Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Nina Karlsson, rosyjska piosenkarka z Petersburga, nie śpiewająca jednakże w języku rosyjskim, absolwentka fakultetu kompozytorskiego Petersburskiego Konserwatorium, zwyciężyni plebiscytu ogłoszonego przez rosyjski portal openspace.ru na najlepszy debiut roku 2010. W ubiegłym roku nagrała także pierwszy swój album pod tytułem "I deny". Rzecz ze wszech miar warta poznania i wysłuchania.
Sposób śpiewania, sama muzyka i jej nastrój przypominają mi nieco twórczość litewskiej wokalistki - Aliny Orlovej, ale o niej napiszę innym razem.
Для корректного отображения содержимого этого блока, а также просмотра галерей фото и видео, которые представлены на нашем сайте, пожалуйста, обновите ваш Flash player до текущей версии.
Aż się wierzyć nie chce! "Tom's dinner", "My name is Luka", "Blood makes noise", któż tego nie słszał!? Jakże ja kiedyś przepadałem za tą wokalistką! Później moja miłość gdzieś w czasie i przestrzeni się rozpłynęła, ale jednak miło było znaleźć się dzisiejszego wieczora na jej koncercie z okazji zakończenia Dni Białegostoku.
Mam wątpliwości czy Plac Ratuszowy to dobre miejsce na tego typu koncert, sporo ludzi przypadkowych, momentami otaczające mnie osoby były tak głośne i tak "zainteresowane" koncertem, że ledwie słyszałem wokalistkę. Niektórzy zaczęli opuszczać plac po pierwszych kilku utworach. To muzyka mało widowiskowa i show w żaden sposób nie da się z niej zrobić, zwłaszcza, że na początku Susan Vega śpiewała bardzo refleksyjnie, melancholijnie, akompaniując sobie jedynie na gitarze akustycznej. Dopiero po kilku utworach dołączyła gitara elektryczna i basowa, i wówczas muzyka stała się bardziej dynamiczna, choć to jednak wciąż nie były dźwięki i rytmy, które mogą porywać tłumy na miejskich placach.
Nie byłby to też Białystok, gdyby nie próbowano upolitycznić koncertu. Tak, tak, właśnie upolitycznić, bowiem na scenie bezpośrednio przed występem wokalistki, pojawił się Prezydent Miasta (popierany przez lokalną PO) wraz z Anną Komorowską. Oboje wręczali kwiaty przedstawicielom stowarzyszenia promoującego miasto. Zapowiedź konferansjerów o pojawieniu się żony kandydata na prezydenta nie wywołała jednakże wśród zebranych euforii. I jakkolwiek intencje tej wizyty są oczywiste, bo przecież znakomicie jest pojawić się w czasie kampanii prezydenckiej męża bezpośrednio przed występem takiej gwiazdy, to jednak mam wątpliwości czy cel został osiągnięty. Wielu ludzi - sądząc po powściągliwej, a nawet chłodnej reakcji - najwyraźniej odczuwa już zmęczenie takim łopatologicznym politycznym wykorzystywaniem wszystkiego, co się użyć tylko da.
A Susan Vega, cóż, wbrew wszystkiemu dała naprawdę świetny koncert, no i ze swoją delikatną urodą, związanymi z tyłu blond włosami wyglądała wspaniale.
Szykując się do wyprawy do Estonii, jeszcze nieco odległej w czasie, znalazłem taką oto perełkę. Niby nic nowego, bo zespół istnieje od 2007 r., występował na konkursie Eurowizji w Moskwie w 2009 r., ale że nie śledzę tego typu wydarzeń, więc go do tej pory nie znałem, a szkoda, bo znać naprawdę warto. Swoją drogą, jest to znakomita wizytówka Estonii.
Łagodny, melancholijny, ale zarazem przyprawiający o drżenie duszy głos wokalistki - Sandry Nurmasalu, kojące dźwięki skrzpiec i wiolonczeli; jest w tej muzyce tak charakaterystyczna dla krajów nadbałtyckich melancholijna nuta, która występuje także w twórczości litewskich wokalistek - Jurgi, Ievy Narkute, Aliny Orlovej. Słowem, warto posłuchać.
