Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krajobrazy litewskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krajobrazy litewskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 marca 2010

Podróż na północ

Przeraża mnie perspektywa - być może konieczności - przeniesienia się do Warszawy. To miasto jest mi wciąż obce, nie czuję się dobrze na Mazowszu, ale wschód wyczerpał już chyba swoje wszystkie możliwości. Wolałbym odbyć podróż dużo dalej na północny wschód i osiąść na stałe gdzieś w Wilnie, mieście przyjaznym, "swoim", kojącym, niosącym spokój i umiar, prawdziwą różnorodność i wolność.

Niedzielna podróż, pewnie podświadomie na północ, w stronę Wilna. Nowa dwupasmówka kończy się już przed Katrynką. Tuż po przejechaniu wiaduktu nad torami dawnej kolei petersbursko - paryskiej, wycięte szerokie pasy starych sosen, po obu stronach wąskiej szosy, niedoszłej Via Baltica, droga dziurawa jak sito, w dni powszednie bez ustanku suną tędy ciężkie i ogromne Tiry, w stronę Bałtów i Estów, a może i jeszcze dalej. Tuż przed "Wikingiem" otwiera się prawdziwa, zapierająca dech w piersiach przestrzeń, dolina Supraśli, niegdyś Sprząśli, na horyzoncie czernieje Puszcza Knyszyńska. Wydobywamy się z ciemnego lasu Pietrasze po prawej i rezerwatu Antoniuk gdzieś po lewej, na zalane słońcem otwarte łagodne wzgórza. Latem wzdłuż tej leśnej drogi intensywnie pachną akacje, prawie tak jak na Węgrzech, przy granicy z Ukrainą.

A teraz otwiera się krajobraz litewski, północny, z postrzępionymi wierzchołkami ponad stuletnich świerków i sosen na styku z niebem. Opuszczamy się w dół, by za chwilę wspinać się łgodnie w górę. Jurowce. Baradziej już dzielnica, przedmieście Białegostoku niż dawna, prawdziwa wieś z drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach, z ogrodami gorzko pachnącymi ziołami. Wieś przedzielona barierami dzwiękochłonnymi, zza których wyłaniają się w większości murowane potworki. Śliczne dziewczyny o malinowych ustach czekajace na autobus do miasta, ale to nie rodowite mieszkanki wsi, to dziewczyny "miastowe", jadące do którejś z knajpek w mieście, córki przedstawicieli nieśmiało zaryswoującej się wschodniej klasy średniej. Bujne, falujące, kasztanowe włosy rorzucone zalotnie i niedbale, uśmeichnięte, pewne swojej wartości, raczej miłe. Za Jurowcami zaczyna się już prawdziwa Puszcza. Miejsce, w którym był kiedyś grób partyzanta, któremu nie udało się uciec przed Niemcami, chyba zostało zrównane z ziemią. Miałem może 4 lata, gdy zbierając poziomki z rodzicami, natknęliśmy się na skromny drewniany krzyż zatopiony w liściach paproci i krzakach poziomek w starym sosnowym lesie. Dopiero dużo później napotkana przypadkowo starsza kobiecina opowiedziała nam historię nieszczęsnego partyzanta. Czy ktokolwiek się pofatygował, by przenieść kości nieszczęśnika gdzieś na cmentarz czy krzyż usunięto, a grób zalano asfaltem?

Za Katrynką wiatrołomy na bagnach wzdłuż drogi w tym miejscu na grobli. Później Rybniki, w których ubiegłej wiosny podczas wycieczki rowerowej rodowity mieszkaniec wioski oferował nam zupełnie bezinteresownie swój czas i wiedzę, i chciał nas prowadzić do miejsc, w których ginęli żołnierze AK. Było już jednak późno, umówiliśmy się na inny termin.

