Dzielnica ogród, która zamieniła się w najpaskudniejsze w mieście blokowisko. Nowe Bojary, szpetny moloch, nazwany apartamentowcem i rosnący za nim ohydny mrowiskowiec w miejscu dawnego biurowca "Uchwytów", jednego z bastionów białostockiej Solidarności. Kilka lat temu, gdy buldożery wyburzały peerelowski, nie najbrzydszy budynek, po przeciwległej stronie ulicy Ryskiej, na schodach kolejnego "apartamentowca" stał mocno zbudowany, wysoki mężczyzna, około 60-letni, stał i płakał. To była wczesna jesień, koniec lata, na północnym zachodzie, nad wieżowcami na Fabrycznej zalegało jeszcze lekko pomarańczowej barwy niebo. Było ciepło, a wieczór byłby łagodny i cichy, gdyby nie nienaturalny ryk buldożera. Mężczyzna z wąsami, wydawało się, że przyszedł po raz ostatni spojrzeć na budynek zakładu, w którym być może przepracował całe swoje życie. Dziś w tym miejscu pnie się szeroki, wysoki bunkier. Deweloperskie eldorado, dziewczyny i chłopaki z podbiałostockich, może warmińskich, mazurskich, nadbużańskich, nadnarwiańskich wsi i miasteczek, spełnią swoje marzenia o apartamencie z widokiem na Puszczę Knyszyńską. Wszystko wokół zaleją betonem, wykarczują ostatni skrawek zieleni, każde miejsce zastawią samochodami, w sąsiednim wieżowcu już powstał sklep niby spożywczy, ale z alkoholami. Łomżing domowy, łomżing apartamentowy. Ich dzieci, gdy dorosną będą prawdopodobnie płakać mieszkając i dusząc się w tych klatkach z betonu.
Przed 14 laty uciekałem z 11-piętrowego wieżowca. Nikt nie chciał kupić mieszkania na pierwszym piętrze, gdy tylko dowiadywał się, że jest to wieżowiec, a teraz o wiele szpetniejsze molochy pod sprytnie zamaskowaną nazwą apartamentowców ściągają bez trudności licznych nabywców.
Niedzielny, zimny, deszczowy wieczór, po słonecznym i względnie ciepłym przedpołudniu. Wcześniej zapadła ciemność. Chłód i atmosfera taka, jakby to była końcówka marca albo października. Ulica Orla, cicha, prawie taka jak dawniej, z drobnymi wyjątkami. Stare domki i domy po lewej, niektóre toną w zieleni, niektóre odremontowane tak, że z trudem można poznać, że nie są to współczesne szpetoty. Dwa, może, trzy nie straciły nic ze swojego przedwojennego charakteru. Z ogrodami, w jednym nieskoszona trawa, i stare drzewa owocowe. Za pogotowiem opiekuńczym wichura złamała kilkusetletnie drzewo, inne trzeba było ściąć, by nie spotkał ich ten sam los. I na tle tej całej niby nowoczesnej architektury, pokrętnie w intencji architekta nawiązującej do klimatu Bojar (pokrętnie, czyli nijak) budynek przychodni z czasów środkowego peerelu zaskakuje przytulnością, skromnością, łagodnością. Po prawej opuszczona kamienica z przeszkloną galerią, jedna z najcenniejszych zachowanych perełek, nieodremontowana, wyprowadziło się z niej biuro administracji osiedlowej, zamknięta na cztery spusty, w oczekiwaniu na Bóg wie co.
Tędy, starymi ogrodami, tajemniczymi, czarodziejskimi, będąc dzieckiem chadzała moja Mama razem z Babcią do "braciszków" na msze do kaplicy. Obecnie jest to dom dziecka przy ulicy Słonimskiej. Wówczas w domu Zgromadzenia Braci Sług Najświętszej Maryi Panny i św. Franciszka rozlokowało się Seminarium Duchowne. Jako że w budynku mieściła się też piekarnia i sklep, Mama do dziś wspomina zapach pieczonego chleba rozsnuwający się po bojarskich ogrodach.