Przeraża mnie perspektywa - być może konieczności - przeniesienia się do Warszawy. To miasto jest mi wciąż obce, nie czuję się dobrze na Mazowszu, ale wschód wyczerpał już chyba swoje wszystkie możliwości. Wolałbym odbyć podróż dużo dalej na północny wschód i osiąść na stałe gdzieś w Wilnie, mieście przyjaznym, "swoim", kojącym, niosącym spokój i umiar, prawdziwą różnorodność i wolność.
Niedzielna podróż, pewnie podświadomie na północ, w stronę Wilna. Nowa dwupasmówka kończy się już przed Katrynką. Tuż po przejechaniu wiaduktu nad torami dawnej kolei petersbursko - paryskiej, wycięte szerokie pasy starych sosen, po obu stronach wąskiej szosy, niedoszłej Via Baltica, droga dziurawa jak sito, w dni powszednie bez ustanku suną tędy ciężkie i ogromne Tiry, w stronę Bałtów i Estów, a może i jeszcze dalej. Tuż przed "Wikingiem" otwiera się prawdziwa, zapierająca dech w piersiach przestrzeń, dolina Supraśli, niegdyś Sprząśli, na horyzoncie czernieje Puszcza Knyszyńska. Wydobywamy się z ciemnego lasu Pietrasze po prawej i rezerwatu Antoniuk gdzieś po lewej, na zalane słońcem otwarte łagodne wzgórza. Latem wzdłuż tej leśnej drogi intensywnie pachną akacje, prawie tak jak na Węgrzech, przy granicy z Ukrainą.
A teraz otwiera się krajobraz litewski, północny, z postrzępionymi wierzchołkami ponad stuletnich świerków i sosen na styku z niebem. Opuszczamy się w dół, by za chwilę wspinać się łgodnie w górę. Jurowce. Baradziej już dzielnica, przedmieście Białegostoku niż dawna, prawdziwa wieś z drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach, z ogrodami gorzko pachnącymi ziołami. Wieś przedzielona barierami dzwiękochłonnymi, zza których wyłaniają się w większości murowane potworki. Śliczne dziewczyny o malinowych ustach czekajace na autobus do miasta, ale to nie rodowite mieszkanki wsi, to dziewczyny "miastowe", jadące do którejś z knajpek w mieście, córki przedstawicieli nieśmiało zaryswoującej się wschodniej klasy średniej. Bujne, falujące, kasztanowe włosy rorzucone zalotnie i niedbale, uśmeichnięte, pewne swojej wartości, raczej miłe. Za Jurowcami zaczyna się już prawdziwa Puszcza. Miejsce, w którym był kiedyś grób partyzanta, któremu nie udało się uciec przed Niemcami, chyba zostało zrównane z ziemią. Miałem może 4 lata, gdy zbierając poziomki z rodzicami, natknęliśmy się na skromny drewniany krzyż zatopiony w liściach paproci i krzakach poziomek w starym sosnowym lesie. Dopiero dużo później napotkana przypadkowo starsza kobiecina opowiedziała nam historię nieszczęsnego partyzanta. Czy ktokolwiek się pofatygował, by przenieść kości nieszczęśnika gdzieś na cmentarz czy krzyż usunięto, a grób zalano asfaltem?
Za Katrynką wiatrołomy na bagnach wzdłuż drogi w tym miejscu na grobli. Później Rybniki, w których ubiegłej wiosny podczas wycieczki rowerowej rodowity mieszkaniec wioski oferował nam zupełnie bezinteresownie swój czas i wiedzę, i chciał nas prowadzić do miejsc, w których ginęli żołnierze AK. Było już jednak późno, umówiliśmy się na inny termin.
