Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże do Wilna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże do Wilna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Vilnius - Prospekt Giedymina - 2 maja 2010 r.



Widok na Plac Łukiski, na którym stracono polsko-litewsko-białoruskich bohaterów Powstania Styczniowego - Konstantego Kalinowskiego i Zygmunta Sierakowskiego.





Widok z Prospektu Giedymina w stronę Neris.





Jeszcze raz Plac Łukiski.



Budzący grozę budynek, w którym przed odzyskaniem przez Litwę niepodległości, swoją siedzibę miało KGB. Obecnie mieści się w nim sąd i Muzeum Ludobójstwa, którego jednakże nie udało się nam odwiedzić, ponieważ było ono zamknięte ze względu na Dzień Matki obchodzony na Litwie właśnie 2 maja.



Nieco nowoczesnej architektury przy Prosepkcie Giedymina.





Rzeźba przedstawiająca Żemaite - litewską pisarkę.



Architektura jeszcze czasów sowieckich, choć już zapewne z lat 80-tych, nawet znośna dla oka.



To też zapewne lata 80-te, ale architektura naprawdę interesująca - zwłaszcza falujące linie; i co najważniejsze nawet nie szpeci znajdujących się obok klasycystycznych kamienic.

sobota, 27 marca 2010

U siostry Faustyny na Antokolu


Antokol, majowe intensywne słońce, zapach budzących się do życia sosen z antokolskich wzgórz. Kluczymy wąskimi uliczkami prowadzącymi od cmentarza, na którym pochowano ofiary litewskiej walki o niepodelgłość w styczniu 1991 r. Jedna z nich prowadzi w dół, między niezbyt ciekawą zabudową domków jednorodzinnych, gdzieś jakby w stronę kościoła świętych Piotra i Pawła. Czujemy jednak, że się pogubiliśmy. Przy parkingu koło jednej z bram wejściowych na cemntarz, stoi wysoka, szczupła dziewczyna o rozwianych, falujących bujnych blond włosach. Zamyka samochód, a jej rodzice czekają z kwiatami. Zatrzymujemy się i pytamy o dom, w którym mieszkała św. Faustyna. Rozmawiamy w języku rosyjskim, wyciągam przewodnik, odczytuję nazwę Grybo Gatve 29 a. Dziewczyna o domu, który przed wojną mieścił klasztor, nie słyszała, ale tłumaczy nam jak dojechać do Grybo Gatve. Usiłuje nas jednocześnie przekonać, że sami nie damy sobie rady i proponuje, że pojedzie z nami, by wskazać nam poszukiwaną ulicę, a później sama wróci pieszo, bo to przecież niedaleko; tyle że jadąc samochodem jednokierunkowymi uliczkami trzeba nadłożyć nawet kilka kilometrów, a ona wróci spacerem, bo w prostej linii to nie więcej niż 500 metrów. Rzuca kilka słów rodzicom w języku litewskim, ci uśmiechają się życzliwie, kiwają głowami i udają się w stronę bramy cmentarnej.


Rzeczywiście, samochodem zatacza się koło, na dodatek po drodze mnóstwo świateł, rozmawiamy z naszą przewodniczką w języku, który wydaje się nam być językiem rosyjskim, o bez wątpienia polskim akcencie. Wreszcie odbijamy na entych już światłach w prawo. Na następnym skrzyżowaniu Litwinka wskazuje nam drogę w lewo, a sama chce wysiąść i pójść w prawo. Nie godzimy się jednak, by wracała pieszo. Wiemy już jak tu dojechać, odwozimy naszą wybawicielkę, a sami robimy pętlę jeszcze raz.


Po kilku minutach, wracamy do skrzyżowania, na którym mamy skręcić w lewo. Tu zaczyna się już postsowieckie osiedle. Jak na blokowisko jednak nie wygląda najgorzej, niska, co najwyżej 4 – piętrowa zabudowa. Bloki zbudowane są z cegieł, nie z płyty, wokół dużo zieleni i przestrzeni. Spore parkingi, przestronne place zabaw, trawniki, mnóstwo dorodnych brzóz, gdzieniegdzie kasztany, lipy, drzewa owocowe. Dużo lepiej wygląda to blokowisko niż nowe osiedla wznoszone przez deweloperów w Białymstoku, na których nie ma miejsca na parkingi, na palce zabaw, na jakąkolwiek zieleń. Ziemia jest w cenie, im gęstsza zabudowa, im mniej przestrzeni na place zabaw, parkingi, tym większy zysk.


