Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy i Litwini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polacy i Litwini. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 września 2011

Wilno - wrzesień 2011 r. O relacjach polsko - litewskich skrajnie subiektywnie.

Kilkudniowa wyprawa do Wilna po ostatnich traumatycznych wydarzeniach w Polsce i na Litwie, wydawała mi się początkowo być powrotem do zupełnie odmienionej Litwy. Wiadomości o zniszczeniu dwujęzycznych tablic w gminie Puńsk miały być newsem dnia w większości litewskich mediów i podobno powtarzano je w nich aż do znudzenia. W Polsce z kolei na news dnia przez dłuższy czas wybijała się informacja o ustawie oświatowej mającej dyskryminować obywateli litewskich narodowości polskiej.

Mimo licznych wyjazdów do Wilna na przestrzeni ostatnich kilku lat, nigdy nie spotkała mnie żadna przykrość, nieżyczliwość czy gest niechęci ze strony Litwinów, czy byłoby to Wilno, Alytus, Kiernave, czy Druskienniki. Wszędzie spotykałem osoby, które mimo świadomości tego, że jestem Polakiem, odnosiły się do mnie szczerze życzliwie i przyjaźnie. Udało mi się nawet zawrzeć kilka bliskich znajomości z etnicznymi Litwinami, którzy nie mając żadnych polskich korzeni, żywo interesują się kulturą polską, a niektórzy nawet zupełnie dobrowolnie i bezinteresownie uczą się języka polskiego. Obawiałem się więc, może nieco irracjonalnie, tej wyprawy na Litwę, spodziewając się spotkania kraju odmienionego, a przede wszystkim reakcji Litwinów na polskie tablice rejestracyjne, na dźwięk polskiej mowy w sklepie, na ulicy, w parku. Nie napiszę jednak, że ku memu zdumieniu nic podobnego się nie wydarzyło, nikt mi nie wybił szyb w samochodzie, nikt nie przebił opon, nikt się nie oburzał na dźwięk polskich słów w kafejce, restauracji, sklepie, i wbrew podświadomym nawet obawom nie byłem wcale zaskoczony, wręcz przeciwnie byłbym wielce zadziwiony, gdyby któreś z tych przerażających zdarzeń nastąpić miało. Litwini, których tym razem spotykałem, byli tak samo uprzejmi, życzliwi, jak wszyscy ci, których zdarzyło mi się spotykać podczas poprzednich wypraw. Zdaję sobie sprawę z tego, że inny zapewne jest stosunek jakiejś części Litwinów wobec Polaków przyjeżdżających z Polski, a inny wobec tych będących obywatelami Litwy i mieszkających tam na stałe. Ale nic nie poradzę na to, że ci, których spotykałem na mojej drodze nie okazywali wobec mnie najmniejszej niechęci, czy wrogości. Policja, którą mnie straszono, a która miała czyhać w szczególności na Polaków, skutecznie i konsekwentnie zatrzymywała na odcinku około 30 km na zachód od Wilna kierowców na litewskich numerach, przekraczających dozwoloną prędkość. Na marginesie muszę dodać, że jestem za każdym razem pod wrażeniem skuteczności litewskiej policji, konsekwentnie ścigającej piratów drogowych - raz zdarzyło mi się być świadkiem pościgu za szaleńcem drogowym, który po kilku minutach został dopędzony i zatrzymany. I wcale nie dziwni mnie to, że na odcinku Wilno - Lazdijai zdecydowana większość kierowców jedzie spokojnie, nie przekraczając dozwolonej prędkości, ani nie łamiąc przepisów ruchu drogowego, by tuż po przekroczeniu granicy w Ogrodnikach pędzić na złamanie karku. To też oczywiście w dużej mierze między innymi kwestia organizacji i efektywności państwa, i jedna z wielu dziedzin, w której wciąż możemy się sporo od Litwinów nauczyć.

Kelnerki w wileńskich kafejkach i restauracjach były tak samo uprzejme, jak wcześniej, ekspedientki w alytuskiej Maximie tak samo pomocne i cierpliwie tłumaczące przybyszom z Polski ni w ząb nie rozumiejącym litewskich napisów na etykietkach czym są nadziewane pyszne bułki i ciasta.

Życie instytucji państwowych, i życie codzienne zwykłych ludzi toczą się zupełnie odmiennym rytmem. Pogorszenie relacji polsko - litewskich na szczeblu państwowym, to z pewnością rezultat uporu i błędnej wizji jednej strony oraz szeregu zaniedbań strony drugiej, oby tylko te nieporozumienia i zacietrzewienia nie zeszły głębiej w dół i nie rozlały się zanadto w tej powszedniej rzeczywistości.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Czwartkowy wieczór w Wilnie

Pilies gatve - ulica Zamkowa, jedna z najbardziej reprezentacyjnych uliczek na wileńskiej Starówce, prowadząca od Placu Katedralnego, od Wzgórza Giedymina do Placu Ratuszowego, zabudowana klasycystycznymi kamieniczkami, oraz jedną znakomicie zachowaną dwukondygnacyjną gotycką perełką, przy niej ulokował się strzelisty kościół uniwersytecki św. Jana.

Klimatyczna knajpka "Dvaras" serwująca tradycyjne potrawy kuchni litewskiej w przystępnych cenach - przyzwoity obiad można w niej zjeść w cenie od 15 do 30 litów (od 17 do 35 zł) - znajduje się gdzieś w połowie drogi między Placem Katderalnym a Ratuszowym. Często okupowana przez turystów z Polski, którzy zachowują się najgłośniej, najbardziej zuchwale i protekcjonalnie wobec kelnerów i kelnerek. Od znajomych często zdarzało mi się słszeć historie o tym, jak w czasie knoferencji, szkoleń i tym podobnych spotkań organizowanych w Wilnie niektórzy Polacy potrafią pogardliwie odnosić się do obsługi. Z pewnością jest to zachowanie, na które nie mogą sobie pozwolić w Niemczech, w Irlandii, Wielkiej Brytanii. Jedynie wschód stwarza niektórym możliwość powetowania sobie swoich upokorzeń, niepowodzeń, kompleksów.

W maju spotkaliśmy tu głośną grupkę pogardliwie pokpwiającą sobie z prymitywnych wyborców PiS. A tym razem trafiliśmy na biznesowy obiad przy stoliku obok, w którym uczestniczyło dwóch polskich biznesmenów i dwoje Litwinów. Rozmowa toczyła się w języku polskim i rosyjskim. Panowie z Polski władali tylko językiem ojczystym, Litwin komunikował się z nimi w języku rosyjskim, Litwinka usiłowała rozmawiać w łamanej polszczyźnie, niewykluczone, że miała polskie korzenie. Biznesmeni z Polski pletli androny o wielkości I Rzeczpospolitej, o słuszności polityki Piłsudskiego, o pogoni, o powstaniach, o wspaniałej wspólnej historii. Litewska para ledwie skrywała pobłażliwe uśmiechy, starajac się zachować uprzejmie wobec swoich gości.

A później jeszcze zasłyszane gdzieś na ulicy zdanie wypowiedziane w języku polskim przez uczestnika jednej z licznych tu wycieczek: "Szkoda, że Wilno nie jest polskim miastem". Wydaje się jednak, że nic bardziej mylnego. Gdyby Wilno miało być polskim miastem, czekał by je najprawdopodobniej los większości miast Polski B - stałoby się zapyziałą, zapuszczoną, zaniedbaną, niedoinwstowaną pseudometropolią, stolicą kresów północno-wschodnich, gdzie o wszystkim decydowaliby lokalni baronowie czy to z PO, czy PiS czy SLD, gdzie wszystko począwszy od sektora administracji publicznej a skończywszy na kulturze zostałoby do bólu upartyjnione. Byłoby takim miastem o jakim pisał przed II wojną Czesław Miłosz - prowincjonalnym, zaniedbanym, z elitami o raczej wąskich horyzontach.

Tymczasem Wilno będące stolicą Litwy, jest jedną z najpiękniejszych stolic europejskich.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

W drodze do Estonii - 14 czerwca 2010 r. - dzień pierwszy

Pierwszy postój po 2,5 godzinie od momentu wyjazdu z Białegostoku - Alytus, Maxima, zakupy. Przy stoisku z książkami podchodzi do nas około 40-letni mężczyzna, słysząc język polski i rozmowę dotyczącą książek, z litewskim akcentem, ale poprawną polszczyzną proponuje zakup którejś z pozycji Irvinga. Na moją uwagę, że niestety nie władam litewskim, odpowiada, że z pewnoścą są one także dostępne w języku polskim. Gdy jednak stwierdzam, że należy uczyć się litewskiego, ze szczerym uśmiechem odparowuje, że jest mu miło.

Miniemy się gdzieś jeszcze między półkami, wymienimy uśmiechy.

Po raz trzeci spotkamy się na parkingu przy samochodach, bo jak się okazało nawet zaparkowaliśmy obok siebie. Okazuje się, że ów szczupły, niewysoki mężczyzna o blond włosach jest radnym miasta Alytus i często bywa w Polsce z racji współpracy między miastami Alytus (Litwa) i Mońki (Polska), którą bardzo sobie chwali, a zwłaszcza liczne pobyty w Mońkach. Rozmawia cały czas z uśmiechem na ustach. Zanim się pożegnamy zapyta mnie jeszcze komu kibicuję na Mistrzostawch Świata w RPA. Na koniec poidajemy sobie ręce, z samochodu uśmiecha się życzliwie także żona radnego.

Miłe rozpoczęcie podróży. Ruszamy dalej w drogę do Wilna...

sobota, 13 czerwca 2009

Litewskie obrazki – Zułów, Powiewiórka, Niemenczyn

Z urokliwego Kiernowa – o którym innym razem – pierwszej stolicy Litwy przedzieramy się wąskimi asfaltowymi drogami w stronę Niemenczyna. Przed Mejszagołą krajobraz jest nieznacznie pofałdowany, z rzadka mijamy lasy, za Majszagołą pojawiają się jeziora, gęstsza zabudowa, domy mieszkalne i letniskowe, o ciekawej drewnianej w większości architekturze, wspaniale wkomponowane w tutejszy krajobraz, tak jakby z niego naturalnie wyrastały. Do Niemenczyna wjeżdżamy, gdy ten zalany jest słońcem. Podjeżdżamy pod biały zabytkowy kościół, na parkingu stoi kilka samochodów na litewskich numerach, ale osoby przy nich stojące rozmawiają po polsku. Kilka babć pieszo zmierza na mszę, nikt ich nie podwozi, może nie ma kto, bo to już południowo – wschodni skrawek Litwy, kto wie czy nie najbiedniejszy? Młodzi wyjechali pewnie do Wilna albo jeszcze dalej w świat. Przy drzwiach wejściowych do świątyni wmurowana tablica z zatartymi, trudnymi do doczytania nazwiskami żołnierzy poległych w walkach z bolszewikami w 1920 r. Nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplację wnętrza, jest już po 16, a przed nami jeszcze kawałek drogi do Zułowa, a na 20.00 chcemy być z powrotem w Wilnie. A tu jeszcze warto rzucić okiem na pięknie szeroko płynącą Wilię, wtuloną z dwóch stron w tunel soczyście zielonego lasu. Po drodze mijamy polski dom kultury z szyldami w dwóch językach, chłopczyk z tornistrem na plecach przygląda nam się z zainteresowaniem siedząc na murku przy wejściu do budynku. Pod dom kultury zajeżdża samochód, z którego wysiada młoda mama z dwiema córeczkami – rozmawiają po polsku; mama prowadzi swoje pociechy na jakieś zajęcia pozalekcyjne. Na moście miniemy jeszcze dwóch około 20 – letnich chłopaków z dredami, i ruszamy dalej do Zułowa. Ale zanim do Zułowa, zatrzymamy się jeszcze w Powiewiórce, po litewsku zwanej – Pavoverė. Tu oglądamy kościół z drugiej połowy XVIII wieku, ze starą z zatartymi napisami tablicą informującą o tym, że jest to zabytek chroniony prawem. Chroniony prawem, ale nie ludzką ręką, wydaje się być mocno zaniedbany, miejscowej społeczności polskiej nie stać na jego odnowę najwyraźniej, a Litwini nie są tym zainteresowani – w końcu był tu chrzczony Józef Piłsudski, zdrajca Litwy i Litwinów i sprawy litewskiej. Dziwna to sprawa, w tej części Europy – nie potrafimy szanować wzajemnie swoich pamięci, swoich wrażliwości, zwłaszcza tych historycznych. Wileńszczyzna to bez wątpienia integralna część Litwy, do której w Polsce nikt rozsądny, pozostający przy zdrowych zmysłach rościć pretensji terytorialnych nie może, nie warto się więc chyba boczyć na Piłsudskiego, że kazał się zbuntować Żeligowskiemu i w zamierzchłym już przecież dwudziestoleciu przyłączyć ją do Polski i mścić na zabytkach. Litwinów jednak z drugiej strony rozumieć też trzeba, ale nie usprawiedliwiać w każdym przypadku.

Marcin chyba najbardziej z naszej trójki przeżywa wizytę w Powiewiórce, zmusza nas do filozoficznej zadumy nad tym, co musiała czuć matka przynosząca do chrztu niemowlę, które miało później wyrosnąć na jednego z największych ludzi w historii Polski. W moim domu, w rodzinie ze strony Mamy, wywodzącej się z Wileńszczyzny panował prawdziwy kult Piłsudskiego, ale dzięki Bogu nie fanatyczny.

Z Powiewiórki jedziemy już do Zułowa – po litewsku Zalavas. Przedzieramy się samochodem zupełnie nieterenowym przez remontowaną i niemiłosiernie rozkopaną w związku z tym drogę, światła, dziury, wyboje, żwir, odpryskujące kamienie, jadące z ogromną prędkością nie zważające na ograniczenia prędkości – całe szczęście nieliczne – TIRy. Wreszcie tablica Zalavas, krajobraz wokół jakbym już gdzieś kiedyś widział, jest zupełnie płasko, wioska położona na dużej polanie, a wokół sosnowe lasy. Trochę mi to miejsce przypomina oddalone około 30 km na wschód od Białegostoku okolice Załuk i Radunina. Jesteśmy ponad 300 km od Białegostoku, a mam wrażenie jakbyśmy wyjechali po pracy na wycieczkę gdzieś w okolice Gródka, i że zaraz będziemy wracać nie do Wilna, ale właśnie do Białegostoku.