Dalej już tylko Przewalanka na skraju Puszczy i znowu otwarta przestrzeń, zalane słońcem łagodne wzgórza, bielone murowane kapliczki przy polnych drogach, odchodzących od ruchliwej ponad miarę szosy. Zjeżdżamy w lewo, na zachód, w stronę Jasionówki, przez położoną na stoku wzgórza Dobrzyniówkę, kilomter może dwa za wioską, na skraju lasu dostrzegamy murowaną kapliczkę zwieńczoną krzyżem. Inskrpypcja informuje, że w tym miejscu zginął śmiercią tragiczną w 1941 r. Stanisław Borys, 22 - letni chłopak, który prosi o trzy Zdrowaś Mario. Nad inskrypcją zdjęcie - pogodna, pociągła twarz młodego mężczyzny o dużych, ufnych oczach. Miejsce tajemnicze, otulone starymi sosnami, ze wzgóza roztacza się widok na skraj Puszczy i nieodległą wieś o nazwie Kujbiedy. Zza wierzchołka wzgórza unosi się dym z komina. Niemal naprzeciw kapliczki, po drugiej stronie wąskiej asfaltowej drogi, na skraju pola stoi niemal dwumterowy żeliwny krzyż na kamiennym postumencie z łacińską inskrypcją: "O crux ave spes unica salve nos ab omni malo", pod nią data - 1907.
A w drodze powrotnej już tylko kojące granie Marcina Kydryńskiego, kojarzące mi się nieodmiennie z odkrywanymi w ubiegłym roku średniowiecznymi grodziskami Bałtów albo Słowian w nieodelgłej Aulakowszczyźnie, Milewszczyźnie czy Trzciance. Kto by przypuszczał, że te pofałdowane łagodnie krajobrazy, sosnowe zagajniki będą tak zgodnie współbrzmieć z fado, z muzyką z Somalii, Wysp Zielonego Przylądka. Ten sam spokój, ta sama melancholia, ta sama nadzieja.
Przeczucie mnie nie myliło. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, okropny zimowy dzień, pod wieczór zaczyna padać marznący deszcz, najpierw drobinki czstego lodu tłuką w okna, a później czuję je na swojej twarzy. Przed godziną 17 stajemy przed sceną. Przeczucie, o którym mowa na początku podpowiadało mi, że zespół młodych sympatycznych ludzi z Białorusi o nazwie - Nagual, może być najbardziej interesującą grupą tego dnia. Gitara, gitara basowa, perkusja, bębny, cymbały, klarnet, kolorowe stroje, co najmniej dwóch panów wyglądających jak rastamani. Zaczynają grać, ostro, pankowo, rave'owo, trochę w tym folku, etno, dance, transu, słowem interesujące brzmienie. Że muzyka białoruska jest wyjątkowo świeża, żywa, poszkująca i niezmiernie ciekawa miałem okazję przekonac się słuchając białoruskich stacji radiowych w czasie wojaży po Litwie. Podczas podróży po Podlasiu chętnie natomiast słucham Radia Racja, które w samochodzie odbieram jeszcze do Łomży. Słuchając Radia Racja odnoszę wrażenie, że mogłoby ono grać cały dzien muzykę białoruską i repertuar nie zostałby wyczerpany, nie wiem czy byłboy to możliwe z polską muzyką. Pomiajm już to, że złapanie itneresującego polskeigo radia graniczy z cudem. RMF FM, Zet, ESKA, ESKA ROCK, i tym podobne brzmią niemal identycznie, te same zdarte hity, nieciekawy pop, pseudo rock, nudny dance, drętwe gadki i żarty prowadzących, sensacyjne newsy, muzyki dobrej jak na lekarstwo, w zasadzie w ogóle się nie trafia. Klasę trzyma jeszcze Trójka, Radio Euro - ale to akurat nie wszędzie ma zasięg.
Wracając do występu zespołu Nagual - młodzi ludzie zaczynają ostro, tanecznie, z każdą minutą rozgrzewając publiczność coraz bardziej, pod sceną formuje się nawet grupa tańczących, mnie z kolegą aż korci, by się do nich dołączyć, ale 33 - latkowie, to już przecież staruszkowie, którzy do obijających się nastolatków i dwudziestokilkulatków już raczej nie dołączą. Te czasy minęły bezpowrotnie, a szkoda, wielka szkoda...