Parkujemy pod jednym z takich bloków. Z otwartego okna na parterze dobiega kojący chillout, może nieco za głośny, ale jeszcze do zniesienia. Wokół jednak same bloki, a numeracja się zgadza, gdzieś tu powinna być Grybo gatve 29 a. Na placach zabaw same radośnie rozkrzyczane dzieciaki. Wreszcie od strony skrzyżowania zmierza w naszą stronę około 50 – letnia kobieta. Podchodzimy z przewodnikiem, z którym nie rozstajemy się ani na chwilę, pytamy o dom numer 29 a, także oczywiście w języku rosyjskim. Z początku kobieta nieco nieufnie kiwa głową, że jesteśmy we właściwym miejscu, tyle, że my wciąż nie widzimy dawnego klasztoru. W międzyczasie kobieta odchodzi, ale po chwili namysłu wraca i prosi byśmy udali się za nią. Prowadzi nas w stronę bloku, mijamy żywopłot, jakąś pordzewiałą siatkę i naszym oczom ukazuje się drewniany, szarawy dom, z czerwonym dachem. Przysłonięty od strony ulicy przez budynek przedszkola, dlatego go nie dostrzegliśmy, otoczony zieleniącymi się drzewami, placem zabaw z wydeptaną przez dzieciaki trawą. Są godziny popołudniowe, wokół budynku biegają głośne grupki maluchów. Sami czujemy się jak sztubacy, wchodząc na teren przedszkola przez dziurę w siatce.


A więc to tak wygląda to miejsce! To właśnie tu, będąc w Wilnie, mieszkała siostra Faustyna. Rozkrzyczane radośnie dzieciaki, na prawo widok na czteropiętrowy blok o dużych oknach, z początku lat 80-tych pewnie, drabinki, kosz, drewniana zjeżdżalnia przykryta stożkowym daszkiem, huśtawki. Aż chce się wrócić do czasów dzieciństwa. Słowem klimat radości, nadziei, poczucia pełnej wolności.


Sam dom przypomina mi nieco kaplicę przy ul. Poleskiej, przy której przez pewien czas, po przyjeździe z Wilna do Białegostoku, mieszkał ks. Sopoćko. Istnieją nawet jakieś podobieństwa w krajobrazie, w nastroju, nawet w otoczeniu. Tu przedszkole, przy Poleskiej szkoła, tu i tam 4-piętrowe bloki, te jednak wizualnie nieco znośniejsze niż w Białymstoku. Jestem ciekaw na ile kaplica przy Poleskiej sprawiała, że ks. Sopoćko czuł się, jak u siebie w domu? Jeszcze wtedy, gdy przy niej zamieszkał, nie było przecież tych szpetnych peerelowskich bloków, nie było szkoły, za to wokół same ogrody i drewniane domki o dwuspadowych dachach, kryte czerwoną dachówką, niemal jak w Wilnie.


Nastrój spokoju, harmonii utrzymuje się, i nie chcemy wracać. Nie ma turystów, nie ma tłumów, naturalne życie wileńskiego blokowiska z taką perełką między blokami. Mija już niemal rok, a mam wrażenie, że byłem tam ledwie dwa, trzy miesiące temu.


poniedziałek, 1 lutego 2010

Styczniowe Wilno. Litewska droga do Wolności. Część 1


Miałem wtedy ledwie 15 lat, i czułem się na tyle bezpiecznie, że nie zdawałem sobie sprawy z grozy wydarzeń, które rozegrały się w odległości - w prostej linii - około 240 km od mojego rodzinnego miasta. Byłem święcie przekonany, że Polska odzyskała niepodległość w 1989 r., że jest już państwem na tyle niezależnym, demokratycznym i silnym, że nic złego wydarzyć się tu nie może. Czy można 15 - latkowi czynić jakikolwiek zarzut z jego bezmiernej naiwności?

Przerażające zdjęcia spod wieży telewizyjnej w Wilnie, barykady na ulicach styczniowego miasta, ludzie barbarzyńsko rozjechani przez sowieckie czołgi, barykady pod parlamentem, Gorbaczow krzyczący przed kamerą, że nigdy nie pozwoli Litwinom na oderwanie się od Związku Radzieckiego. Przeszywający dreszcz zgrozy przy jednoczesnym poczuciu, że u siebie jesteśmy już prawdziwie wolni i bezpieczni. Tylko tyle z tego czasu pamiętam, a historię Litwy zaczyłem odkrywać ledwie 2 lata temu.




Litewski parlament, w styczniu 1991 r. otoczony barykadą.