Dalej ulica Słonimska, jak chaotyczny patchwork. Od wylotu Kamiennej po lewej i prawej stare domy przeplatane nowymi, najdrobniejszym elementem nie próbującymi nawiązać do klimatu starych Bojar. Gdzieniegdzie wcisnęły się bloki, ogrodzone, z pikającymi na zewnątrz domofonami. I tylko w połowie drogi, między nimi zagubiony, budzący grozę, choć niepozorny, a nawet przytulnie wyglądający, z zadbanymi grządkami w sporym ogrodzie, i wiekowymi komórkami, piętrowy budynek, w czasie wojny, będący siedzibą niemieckiego Urzędu Informacji i Propagandy, a po wojnie kontrwywiadu wojskowego Smiersz 2 Frontu Białoruskiego. W owych komórkach - chlewkach jesienią i zimą 1944 przetrzymywano żołnierzy niepodległościowego podziemia. Makabryczne miejsce, z być może zaszpachlowanymi plamami krwi na ścianach, pomieszczeniami przesłuchań. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie.
Ulica Dobra, Wróbla, Przygodna, godne wierszy całych, każda z osobna. Kraszewskiego walcząca o przetrwanie, najdzielniej przy Spółdzielni SNB. Dalej Ryska, z trudem ocalałe budynki "Uchwytów" całkowicie już zasłonięte przez "nowe", których dni są już policzone. Owo "nowe" jest jak zbrodnia dokonana na Bojarach. Walka o zachowanie tej urokliwej niegdyś dzielnicy, którą ktoś próbował wzniecić jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych, wśród braci studenckiej, wśród moich kolegów z mazurskich, podlaskich, mazowieckich wsi i miasteczek, a też i samego Białegostoku, w dyskusjach, jakie rozpętywały się po przeczytaniu artykułów na jej temat, wzbudzała u większości uśmiech politowania i nieskrywanej pogardy dla drewnianych domów i ogrodów w centrum miasta. Wkraczała dynamiczna wielkomiejskość, nikt nie wyjeżdżał ze wsi, małego miasteczka po to, by znowu - mimo włożonego w ucieczkę wysiłku - doń trafić.
Bloki "Uchwytów" między Kraszewskiego a Sobieskiego, z zielonymi przestrzeniami między nimi i placami zabaw, przy współczesnych apartamentowcach jawią się, jako wzorzec "ludzkiego" budownictwa.
Deszcz zacina coraz mocniej, wzmaga się wiatr, chłód staje się bardziej przenikliwy. I wreszcie moja ulubiona kamienica, początek XX, być może końcówka XIX w. Nie wiadomo, jak długo tu jeszcze przetrwa. Za dnia, bez względu na porę roku, w oknie szerokim, wysokim, przy drzwiach wejściowych, zawsze odsłonięte firanki, a w nim twarze co najmniej dwóch osób, wpatrujące się w niemrawe życie na zewnątrz. Siedzą przy oknie, za stołem, uśmiechnięci, staruszka, i mężczyzna, być może syn, czasem dwaj mężczyźni, czasem palą, popijają. Kultura rozmowy i uśmiechu, nawet jeśli podchmielonego. Coś czego rzadko zaznają ludzie w bojarskich apartamentowcach, przemykający po klatkach schodowych tak, by sobie się nie ukłonić, by ze sobą nie rozmawiać. Nabzdyczeni i nadęci. Przedstawiciele handlowi, panie i panowie z banków, czy innych gównianych firm finansowych. Tymczasem tu w kamienicy, w oknie na rogu, zawsze wieczorem pali się światło. Pod nim ustawiono blaszaną w biało - czerwone pasy tablicę, by nikt już po raz kolejny nie wbił się rozpędzonym autem w ścianę, jak to już kiedyś miało miejsce, może nie raz nawet. W oknie pali się światło i w drzwiach prowadzących do skrawka ogrodu, na który za dnia cień rzuca wciśnięty na siłę blok. Nie mogę się zmusić - i mam tak za każdym razem - by w okno nie zajrzeć. Jest nisko zawieszone. Pomieszczenie rozjaśnia lampka nocna, łagodnym światłem, jak z czasów dzieciństwa, gdy Mama czytała książki. Rozścielone łóżko pod ścianą i spod kołdry wystająca głowa mężczyzny. Spokój, radość, cisza, zupełnie inny świat.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 czerwca 2014
wtorek, 8 maja 2012
Mistyczne Podlasie - cerkiewka w Koterce
Uroczysko Koterka jest bez wątpienia jednym z najbardziej mistycznych
miejsc Podlasia. Na tym skrawku dawnego województwa poleskiego (w
międzywojniu gmina Wysokie Litewskie, powiat brzeski) zachowała się
wyjątkowej urody drewniana cerkiewka, wzniesiona niemal na bagnie w 1912
r. w miejscu, w którym w 1852 r. mieszkance pobliskiej wsi Tokary -
Eufrozynie Iwaszczuk - miała się ukazać Matka Boska. Eufrozyna w trzecim
dniu Świętej Trójcy zbierała na uroczysku Koterka szczaw, gdy zupełnie
nieoczekiwanie ukazała się jej nieznajoma kobieta, oznajmiając, iż dzień
święty ludzie powinni czcić nie pracując. Nakazała również, by
mieszkańcy wsi wraz miejscowym proboszczem przynieśli w procesji w to
właśnie miejsce krzyż i modlili się przed nim o przebaczenie grzechów.
Eufrozyna nie miała wątpliwości co do tego, że spotkała Matkę Bożą,
która wypowiedziała także proroctwo zapowiadające, że ludzie zostaną
ukarani za grzechy morowym powietrzem.
Proboszcz
miejscowej parafii - ojciec Symeon Budziłowicz - wraz z wiernymi
spełnił życzenie Maryi. Wieść o objawieniu lotem błyskawicy rozeszła się
po całej okolicy. Wedle ówczesnych relacji do uroczyska miało przybywać
niemal każdego dnia tysiące pątników różnych stanów i wyznań, nie tylko
wyznawcy prawosławia. Odnotowywano też wiele cudownych uzdrowień, w tym
właścicielki nieodległego Wilanowa - Elżbiety Protasawickiej. Po pięciu
miesiącach od objawienia władze cerkiewne postanowiły bliżej przyjrzeć
się sprawie i nakazały usunięcie krzyża.
Po
usunięciu krzyża z miejsca, w którym był ustawiony wytrysnęło źródełko,
do dziś znajdujące się przy cerkiewce. Obmycie się wodą z niego
przynosiło ulgę w cierpieniach, a ludzi głębokiej wiary miała ona w
pełni uzdrawiać. Niebawem też wypełniły się słowa proroctwa. W 1855 r.
na Podlasiu rozszalała się epidemia cholery. Zaczęli więc do Koterki
ponownie tłumnie napływać pątnicy prosząc o zdrowie. Pielgrzymi
przynosili ze sobą krzyże ofiarne, a część z nich zachowała się do
czasów nam współczesnych.
Po
upływie półwiecza, potomkowie tych, którzy stawiali pierwszy krzyż na
uroczysku, zwrócili się do biskupa grodzieńskiego Michała o wydanie
zezwolenia na odbycie procesji do miejsca świętego. Zgoda została
wydana, a wraz z nią pozwolenie na budowę kaplicy, którą konsekrowano w
1912 r.
Po
II wojnie światowej Tokary zostały przedzielone granicą, a ponieważ
świątynia prawosławna znalazła się po stronie białoruskiej, cerkiewka w
Koterce stała się świątynią parafialną.
poniedziałek, 7 maja 2012
Kolnica – małe, nieznane, zapomniane kościoły
Kolnica - niewielka wieś położona tuż przy ruchliwej, rozjeżdżanej
codziennie przez tysiące TIRów szosie z Białegostoku do Augustowa,
niedoszłej Via Baltica, prowadzącej do przejścia granicznego w Budzisku.