Informacja ze strony zespołu: "Pierwsze o czym chciałoby się wspomnieć, to zmiany w muzyce: drive, trans, taneczne rytmy, połączenie world music z pierwotną energią punka, to jest od kameralnej etno - awangardy przeszliśmy do błotnego, bagiennego punka. (...) Dlaczego bagienny punk? Po długich rozważaniach wydaje się nam, że korzenie naszej muzyki tkwią w bagnach. Bagno to taka bezdenna siła, gęsta i bajkowa. W naszej świadomości, we krwi wiele bagna. Ciągnie nas na nie szczególnie jesienią tak, jak ptaki odlatujące na południe.
Mamy i ojcowie rodzili nas, a babcie i dziadkowie prowadzali do lasu, uczyli jak odróżnić pomidora od ogórka, i jak nie spaść z ogona ducha bagien, dlatego nasza pieśń potrafi latać. I wszyscy oni uczyli nas kochać.
Sami wymyślamy nasze pieśni i robimy taki folklor, jaki nam wychodzi, ale nie bez udziału światowego dziedzictwa. Mamy jednak swój własny język, zrozumiały bez konieczności tłumaczenia. Tak - mówią - śpiewa serce, śpiewa flora i fauna."
Muzycy nie tylko tworzą interesującą muzykę, ale też znakomicie poruszają się na scenie. Tańczący klarnecista, tańcząca od czasu do czasu sympatyczna cymbalistka i radosny wokalista wprowadzają taką atmosferę, że nawet pomimo paskudnej pogody - marznący deszcz przeszedł w międzyczasie w deszcz ze śniegiem - sami odczuwamy nieprzepartą potrzebę tańca. Wokalista w przerwach między utworami zachęca tych, któzy jeszcze nie dołączyli do skaczącej pod sceną grupy młodych ludzi, do tańca, bez większego jednak efektu.
Z każdym utworem w muzyce pojawia się coraz wyraźniejszy bit, więcej transu, cymbały stają się coraz dźwięczniejsze; pobrzmiewają w niej momentami echa białoruskiej muzyki ludowej, gitarowe riffy przypomniają nieco litewski zespół Żalvarinis, kolega doszukuję się w nich wpływów Red Hot Chili Peppers.
Występ nie trwał dłużej niż 45 minut, wlał jednak w nas tyle energii, że czuję ją w sobie jeszcze dziś.
Deszczowe Boże Narodzenie, leje jak z cebra, na plus trzeba zaliczyć mimo wszystko to, że jest ciepło, a deszcz przypomina bardziej deszcz wiosenny niż późnojesienny. Termometr wskazuje niemal 9 stopni Celsjusza. Mam w zasadzie dwie drogi do wyboru - na północ bądź na południe, dwa moje ulubione kierunki. Północ urzekała mnie około dwóch lat temu swoim litewskim krajobrazem i nastrojem - pofałdowany melancholijnie teren, Puszcza Knyszyńska, sosnowe zagajniki w dolinach i na szczytach łagodnie wznosących się i opodających wzgórz, drewniana w większości zabudowa wsi - zgrabne, przytulne domki o dwuspadowych dachach, niektóre jeszcze ze zdobieniami, w których etnografowie doszukaliby się pewnie wpływów litewskich. Starsi mieszkańcy tych wiosek do tej pory władają białoruskim dialektem, ale mało prawdopodbnym jest to, że do przybyszów z miasta odważą się przemówić w tym języku, co innego w gronie rodzinnym, bliskich osób, sąsiadów. Wioski wyłącznie katolickie - w przeciwieństwie do kierunku południowego. Przy drogach kilkumetrowe smukłe, niekiedy zmurszałe drewniane krzyże, czasem krzyże żeliwne wieńczące kamienne kapliczki.
