Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język białoruski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język białoruski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 grudnia 2009

Krótka Bożonarodzeniowa podróż

Deszczowe Boże Narodzenie, leje jak z cebra, na plus trzeba zaliczyć mimo wszystko to, że jest ciepło, a deszcz przypomina bardziej deszcz wiosenny niż późnojesienny. Termometr wskazuje niemal 9 stopni Celsjusza. Mam w zasadzie dwie drogi do wyboru - na północ bądź na południe, dwa moje ulubione kierunki. Północ urzekała mnie około dwóch lat temu swoim litewskim krajobrazem i nastrojem - pofałdowany melancholijnie teren, Puszcza Knyszyńska, sosnowe zagajniki w dolinach i na szczytach łagodnie wznosących się i opodających wzgórz, drewniana w większości zabudowa wsi - zgrabne, przytulne domki o dwuspadowych dachach, niektóre jeszcze ze zdobieniami, w których etnografowie doszukaliby się pewnie wpływów litewskich. Starsi mieszkańcy tych wiosek do tej pory władają białoruskim dialektem, ale mało prawdopodbnym jest to, że do przybyszów z miasta odważą się przemówić w tym języku, co innego w gronie rodzinnym, bliskich osób, sąsiadów. Wioski wyłącznie katolickie - w przeciwieństwie do kierunku południowego. Przy drogach kilkumetrowe smukłe, niekiedy zmurszałe drewniane krzyże, czasem krzyże żeliwne wieńczące kamienne kapliczki.

Wyjazd z Białegostoku tuż za "Wikingiem" może z powodzeniem stanowić wizytówkę regionu, oddany ledwie kilka dni temu do użytku. Solidna dwupasmówka, niemal jak droga ekspresowa, rozjazdy, mosty, i tak aż lub tylko do Katrynki. Dalej już ta sama asfaltówka co przed laty, o wyżłobionych koleinach, którą dziś wyjątkowo fatalnie się jedzie - w zagłębieniach hektolitry wody, którą wzbijają jadące z naprzeciwka tiry, jedynym wyjściem pozostaje włączenie największej prędkości wycieraczek. W Puszczy zalega jeszcze śnieg, szary, brudny, sukcesywnie topinoy przez ciepły deszcz. Próbuję odbić w drogę do Kopiska, ale ta wygląda jak szklanka - śniegu na niej co prawda nie ma, ale lód się jeszcze nie rozpłynął. Postanawiam jechać dalej na północ. Tu puszcza wita mnie mgłą gęstą i białą jak mleko, nie widać nie tylko jadących z naprzeciwka samochodów, ale także wierzchołków drzew. Za Przewalanką puszcza się kończy. Korci mnie, by pojechać do Korycina, ale to jednak prawie 40 km od Białegostoku, a chcę jeszcze wrócić za widna. Dojeżdzam do drogi na Brody, ta jest jednak również oblodzona. Chciałem dojechać do wsi znanej mi w zasadzie tylko i wyłącznie z pewnej rozmowy telefonicznej z mamą niepełnosprawnego chłopca, utrzymującego kontakt ze światem głównie za pośrednictwem Internetu. Rzadko zdarza się spotykać ludzi tak dobrych, troskliwych i pogodzonych z losem, jak ta kobieta. Dobroć, opiekuńczość, ciepło płynęły z każdego wypowiedzianego przez nią słowa, jak balsam dla duszy. Nie ma jednak rady, ze względu na gładki lód jestem zmuszony zawrócić. Cofam się nieco w stronę Białegostoku, w prawo droga prowadzi do Jasionówki przez Dobrzyniówkę, wąska asflatówka, ale bez śniegu i nie oblodzona. Dopiero w sosnowym zagajniku pojawia się ubity śnieg, który do końca nie roztajał. Nie ma jednak meijsca do nawrócenia, trzeba jechać dalej, lasek zaraz się kończy, na wzniesieniu przede mną widnieją zabudowania Dobrzyniówki, malutkiej, urokliwej wioski. Zanim do niej dojadę moją uwagę przykuje żeliwny krzyż wieńczący kamienny postument. Kapliczka stoi w odległości około 10 metrów od szosy, w szczerym polu, nie na rozstaju dróg, nie na skrzyżowaniu, lecz w polu. Bez wątpienia musi coś upamiętniać. Wysiadam z samochodu, podchodzę bliżej, oglądam ją z każdej strony, kamienny postument jest mokry, trudno się na nim dopatrzeć jakichkolwiek inskrypcji, żadnych zagłębień, żadnych żłobień - możliwe, że zostały zatarte przez deszcze, śniegi, słońce i wiatry. Dziś się niczego o kapliczce nie dowiem, ale postanawiam tu wrócić jeszcze wielokrotnie. W strugach ciepłego deszczu, zanim wsiądę do samcohodu wykonuję jeszcze kilka telefonów z zaległymi życzeniami. Aż się nie chce wracać do domu, mimo paskudnej przecież pogody. Ludzie z przejeżdżajacych samochodów przypatrują mi się ze zdziwieniem. Czas jednak na powrót. Ostatni rzut oka na piaskową drogą umykającą w stronę sosonowego zagajnika, prowadzącą nie wiadomo dalej dokąd. A w samochodzie przez przypadek trafiam w "Trójce" na koncert Kasi Pumy Piaseckiej wykonującej przepiękne kolędy i pastorałki. Słowem rewelacja! Nie śpiewałem wczoraj kolęd z rodziną, to dziś śpiewam je sam w samochodzie.

Jedyną jaką udało mi się znaleźć na youtube dzielę się poniżej:



piątek, 14 marca 2008

O odwadze

W wolnych chwilach czytam dziś "Czasopis" - białoruskie czasopismo społeczno - kulturalne, a w nim także teksty w języku białoruskim. Tylko w ten sposób jestem w stanie nauczyć się języka białoruskiego. W ten sam sposób uczę się słowackiego i szlifuję angielski i rosyjski - czytając prasę, czasopisma, książki w tych właśnie językach.

Dziś akurat trafiłem na artykuł Sokrata Janowicza, którego niezmiernie szanuję, to właśnie między innymi za sprawą jego książek poznawałem prawdziwą historię wielonarodowego i wielokulturowego Podlasia.

Bez większych problemów przeczytałem felieton Janowicza napisany w języku białoruskim, nie rozumiałem jedynie nielicznych słów. Ale od rozumienia do umiejętności mówienia czy pisania w języku obcym długa jeszcze droga. Przyjdzie jednak czas i na pozostałe umiejętności.

Sokrat Janowicz pisze o współpracy z SB Eugeniusza Czykwina - posła SLD, który gorliwie zaprzecza stawianym mu zarzutom. Miał być zarejestrowany pod pseudonimami "Izydor" i "Wilhelm" i współpracować z SB od 1970 roku, czyli od roku, w którym Sokrat Janowicz swoją współpracę ze służbami komunistycznymi zakończył. Janowicz do swojej niechlubnej karty w życiorysie przyznał się, Czykwin wytrwale i z uporem jej się wypiera.

Janowicz zwraca uwagę, że jego wstydliwą przeszłością lokalne media chętnie się zajmowały, natomiast nad sprawą Czykwina nie pochylają się z tak wielkim zainteresowaniem. Janowicz składa to na karb lęku lokalnych mediów przed wpływami posła SLD. I jak znam rzeczywistość tutejszą pewnie tak jest. Będąc posłem SLD Czykwin ma na tyle mocną pozycję,że dziennikarze sami z siebie wiedzą o tym, że jego sprawą nie warto się zanadto dociekliwie zajmować, bo można na tym tylko stracić. A jeśli tego nie wiedzą, to zapewne uświadomią im to ich naczelni.

Zemsta może przybrać różnorodną postać, nie warto się zastanawiać jak mogłaby wyglądać, za pewnik można jednak przyjąć, że w tym mieście wzajemnych powiązań, kolesiów, koleżanek i innych zależności, koniunkturalizmu, konformizmu, jakaś kara niepokornego dziennikarza, a nawet całą gazetę czy inne medium mogłaby spotkać.

Najbardziej zadziwiło mnie natomiast kilka stwierdzeń Sokrata Janowicza, w których odważnie wyznaje, że wielu Białorusinów popierało komunistyczny reżim, w tym działania SB, wielu też pracowało w SB. "Wielu" nie znaczy wszyscy, nie oznacza nawet większości. Ale dajmy pokój liczbom, nie w tym rzecz, by dokładnie co do jednego wyliczyć ilu Białorusinów wspierało, a ilu pracowało w UB, a później w SB. Liczy się sam fakt przyznania do tej ponurej prawdy ze strony jednego z najważniejszych przedstawicieli białoruskiej elity w Polsce.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...