Dalej już tylko Przewalanka na skraju Puszczy i znowu otwarta przestrzeń, zalane słońcem łagodne wzgórza, bielone murowane kapliczki przy polnych drogach, odchodzących od ruchliwej ponad miarę szosy. Zjeżdżamy w lewo, na zachód, w stronę Jasionówki, przez położoną na stoku wzgórza Dobrzyniówkę, kilomter może dwa za wioską, na skraju lasu dostrzegamy murowaną kapliczkę zwieńczoną krzyżem. Inskrpypcja informuje, że w tym miejscu zginął śmiercią tragiczną w 1941 r. Stanisław Borys, 22 - letni chłopak, który prosi o trzy Zdrowaś Mario. Nad inskrypcją zdjęcie - pogodna, pociągła twarz młodego mężczyzny o dużych, ufnych oczach. Miejsce tajemnicze, otulone starymi sosnami, ze wzgóza roztacza się widok na skraj Puszczy i nieodległą wieś o nazwie Kujbiedy. Zza wierzchołka wzgórza unosi się dym z komina. Niemal naprzeciw kapliczki, po drugiej stronie wąskiej asfaltowej drogi, na skraju pola stoi niemal dwumterowy żeliwny krzyż na kamiennym postumencie z łacińską inskrypcją: "O crux ave spes unica salve nos ab omni malo", pod nią data - 1907.

A w drodze powrotnej już tylko kojące granie Marcina Kydryńskiego, kojarzące mi się nieodmiennie z odkrywanymi w ubiegłym roku średniowiecznymi grodziskami Bałtów albo Słowian w nieodelgłej Aulakowszczyźnie, Milewszczyźnie czy Trzciance. Kto by przypuszczał, że te pofałdowane łagodnie krajobrazy, sosnowe zagajniki będą tak zgodnie współbrzmieć z fado, z muzyką z Somalii, Wysp Zielonego Przylądka. Ten sam spokój, ta sama melancholia, ta sama nadzieja.

sobota, 12 grudnia 2009

Plac Łukiski

Podświadomie kieruję się w stronę Grodna, do Grodna mam spod domu, z centrum miasta nie więcej niż 80 km. Gdyby tylko nie ta wstrętna granica! Z Grodna do Druskiennik jest ledwie 38 km, a z Druskiennik do Wilna już tylko 119 km. A więc od domu w centrum Białegostoku do centrum Wilna miałbym góra 240 km, 3 - 3,5 godziny jazdy samochodem. Nic dziwnego, że Białostocczyzna wchodziła w skład diecezji wileńskiej, a spora jej część w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Teraz jednak za sprawą wciąż nieprzyjaznej granicy najpierw polsko - białoruskiej, a później białorusko - litewskiej, taka podróz trwałaby znacznie dłużej. Stąd też najpierw należy kierować się na północ, zamiast na północny wschód, trasą augustowską, wąską tak, że podmuch pędzących tirów jest wyraźnie odczuwalny, samochodem gwałtownie kołysze to w lewą, to w prawą stronę. Na wschód można odbić dopiero w Augustowie, tu następuje rozstanie z tirami, które jadą dalej do Budziska, a my możemy kierować się do Ogrodnik, w stronę Gib i Sejn. Tym razem jednak zanim pojawi się trasa augustowska, zatoczę lekkie koło i ruszę w stronę Grodna, do Świętej Wody, tu już się zaczyna litewski krajobraz, z każdej strony na horyzoncie puszcza, teren wyraźnie pofałdowany, delikatne wzniesienia porośnięte prastarą, nieodkrytą jeszcze i niespenetrowaną tak jak Białowieska Puszczą Knyszyńską. Wzgórze Krzyży w Świętej Wodzie wzorowane na litewskim Šiauliai (Szawle), z którego roztacza się zapierający dech w piersiach widok na czerniejące plamy sosnowo - świerkowej głuszy; na zachodzie górują kilkusetmetrowe maszty anten nadawczych w Krynicach, a północ jest już zarezerwowana tylko to na granatowiejącą, to czerniejącą knieję. U stóp wzgórza krzyży rozłożyła się murowana kaplica, obecnie katolicka, ale w czasie, gdy niewidomy włościanin miał doznać cudu - tereny te zamieszkiwali białoruskojęzyczni unici, potomkowie Rusinów i Litwinów. Gdzieś w pierwszej połowie XVIII wieku niewidomu pastuszkowi - w miejscu kaplicy - miała się objawić Matka Boska nakazując mu obmyć twarz w pobliskim źródełku, po czym nieszczęśnik miał odzyskać wzrok. Z początku miejsce kultu unitów, po kasacji unii w 1839 r. kaplicę przejmują wyznawcy prawosławia, po odzyskaniu niepodległości - z tej racji, że unitów już tu nie ma, jako że stali się bądź to katolikami, bądź prawosławnymi - kaplica przechodzi na własność parafii w Wasilkowie.

Wzgórze krzyży w swej atmosferze jest na wskroś litewskie. Drewniane kapliczki do złudzenia przypominają te z okolic Druskiennik, Alytusa, Wilna, Kiernave, różnią je od tych litewskich jedynie napisy w języku polskim, imiona, nazwiska, nazwy instytucji, miejscowości, z których przybli pątnicy, choć co do naziwsk to nie jest to sprawa taka oczywista - niektóre mają typowo litewskie bądź białoruskie brzmienie. Ustawiane w większości w latach 90- tych, i po roku 2000. Sama idea utworzenia takiego wzgórza zrodziła się po wizycie Jana Pawła II na Górze Krzyży w Šiauliai w 1993 r.

Mam więc kilka chwil, by przed dalszą podróżą zaczerpnąć z tego miejsca energii.

Niebo jest dziś sine, nieprzyjazne, jedynie z rana nieśmiało i nieudanie próbwało się przedrzeć słońce, jeszcze później gdzieniegdzie szarość nieba rozrywały skrawki błękitu, jakby złudnie obiecując, że za chwilę słońce pojawi się w pełni, ale nic z tego, płonne nadzieje.

Wilno jak zwykle wita mnie delikatnym, łagodnym jazzem sączącym się z głośników samochodu, to Jazz Fm Radijas (www.jazzfm.lt). Szeroka dwupasmówka, wzgórza porośnięte na przemian to iglastym, to liściastym lasem, sznur samochodów, po kilkunastu minutach jazdy z lewej strony wychyną szklane biurowce nieopdal Neris (Wilii). Tę wizytę w Wilnie postanowiłem rozpocząć od odwiedzenia w pierwszej kolejności Placu Łukiskiego. Jeszcze tylko przejazd tunelem pod dzielnicą nowoczesnych apartamentowców i biurowców; po raz pierwszy zjazd do tunelu wywarł na mnie - prowincjuszu niesamowite wrażenie - ni stąd ni zowąd zaczęliśmy się zagłębiać bezpośrednio pod długim kilkupiętrowym blokiem mieszkalnym o niezliczonej ilości okien do oświetlonego lampami tunelu.

Plac Łukiski odkryłem wiosną tego roku, był to początek maja, słoneczny dzień, ledwie rozwinęte zielone listki na niewysokich drzewach rosnących równo w rzędach na obrzeżach placu. Od strony zachodniej obramowanego kamienicami Kolonii Montwiłłowskiej, od północy monumentalnym barokowym kościołem św. Jakuba i Filipa i klasztorem dominikanów, od strony południowej Prospektem Giedymina z budzącym grozę budynkiem, w którym w czasach ZSRR rozlokowało się KGB. Sam plac przypomina mi swoją atmosferą skwery budapesztańskie. Cisza, spokój w samym centrum tętniącej życiem stolicy, posadzone jak od linijki lipy, klomby z kwiatami, wysypane kamykami alejki. To właśnie wtedy trafiliśmy na krzyż i tablicę upamiętniające miejsce egzekucji przywódców powstania styczniowego na Litwie - Zygmunta Sierakowskiego i Konstantego Kalinowskiego.

Plac Łukiski prawdopodobnie nigdy nie zaspyia, nigdy też nie ma tu tłumów, tak jest i tym razem, prawdziwa oaza w centrum miasta. Nawet latem, kiedy przyszliśmy tu o 2 w nocy na ławkach siedzieli młodzi, gustownie ubrani dwudziestokilkuletni ludzie, prowadząc ożywione rozmowy przerywane co raz wybuchami radosnego śmiechu; natomiast od strony wschodniej rozłożyli swoje niewielkie kartonowo - foliowe miasteczko czterej bezdomni mężczyźni. W dzień ich nigdy nie widać, muszą najwyraźniej nad ranem szybko demontować swoje sklecane naprędce noclegownie, a teraz jest zkolei za zimno na spanie pod gołym niebem.

Na ten raz Plac Łukiski to wspaniałe miejsce do rozpoczęcia wileńskich medytacji.

niedziela, 25 stycznia 2009

Alytus i o litewskich krajobrazach

Lesiste i pofałdowane tereny na północ i na północny wschód od Białegostoku zawsze kojarzyły mi się z litewskim krajobrazem. Naczytawszy się o styku kultur, nie znając jeszcze Litwy właściwej, byłem pewien, że tutejszy krajobraz ma w sobie coś litewskiego - w swoim wyglądzie i w atmosferze, którą tworzy. Morenowe wzgórza porośnięte puszczą i zagajnikami z pewnością pamiętają dawnych mieszkańców tych ziem - Bałtów - czy to Litwinów, czy Jaćwingów. Na ich bytnośc tutaj wskazywałyby także nazwy wielu miejscowości - Sokołda, Trejgle, Szudziałowo, Jaświły, Jatwież Duża, by wymienić tylko kilka. Ślady po dawnych grodziskach w postaci sztucznie usypanych wzgórz, tajemnicze nie zbdane przez archeologów wzgórza, które mogą być pozostałościami po grodziskach, ale też kurhanami. Pozostałości po dworze myśliwskim Wielkiego Księcia Witolda, po którym pozostało tylko usypane ludzkimi rękami, o regularnym kształcie wzniesienie w okolicach Knyszyna, na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Dziecięca wyobraźnia zaludniała te wszystkie gaje, puszcze, wzgórza wyobrażonymi postaciami z mitologii bałtyjskiej, rycerzami, bóstwami, duchami.

I to charakterystyczne słońce, tak nieodłączne od tych miejsc - ile razy bym nie wyruszył na północ czy na północny wschód, owe wzgórza, lasy, zawsze toną w jasnym, raz to nieco mglistym, innym razem wyraźnie i ostro podkreślającym kontury słońcu.

Droga na Litwę właściwą wiedzie przez ten charakterystyczny krajobraz, najpierw prosto na północ w stronę Korycina, przez puszczę, która później okaże się być tak typową dla lasów litewskich, dalej do Suchowoli, Sztabina, Augustowa, by wreszcie odbić na północny wschód w strone Sejn, wąską asfaltową drogą przez kolejna puszczę, tym razem Augustowską, jakże odmienną od Knyszyńskiej, ale też charakterystyczną dla litewskich lasów, gdzie między smukłymi jak maszty sosnami przebijają gładkie tafle błękitnych jezior. Przed Sejnami krajobraz się zmienia, wzgórza stają się wyższe, lasów ubywa i tak jest do Ogrodnik. Po litewskiej stronie krajobraz nieco łagodnieje, ale tylko nieznacznie, i jest to jedynie pozorny spokój. Tuż za Lazdiai otwiera się ogromna przestrzeń, której prózno szukać po polskiej stronie, może jedynie w okolicach Lipska w drodze do Dąbrowy Białostockiej, ale to też nie to. Krajobraz w drodze z Lazdiai do Alytus ma dużo większy rozmach, po wspięciu się na wzgórze z szosy roztacza się widok zapierający dech w piersiach, w dole rozpościera się długa i szeroka kotlina, obramowana na horyzoncie wzgórzami - jak tylko okiem sięgnąć -porośniętymi lasem nie mającym ani początku, ani końca. Tej przestrzeni i tego rozmachu nie sposób uchwycić żadnym aparatem, żadną kamerą, każda taka próba przyniesie w rezultacie tylko jego mizerną karykaturę. Wszyscy znajomi, z którymi zdarzyło mi się jechać do Wilna, oniemieli w tym miejscu, tu rzeczywiście można zrozumieć i poczuć czym jest prawdziwy zachyt. Głęboko wierzę w to, że zapierający dech w piersiach krjobraz i piękna architektura są w stanie czynić ludzi lepszymi, tych ludzi oczywiście, którzy są na to gotowi. Nie bez przyczyny wilnianie - bez wnikania w ich narodowość, czy to Litwini, czy Polacy, czy Rosjanie, czy Białorusini - odznaczają się ogromną życzliwością, opanowaniem i spokojem.