Wyjazd z Białegostoku tuż za "Wikingiem" może z powodzeniem stanowić wizytówkę regionu, oddany ledwie kilka dni temu do użytku. Solidna dwupasmówka, niemal jak droga ekspresowa, rozjazdy, mosty, i tak aż lub tylko do Katrynki. Dalej już ta sama asfaltówka co przed laty, o wyżłobionych koleinach, którą dziś wyjątkowo fatalnie się jedzie - w zagłębieniach hektolitry wody, którą wzbijają jadące z naprzeciwka tiry, jedynym wyjściem pozostaje włączenie największej prędkości wycieraczek. W Puszczy zalega jeszcze śnieg, szary, brudny, sukcesywnie topinoy przez ciepły deszcz. Próbuję odbić w drogę do Kopiska, ale ta wygląda jak szklanka - śniegu na niej co prawda nie ma, ale lód się jeszcze nie rozpłynął. Postanawiam jechać dalej na północ. Tu puszcza wita mnie mgłą gęstą i białą jak mleko, nie widać nie tylko jadących z naprzeciwka samochodów, ale także wierzchołków drzew. Za Przewalanką puszcza się kończy. Korci mnie, by pojechać do Korycina, ale to jednak prawie 40 km od Białegostoku, a chcę jeszcze wrócić za widna. Dojeżdzam do drogi na Brody, ta jest jednak również oblodzona. Chciałem dojechać do wsi znanej mi w zasadzie tylko i wyłącznie z pewnej rozmowy telefonicznej z mamą niepełnosprawnego chłopca, utrzymującego kontakt ze światem głównie za pośrednictwem Internetu. Rzadko zdarza się spotykać ludzi tak dobrych, troskliwych i pogodzonych z losem, jak ta kobieta. Dobroć, opiekuńczość, ciepło płynęły z każdego wypowiedzianego przez nią słowa, jak balsam dla duszy. Nie ma jednak rady, ze względu na gładki lód jestem zmuszony zawrócić. Cofam się nieco w stronę Białegostoku, w prawo droga prowadzi do Jasionówki przez Dobrzyniówkę, wąska asflatówka, ale bez śniegu i nie oblodzona. Dopiero w sosnowym zagajniku pojawia się ubity śnieg, który do końca nie roztajał. Nie ma jednak meijsca do nawrócenia, trzeba jechać dalej, lasek zaraz się kończy, na wzniesieniu przede mną widnieją zabudowania Dobrzyniówki, malutkiej, urokliwej wioski. Zanim do niej dojadę moją uwagę przykuje żeliwny krzyż wieńczący kamienny postument. Kapliczka stoi w odległości około 10 metrów od szosy, w szczerym polu, nie na rozstaju dróg, nie na skrzyżowaniu, lecz w polu. Bez wątpienia musi coś upamiętniać. Wysiadam z samochodu, podchodzę bliżej, oglądam ją z każdej strony, kamienny postument jest mokry, trudno się na nim dopatrzeć jakichkolwiek inskrypcji, żadnych zagłębień, żadnych żłobień - możliwe, że zostały zatarte przez deszcze, śniegi, słońce i wiatry. Dziś się niczego o kapliczce nie dowiem, ale postanawiam tu wrócić jeszcze wielokrotnie. W strugach ciepłego deszczu, zanim wsiądę do samcohodu wykonuję jeszcze kilka telefonów z zaległymi życzeniami. Aż się nie chce wracać do domu, mimo paskudnej przecież pogody. Ludzie z przejeżdżajacych samochodów przypatrują mi się ze zdziwieniem. Czas jednak na powrót. Ostatni rzut oka na piaskową drogą umykającą w stronę sosonowego zagajnika, prowadzącą nie wiadomo dalej dokąd. A w samochodzie przez przypadek trafiam w "Trójce" na koncert Kasi Pumy Piaseckiej wykonującej przepiękne kolędy i pastorałki. Słowem rewelacja! Nie śpiewałem wczoraj kolęd z rodziną, to dziś śpiewam je sam w samochodzie.
Jedyną jaką udało mi się znaleźć na youtube dzielę się poniżej: