Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatarzy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Jasionówka. Powrót

Do Jasionówki chętnie wracam ze względu na jej melancholijną atmosferę i malownicze położenie. Cisza, spokój, senny rytm osady, nieliczni ludzie wędrujący do kilku sklepów na zakupy - w sklepach obsługa jest miła, więc jeśli nie ma pracy, a dzien w domu niemiłosiernie się dłuży, to nie ma nic lepszego niż wyjście do ludzi, można z kasjerką albo właścicielką nawiązać choćby krótką rozmowę.

Jasionówka usytuowana jest na łagodnych wzgórzach. Najpiękniej wygląda ze wzgórza na wschodnik skraju osady, na którym w XVI w. stanął dwór, z początku rusko-litewskiego rodu Kurzenieckich, którzy Jasionówkę otrzymali, jako nadanie królewskie za wierną służbę od Zygmunta Augusta. Akt nadania sporządzony został w języku ruskim: "Od młodos'ti liet swoich buduczi na dworie naszom hospodarskom". Prawdopodobnie już wówczas Jasionówka istniała jako osada, założona przez Jaćwingów. Niewykluczone zatem, że wśród dzisiejszych mieszkańców, część z nich stanowią potomkowie tego walecznego bałtyjskiego ludu. Wraz z lokacją miasta pojawili się w Jasionówce Żydzi, którzy w drugiej połowie XIX w. i w latach 30-tych wieku XX stanowili niemal 70 % mieszkańców miasteczka. Około XVIII w. osiedlili się tu także Tatarzy. W międzywojniu jedną z ulic, zamieszkiwaną głównie przez nich, nazywano Tatarską. Ostatnie rodziny tatarskie opuściły jednak Jasionówkę na początku lat 80-tych ubiegłego wieku. Mieszkańcy pytani o Tatarów, wypowiadają się o nich z wielkim szacunkiem i niekłamanym smutkiem, bo to przecież dobrzy sąsiedzi byli.

Czwartek był pochmurny, deszczowy, szary, ponury, w niczym nie przypominający ostatnich dni lipca. Mnóstwo wiatrołomów w lesie między Dobrzyniówką a Czarnymstokiem. Z krajobrazu zniknął także drewniany krzyż, stojący na wzgórzu w połowie drogi między obiema wioskami. Kiedyś, gdy go fotgrafowałem, mężczyzna orzący pole traktorem, zjechał z niego i zatrzymał mnie, by opowiedzieć historię owego krzyża, na tyle, na ile ją pamiętał. Już miałem odjeżdżać w ostatniej chwili zauważyłem w tylnym lusterku, że macha do mnie ręką. Zatrzymałem samochód, wysiadłem i wysłuchałem krótkiej opowieści o drewnianym, zmurszałym krzyżu postawionym przez dziadka mężczyzny około 1945 r. Na sam koniec podaliśmy sobie ręce, uścisnął mocno moją dłoń. Jeszcze chwilę porozmawialiśmy o współczesności i wróciliśmy do swoich światów. Teraz domyśliłem się dlaczego nie mogłem wypatrzeć jeszcze wyższego, drewnianego krzyża ustawionego przy drodze tuż po skręcie z szosy augustowskiej w stronę Dobrzyniówki. Żal tych dostojnych, smukłych świadków historii, nieodłączonych elementów podlaskiego krajobrazu.

Tym razem w Jasionówce ludzi jest jeszcze mniej niż zazwyczaj, po kilku minutach nawet solidne parasole nie są w stanie osłonić nas przed deszczem. Schornienia szukamy w kruchcie kościoła, by nie przemoknąć do suchej nitki. Pierwszy kościół w Jasionówce ufundowali Kurzenieccy, z początku drewniany, ale zniszczyli go Szwedzi w czasie potopu. Tuż po potopie został odbudowany, już jako murowany, choć jego obecny kształt został mu najwyraźniej nadany po licznych przebudowach w XIX i początkach XX wieku. Stoi na usypanym ludzką ręką wzniesieniu. Może było to kiedyś grodzisko? Ze wzgórza roztacza się piękny widok na drewnianą w większości zabudowę tego dawnego miasteczka, które utraciło prawa miejskie. Od strony północno zachodniej u stóp wzniesienia wije się krótka, wąska, brukowana, pełna uroku uliczka Kościelna. Nie przejedzie nią żaden samochód, ani furmanka, co najwyżej rower.