Pędząc na załamanie karku można nawet nie dostrzec wyrastającej wśród
soczyście zielonych pól i rozrzuconych zabudowań wiejskich prawdziwej
perełki architektonicznej. Jadąc w stronę Augustowa, na wschód od szosy
uważnemu obserwatorowi wszystkiego, co dzieje się dookoła ukaże się
strzelista, górująca nad bujnie i soczyście zieloną w maju okolicą,
smukła biała bryła świątyni, otwierającej się ku błękitnemu niebu. Na
pewno warto zboczyć z trasy, by przyjrzeć się tej sakralnej budowli
nieco bliżej.
Kościół pod wezwaniem św. Maksymiliana został wzniesiony w latach 1981 - 1987, według projektu architekta Andrzeja Chwaliboga. Świątynia powstała dzięki ofiarności parafian z pobliskich wsi Kolnica, Czarnucha, Góry, Rzepiski oraz Polonii rozrzuconej po świecie. Inicjatorem budowy miał być proboszcz z też przecież nieodległej Studzienicznej - ks. Mieczysław Gołaszewski. Kamień węgielny przywieziony z Góry Oliwnej w Jerozolimie poświęcił i wmurował 1 lipca 1981 r. ks. biskup Mikołaj Sasinowski; konsekracja miała natomiast miejsce w roku 1987.
Ciekawą jest też osoba architekta - Andrzeja Chwaliboga, autora kilku świątyń na Podlasiu, w tym w Białymstoku i Bielsku Podlaskim. W Encyklopedii Solidarności czytamy o nim:
"Andrzej Chwalibóg, ur. 14 III 1946 w Gliwicach. Absolwent Politechniki Śląskiej, Wydz. Architektury (1971).
1973-2000 członek Stowarzyszenia Architektów Polskich (SARP). 1974-1982 i od 1985 pracownik naukowo-dydaktyczny Wydziału Architektury Politechniki Białostockiej.
Od IX 1980 w„S”; członek KZ na Wydz. Architektury PB. 14 XII 1981 uczestnik strajku studentów PB, od 13 XII 1981 drukarz, autor znaczków poczt podziemnych, plakatów, kolporter wydawnictw podziemnych, współpracownik białostockiego „Biuletynu Informacyjnego Solidarność”. 29 IV 1982 aresztowany, osadzony w AŚ w Białymstoku, zwolniony w XII 1982, w IV 1983 uniewinniony przez Sąd Wojskowy w Białymstoku, zwolniony z pracy. 1986-1991 pracownik firmy Dempol, nast. Innowacji Techniczno-Organizacyjnych Sp. z o.o. w Białymstoku.
W 1991 autor projektu ołtarza w związku z wizytą Jana Pawła II w Białymstoku. 1998-2002 radny Sejmiku Wojewódzkiego, 2003-2006 naczelnik Wydziału Planowania i Zagospodarowania Przestrzennego w Urzędzie Miasta Białystok, Od 2006 pełnomocnik Prezydenta Miasta ds. aglomeracji białostockiej i obszaru metropolitalnego. 1998-2000 autor projektu katedry rzymsko-katolickiej w Irkucku, uznanej za najlepszą realizację w Rosji w roku 2000. Wyróżniony odznaką Zasłużony Działacz Kultury (2001)."
Kościół w Kolnicy jest bez wątpienia jedną z najbardziej interesujących świątyń Podlasia. Harmonijnie wkomponowany w krajobraz wiejski, zielone łąki, pola, swoją radosną architekturą zachęca do modlitwy i kontemplacji. Wnętrze świątyni nie jest zanadto przestronne, jako że parafia liczy - jak nas informuje spotkany przez nas duchowny, pełniący akurat w tym momencie rolę ogrodnika porządkującego teren wokół kościoła - około 500 osób. Rozlewa się w nim jednak w sposób niezwykły jasność, nie oślepiająca, lecz łagodna, pochodząca od promieni słonecznych wpadających obficie przez smukłe, wysokie, bo sięgające stropu okna. Cisza, spokój, nad ołtarzem przykuwa uwagę drewniany krzyż z rozpiętym na nim Chrystusem na tle czerwonej, szklanej rozety; drewniane stacje drogi krzyżowej, kaplica boczna, chór z drewnianą balustradą, wszystko to tworzy niebywałą wręcz atmosferę, która nie pozwala nam przedwcześnie opuścić świątyni, dlatego nie warto jej odwiedzać, gdy się spieszymy. Tu rzeczywiście w sposób szczególny odczuwamy obecność Boga.