Około 2 godzin i 45 minut jazdy samochodem i dojeżdżamy do największego miasta w drodze do Wilna. Alytus. Szóste co do wielkości miasto Litwy, 70 tysięcy mieszkańców. Malowniczo rozłożone na wzgórzach wtulających się w szeroko płynący niemal przez centrum miasta Niemen. Jadąc do Wilna można Alytus zupełnie zignorować, widząc z okien samochodu socrealsityczne budowle z wielkiej płyty, sporą blaszną Maximę i kilka stacji beznzynowych. Warto jednak na drugich bodaj światłach przed pojechaniem prosto w stronę Wilna, skręcić w lewo, do centrum. Tutaj zaczyna się inny świat, ulica wysadzona z jednej i drugiej strony szpalerem drzew, zabudowę tworzą znośne posowieckie budynki przeplatane cudem ocalałymi licznymi urkoliwymi drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach. I znowuż cudowne, jasne, intensywne słońce, zupełnie odmienne od słońca warszawskiego, lubelskiego, krakowskiego, koszyckiego czy budapesztańskiego, słońce dużo bardziej “północne”, albo z mgiełką, albo ostro wydobywające wszelkie kontury, słońce inspirujące, olśniewające, czy wręcz uduchawiające. Po prawej stronie w samym centrum miasta wyrasta piękny sosnowy las. Las w centrum miasta nie jest właściwie niczym zdumiewającym, podobnie jest w Augustowie, tylko bez tego uroku, podobnie też w Białymstoku, ale tu las jest mieszany. Parkujemy samochód przy kilkukondygnacyjnej szarej budowli, która przypomina siedzibę urzędu. W odległości kilkunastu metrów zaczyna się szeroki deptak ze stojącym na środku nowoczesnym ratuszem, wzniesionym prawdopodbnie jeszcze w schyłkowych czasach ZSRR, ale mającym w sobie coś z budowli, którą widziałem kiedyś na jakiejś pocztówce z Finlandii. Budynek niewysoki, w kształcie prostopadłościanu, ze stanowiącą jego integralną część, nienachalnie przyklejoną wieżą o krótkiej, ostrej iglicy. Naprawdę ciekawa architektura. W przeciwległym końcu deptak zamyka sosonowy las, w którym pewnie mieszczą się sanatoria i ośrodki wypoczynkowe.

Z przewodnika wynika, że w mieście nie ma wielu zabytków, ale nam wystarczają tonące w słońcu malownicze drewniane domki i odbijające słoneczne promienie bursztynowe pnie sosen. W pobliżu ma być XIX - wieczna synagoga. W sklepie z armoatycznymi herbatami i czekoladami, jasnowłosa sprzedawczyni w zwiewnej białej letniej sukience tłumaczy nam przeplatając słowa rosyjskie polskimi - jak do dojść do dawnej bożnicy. Wychodzi nawet z nami przed sklep, by dokładnie wskazać drogę. Ceglana budowla wtula się w stok zielonego wzgórza, wokół nowe domki jednorodzinne, a gdzieś w dole płynie niewdoczny z tego miejsca Niemen. Najbardziej malowniczo jednak rzeka płynie na skraju miasta po drodze do Wilna, otoczona wzgórzami porośniętymi mieszanym lasem, najpiękniej wyglądającym wczesną jesienią - rozświetlonym w słońcu wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i brązu. Drzewa stromymi zboczami schodzą ku rzece, tworząc razem z nią przepiękny widok, wywołujacy obok zachwytu uczucie niezrozumialej grozy.





Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...