Woda przestaje lać się z nieba, zaczyna padać deszcz, miarowo, spokojnie, można wyruszyć dalej. W budnyku, który niegdyś był prztystankiem autubusowym, czymś na kształt dworca, mieści się obecnie sklep z używaną odzieżą. Teraz jest zamknięty, w oknie siedzą karnie w rzędzie stare, wyszarzałe pluszaki, prawdziwe przytulanki, jak z mojego dzieciństwa. Na dawnym rynku nie ma żywej duszy. W zielonym, piętrowym budynku mieści się bank spółdzielczy, bodaj fryzjer i dwa sklepy, dalej, nieco wyżej, bo północna pierzeja rynku wznosi się łagodnie, ulokował się Urząd Gminy, a w nim między innymi biblioteka i coś w rodzaju izby pamięci, będącej - miejmy nadzieję - zaczątkiem muzeum.

Zmierzamy w stronę wzgórza dworskiego. Przy ogrodzeniu jednego z domostw, starych, drewnianych, stoi staruszek, opierając się o drewniane sztachety płotu, melancholijnie wpatruje się w ulicę, którą z rzadka przejeżdżają samochody, jeszcze rzadzej rowerzysta, obok przechodzi młoda mama z najwyżej dwuletnim szkrabem. Mężczyzna chętnie nawiązuje rozmowę. Z początku, stoicko pogodzony ze światem, któremu jednak nie wieszczy nic dobrego, stwierdza, bez złości, że ludzie z każdym rokiem, jakby coraz gorsi. Syn pracuje w mieście, nie mieszka Jasionówce, ale gdzieś przy granicy. Pozostały mu jedynie rozmowy z sąsiadami.

- A przed wojną ojciec mój miał poważanie u Żydów. Przychodzili do niego do domu, przesiadywali godzinami. Szanowali ojca, bo znał ich język (najpewniej jidysz).

A jak Armia Czerwona wkroczyła to młodzi Żydzi i Polacy z Jasionówki w pięknej murowanej synagodze urządzili zabawę. Tylko bogobojni starcy krążyli pod oknami i wychodzących z bezczeszczonego Domu Boga przestrzegali:

- Przyjdzie na was kara. Przyjdzie...

Niemcy w styczniu 1943 r. wywieźli wszystkich Żydów na stację do Białegostoku, a stamtąd do Treblinki. Później chodzili z miotaczami ognia i palili wszystko wokół. Z synagogi nie pozostał kamień na kamieniu.

- Tu gdzie ten zielony dom - pokazuje skinieniem głowy - przez ulicę, stała ta synagoga.

- A do dawnego dwrou to już niedaleko macie. W nim jeszcze do niedawna szkoła była, teraz pusty stoi. Młodzi do miasta wyjeżdżają. Pracy nie ma, w mieście zresztą też, to i dalej do Londynu jadą.

Dawny dwór, już w ogóle dworu nie przypomina, przebudowywany co najmniej kilkakorotnie w XIX w., w międzywojniu i po wojnie, zatracił wszystko, co architektonicznie mógł mieć niegdyś do zaprezentowania. Szkoła przeniosła się natomiast kilka lat temu do nowo wybudowanego budynku, oddzielonego od starej szkoły wiekowymi drzewami. Zachowały się też dawne czworaki, częściowo jako pomieszczenia gospodarcze, częściowo mieszkalne. W mieszkających w nich ludziach nie widać agresji, frustracji, mijani nawet się uśmiechają.

Deszcz przestał padać, na moment zza chmur wyjrzało słońce, na boisku do siatkówki pojawiło się trzech nastolatków z piłką, znowu zaczyna się chmurzyć, ale jeszcze nie pada.











































 

poniedziałek, 14 marca 2011

Suchowola. Tropem Jaćwingów i nie tylko.

Miała to być sobotnia wyprawa do Suchowoli, w celu odwiedzenia knajpki serwującej potrawy kuchni tatarskiej. Na miejscu jednak powitał nas wyszarzały arkusz papieru naklejony w oknie przy drzwiach, zawierający niezbyt dobrą dla nas informację, że od października do kwietnia punkt gastronomiczny jest nieczynny, a przyjmuje jedynie zamówienia indywidualne i grupowe telefonicznie. Zamieniliśmy więc naszą wycieczkę kulinarną w krajoznawczą, zresztą nie tyle zamieniliśmy, bo mieliśmy w zamiarach połącznie jednej z drugą, co rozserzyliśmy część krajoznawczą.

Suchowola miała być osadą założoną jeszcze przez Jaćwingów, na co wskazywałaby jej pierwotna nazwa - Suchaja Jaćwieź. Czy rzeczywiście tak było, dziś nie sposób tego stwierdzić. Dysponujemy zbyt wątłą wiedzą na ten temat, by wysnuwać jakieś kategoryczne wnioski, nie starcza informacji ani w źródłach pisanych, ani też guntownych badań archeologicznych, na które jak zwykle brakuje funduszy, tak więc ta odleglejsza historia miasteczka siłą rzeczy musi tonąć w mrokach niepamięci. Możemy jedynie snuć przypuszczenia na podstawie dostępnych, niestety ubogich źródeł.

Wedle jednych teorii Jaćwingowie nie zamieszkiwali terenów na południe od rzeki Biebrzy, wedle innych ich terytoria miały rozciągać się aż po Bug, gdzieś w okolicach Drohiczyna i Mielnika, ale to już są hipotezy z pogranicza fantastyki i baśni; jeszcze inne zakładają, że granice ziem jaćwieskich sięgały rzeki Narwi.

Z pewnością tereny pogranicza mazowiecko - krzyżacko - rusko - litewskiego nie sprzyjały w średniowieczu stałemu osadnictwu. Nieustające walki o coraz to nowe terytoria, wyprawy łupieżcze, nie czyniły tych ziem idealnym miejscem do zamieszkania. Świadczyć o tym mogą zniszczone średniowieczne grodziska w nieodległej Trzciance, Aulakowszczyźnie, Milewszczyźnie czy Zamczysku. Nie można jednak wykluczyć, że jakaś część Jaćwingów uciekajacych przed krzyżackimi rejzami osiedliła się właśnie tu, na południe od rzeki Biebrzy, która płynie tuż za północnymi rogatkami Suchowoli.

Z czasem pojawili się tu także ruscy osadnicy z okolic Grodna, oraz litewscy z samej Żmudzi. Ci pierwsi wyznania prawosławnego, ci drudzy wyznania katolickiego, co tłumaczyłoby obecność cerkwi prawosławnych oraz kościołów katolickich na tym terenie. Z tym, że cerkwie prawosławne z czasem zamieniono na unickie, a po kasacie Unii Brzeskiej w 1839 r., unitów władze carskie siłą nawróciły na prawosławie, a ci z kolei po wydaniu ukazu tolerancyjnego przez cara Mikołaja II w 1905 r. nie mogąc wrócić do wiary swoich przodków (bo Cerkwi Unickiej nie przywrócono) przechodzili na katolicyzm. Do tej pory jednakże jeszcze gdzieniegdzie w okolicach Suchowoli przetrwały gwary białoruskie, choć żadna z władających nimi osób, nie nazwie siebie Białorusinem, a taka sugestia ze strony kogoś z zewnątrz, może nawet wywołać oburzenie i obrazę (przyczyny tego stanu rzeczy są zandto skomplikowane, by opisać je w krótkim artykule, ale jak to na pograniczu zwykle bywa swoje źródło mają w trudnej historii).

W XVIII wieku, dla wzbogacenia mozaiki kulturowej, etnicznej i relignej pogranicza, w Suchowoli i jej okolicach pojawili się także Tatarzy:

"Po rozbiorach Suchowola i otaczające ją wioski znalazły się w granicach zaboru pruskiego. W 1796 roku w wyniku umowy prusko-tatarskiej utworzono w Suchowoli pułk tatarski liczący ponad 270 osób, a w listopadzie tego roku zdecydowano o osiedleniu w mieście 45 rodzin tatarskich. Tatarzy suchowolscy otrzymali 27 włók ziemi w Połominie, 18 w dobrach Kumiała i 18 w dobrach Dubasiewszczyzna." ("Dzieje wsi Czerwonka" Monika Kresa, w "Gwary polskie. Przewodnik multimedialny pod redakcją Haliny Karaś").

Warto dodać, że nieliczni potomkowie Tatarów mieszkają w Suchowoli do dziś. Zainteresowani mogą nawet skorzystać z gościny w Muzułmańskim Domu Parafialnym bądź to w postaci noclegów, bądź posmakować potraw kuchni tatarskiej.



Żeliwny krzyż przed kościołem w Suchowoli.





Zabytkowy drewniany dom w Suchowoli, stojący tuż przy ruchliwej drodze przelotowej do granicy z Litwą, niedzoszłej trasie Via Baltica, rozjeżdżanej codziennie przez tysiace TIRów, które na obszarze zabudowanym nigdy, ale to nigdy nie zwalniają, lecz przy pełnej prędkości przejeżdżają przez mijane wioski, osady, miasteczka. Nie sposób pojąć dlaczego władze publiczne od kilkunastu lat nie są w stanie uporać się z tym problemem.



Kościół pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła, który został wybudowany w 1885 r.





Pomnik księdza Jerzego Popiełuszki na rynku w Suchowoli. Ksiądz Popiełuszko urodził się w pobliskich Okopach, a w tutejszym liceum pobierał naukę.


Oczywiście, historia Suchowoli byłaby niepełna, gdyby nie wspomnieć o tutejszych Żydach, ale i w tej sprawie oddajmy głos Pani Monice Kresie:
"Na przełomie XVI i XVII wieku zaczęli osiedlać się tutaj Żydzi. Ponieważ Suchowola stawała się w owym okresie znaczącym ośrodkiem usługowo-handlowym, Żydzi mieli doskonałe warunki do rozwoju swojej działalności. Przez następnych kilka wieków zaaklimatyzowali się tutaj na tyle, że stanowili ważny element narodowościowy wsi, a następnie miasta. Jeszcze lepsze warunki osiedlającym się tu Żydom stworzył dokument króla Augusta II Sasa z 1698 roku, na mocy którego ludność wyznania mojżeszowego mogła już nie tylko osiedlać się w Suchowoli, lecz także budować i prowadzić kramy, zbudować bożnicę, założyć własny cmentarz oraz otworzyć szkołę. Dokument ten miał na celu pobudzenie zniszczonego wojnami polsko-szewdzkimi handlu i rozwój gospodarczy, na który Żydzi trudniący się właśnie handlem, a nie uprawą roli, mieli ogromny wpływ. W 1747 roku została wybudowana słynna synagoga suchowolska, która swoim wyglądem przypominała bożnicę grodzieńską. (...)

