmychnął czymprędzej gdzieś na dach jednej z kamienic.
W Rynku w jednej z kamienic znajduje się także Dom Polsko - Słowacki, który miałem kiedyś przyjemność odwiedzić i obejrzeć wystawę fotografii z kopalni soli w Wieliczce. Nieopodal warto także zajrzeć do Muzeum Ikon. Wschodnia Słowacja to wszak region licznie zamieszkały przez wyznaców cerkwi grekokatolickiej, potomków osadników z Rusi (obecnie Ukrainy) i Wołoszczyzny. Muzeum mieści się w kamienicy z bodaj XVII wieku i choć ekspozycja nie jest może urządzona tak nowocześnie, jak w Muzeum Ikon w Supraślu (brak odpowiednio wygaszanach i zapalanych świateł budujących nastrój, wydobywającej się z ukrytych głośników cerkiewnej muzyki, pomieszczeń stylizowanych na katakumby, wnętrze celi zakonnika piszącego ikony, czy wnętrze prostej wiejskiej chaty), to jest tu o tyle lepiej, że ikon nie kontempluje się w grupie, muzeum można zwiedzać indywidualnie, a przecież czymże innym niż swego rodzaju modlitwą może być wpatrywanie się w ikonę? Nie sprzyja temu w żaden sposób ani grupa, ani przewodnik.
Odchodząc nieco od Rynku warto odwiedzić również gotycki kościółek, szpetnie jednak otynkowany - sądząc po szarości - w czasach komunistycznych. Tutaj trafiliśmy kiedyś na miłą panią, która z własnej inicjatywy, niezwykle uprzejmie i serdecznie oprowadziła nas po świątyni. Nieopodal kościółka ulokowała się barokowa pastelowa cerkiew grekokatolicka z przepięknym ikonostasem, do której też warto zajrzeć, bo hałaśliwe wycieczki do obu tych świątyń nie docierają, stąd też atmosfera do kontemplacji panuje w nich wymarzona.
I wreszcie rzecz przyziemna, może nieco niestosowna jak na bloga, ale wszak ludzka i jednak na swój sposób ważna. Pochłaniane w dużych ilościach latem płyny wywołują czasem potrzebę skorzystania z toalety publicznej. I muszę przyznać, że tak czystych toalet, jak w Bardejowie, Preszowie i Koszycach nie widziałem jeszcze nigdy. A panie - u nas takie panie nazywane są babciami klozetowymi, tutaj jednak ze względu na wiek owych kobiet w żaden spoób nie można byłoby nazwać ich babciami - mogłyby śmiało i z powodzeniem startować w konkursie na najsympatyczniejszą pracownicę toalety publicznej w świecie. Nie dość, że są uprzejme - o uprzejmości Słowaków pisałem w poprzednim poście - miłe, to jeszcze chętnie wdają się w rozmowę i uczą prawidłowej słowackiej wymowy, która wbrew pozorom wcale nie jest taka posta.
CDN...
środa, 11 czerwca 2008
Nadludzie z Polski
Nie po raz pierwszy zdarzyło mi się wysłuchać wielu gorzkich słów o zachowaniu Polaków za granicą, które mogłyby wskazywać na swego rodzaju syndrom postkolonialny dawnych mieszkańców metropolii, choć nie jest to do końca właściwe określenie, bo w końcu np. Słowacja znajdowała się pod panowaniem polskim tylko za rządów Bolesława Chrobrego o czym też nie wszyscy pewnie wiedzą, i chwała Bogu!
Swego czasu w dodatku do "Rzeczpospolitej" - Plus - Minus był publikowany cykl artykułów o tym, jak nas postrzegają sąsiedzi. Najmocniej utkwił mi w pamięci artykuł opisujący spostrzeżenia Słowaków na nasz temat, a w nim wypowiedzi pewnej słowackiej ekspedientki i pewnego Słowaka - mieszkańca jednego z miast obleganych naonczas przez polskich turystów. Ekspedientka opowiadała o tym, jak to pewnego razu do sklepu, w którym pracowała zawitała polska wycieczka, a wśród jej uczestników znalazła się pewna kobieta, która podeszła do lady i zażądała (tak!, nie poprosiła, lecz zażądała) wszystkich alkoholi stojących na jednej z półek. A ponieważ wcześniej nie zdarzali się podobni klienci, zdumiona sprzedawczyni, chcąc się upewnić, czy aby na pewno dobrze zrozumiała żądanie, zapytała czy ma podać wszystkie alkohole z owej półki. To pytanie miało tak rozsierdzić rzeczoną klientkę, że zaczęła krzyczeć na Bogu ducha winną Słowaczkę, obrzucając ją przy okazji niezbyt miłymi epitetami.
Natomiast wspomniany wyżej Słowak miał być świadkiem licznych aroganckich zachowań ze strony nienaturalnie głośnych, niekulturalnych, aroganckich, poobwieszanych drogimi aparatami, w markowych drogich sportowych butach polskich turystów wylewających się z autokarów, by obejrzeć średniowieczny zamek w jego urokliwym miasteczku. A był to czas, kiedy Słowacja należała do jednego z najuboższych krajów w naszym regionie, natomiast my zaczęliśmy się gwałtownie bogacić (druga połowa lat 90 - tych).
Samemu wielokrotnie zdarzało mi się obserwować podobne zachowania Polaków na Słowacji, na Węgrzech, wyniosłe, naburmuszone miny, pogardliwe odnoszenie się np. do personelu restauracji, i wiele innych śmieszności.
Natomiast w ubiegłą niedzielą pewna znajoma moich rodziców, opowiedziała mi o niedawno poznanej przez nią w Druskiennikach młodej dziewczynie z mieszanej rodziny - litewsko - polsko - białoruskiej, która prowadziła jeden z tamtejszych pensjonatów. Jak wiadomo po wejściu Polski do strefy Schengen niemal cała polska brać, którą na to stać, rozjeżdża się tłumnie na długie weekendy do krajów będących członkami UE, które są względnie tanie, w tym m.in. na Litwę. A tam dopiero można sobie pohulać, odreagowując wszystkie swoje kompleksy, bo gdzież indziej, jeśli nie właśnie w krajach, które pozornie są od nas uboższe. Litwę poza tym traktujemy, jako swego rodzaju naszą byłą posiadłość czy kolonię. Tam dopiero można pozadzierać nosa, bo już w Niemczech, Wielkiej Brytanii od razu nam go utrą, tam stajemy się potulni, mili, kulturalni, znamy języki, dajemy się poznać jako solidni, rzetelni i wykwalifikowani pracownicy, tak, że cała Europa się nami zachwyca, jacy to jesteśmy mobilni i przydatni, a my w tym czasie musimy tłamsić to nasze poczucie niższości wykonując prace, których nie chcą wykonywać obywatele krajów nas goszczących. Na zewnątrz uśmiech, a wewnątrz wszystko kipi. Nawet ci, którzy nie jeżdżą na Zachód, odczuwają wstyd i dyskomfort za swoich rodaków, a że niestety istnieje w życiu społecznym zjawisko, które nazywa się "hierarchią dziobania" odbijamy sobie na narodach, które z jakichś przyczyn - zupełnie zresztą nieuzasadnionych - postrzegamy za gorsze od nas, tj. na Litwinach, Słowakach, Białorusinach, Rosjanach, Ukraińcach czy Rumunach.
Wracając zaś do opowieści znajomej rodziców - owa Litwinka z mieszanej rodziny miała się strasznie uskarżać na przybyszów z Polski, zwłaszcza na warszawiaków, którzy wedle jej słów mieli być trudni w kontakcie, aroganccy i zarozumiali, dużo bardziej niż goście z innych części Polski.
I nie w tym rzecz, by się pastwić nad warszawiakami - co czynią często mieszkańcy wszystkich pozostałych części Polski - bo sam znam wielu nadzwyczaj miłych, kulturalnych i uczynnych mieszkańców stolicy, ale by zwrócić uwagę na pewne niepokojące zjawisko całkowicie nieuzasadnionego poczucia wyższości jakiejś grupy Polaków, która je otwarcie manifestuje wobec przedstawicieli innych nacji, o ile tylko może sobie na to pozwolić, a które tak naprawdę jest tylko i wyłącznie próbą zagłuszenia własnych kompleksów. Szkoda jednak, że cierpi na tym wizerunek całego narodu, bo o generalizację nadzwyczaj łatwo.
Swego czasu w dodatku do "Rzeczpospolitej" - Plus - Minus był publikowany cykl artykułów o tym, jak nas postrzegają sąsiedzi. Najmocniej utkwił mi w pamięci artykuł opisujący spostrzeżenia Słowaków na nasz temat, a w nim wypowiedzi pewnej słowackiej ekspedientki i pewnego Słowaka - mieszkańca jednego z miast obleganych naonczas przez polskich turystów. Ekspedientka opowiadała o tym, jak to pewnego razu do sklepu, w którym pracowała zawitała polska wycieczka, a wśród jej uczestników znalazła się pewna kobieta, która podeszła do lady i zażądała (tak!, nie poprosiła, lecz zażądała) wszystkich alkoholi stojących na jednej z półek. A ponieważ wcześniej nie zdarzali się podobni klienci, zdumiona sprzedawczyni, chcąc się upewnić, czy aby na pewno dobrze zrozumiała żądanie, zapytała czy ma podać wszystkie alkohole z owej półki. To pytanie miało tak rozsierdzić rzeczoną klientkę, że zaczęła krzyczeć na Bogu ducha winną Słowaczkę, obrzucając ją przy okazji niezbyt miłymi epitetami.
Natomiast wspomniany wyżej Słowak miał być świadkiem licznych aroganckich zachowań ze strony nienaturalnie głośnych, niekulturalnych, aroganckich, poobwieszanych drogimi aparatami, w markowych drogich sportowych butach polskich turystów wylewających się z autokarów, by obejrzeć średniowieczny zamek w jego urokliwym miasteczku. A był to czas, kiedy Słowacja należała do jednego z najuboższych krajów w naszym regionie, natomiast my zaczęliśmy się gwałtownie bogacić (druga połowa lat 90 - tych).
Samemu wielokrotnie zdarzało mi się obserwować podobne zachowania Polaków na Słowacji, na Węgrzech, wyniosłe, naburmuszone miny, pogardliwe odnoszenie się np. do personelu restauracji, i wiele innych śmieszności.
Natomiast w ubiegłą niedzielą pewna znajoma moich rodziców, opowiedziała mi o niedawno poznanej przez nią w Druskiennikach młodej dziewczynie z mieszanej rodziny - litewsko - polsko - białoruskiej, która prowadziła jeden z tamtejszych pensjonatów. Jak wiadomo po wejściu Polski do strefy Schengen niemal cała polska brać, którą na to stać, rozjeżdża się tłumnie na długie weekendy do krajów będących członkami UE, które są względnie tanie, w tym m.in. na Litwę. A tam dopiero można sobie pohulać, odreagowując wszystkie swoje kompleksy, bo gdzież indziej, jeśli nie właśnie w krajach, które pozornie są od nas uboższe. Litwę poza tym traktujemy, jako swego rodzaju naszą byłą posiadłość czy kolonię. Tam dopiero można pozadzierać nosa, bo już w Niemczech, Wielkiej Brytanii od razu nam go utrą, tam stajemy się potulni, mili, kulturalni, znamy języki, dajemy się poznać jako solidni, rzetelni i wykwalifikowani pracownicy, tak, że cała Europa się nami zachwyca, jacy to jesteśmy mobilni i przydatni, a my w tym czasie musimy tłamsić to nasze poczucie niższości wykonując prace, których nie chcą wykonywać obywatele krajów nas goszczących. Na zewnątrz uśmiech, a wewnątrz wszystko kipi. Nawet ci, którzy nie jeżdżą na Zachód, odczuwają wstyd i dyskomfort za swoich rodaków, a że niestety istnieje w życiu społecznym zjawisko, które nazywa się "hierarchią dziobania" odbijamy sobie na narodach, które z jakichś przyczyn - zupełnie zresztą nieuzasadnionych - postrzegamy za gorsze od nas, tj. na Litwinach, Słowakach, Białorusinach, Rosjanach, Ukraińcach czy Rumunach.
Wracając zaś do opowieści znajomej rodziców - owa Litwinka z mieszanej rodziny miała się strasznie uskarżać na przybyszów z Polski, zwłaszcza na warszawiaków, którzy wedle jej słów mieli być trudni w kontakcie, aroganccy i zarozumiali, dużo bardziej niż goście z innych części Polski.
I nie w tym rzecz, by się pastwić nad warszawiakami - co czynią często mieszkańcy wszystkich pozostałych części Polski - bo sam znam wielu nadzwyczaj miłych, kulturalnych i uczynnych mieszkańców stolicy, ale by zwrócić uwagę na pewne niepokojące zjawisko całkowicie nieuzasadnionego poczucia wyższości jakiejś grupy Polaków, która je otwarcie manifestuje wobec przedstawicieli innych nacji, o ile tylko może sobie na to pozwolić, a które tak naprawdę jest tylko i wyłącznie próbą zagłuszenia własnych kompleksów. Szkoda jednak, że cierpi na tym wizerunek całego narodu, bo o generalizację nadzwyczaj łatwo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...