Ale jak tu znaleźć miejsce, w którym stał dwór – miejsce narodzin Piłsudskiego; przy domach ani żywej duszy, z asfaltowej drogi zjeżdżamy w piaszczystą, w stronę zabudowań ciągnących się w stronę lasu. Wreszcie pojawiają się ludzie – dwóch chłopców bawiących się przy drodze w piasku i prawdopodobnie ich mama. Zatrzymujemy się i pytamy – po polsku mając pewność, że mieszkają tu Polacy – o miejsce, w którym stał dwór Piłsudskiego. Kobieta śpiewną polszczyzną każe nam zawrócić, wyjechać na asfaltową drogą i skręcić w lewo, w brukowaną drogę w lesie. Tak też zrobimy, ale zanim znajdziemy fundamenty dworu, jeszcze trochę pobłądzimy, będziemy jeszcze raz pytać starsze małżeństwo pracujące w ogrodzie przy drewnianym starym domku, gdzie jest to słynne miejsce. Aż w końcu ci nam wytłumaczą tak, że trafimy doń bez problemu.

Z daleka widzimy już dąb posadzony przez Ignacego Mościckiego i bodaj jedną z córek Piłsudskiego, ale wokół rosną chaszcze, chwasty, rozciągają się nieużytki. Widać też, że na fundamentach dworu w czasach ZSRR próbowano stawiać jakieś gospodarcze budynki. Tuż obok urządzono wówczas gnojówkę. W piwnicach – już nie wiadomo czy dworu czy budynków pokołchozowych leżą stare ubrania, plastikowe miski i inne śmieci. Nieopodal stoi stary budynek, wyglądający na czworak, duży drewniany zamieszkały przez kilka albo nawet kilkanaście rodzin. W czasie, gdy oglądamy, to co pozostało po dworze, w naszą stronę zmierza od strony lasu terenowy samochód z kogutem na dachu. Jedzie wolno, jest barwy brązowej, na pewno nie jest to litewska policja, ale prawdopodobnie straż graniczna. Gdy z daleka dostrzegają nasze aparaty i samochód na polskich numerach, nawracają i odjeżdżają. Możliwe, że to przypadek, ale podobno litewskie władze nieprzychylnym okiem spoglądają na turystów z Polski w tym miejscu. Co innego Wilno, Kowno, Połąga tu proszę bardzo, jak najbardziej, ale nie tu, na tym odludziu już nie ma co oglądać. Nie dowiemy się jakie były intencje owych strażników.

W międzyczasie w naszą stronę biegną umorusane, biednie ubrane dwie może 8 – letnie dziewczynki. Najstarsza z nich trzyma w rękach ogromną bordową księgę pamiątkową. Jej mama została poproszona przez przedstawicieli związku Polaków na Litwie o odbieranie od gości podpisów w owej księdze. Więc my także się wpisujemy, dzień przed nami wpisała się jakaś grupa z Bydgoszczy. Z przepastnych kieszeni wydobywamy garść litów i przekazujemy je dziewczynce prosząc ją by podzieliła się z pozostałymi koleżankami, i by wszystkie razem oddały je swoim mamom. Dzieciaki odbiegają w stronę domu wniebowzięte, z radości zapominają o daniu nam folderów o Zułowie. Pal licho foldery! Po kilku chwilach wraca jedna z dziewczynek ze swoją młodszą siostrą. Tacy z nas znakomici pedagodzy i psycholodzy, że próbujemy z dzieciakami rozmawiać o szkole, o stopniach, o nieodległych wakacjach, ale dziewczynki choć odpowiadają grzecznie, to jednak widzimy, że to nie w tym celu, by z nami porozmawiać tutaj przybiegły. Być może ta dziewczynka, której daliśmy pieniądze nie podzieliła się ze swoją towarzyszką. Głupio więc pytam czy może chcą jeszcze pieniędzy. Ale z opresji przytomnie ratuje nas Marcin, który przypomina, że w samochodzie mamy jeszcze cukierki przywiezione z Polski. Na dźwięk słowa “cukierki” w oczach dziewczynek pojawiają się błyski szczęscia! Niewiele tych cukierków zostało, ale dzieciaki są wniebowzięte.

A wokół obraz nędzy i rozpaczy, pod lasem straszą pozostałości kołchozowej obory, przy dawnym czworaku, na wydeptanym skrawku ziemi w kółko kręci się czarny misiek przywiązany do łańcucha, by nam się lepiej przyjrzeć wskakuje na dach budy, ale nawet szczeknąć mu się nie chce. Nastrój jak w polskiej popegieerowskiej wsi, tylko nędza chyba dużo większa. Żal nam tych małych dziewczynek, oby im się udało stąd wyrwać, oby się sytuacja tutaj zmieniła. Może to płonna nadzieja, ale jeśli sytuacja ekonomiczna Litwy będzie się stale polepszać, jeśli Litwa wyjdzie obronna ręką z tego kryzysu, to może i tutejsi Polacy coś na tym zyskają. Bez pomocy z Polski jednak się nie obejdzie. I nie są rozwiązaniem jedynie paczki świąteczne ze słodyczami i ubraniami wysyłane co roku, nie są rozwiązaniem zakupowane podręczniki, wakacje i ferie zimowe w Polsce, choć to też jest bardzo ważne. Może warto byłoby zainwestować tutaj w rolnictwo, w agroturystykę, w edukację z prawdziwego zdarzenia, trochę poprowadzić tych ludzi za rękę? Sami na pewno nie dadzą sobie rady. Wydaje się, że w znacznej części ci najbardziej zaradni wyjechali do Polski, lub dużo wcześniej zostali wywiezieni na Syberię, elita została wymordowana przez Niemców i Sowietów, a jej niedobitki przeniosły się po wojnie do Polski – spora cześć tworzyła Uniwersytet w Toruniu, część Akademię Medyczną w Białymstoku.

Mój pierwszy kontakt z Polakami na Litwie był zasmucający – jeszcze w ubiegłym roku w sierpniu, gdy pytałem w Wilnie o drogę do Rostynian zniszczonych alkoholem ludzi – jedynych, jakich mi się udało wówczas późnym wieczorem znaleźć – okazało się, że rozmawiali po polsku. Mężczyzna i kobieta, którzy mogli mieć nie więcej niż 40 lat, a wyglądali na 50 lub więcej, nieśli zakupione na stacji benzynowej piersiówki z alkoholem, a nad nimi unosiły się opary nieprzetrawionej jeszcze wódki. Szedł z nimi kilkuletni chłopczyk. Byli mili, kulturalni i niezłą polszczyzną bezbłędnie wytłumaczyli nam, jak mamy jechać dalej.