Hitlerowcy wkroczyli do miasta 7 września 1939 roku, sowieci przemaszerowali tędy 17 dni po nich. Ze względu na ogromną liczbę Żydów zamieszkujących Suchowolę w mieście stworzono getto, w którym zamknięto mieszkańców wyznania mojżeszowego z Suchowoli i okolic. W 1942 roku rozebrano i spalono słynną suchowolską synagogę. Po wojnie częściowo wyludniona i znacznie zniszczona Suchowola utraciła prawa miejskie. Odzyskała je dopiero w 1997 roku."

(Monika Kresa, "Dzieje wsi Czerwonka", w: "Gwary polskie. Przewodnik multimedialny pod redakcją Haliny Karaś).

Warto też wspomnieć, że Suchowola w 1775 r. została uznana przez astrologa i kartografa królewskiego - Szymona Antoniego Sobiekrajskiego za geograficzny środek Europy. Z tym, że wziąwszy pod uwagę fakt, iż zapewne każdy z nas słyszał już o co najmniej kilku podobnych "środkach Europy", położonych w różnych miejscowościach, a nawet różnych krajach, to warto odnosić się do wyliczeń kartografów z pewnym sceptycyzmem.

A z samej Suchowoli mamy już ledwie kilka kilometrów do wsi Okopy, w której urodził się ksiądz Jerzy Popiełuszko, i w okolicach której ma się znajdować bądź kurhan bądź wczesnośredniowieczne grodziska. Wybieramy się tam więc jeszcze tego samego dnia, ale o tym już w następnym wpisie.


sobota, 17 stycznia 2009

Troki 2008. W poszukiwaniu litewskich Karaimów








Dwa razy udało mi sie odwiedzić Troki w ubiegłym roku. I chyba bym skłamał, gdybym napisał, że byłem ciekaw konfrontacji wspomnień, obrazów, zapamiętanych zdarzeń z pierwszego pobytu w Trokach w bodaj 1988 roku, z wrażeniami z roku 2008. Z pierwszego wyjazdu zachował się obraz tonącego we wrześniowym słońcu jeziora, drogi wiodącej przez ogromny sosnowy las, mgliste wspomnienie jakiegoś nieprzyjemnego sprzedawcy w jedynym otwartym wówczas kiosku, w którym mama kupiła mi książkę o Trokach w twardej oprawie, w języku litewskim, z pięknymi fotografiami. Utkwił mi też w pamięci długi drewniany pomost prowadzący na wyspę z zamkiem z czerwonej cegły, kilka wnętrz i przewodniczka oprowadzająca rosyjskojęzyczną grupę, do której w pewnym momencie się podłączyliśmy. I coś przyjaznego, ciepłego, pobudzającego dziecięcą, a zwłaszcza chłopięcą wyobraźnię, złaknioną walecznych rycerzy i warowni wszelakich.

Wyobraźnia mężczyzny nie jest już taka barwna, żywa, intensywna i niespodziewana. Tym razem byłem dużo bardziej złakniony potraw kuchni karaimskiej, z którą nigdy wcześniej nie miałem do czynienia, niż rycerskich opowieści kryjących się w murach trockiego zamku. Zamek w zasadzie tylko obeszliśmy. Najbardziej byłem ciekaw atmosfery samego miasteczka i wszystkiego tego, co mogłoby się wiązać z Kariamami - interesującym ludem pochodzenia tureckiego wyznającym w gruncie rzeczy judaizm, który osiadł tu za czasów Wielkiego Księcia Witolda.

Pierwszą rzeczą jaką uczyniliśmy, gdy dotarliśmy do Trok w połowie lipca ubiegłego roku było udanie się do kariamskiej restauracji, tuż niedaleko kienesy i muzeum poświęconego Karaimom. Wąską uliczką pnącą się delikatnie w górę wzdłuż brzegu jeziora, zabudowaną z dwóch stron drewnianymi domkami z trzema oknami w szcycie i dwuspadowymi dachami doszliśmy do miejsca, w którym po raz pierwszy miałem zakosztować dań kuchni karaimskiej i delektować się atmosferą drewnianej, niskiej i niebywale urokliwej zabudowy wokół.

Chłodnik karaimski - tak całkowicie odmienny od chłodnika litewskeigo, serwowanego w Wilnie czy gotowanego według receptury babci przez mamę - podała nam około dwudziestoletnia dziewczyna o egzotycznej urodzie - czarnych spiętych bujnych włosach i ni to jasnej, ni to śniadej karnacji, za każdym razem nieśmiało, ale też dumnie wbijająca spojrzenie w stół. Chłodnik był wyśmienity - białej barwy, pikantny, z kawałkami ogórków, szczypiorem, czosnkiem, pietruszką, z kefiru albo naturalnego jogurtu, z dodatkiem zapiekanych ziemniaków.

Drugi przyjazd do Trok, w sierpniu był nieco dłuższy, mieliśmy właściwie pół dnia na kuchnię karaimską, zamek, jezioro, wyspę, muzeum karaimskie, kienesę - gdyby ta choć raz zechciała być otwarta - i cmentarz karaimski.

Tym razem odłączyłem się od kilkuosobowej grupy, z której każdy miał zuepłnie inne oczekiwania wobec Trok, a okazało się, że tylko ja byłem zainteresowany cmentarzem. Najpierw jednak rutualnie przeszliśmy pomostem na wyspę z zamkiem. Była niedziela stąd też wydawało się, że nie ma najmniejszych szans na chwilę wyciszenia. Na pierwszej wyspie przy brzegu starsza, ubogo ubrana kobieta zapraszała nas serdecznie na przejażdżkę łodzią, na której mial wiosłować jej mąż - jeszcze starszy pan, dorabiający pewnie do skromnej emerytury. Nie skorzystaliśmy jednak. Z żalem.

Mimo zgiełku, mimo nieprzebranych tłumów, niemal wydarłem z tego zgiełku chwilę na kontemplację. Tuż przy wejściu na pomost od strony miasta wysoka, szczupła, młoda może 19 - letnia dziewczyna ustawia się z saksofonem i zaczyna grać jazzowe standardy, pięknie, z uczuciem, i choć w dżinsach i prostym tiszercie, ze związanymi w kucyk ciemnymi falującymi blond włosami, wymykającymi się niesfornie z uwięzi, wyglądała jak prześliczna postać ze starych litewskich legend.

Czas jednak nagli, a chcę jeszcze zobaczyć karaimski cmentarz. Ku mej uciesze dziewczyna składa saksofon i kieruje się w stronę miasta. Spokojnie i bez żalu mogę odejść w stronę mostu. Za mostem mam skręcić w lewo, podejść pod górkę i moim oczom ma się ukazać miejsce spoczynku tutejszych Karaimów. Skręcam w lewo w wąską uliczkę, na wszelki wypadek pytam młodą dziewczynę pilnującą prywatnego parkingu na podwórzu czy idę właściwie. Z początku zwracam się do niej po angielsku - pytam w jakim języku możemy rozmawiać - okazuje się, że mówi po polsku. Życzliwie, z uśmiechem wskazuje mi drogę na cmentarz. Jeszcze 100 metrów i jestem na miejscu. Na szczycie wzgórza, z którego roztacza się cudny widok na jezioro i iglasty las. Przez moment - nawet pomimo jeziora w tle - czuję się jak na mizarze w Kruszynianach. To coś tak charakterystycznego w atmosferze dla kresowych cmentarzy tatarskich odnajduję także na cmentarzu karaimksim w Trokach - karłowate, powykręcane sosny, pagórkowaty teren, brak krzyży, kamienne nagrobki - bądź to nieociosane polne kamienie, a raczej głazy, bądź kamienne stelle. Przez uchyloną furtkę wchodzę na teren porośnięty trawą po kolana, poza mną nie ma tu nikogo. Dopiero po chwili pod ogrodzenie cmentarne podjeżdża imponujący dżip, z którego wysiadają trzy osoby - dwóćh mężczyzn i kobieta, wszyscy w średnim wieku, rozmawiają ze sobą w języku litewskim, przygladają mi się z zainteresowaniem choć nie mam karaimskich rysów, czego z kolei nie można powiedzieć o nich. W ich twarzach i posturach znać te tak typowe wschodnie rysy - ciemne włosy, dość śniada karnacja, raczej niewysocy. Brakuje im skośnych oczu, ale łapię się na tym, że nie są przecież Tatarami, choć i w przypadku naszych Tatarów skośne oczy, kruczoczarne włosy, wystające kości policzkowe czy śniada karnacja nie są czymś wcale takim oczywistym. Poza nami nie pojawi się juz do końca naszego pobytu tutaj nikt więcej. Schodzę w dół, w stronę jeziora, tu się zaczynają chaszcze, krzewy, trawa jest wyższa, drzewa iglaste mieszają się z liściastymi, i tu znajduję dużo więcej kamiennych, okazałych nagrobków, słońce do tego miejsca nie dochodzi, kroczę z trudem w cieniu, przedzieram się przez wybujałą letnią roślinność, tylko od strony jeziora dobiegają krzyki turystów kapiących się gdzieś na plaży i pływających łódkami, gdyby nie oni panowałaby tu prawdziwie cmentarna cisza. Ten skarawek także przypomina mi zarośniętą krzewami częśc mizaru w Kruszynianach. Z trwogą spoglądam na zegarek, już na mnie czekają, ale wiem, że tu jeszcze wrócę, juz wkrótce…