Gdy jednak już będziemy zmuszeni ruszyć w dalszą trasę warto zarezerwować sobie jeszcze nieco czasu, by zatrzymać się w którejkolwiek z mijanych na trasie wsi, w których w przydrożnych kapliczkach około godziny 19.00 odbywa się nabożeństwo majowe. Ten dość pogardzany ostatnimi czasy tak zwany katolicyzm ludowy ma w sobie ogromne pokłady wiary głębokiej i żywej, i idę o zakład, że w wielu wypadkach bez niego, nadzwyczajnie zwyczajnego, prostego, nie zaistniałby modny katolicyzm otwarty.


















Kościół pod wezwaniem św. Maksymiliana został wzniesiony w latach 1981 - 1987, według projektu architekta Andrzeja Chwaliboga. Świątynia powstała dzięki ofiarności parafian z pobliskich wsi Kolnica, Czarnucha, Góry, Rzepiski oraz Polonii rozrzuconej po świecie. Inicjatorem budowy miał być proboszcz z też przecież nieodległej Studzienicznej - ks. Mieczysław Gołaszewski. Kamień węgielny przywieziony z Góry Oliwnej w Jerozolimie poświęcił i wmurował 1 lipca 1981 r. ks. biskup Mikołaj Sasinowski; konsekracja miała natomiast miejsce w roku 1987.
Ciekawą jest też osoba architekta - Andrzeja Chwaliboga, autora kilku świątyń na Podlasiu, w tym w Białymstoku i Bielsku Podlaskim. W Encyklopedii Solidarności czytamy o nim:
"Andrzej Chwalibóg, ur. 14 III 1946 w Gliwicach. Absolwent Politechniki Śląskiej, Wydz. Architektury (1971).
1973-2000 członek Stowarzyszenia Architektów Polskich (SARP). 1974-1982 i od 1985 pracownik naukowo-dydaktyczny Wydziału Architektury Politechniki Białostockiej.
Od IX 1980 w„S”; członek KZ na Wydz. Architektury PB. 14 XII 1981 uczestnik strajku studentów PB, od 13 XII 1981 drukarz, autor znaczków poczt podziemnych, plakatów, kolporter wydawnictw podziemnych, współpracownik białostockiego „Biuletynu Informacyjnego Solidarność”. 29 IV 1982 aresztowany, osadzony w AŚ w Białymstoku, zwolniony w XII 1982, w IV 1983 uniewinniony przez Sąd Wojskowy w Białymstoku, zwolniony z pracy. 1986-1991 pracownik firmy Dempol, nast. Innowacji Techniczno-Organizacyjnych Sp. z o.o. w Białymstoku.
W 1991 autor projektu ołtarza w związku z wizytą Jana Pawła II w Białymstoku. 1998-2002 radny Sejmiku Wojewódzkiego, 2003-2006 naczelnik Wydziału Planowania i Zagospodarowania Przestrzennego w Urzędzie Miasta Białystok, Od 2006 pełnomocnik Prezydenta Miasta ds. aglomeracji białostockiej i obszaru metropolitalnego. 1998-2000 autor projektu katedry rzymsko-katolickiej w Irkucku, uznanej za najlepszą realizację w Rosji w roku 2000. Wyróżniony odznaką Zasłużony Działacz Kultury (2001)."
Kościół w Kolnicy jest bez wątpienia jedną z najbardziej interesujących świątyń Podlasia. Harmonijnie wkomponowany w krajobraz wiejski, zielone łąki, pola, swoją radosną architekturą zachęca do modlitwy i kontemplacji. Wnętrze świątyni nie jest zanadto przestronne, jako że parafia liczy - jak nas informuje spotkany przez nas duchowny, pełniący akurat w tym momencie rolę ogrodnika porządkującego teren wokół kościoła - około 500 osób. Rozlewa się w nim jednak w sposób niezwykły jasność, nie oślepiająca, lecz łagodna, pochodząca od promieni słonecznych wpadających obficie przez smukłe, wysokie, bo sięgające stropu okna. Cisza, spokój, nad ołtarzem przykuwa uwagę drewniany krzyż z rozpiętym na nim Chrystusem na tle czerwonej, szklanej rozety; drewniane stacje drogi krzyżowej, kaplica boczna, chór z drewnianą balustradą, wszystko to tworzy niebywałą wręcz atmosferę, która nie pozwala nam przedwcześnie opuścić świątyni, dlatego nie warto jej odwiedzać, gdy się spieszymy. Tu rzeczywiście w sposób szczególny odczuwamy obecność Boga.
Gdy jednak już będziemy zmuszeni ruszyć w dalszą trasę warto zarezerwować sobie jeszcze nieco czasu, by zatrzymać się w którejkolwiek z mijanych na trasie wsi, w których w przydrożnych kapliczkach około godziny 19.00 odbywa się nabożeństwo majowe. Ten dość pogardzany ostatnimi czasy tak zwany katolicyzm ludowy ma w sobie ogromne pokłady wiary głębokiej i żywej, i idę o zakład, że w wielu wypadkach bez niego, nadzwyczajnie zwyczajnego, prostego, nie zaistniałby modny katolicyzm otwarty.


















poniedziałek, 2 kwietnia 2012
Drewniane kapliczki i zabytkowa kaplica z czasów Powstania Styczniowego w Pogorzałkach
Pogorzałki, to urokliwie położona wieś, w odległości 15 km od na północny zachód od Białegostoku. Za żadne skarby świata nie przypomnę sobie tytułu, ani autora książki, w której wyczytałem, iż położona w pobliżu Jaworówka, okrutnie spacyfikowana po klęsce Powstania Styczniowego, miała być założona przez osadników litewskich. Ziemie te mają to do siebie, że krzyżowały się tu niemal na każdym kroku wpływy osadnictwa słowiańskiego obraz bałyjskiego; Słowianie wschodni, Słowianie zachodni, Litwini, Jaćwingowie, Mazowszanie, Rusini, Żmudzini, nieco dalej na wschód Tatarzy, Żydzi, istny tygiel kultur, języków, religii i narodowości. Wykluczyć, że Pogorzałki zostały również założone przez osadników z Litwy nie można, podobnie jak i nie można wykluczyć ich rodowodu mazowieckiego, zresztą jakie to ma obecnie znaczenie skoro na tym akurat skrawku śladów tej mozaiki pozostało już naprawdę niewiele. Dziś do Pogorzałek warto przybyć z zupełnie innych powodów, ale nie tylko z powodu wspomnianego wyżej malowniczego położenia wsi rozłożonej między łagodnymi wzniesieniami, ale także ciekawej zabytkowej kaplicy wzniesionej z kamienia polnego i drewna oraz nie mniej interesujących rekonstrukcji dwóch drewnianych kapliczek słupowych zwieńczonych świątkami, ulokowanych tuż przy kościele parafii Miłosierdzia Bożego.
Wspomniana zabytkowa kaplica składa się z dwóch części - starszej murowanej, z wielkim prawdopodobieństwem pobudowanej jeszcze przed 1863 r., i nieco młodszej drewnianej postawionej w czasie rewolucji 1905 r. Źródła historyczne informują, iż w tej murowanej mieli się modlić jeszcze powstańcy styczniowi. Stając natomiast frontem do kaplicy drewnianej, po lewej stronie dostrzeżemy rekonstrukcję drewnianej kapliczki słupowej postawionej tuż po trzecim rozbiorze Rzeczypospolitej, a zniszczonej około 1940 r. W pobliżu miał się niegdyś znajdować cmentarz gromadzki i przy niej właśnie żegnano zmarłych. Druga z kolei kapliczka, ustawiona po prawej stronie, stanowi wierną rekonstrukcję oryginalnej z 1802 r., ufundowanej przez Stanisława Stronowicza - pierwszego osadnika tego rodu w Pogorzałkach. O jej lokalizacji w tym miejscu zadecydował pewien utarty już obyczaj, nakazujący nie tylko żegnać w tym miejscu zmarłych, ale także spędzać tu wiosną, jeszcze przed pierwszym wypasem, bydło i święcić je. Czyniono tak nie tylko wiosną, ale również w czasie pomorów, wierzono bowiem, że święcenie bydła i odprawianie modłów skutecznie przegoni wszelkie epidemie.