Litwini postrzegają tamtejszych Polaków, jako społeczność biedną, niezaradną, słabo wykształconą, co jednak dużo bardziej zasmucające – Polacy z ich ojczyzny odnoszą się częstokroć do swoich rodaków, jak do uboższych krewnych, z pewną pogardą, zażenowaniem, niechęcią. Polak ze wschodniej Polski, to taki Polak gorszego sortu, a cóż dopiero mówić o tych mieszkających na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. To jeszcze pośledniejszy gatunek bliźniego. W czasach, w których w tym ponurym kraju, nie potrafiącym się uczyć na własnych błędach, nie potrafiącym wyciągać wniosków z własnej historii, bo jej zwyczajnie nie znającym, w kraju, który jak to ujął mój pewien znajomy z Białorusi “odpoczywa” – tryumfy święci darwinizm społeczny – jeśli są biedni, to są sami sobie winni, należy ich zostawić samym sobie, nie łożyć na darmozjadów i nierobów, słabość jest zawsze stanem zawinionym, i zasługuje tylko na pogardę. Ale może jednak mimo tego najniższego w Europie kapitału zaufania społecznego, mimo fatalnych relacji międzyludzkich w samej Polsce uda się podjąć akcję na rzecz Polaków na wschodzie, która nie będzie tylko pomocą doraźną, ale trwalszą, edukacyjną, inwestycyjną, która w przyszłości przełoży się na kapitał nie tylko materialny i to zarówno tam, jak i tu. Oby.

sobota, 3 stycznia 2009

Sara. Kilka refleksji o Żydach, Polakach i Litwinach

Sara miała smutne oczy i nieco ponury wyraz twarzy, sprawiała wrażenie osoby, która znalazła się w tym czasie i w tym miejscu bardziej z poczucia obowiązku, niż z wolnego wyboru. Jako osoba inteligentna potrafiła nadać temu jednak sens. Dostała przecież pod opiekę grupę kilkunastoletnich (może 17, może 18 letnich) dziewcząt, które były święcie przekonane - zewsząd o tym słyszały - że jadą do kraju, gdzie ludzie są im wrodzy i żywią wręcz zwierzęcą wobec nich niechęć. Stąd też prośba Sary, by wytłumaczyć jej podopiecznym, że hasła, które z każdej niemal strony wyzierają na murach, na ścianach bloków, budynków użyteczności publicznej, nie są skierowane przeciw nim. I rzeczywiście przypadek sprawił, że staliśmy w tym momencie przed ścianą bloku, na której czarnym sprejem ktoś wypisał “niszcz nazizm”, nabazgrał też kilka swastyk i krzyży celtyckich na szubienicach. Szczęście nie trwało jednak długo. Tuż przy miejscu, w którym niegdyś stał dom Ludwika Zamenhofa, gorliwi troglodyci zadbali o to, by na ścianie budynku bodaj uniwersyteckiego znalazła się także gwiazda Dawida na szubienicy. Czy można było wówczas zdobyć się na powiedzenie czegoś mądrzejszego niż to, że “rozwiązaniem nie jest ukrywanie takich rzeczy”. Ukryć się nie da, a czy gdyby nie to, że Sara spostrzegła te bazgroły, ktoś z nas, by o tym tak sam z siebie powiedział? Czy jest sens tłumaczyć, że jest to margines? A jeśli nie jest?

Przez moment można było odnieść nawet wrażenie, że Sara ma swego rodzaju poczucie misji. Dostrzegalny był jakby rys tak charakterystyczny dla Szewacha Weissa. A może to tylko ten paskudny mechanizm chęci widzenia i słyszenia tego, co widzieć i słyszeć się chce?

Sara urodziła się we Lwowie, po wojnie jako dziecko trafiła do Szczecina, na ledwie pół roku, później rodzice wyjechali do Izraela. Polski rozumiała doskonale, potrafiła też rozmawiać łamaną polszczyzną, ale nie przejawiała większej ochoty do czynienia tego, wolała dużo bardziej język angielski czy rosyjski, jako języki komunikacji. Nikt nie pytał dlaczego. Aby nie urazić.

Te sprawy językowe zaprzątają mnie od czasu częstych i regularnych wyjazdów do Wilna. W tym mieście nie mając pewności z kim mam do czynienia - zwracałem się do wilnian w języku angielskim lub rosyjskim, pytanie z reguły brzmiało “czy możemy rozmawiać w języku angielskim czy rosyjskim”, pytanie o możliwość komunikowania się w języku polskim padało tylko wtedy, gdy intuicja podpowiadała mi, że mogę mieć do czynienia z osobą polskiego pochodzenia. To jakiś rodzaj podświadomej poprawności politycznej czy kulturowej. Nie wypadało przecież z góry zakładać Polakowi w Wilnie, że wszyscy władają językiem polskim, bo można tym przecież urazić Litwinów. Nonsens? Z pewnością, ale skutecznie działający. Poczucie, że Litwini mogą nas odbierać, jako potomków dawnych kolonizatorów, którzy przyjeżdżają do stolicy niepodległej Litwy i czują się, jak u siebie, przyjeżdżają jako na swoje, jakby chcieli znowu ich polonizować. Cóż z tego, że tak może uważać garstka zagorzałych nacjonalistów. W dobie wszelkiego rodzaju poprawności, wszelkie nonsensy przenikają, przesączają się w głąb tego co świadome i nieuświadomione, co jest kwestią wyboru, i co kwestią wyboru już nie jest. Nawet stojąc w kolejce do Posh Clubu padła sugestia byśmy rozmawiali między sobą po angielsku, trzech Polaków otoczonych Litwinami, być może Rosjanami, Białorusinami, pewnie też miejscowymi Polakami, osobami łączącymi kilka tych etnosów w sobie, lęka się między sobą rozmawiać po polsku, by nie wzbudzić wobec siebie niechęci. Skąd to założenie, że młodzi Litwini zareagowaliby negatywnie na nasz polski język?

Złożoną materią są te wszystkie lęki, urazy i niechęci wobec języków. Sara jednak preferowała angielski i rosyjski. I nikt nie pytał dlaczego.

Chodząc po ponurym, szarym mieście w deszczu, chłodnym wietrze, temperatura wspólnego wędrowania z każdą chwilą jednak rosła. Bariery ograniczonego zaufania powoli zaczynały kruszeć, by pod sam koniec rozpaść się w drobny mak. Pojawiło się ciepło, szczere uśmiechy, wciąż jeszcze delikatna, ledwie dostrzegalna, ale jednak zawsze nić sympatii.

- Czy mogę ci zadać pytanie? Jeśli będzie zanadto prywatne nie odpowiadaj na nie proszę. Skąd to twoje zainteresowanie Żydami?

Odpowiedź mogła być tylko banalna - czy mieszkając w mieście, którego żydowscy mieszkańcy stanowili niegdyś ponad 50% społeczności, można nie interesować się kultura i historią Żydów? Czy można ją wypreparować, wyciąć, jak wrzód z historii miasta? Czy mieszkając w Polsce można nie być ciekawym dziejów ludu, który zamieszkiwał ten kraj od ponad 800 lat? Czy będąc chrześcijaninem można nie być ciekawym judaizmu?

Wielce możliwe, że oczekiwała zupełnie innej odpowiedzi. Wielce możliwe, że niewyobrażalnym wydawało się jej zainteresowanie tym, czego nie można uczynić wewnętrzną cząstką siebie.

niedziela, 30 listopada 2008

Litewska muzyka współczesna

Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze sobą spotykać, a podczas owych spotkań jednym z ich ulubionych zajęć było wspólne śpiewanie. Wziąwszy pod uwagę melodykę i rytm języka litewskiego nietrudno to sobie wyobrazić. Bardzo lubię brzmienie języka litewskiego, jego łagodność, melodyjność i miękkość.

Poniżej prezentuję kilka moich ulubionych utworów litewskich wykonawców. Na ten pierwszy natknąłem się zupełnie przez przypadek. Jonas ir Rasa “Teka saule”. Inne utwory tych wykonawców nie robią na mnie większego wrażenia, choć muszę też przyznać, że niewiele ich słyszałem. Natomiast ten zaskoczył mnie ciekawym połączeniem nowoczesnego brzmienia, wyraźnego tanecznego bitu i motywu folkowego. Teledysk ma też w sobie coś z tajemniczej atmosfery ballad Mickiewicza.