Oznaczenie miejsca, w którym wzniesiono barykadę (w pobliżu Parlamentu)



Kapliczka z czasu obrony niepodległości, za szklaną ścianą i zadaszeniem chroniącymi "pamiątki" z tego okresu, tuż przy Parlamencie.



Zdjęcia osób, które zginęły 13 stycznia 1991 r na ulicach Wilna, m. in. w czasie obrony wieży telewizyjnej. Spojrzenie prosto w twarze tych odważnych osób uzymsławia całą tragedię krwawych styczniowych wydarzeń. Najbardziej zapada mi w pamięć oblicze młodej, pięknej Lorety Asanaviciute (1967 - 1991).



Pozostałości barykady z 1991 r.
 

sobota, 12 grudnia 2009

Plac Łukiski

Podświadomie kieruję się w stronę Grodna, do Grodna mam spod domu, z centrum miasta nie więcej niż 80 km. Gdyby tylko nie ta wstrętna granica! Z Grodna do Druskiennik jest ledwie 38 km, a z Druskiennik do Wilna już tylko 119 km. A więc od domu w centrum Białegostoku do centrum Wilna miałbym góra 240 km, 3 - 3,5 godziny jazdy samochodem. Nic dziwnego, że Białostocczyzna wchodziła w skład diecezji wileńskiej, a spora jej część w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Teraz jednak za sprawą wciąż nieprzyjaznej granicy najpierw polsko - białoruskiej, a później białorusko - litewskiej, taka podróz trwałaby znacznie dłużej. Stąd też najpierw należy kierować się na północ, zamiast na północny wschód, trasą augustowską, wąską tak, że podmuch pędzących tirów jest wyraźnie odczuwalny, samochodem gwałtownie kołysze to w lewą, to w prawą stronę. Na wschód można odbić dopiero w Augustowie, tu następuje rozstanie z tirami, które jadą dalej do Budziska, a my możemy kierować się do Ogrodnik, w stronę Gib i Sejn. Tym razem jednak zanim pojawi się trasa augustowska, zatoczę lekkie koło i ruszę w stronę Grodna, do Świętej Wody, tu już się zaczyna litewski krajobraz, z każdej strony na horyzoncie puszcza, teren wyraźnie pofałdowany, delikatne wzniesienia porośnięte prastarą, nieodkrytą jeszcze i niespenetrowaną tak jak Białowieska Puszczą Knyszyńską. Wzgórze Krzyży w Świętej Wodzie wzorowane na litewskim Šiauliai (Szawle), z którego roztacza się zapierający dech w piersiach widok na czerniejące plamy sosnowo - świerkowej głuszy; na zachodzie górują kilkusetmetrowe maszty anten nadawczych w Krynicach, a północ jest już zarezerwowana tylko to na granatowiejącą, to czerniejącą knieję. U stóp wzgórza krzyży rozłożyła się murowana kaplica, obecnie katolicka, ale w czasie, gdy niewidomy włościanin miał doznać cudu - tereny te zamieszkiwali białoruskojęzyczni unici, potomkowie Rusinów i Litwinów. Gdzieś w pierwszej połowie XVIII wieku niewidomu pastuszkowi - w miejscu kaplicy - miała się objawić Matka Boska nakazując mu obmyć twarz w pobliskim źródełku, po czym nieszczęśnik miał odzyskać wzrok. Z początku miejsce kultu unitów, po kasacji unii w 1839 r. kaplicę przejmują wyznawcy prawosławia, po odzyskaniu niepodległości - z tej racji, że unitów już tu nie ma, jako że stali się bądź to katolikami, bądź prawosławnymi - kaplica przechodzi na własność parafii w Wasilkowie.

Wzgórze krzyży w swej atmosferze jest na wskroś litewskie. Drewniane kapliczki do złudzenia przypominają te z okolic Druskiennik, Alytusa, Wilna, Kiernave, różnią je od tych litewskich jedynie napisy w języku polskim, imiona, nazwiska, nazwy instytucji, miejscowości, z których przybli pątnicy, choć co do naziwsk to nie jest to sprawa taka oczywista - niektóre mają typowo litewskie bądź białoruskie brzmienie. Ustawiane w większości w latach 90- tych, i po roku 2000. Sama idea utworzenia takiego wzgórza zrodziła się po wizycie Jana Pawła II na Górze Krzyży w Šiauliai w 1993 r.

Mam więc kilka chwil, by przed dalszą podróżą zaczerpnąć z tego miejsca energii.

Niebo jest dziś sine, nieprzyjazne, jedynie z rana nieśmiało i nieudanie próbwało się przedrzeć słońce, jeszcze później gdzieniegdzie szarość nieba rozrywały skrawki błękitu, jakby złudnie obiecując, że za chwilę słońce pojawi się w pełni, ale nic z tego, płonne nadzieje.

Wilno jak zwykle wita mnie delikatnym, łagodnym jazzem sączącym się z głośników samochodu, to Jazz Fm Radijas (www.jazzfm.lt). Szeroka dwupasmówka, wzgórza porośnięte na przemian to iglastym, to liściastym lasem, sznur samochodów, po kilkunastu minutach jazdy z lewej strony wychyną szklane biurowce nieopdal Neris (Wilii). Tę wizytę w Wilnie postanowiłem rozpocząć od odwiedzenia w pierwszej kolejności Placu Łukiskiego. Jeszcze tylko przejazd tunelem pod dzielnicą nowoczesnych apartamentowców i biurowców; po raz pierwszy zjazd do tunelu wywarł na mnie - prowincjuszu niesamowite wrażenie - ni stąd ni zowąd zaczęliśmy się zagłębiać bezpośrednio pod długim kilkupiętrowym blokiem mieszkalnym o niezliczonej ilości okien do oświetlonego lampami tunelu.

Plac Łukiski odkryłem wiosną tego roku, był to początek maja, słoneczny dzień, ledwie rozwinęte zielone listki na niewysokich drzewach rosnących równo w rzędach na obrzeżach placu. Od strony zachodniej obramowanego kamienicami Kolonii Montwiłłowskiej, od północy monumentalnym barokowym kościołem św. Jakuba i Filipa i klasztorem dominikanów, od strony południowej Prospektem Giedymina z budzącym grozę budynkiem, w którym w czasach ZSRR rozlokowało się KGB. Sam plac przypomina mi swoją atmosferą skwery budapesztańskie. Cisza, spokój w samym centrum tętniącej życiem stolicy, posadzone jak od linijki lipy, klomby z kwiatami, wysypane kamykami alejki. To właśnie wtedy trafiliśmy na krzyż i tablicę upamiętniające miejsce egzekucji przywódców powstania styczniowego na Litwie - Zygmunta Sierakowskiego i Konstantego Kalinowskiego.

Plac Łukiski prawdopodobnie nigdy nie zaspyia, nigdy też nie ma tu tłumów, tak jest i tym razem, prawdziwa oaza w centrum miasta. Nawet latem, kiedy przyszliśmy tu o 2 w nocy na ławkach siedzieli młodzi, gustownie ubrani dwudziestokilkuletni ludzie, prowadząc ożywione rozmowy przerywane co raz wybuchami radosnego śmiechu; natomiast od strony wschodniej rozłożyli swoje niewielkie kartonowo - foliowe miasteczko czterej bezdomni mężczyźni. W dzień ich nigdy nie widać, muszą najwyraźniej nad ranem szybko demontować swoje sklecane naprędce noclegownie, a teraz jest zkolei za zimno na spanie pod gołym niebem.

Na ten raz Plac Łukiski to wspaniałe miejsce do rozpoczęcia wileńskich medytacji.

sobota, 1 listopada 2008

Cmentarz na Rossie



















Cmentarz na Rossie w Wilnie, na który ciągną obowiązkowo wszystkie wycieczki z Polski. Sam byłem na nim dwa razy, jednak żaden z tych pobytów nie trwał dłużej niż 2 godziny, więc nie mogę powiedzieć bym Rossę poznał tak, jakbym poznać ją chciał.

Bardzo lubię stare cmentarze i nie uważam ich za miejsca ponure, wręcz przeciwnie postrzegam je jako miejsca obcowania z przodkami i bliskimi, którzy odeszli nie tak dawno, ale przecież nie odeszli cali, czekają na nas gdzieś w lepszym świecie, w którym mogli zaznać i zaznają prawdziwego szczęścia.

Zatrzymanie się przy nagrobku, odczytanie imienia i nazwiska osoby pod nim spoczywającej, daty jej urodzenia i śmierci, rzut oka na zdjęcie - jeśli takie się jeszcze zachowało - automatycznie uruchamiają wyobraźnię do konstruowania obrazów z życia tej osoby. Chciałbym móc zatrzymać się tak przy każdym nagrobku, ale jest to niestety nierealizowalne.

Wielkim odkryciem na Rossie był dla mnie grób Franciszka Olechnowicza - o którym pisałem przed kilkoma dniami - białoruskiego dramaturga, pisarza, działacza społecznego. Jest w tym jakaś szczególna symbolika - jednanie Polaków i Białorusinów po śmierci, a gdy dodać do tego jeszcze groby zasłużonych dla litewskiej kultury i państwowości działaczy - których jeszcze nie udało mi się odnaleźć - Rossa będzie się jawić jako miejsce ważne i jednoczące te trzy narodowości zamieszkujące Wilno.

czwartek, 23 października 2008

Wileńskie impresje - część 3

Mieszkając w Białymstoku i wywodząc swoje korzenie z ziem dzisiejszej Białorusi czy Litwy nie sposób nie odczuwać więzi z ludźmi, którzy tam mieszkają bez względu na to jakiej są narodowości. Nie wierzę w czystość etniczną, tak jak nie wierzę w czystość kulturową. Odczuwam tak samo silną więź z Białorusinem czy to wyznania katolickiego czy prawosławnego, jak z Litwinem czy Polakiem.

Białystok przed wojną należał do archidiecezji wileńskiej, jeszcze niedawno w czasie wrześniowych uroczystości beatyfikacyjnych księdza Michała Sopoćki arcybiskup Dziwisz nazwał Białystok przęsłem między Wilnem a Krakowem. Sam też pamiętam, wprawdzie jak przez mgłę, ale jednak zawsze, uroczystości, jakie odbywały się w Białymstoku w roku 1987 lub 1988 związane z 600 - leciem chrztu Litwy i powstania biskupstwa wileńskiego. Wilno było ośrodkiem kulturotwórczym także dla tych ziem, jeszcze do czasów II wojny światowej. I choć jest położone nieco dalej niż Warszawa, to właśnie ono stanowiło stolicę duchową, centrum kultury i nauki także dla mieszkańców obecnego województwa podlaskiego. Teraz wydaje się, że Wilno będąc stolicą niepodległej Litwy siłą rzeczy niegdysiejszej roli pełnić nie może. Czy jednak na pewno tak jest? Czy Wilno będąc miastem litewskim nie może promieniować na polskie miasto, tak ściśle z nim niegdyś związane? Czy Białystok, białostocczanie mogą się czegoś nauczyć od Wilna, od wilnian?

Oczywiście pod względem architektury, bogactwa historii, potencjału kulturotwórczego, Białystok jako miasto dużo młodsze, zawsze prowincjonalne nie dorówna Wilnu nigdy, ale w sferze zachowań ludzkich jest jeszcze wiele do zrobienia. Obserwując podczas wyjazdów do stolicy Litwy jej mieszkańców nie sposób nie dostrzec ich dużo większej otwartości, mniejszej uniformizacji, mniejszej agresji w relacjach międzyludzkich na ulicach, w sklepach; prawdziwej różnorodności czy to w zachowaniu, czy w ubiorze.

Litwini wydają się być bardziej społeczeństwem niż Polacy. Mama często przypominała mi historie opowiadane przez babcię o Litwinach, którzy mieli być gospodarni, zdolni i chętni do kooperacji, dobrze zorganizowani, choć też uparci i niekiedy zacietrzewieni. Ale nigdy nie pozwoliła powiedzieć złego słowa o Litwinach. Wynikało to z jej doświadczeń z czasów II wojny, kiedy to wielu Litwinów pracujących w lokalnej administracji w sposób niezwykle ludzki i z ogromną życzliwością odnosiło się do niej, jako do Polki. Babcia twierdziła, że w tych nieludzkich czasach na Litwinów zawsze można było liczyć.

Ta gospodarność Litwinów, umiejętność współpracy, organizowania się przynosi dziś owoce w postaci błyskawicznego rozwoju gospodarczego Litwy, którego odzwierciedleniem i symbolem może być nowoczesna dzielnica Wilna - Śnipiszki ze wspaniałymi, okazałymi szklanymi biurowcami i apartamentowcami.

Jakże szpetna jest Warszawa w porównaniu z Wilnem, a Białystok zapyziały i prowincjonalny, teraz jeszcze bardziej niż w dwudziestoleciu międzywojennym.

Będąc około 3 tygodni temu w jednym z wileńskich klubów - poczyniliśmy też pewne z pozoru nieco błahe spostrzeżenie - trudniejsza muzyka taneczna, przy której w białostockich klubach pustoszeją parkiety, tam sprawiała, że młodzi ludzie - o wiele gustowniej (nie mylić z "drożej" i "w markowych ciuchach") ubrana wypełniali salę po same brzegi. W białostockich klubach króluje niestrawna, licha sieczka, a tam młodzi ludzie bawią się przy nowoczesnych, pulsujących, nieco bardziej wymagających rytmach.


M.D.

Zdjęcia ze Śnipiszek (Šnipiškės)

















Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...