W odległości kilkudziesięciu metrów od kaplicy wznosi się natomiast nowoczesny kościół, którego budowę rozpoczęto w 1976 r., a konsekracji dokonano w 1990 r. Świątynia harmonijnie wpasowuje się w łagodnie falujący krajobraz, co przecież nie zawsze jest regułą w przypadku modernistycznych obiektów sakralnych.
A skoro już jesteśmy w pobliżu wspomnianej wcześniej Jaworówki, to warto także odwiedzić to ważne historycznie miejsce, ale o tym, już następnym razem...
Wspomniana zabytkowa kaplica składa się z dwóch części - starszej murowanej, z wielkim prawdopodobieństwem pobudowanej jeszcze przed 1863 r., i nieco młodszej drewnianej postawionej w czasie rewolucji 1905 r. Źródła historyczne informują, iż w tej murowanej mieli się modlić jeszcze powstańcy styczniowi. Stając natomiast frontem do kaplicy drewnianej, po lewej stronie dostrzeżemy rekonstrukcję drewnianej kapliczki słupowej postawionej tuż po trzecim rozbiorze Rzeczypospolitej, a zniszczonej około 1940 r. W pobliżu miał się niegdyś znajdować cmentarz gromadzki i przy niej właśnie żegnano zmarłych. Druga z kolei kapliczka, ustawiona po prawej stronie, stanowi wierną rekonstrukcję oryginalnej z 1802 r., ufundowanej przez Stanisława Stronowicza - pierwszego osadnika tego rodu w Pogorzałkach. O jej lokalizacji w tym miejscu zadecydował pewien utarty już obyczaj, nakazujący nie tylko żegnać w tym miejscu zmarłych, ale także spędzać tu wiosną, jeszcze przed pierwszym wypasem, bydło i święcić je. Czyniono tak nie tylko wiosną, ale również w czasie pomorów, wierzono bowiem, że święcenie bydła i odprawianie modłów skutecznie przegoni wszelkie epidemie.
W odległości kilkudziesięciu metrów od kaplicy wznosi się natomiast nowoczesny kościół, którego budowę rozpoczęto w 1976 r., a konsekracji dokonano w 1990 r. Świątynia harmonijnie wpasowuje się w łagodnie falujący krajobraz, co przecież nie zawsze jest regułą w przypadku modernistycznych obiektów sakralnych.
A skoro już jesteśmy w pobliżu wspomnianej wcześniej Jaworówki, to warto także odwiedzić to ważne historycznie miejsce, ale o tym, już następnym razem...
piątek, 16 września 2011
Bardejov - sierpień 2011 r. (2)
Po Bardejowie najprzyjemniej wędruje się w godzinach mocno popołudniowych albo nawet tuż przedwieczornych, kiedy słońce chyli się ku zachodowi. Łagodne, sierpniowe promienie barwy miodowo - bursztynowej wydobywają cały urok starówki; kolory kamieniczek, dachów, kościołów, ratusza, nielicznych współczesnych domów harmonijnie wplecionych w zabytkową zabudowę, stają się intensywniejsze, bardziej jaskrawe, za dnia wydają się być nieco przygaszone, rozmyte.
Gwar miasta cichnie, z rzadka przez rynek przemknie ktoś wracający później z pracy, nieliczni turyści, kilkunastu bywalców ogródków; po mszy z kościołów czy cerkwi grekokatolickiej wylegną starsze kobiety i nastoletnie dziewczęta, pełen przekrój wiekowy i społeczny - nie rozejdą się od razu każdy w swoją stronę, lecz przez dobrych kilkanaście, a czasem nawet kilkadziesiąt minut w grupakch stoją przed swoimi świątyniami, rozmawiają, czasem samotnie na kogoś czekają.
CDN...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...




