Żalvarinis z kolei to zespół, który znam dużo lepiej, a który miałem okazję słyszeć i oglądać na koncercie w Białymstoku w czerwcu 2008 r. To jeden z nielicznych zespołów, które brzmią doskonale i w studiu i na żywo. W swojej muzyce Litwini harmonijnie łączą mocne rockowe brzmienia z litewską muzyką folkową, choć chyba dużo bardziej pasowałoby określenie - ludową. Nie sposób też nie ulec urokowi trzech ślicznych wokalistek.





Żalvarinis - sermuonelis/2008



"As Kanapi Sejau"

środa, 29 października 2008

Szklane domy i dom z kart. Wilno nowoczesne

Szczerze nie znoszę jakichkolwiek uogólnień i sprzeciwiam się im, jak tylko potrafię, ale czasem o tym zapominam i tuż po przekroczeniu granicy zapewniam Łukasza i Ulę, że Litwini mają łagodniejsze usposobienie niż Polacy. Cóż z tego, że po przejechaniu kilkunastu kilometrów to, co się dzieje na drodze stanowi całkowite zaprzeczenie tego, co powiedziałem wcześniej. Raz przed zderzeniem czołowym ratuje nas zjechanie na pobocze. I tak za kilka dni Łukasz powie mi, że nie czuje się tu między ludźmi takiej agresji, jak u nas. Przy czym ta "naszość" to nie tylko prowincja, na której mieszkamy na co dzień. Powierzchowne relacje między ludźmi, które obserwujemy na ulicach, w sklepach, z dala od miejsc obleganych przez turystów, świadczą zdecydowanie na korzyść Litwinów, o których z pewnością można powiedzieć, że dużo bardziej zasługują na określenie ich mianem społeczeństwa niż Polacy. Więź budowana na języku, na etnosie, bo chyba tylko takie nam już pozostały mogą formować plemię, ale nawet nie naród (bez znajomości historii i literackiej mowy zbudować narodu się nie da), nie wspominając już o społeczeństwie. Przy skrajnej nieufności, braku zgody na jakieś minimum wspólnych norm, które tworzyłyby wzajemne zaufanie, pozostaje nam jedynie warczenie na siebie na ulicach, ledwie skrywana pogarda i chłodna obojętność.

Wilnianie wydają się być dużo bardziej otwarci, młodzi ludzie chętnie nawiązują kontakt czy to w języku angielskim, czy rosyjskim. Wzajemna życzliwość wydaje się być rzeczą dużo bardziej oczywistą niż w kraju, który niegdyś w swoim wyobrażeniu miał nieść misję cywilizacyjną na wschód. To klasyczny przykład na to, jak uczeń przerasta mistrza.

Spokój, łagodność, gospodarność, otwartość i ciekawość świata, brak lęku przed nowoczesnością to cechy Litwinów, a pewnie też mieszkających tam Polaków, Rosjan, Białorusinów i jeszcze kilku innych nacji, na które zwracamy uwagę w czasie każdego z naszych wyjazdów.

A gdy już zostały stworzone fundamenty pod budowę prawdziwego społeczeństwa można popuścić wodze fantazji i zacząć wznosić nowoczesne miasto, nie wstydzące się własnej historii i różnorodności. Szklane domy, o których za pośrednictwem Cezarego Baryki marzył Stefan Żeromski powstały właśnie w Wilnie. Cóż z tego, że jest ich także pod dostatkiem w Warszawie. Warszawa nie może być stolicą kraju, o jakim marzył Żeromski. Żadnego ładu, żadnego porządku, niewydarzone drapacze chmur wyrastające chaotycznie, ni stąd ni zowąd w otoczeniu socrealistycznych bloków i cudem ocalałych kamienic z XIX wieku nie mogą w żaden sposób zachwycać, a co najwyżej wywołują irytację i nieokreślony niepokój.

Wileńskie Śnipiszki wręcz odwrotnie, rozłożywszy się na prawym brzegu Wilii nie rozrywają krajobrazu miasta, nie drą go na strzępy, cieszą oko i wzbudzają niekłamany zachwyt. Domy ze szkła i stali skupione w jednym miejscu, na sporym kwartale, estetyczne, nie zanadto wysokie, o interesującej architekturze, odzwierciedlają gospodarczy boom Litwy, umiejętności organizacyjne i zaradność tego 3,5 - milionowego narodu.

Błąkamy się wśród szklanych ścian, jak zaczarowani, zahipnotyzowani. Jest w tej architekturze wielkość i skromność zarazem, umiar i rozmach, nowoczesność pogodzona z barokiem, który zdominował miasto, błękitna i granatowa nowoczesność pogodzona z zielenią wzgórz, na których rozłożyło się miasto.

To połączenie nowoczesności z historią nadaje miastu oblicze miasta niemal idealnego. Miasta pięknej, zjawiskowej architektury, otwartych, ciekawych świata i życzliwych nie tylko wobec siebie nawzajem, ale także wobec przybyszów z zewnątrz młodych ludzi.

Z trudem wynajdujemy Polskie miasta, które mogłyby się równać z Wilnem, właściwie nie znajdujemy żadnego. Obecna Polska z jej stanem architektury, stanem relacji międzyludzkich przypomina raczej domek z kart, a nie kraj szklanych domów, o których jednak wciąż marzymy.


M.D.


Zdjęcia ze Śnipiszek opublikowałem w poście z dnia 23 października 2008 r. pt. "Wileńskie impresje - część 3"

czwartek, 23 października 2008

Wileńskie impresje - część 3

Mieszkając w Białymstoku i wywodząc swoje korzenie z ziem dzisiejszej Białorusi czy Litwy nie sposób nie odczuwać więzi z ludźmi, którzy tam mieszkają bez względu na to jakiej są narodowości. Nie wierzę w czystość etniczną, tak jak nie wierzę w czystość kulturową. Odczuwam tak samo silną więź z Białorusinem czy to wyznania katolickiego czy prawosławnego, jak z Litwinem czy Polakiem.

Białystok przed wojną należał do archidiecezji wileńskiej, jeszcze niedawno w czasie wrześniowych uroczystości beatyfikacyjnych księdza Michała Sopoćki arcybiskup Dziwisz nazwał Białystok przęsłem między Wilnem a Krakowem. Sam też pamiętam, wprawdzie jak przez mgłę, ale jednak zawsze, uroczystości, jakie odbywały się w Białymstoku w roku 1987 lub 1988 związane z 600 - leciem chrztu Litwy i powstania biskupstwa wileńskiego. Wilno było ośrodkiem kulturotwórczym także dla tych ziem, jeszcze do czasów II wojny światowej. I choć jest położone nieco dalej niż Warszawa, to właśnie ono stanowiło stolicę duchową, centrum kultury i nauki także dla mieszkańców obecnego województwa podlaskiego. Teraz wydaje się, że Wilno będąc stolicą niepodległej Litwy siłą rzeczy niegdysiejszej roli pełnić nie może. Czy jednak na pewno tak jest? Czy Wilno będąc miastem litewskim nie może promieniować na polskie miasto, tak ściśle z nim niegdyś związane? Czy Białystok, białostocczanie mogą się czegoś nauczyć od Wilna, od wilnian?

Oczywiście pod względem architektury, bogactwa historii, potencjału kulturotwórczego, Białystok jako miasto dużo młodsze, zawsze prowincjonalne nie dorówna Wilnu nigdy, ale w sferze zachowań ludzkich jest jeszcze wiele do zrobienia. Obserwując podczas wyjazdów do stolicy Litwy jej mieszkańców nie sposób nie dostrzec ich dużo większej otwartości, mniejszej uniformizacji, mniejszej agresji w relacjach międzyludzkich na ulicach, w sklepach; prawdziwej różnorodności czy to w zachowaniu, czy w ubiorze.

Litwini wydają się być bardziej społeczeństwem niż Polacy. Mama często przypominała mi historie opowiadane przez babcię o Litwinach, którzy mieli być gospodarni, zdolni i chętni do kooperacji, dobrze zorganizowani, choć też uparci i niekiedy zacietrzewieni. Ale nigdy nie pozwoliła powiedzieć złego słowa o Litwinach. Wynikało to z jej doświadczeń z czasów II wojny, kiedy to wielu Litwinów pracujących w lokalnej administracji w sposób niezwykle ludzki i z ogromną życzliwością odnosiło się do niej, jako do Polki. Babcia twierdziła, że w tych nieludzkich czasach na Litwinów zawsze można było liczyć.

Ta gospodarność Litwinów, umiejętność współpracy, organizowania się przynosi dziś owoce w postaci błyskawicznego rozwoju gospodarczego Litwy, którego odzwierciedleniem i symbolem może być nowoczesna dzielnica Wilna - Śnipiszki ze wspaniałymi, okazałymi szklanymi biurowcami i apartamentowcami.

Jakże szpetna jest Warszawa w porównaniu z Wilnem, a Białystok zapyziały i prowincjonalny, teraz jeszcze bardziej niż w dwudziestoleciu międzywojennym.

Będąc około 3 tygodni temu w jednym z wileńskich klubów - poczyniliśmy też pewne z pozoru nieco błahe spostrzeżenie - trudniejsza muzyka taneczna, przy której w białostockich klubach pustoszeją parkiety, tam sprawiała, że młodzi ludzie - o wiele gustowniej (nie mylić z "drożej" i "w markowych ciuchach") ubrana wypełniali salę po same brzegi. W białostockich klubach króluje niestrawna, licha sieczka, a tam młodzi ludzie bawią się przy nowoczesnych, pulsujących, nieco bardziej wymagających rytmach.


M.D.

Zdjęcia ze Śnipiszek (Šnipiškės)

















poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Wilno jeszcze raz, po dwóch tygodniach

Piątkowe popołudnie, szybkie wyjście z pracy tuż przed 17, wyjazd spod domu o 17.17. Ogromny ruch na trasie augustowskiej, sporo tirów, wąska droga, a mimo to do granicy polsko - litewskiej dojeżdżamy około 19.00. Na rogatkach Wilna robi się ciemno, do Wilna wjeżdżamy o 21.00, a więc niecałe 4 godziny podróży przy dużym piątkowym, weekendowym ruchu. Po drodze nie obyło się bez przygód, to co dzieje się na polskich drogach to jest istna dżungla, ale kultura jazdy na Litwie woła o pomstę do nieba. Dwa tygodnie temu, gdybym nie zjechał na pobocze zaliczylibyśmy zderzenie czołowe z samochodem na litewskich numerach wyprzedzającym na trzeciego.

Jesteśmy zanadto zmęczeni, by ruszać na nocny podbój Wilna, nie wiemy też czy trafimy bez problemu do wioski pod Wilnem, w której mamy mieć kwatery. Do centrum wyruszymy w sobotę rano.

Niemal wszystkie wioski w okolicach Wilna, w rejonie wileńskim są zamieszkane przez Polaków bądź ludność polskojęzyczną. Spotykamy głównie młodych ludzi, którzy doskonale władają językiem litewskim i polskim, nie wiemy jednak jak znajomość języka litewskiego wygląda wśród przedstawicieli starszego pokolenia.

Polacy mieszkający na Litwie są obywatelami Republiki Litewskiej i mają obowiązek znać język litewski, co do tego nie może być wątpliwości.

Agroturystyka z jaką mieliśmy do czynienia w ubiegły weekend i przed dwoma tygodniami pozostawia jeszcze wiele do życzenia, odstaje od polskich standardów, a kwater jest stanowczo za mało. No i noclegi nie są tanie, zbyt drogie w stosunku do oferowanych warunków. W weekend majowy za nocleg w Lublinie na kwaterze płaciliśmy 35 zł, w okolicach Wilna (około 20 km do centrum) w Wielkiej Rzeszy - 40 litów, w Rostynianach - 35 litów (1 lit = około 1 złoty).

W sobotę nie tracimy czasu, z samego rana wyruszam do Wilna, tuż po 9 miasto świeci pustkami, z nieba już leje się żar, nie ma tłumów turystów, ludzie nie śpieszą się do pracy. Zaczynamy od placu pod Katedrą, mamy też możliwość obejrzeć jej wnętrze - nie ma mszy, ale są chrzty, więc poza barierki przy ołtarzu nie można wejść. Katedra wewnątrz nie robi na mnie wrażenia, z zewnątrz zwraca na siebie uwagę wielkością i klasycystyczną kolumnadą. Uroku dodaje jej wyrastające tuż za nią zielone wzgórze Giedymina i przestronny plac wokół.

Dalej ruszamy w stronę Kościoła świętej Anny - gotycka perełka, dużo mniejsza niż wydaje się być na zdjęciach, którą wedle legendy Napoleon chciał przenosić na dłoni do Paryża, a w rzeczywistości przekazał na potrzeby swoich żołdaków.

W pobliżu św. Anny spotykamy już sporą grupę Niemców, Niemcy są chyba najliczniejszą grupą turystów w Wilnie, wydaje się nawet, że dużo bardziej liczną niż Polacy.

W Wilnie rozbrzmiewają chyba wszystkie języki Europy.

Nieco strudzeni kilkugodzinny wędrowaniem po Starówce zachodzimy do przyjemnej knajpki przy Didozji Gatve. Przed nami wchodzi grupka Polaków, osób w średnim wieku, a ja wciąż nie mogę się nadziwić arogancji, bucie i protekcjonalnym pozom wielu Polaków za granicą. Wielokrotnie byłem świadkiem zachowań noszących takie właśnie znamiona na Węgrzech, Słowacji, a teraz także na Litwie. Pogardliwe odnoszenie się do młodych, uroczych i sympatycznych kelnerek - Litwinek - być może dlatego, że nie władały językiem polskim (w Wilnie w wielu miejscach można się natknąć na ludzi mówiących po polsku, bez względu na to czy są to osoby starsze czy młode, czy jest to ulica, knajpka czy sklep) było oburzające. A może jest to okazja, by odreagować swoje upokorzenia doznane gdzieś na Zachodzie, tego niestety nie wiem,a a szukanie tanich usprawiedliwień czy uzasadnień nie interesuje mnie wcale.

W rzeczy samej to przekonanie Polaków o wyższości nad Litwinami, Białorusinami czy Rosjanami, nie ma żadnego oparcia w rzeczywistości. Owe młode Litwinki - kelnerki górowały obyciem, kulturą osobistą, a pewnie też i wykształceniem nad wspomnianymi wyżej "turystami" z Polski, no i były sympatyczne, czego nie można powiedzieć o spotkanych przez nas Polakach. Na szczęście jakaś mniej więcej 50 - letnia kobieta dowiedziawszy się, że na zamówione posiłki będą musieli czekać około godziny apodyktycznie nakazała swoim towarzyszom opuszczenie restauracji w nastrojowych, łukowo sklepionych podziemiach zabytkowej kamienicy. Takim sposobem zostaliśmy w niedużej sali (i nie czekaliśmy nawet 30 minut na posiłki) z siedzącymi przy stoliku tuż obok nas dwiema, urodziwymi dziewczyny rozmawiającymi ze sobą po rosyjsku o sprawach dotyczących współczesnej Białorusi. Nie chciałem podsłuchiwać ich rozmowy, ale melodyka i rytm ich rosyjskiego, ich timbre głosu, stanowiły pokusę zbyt silną, bym był w stanie się jej oprzeć. W pewnym momencie jedna z nich swobodnie przeszła na język litewski podczas rozmowy z kelnerką. I to jest właśnie w Wilnie najpiękniejsze - przed dwoma tygodniami w jednej z knajpek na palach na rzecze Wilence na Zarzeczu, przez dłuższy czas rozmawialiśmy z kelnerką w języku angielskim, i dopiero pod koniec okazało się, że góra 21, może 22 - letnia dziewczyna świetnie włada językiem polskim, zaś z koleżankami rozmawiała swobodnie w języku litewskim.

I choć tym razem na Wilno mieliśmy jeden dzień, to nie odczuwałem niedosytu. Wiem, że mając możliwość dojazdu do tego pięknego miasta w ciągu niecałych czterech godzin wrócę tu wkrótce. Podobny obywatel każdego państwa powinien odczuwać jakąś więź duchową ze stolicą swego kraju, ja - pomimo tego, że pokonałem swoją niechęć wobec Warszawy - nie potrafię wzbudzić w sobie wobec niej takich uczuć, jakie Wilno wywołało we mnie samo, bez mego najmniejszego udziału.

Tym razem postanowiłem też przywieźć pamiątkę z Wilna. W cerkwi katedralnej przy Zarzeczu przed dwoma tygodniami zwróciłem uwagę na egzemplarze rosyjskiego czasopisma "Foma" (www.foma.ru) leżącego na stoliku, które czytała kobieta w średnim wieku, o łagodnych i szlachetnych rysach twarzy, w chustce na głowie. Na każdym egzemplarzu była naklejona karteczka z informacją, że czasopismo można czytać tylko w świątyni. Gdy zapytałem czytającą czy można w cerkwi także kupić "Fomę", ta głosem niemal dziewczęcym odpowiedziała mi, że można tylko czytać. Tym razem postanowiłem zapytać panią w cerkiewnym sklepiku. Ta bez zastanowienia, z uśmiechem odparła, że tak i zapytała mnie, który numer mnie interesuje. Razem podeszliśmy do stolika, na którym leżał niemały stos wspomnianych czasopism, wybrałem ten numer, który zacząłem czytać kilkanaście minut wcześniej. Zapytana, ile powinienem zapłacić, kobieta zasugerowała bym zapłacił ile chcę. Nie wiedziałem jednak jak kształtują się ceny czasopism na Litwie, zwłaszcza rosyjskich, więc poprosiłem, by owa pani wyznaczyła mi cenę. Zapłaciłem 5 litów, a w międzyczasie owa sympatyczna kobieta zaczęła jeszcze szukać broszury wydanej w Supraślu, by mi ją pokazać. Wówczas nie mogłem się powstrzymać i nie powiedzieć, że jestem Polakiem, mieszkam w pobliżu Supraśla, co wywołało szczerą radość mojej rozmówczyni, która wyrzekła mniej więcej takie słowa:

"- Bardzo lubimy Polaków. Przyjeżdżajcie do nas jak najczęściej."

Nic dodać nic ująć...

wtorek, 29 lipca 2008

Powrót z Wilna. Poszukiwanie tożsamości

Ledwie cztery dni, Alytus, Troki, Wilno, Druskienniki. Słoneczny, upalny weekend na Litwie. Wyjazd za granicę, do miejsc, w których mogłem poczuć się jak u siebie. Bynajmniej nie w tym sensie, że Wilno to polskie miasto, bo to przecież bzdura, Wilno jest stolicą Litwy, i jest miastem litewskim, i tak powinno pozostać już na zawsze, ale Wilno to też miasto wielokulturowe, stanowiące dorobek Polaków, Litwinów, Białorusinów, Rusinów czy Rosjan, Żydów, Karaimów. Wilno jest mi duchowo dużo bliższe niż Warszawa, to prawdziwie europejskie miasto w promieniu kilkuset kilometrów od Białegostoku. To do Wilna jadę jak do duchowej stolicy, a do Warszawy, jedynie jako do miasta, w którym trzeba coś załatwić, podpisać umowę, odbyć szkolenie, czasem rozmowę w sprawie pracy. Ot taki duży ośrodek administracyjny, naukowy, kulturowy, który nie ma w sobie najmniejszej siły przyciągania, poza siłą pieniądza.

Wilno siłę przyciągania bez wątpienia ma, pojechałem tam ledwie 2 tygodnie temu, a już w najbliższy piątek znowu tam wracam. I wiem, że będę chciał wracać jeszcze wiele razy. Miasto, w którym można oddychać pełną piersią, płynnie przechodzić z języka polskiego na angielski, rosyjski, i pewnie jeszcze wiele innych, gdybym tylko te inne znał. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie napotkanych turystów, ale przede wszystkim pytanych o drogę i wiele innych rzeczy wilnian.

Miasto na wzgórzach, tonące w zieleni, zalane słońcem, brodzące w deszczu, z błyskawicami i grzmotami rozrywającymi się gdzieś w ołowianym niebie. Cerkiew katedralna nosząca znamiona gruzińskiej architektury cerkiewnej, cerkiew tuż przy Ostrej Bramie, która użyczyła nam schronienia na czas straszliwej burzy, gdzie staliśmy skrępowani nie wiedząc jak się zachowywać w czasie liturgii, zmoknięci wyszliśmy na ciekawskich i przypadkowych turystów - podglądaczy, którzy schronili się jedynie przed deszczem, a przecież i tak mieliśmy do niej zajść, w celach bynajmniej nie utylitarnych.

Kościół przy Ostrej Bramie, i rozbrzmiewający nad nami niebiański dziewczęcy głos, wydobywający się gdzieś z ukrycia, nie mogliśmy się dopatrzeć wykonawczyni pięknej pieśni w języku litewskim. Głos magnetyczny, który nie pozwalał nam wyjść z chłodnego wnętrza w czasie, gdy na zewnątrz lał się żar z nieba, a przecież znowuż nie przyszliśmy do kościoła, by szukać w nim schronienia.

Popiersia Gaona z Wilna w nocnym mieście, odkrywamy je o pierwszej w nocy, wśród ocalałych kamieniczek i wąskich uliczek żydowskiej niegdyś pewnie części miasta. Tylko z lewej wynurza się jakby posowiecka budowla, ale jest noc, więc słabo ją widać.

Trójkątny rynek, we wschodniej pierzei dawny hotel, w którym kiedyś zatrzymał się Dostojewski, z wmurowaną weń tablicą upamiętniającą ten pobyt.

Tablica poświęcona Konstantemu Kalinowskiemu - polsko - białoruskiemu bohaterowi; tablica poświęcona polskiemu chłopakowi - uczniowi gimnazjum, który w czasie powodzi w bodaj 1938 roku uratował żydowskie dziecko z rwącej wody, a sam został porwany przez wezbraną rzekę, która nie oddała go już żywym. Przy tej tablicy, jakbym doznał olśnienia, to przecież esencja ducha, którego być może podświadomie próbowała przekazać mi babcia, a później mama, obie pochodzące hen z kresów za Wilnem.

- Często pytałam mamę skąd wiedziała, że jesteśmy Polakami - tak opowiadała mi z kolei moja mama o babci, gdy ta barwnie rozprawiała o tym, jak biegła witać w roku 1920 polskich ułanów zajmujących Wileńszczyznę. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: - To oczywiste, od moich rodziców.

Co było oczywiste dla mojej babci, dla mnie już takim oczywistym nie jest. Czy można było zachować czystość etniczną na Kresach?

Pamiętam jeszcze z roku 1988, miałem 12 lat, pojechaliśmy po raz pierwszy - i jak na razie wciąż ostatni - w odwiedziny do rodziny na Białorusi, udało nam się też na kilka godzin wpaść do Wilna, gdzie matka chrzestna mojej mamy zapaliła świeczkę na prośbę swego męża - wyznawcy prawosławia; w cerkwi, która podczas mojego ostatniego pobytu przed 2 tygodniami udzieliła nam w czasie burzy schronienia.

Ten duch Kresów sprawia, że odczuwam taką samą więź z Litwinem, Białorusinem, Żydem, Tatarem, Karaimem, jak z Polakiem, a może z tymi pozostałymi, tj. niepolakami więź jeszcze silniejszą...

CDN

środa, 11 czerwca 2008

Nadludzie z Polski

Nie po raz pierwszy zdarzyło mi się wysłuchać wielu gorzkich słów o zachowaniu Polaków za granicą, które mogłyby wskazywać na swego rodzaju syndrom postkolonialny dawnych mieszkańców metropolii, choć nie jest to do końca właściwe określenie, bo w końcu np. Słowacja znajdowała się pod panowaniem polskim tylko za rządów Bolesława Chrobrego o czym też nie wszyscy pewnie wiedzą, i chwała Bogu!

Swego czasu w dodatku do "Rzeczpospolitej" - Plus - Minus był publikowany cykl artykułów o tym, jak nas postrzegają sąsiedzi. Najmocniej utkwił mi w pamięci artykuł opisujący spostrzeżenia Słowaków na nasz temat, a w nim wypowiedzi pewnej słowackiej ekspedientki i pewnego Słowaka - mieszkańca jednego z miast obleganych naonczas przez polskich turystów. Ekspedientka opowiadała o tym, jak to pewnego razu do sklepu, w którym pracowała zawitała polska wycieczka, a wśród jej uczestników znalazła się pewna kobieta, która podeszła do lady i zażądała (tak!, nie poprosiła, lecz zażądała) wszystkich alkoholi stojących na jednej z półek. A ponieważ wcześniej nie zdarzali się podobni klienci, zdumiona sprzedawczyni, chcąc się upewnić, czy aby na pewno dobrze zrozumiała żądanie, zapytała czy ma podać wszystkie alkohole z owej półki. To pytanie miało tak rozsierdzić rzeczoną klientkę, że zaczęła krzyczeć na Bogu ducha winną Słowaczkę, obrzucając ją przy okazji niezbyt miłymi epitetami.

Natomiast wspomniany wyżej Słowak miał być świadkiem licznych aroganckich zachowań ze strony nienaturalnie głośnych, niekulturalnych, aroganckich, poobwieszanych drogimi aparatami, w markowych drogich sportowych butach polskich turystów wylewających się z autokarów, by obejrzeć średniowieczny zamek w jego urokliwym miasteczku. A był to czas, kiedy Słowacja należała do jednego z najuboższych krajów w naszym regionie, natomiast my zaczęliśmy się gwałtownie bogacić (druga połowa lat 90 - tych).

Samemu wielokrotnie zdarzało mi się obserwować podobne zachowania Polaków na Słowacji, na Węgrzech, wyniosłe, naburmuszone miny, pogardliwe odnoszenie się np. do personelu restauracji, i wiele innych śmieszności.

Natomiast w ubiegłą niedzielą pewna znajoma moich rodziców, opowiedziała mi o niedawno poznanej przez nią w Druskiennikach młodej dziewczynie z mieszanej rodziny - litewsko - polsko - białoruskiej, która prowadziła jeden z tamtejszych pensjonatów. Jak wiadomo po wejściu Polski do strefy Schengen niemal cała polska brać, którą na to stać, rozjeżdża się tłumnie na długie weekendy do krajów będących członkami UE, które są względnie tanie, w tym m.in. na Litwę. A tam dopiero można sobie pohulać, odreagowując wszystkie swoje kompleksy, bo gdzież indziej, jeśli nie właśnie w krajach, które pozornie są od nas uboższe. Litwę poza tym traktujemy, jako swego rodzaju naszą byłą posiadłość czy kolonię. Tam dopiero można pozadzierać nosa, bo już w Niemczech, Wielkiej Brytanii od razu nam go utrą, tam stajemy się potulni, mili, kulturalni, znamy języki, dajemy się poznać jako solidni, rzetelni i wykwalifikowani pracownicy, tak, że cała Europa się nami zachwyca, jacy to jesteśmy mobilni i przydatni, a my w tym czasie musimy tłamsić to nasze poczucie niższości wykonując prace, których nie chcą wykonywać obywatele krajów nas goszczących. Na zewnątrz uśmiech, a wewnątrz wszystko kipi. Nawet ci, którzy nie jeżdżą na Zachód, odczuwają wstyd i dyskomfort za swoich rodaków, a że niestety istnieje w życiu społecznym zjawisko, które nazywa się "hierarchią dziobania" odbijamy sobie na narodach, które z jakichś przyczyn - zupełnie zresztą nieuzasadnionych - postrzegamy za gorsze od nas, tj. na Litwinach, Słowakach, Białorusinach, Rosjanach, Ukraińcach czy Rumunach.

Wracając zaś do opowieści znajomej rodziców - owa Litwinka z mieszanej rodziny miała się strasznie uskarżać na przybyszów z Polski, zwłaszcza na warszawiaków, którzy wedle jej słów mieli być trudni w kontakcie, aroganccy i zarozumiali, dużo bardziej niż goście z innych części Polski.

I nie w tym rzecz, by się pastwić nad warszawiakami - co czynią często mieszkańcy wszystkich pozostałych części Polski - bo sam znam wielu nadzwyczaj miłych, kulturalnych i uczynnych mieszkańców stolicy, ale by zwrócić uwagę na pewne niepokojące zjawisko całkowicie nieuzasadnionego poczucia wyższości jakiejś grupy Polaków, która je otwarcie manifestuje wobec przedstawicieli innych nacji, o ile tylko może sobie na to pozwolić, a które tak naprawdę jest tylko i wyłącznie próbą zagłuszenia własnych kompleksów. Szkoda jednak, że cierpi na tym wizerunek całego narodu, bo o generalizację nadzwyczaj łatwo.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...