MD vel opiekun ogrodów

wtorek, 29 lipca 2008

Powrót z Wilna. Poszukiwanie tożsamości

Ledwie cztery dni, Alytus, Troki, Wilno, Druskienniki. Słoneczny, upalny weekend na Litwie. Wyjazd za granicę, do miejsc, w których mogłem poczuć się jak u siebie. Bynajmniej nie w tym sensie, że Wilno to polskie miasto, bo to przecież bzdura, Wilno jest stolicą Litwy, i jest miastem litewskim, i tak powinno pozostać już na zawsze, ale Wilno to też miasto wielokulturowe, stanowiące dorobek Polaków, Litwinów, Białorusinów, Rusinów czy Rosjan, Żydów, Karaimów. Wilno jest mi duchowo dużo bliższe niż Warszawa, to prawdziwie europejskie miasto w promieniu kilkuset kilometrów od Białegostoku. To do Wilna jadę jak do duchowej stolicy, a do Warszawy, jedynie jako do miasta, w którym trzeba coś załatwić, podpisać umowę, odbyć szkolenie, czasem rozmowę w sprawie pracy. Ot taki duży ośrodek administracyjny, naukowy, kulturowy, który nie ma w sobie najmniejszej siły przyciągania, poza siłą pieniądza.

Wilno siłę przyciągania bez wątpienia ma, pojechałem tam ledwie 2 tygodnie temu, a już w najbliższy piątek znowu tam wracam. I wiem, że będę chciał wracać jeszcze wiele razy. Miasto, w którym można oddychać pełną piersią, płynnie przechodzić z języka polskiego na angielski, rosyjski, i pewnie jeszcze wiele innych, gdybym tylko te inne znał. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie napotkanych turystów, ale przede wszystkim pytanych o drogę i wiele innych rzeczy wilnian.

Miasto na wzgórzach, tonące w zieleni, zalane słońcem, brodzące w deszczu, z błyskawicami i grzmotami rozrywającymi się gdzieś w ołowianym niebie. Cerkiew katedralna nosząca znamiona gruzińskiej architektury cerkiewnej, cerkiew tuż przy Ostrej Bramie, która użyczyła nam schronienia na czas straszliwej burzy, gdzie staliśmy skrępowani nie wiedząc jak się zachowywać w czasie liturgii, zmoknięci wyszliśmy na ciekawskich i przypadkowych turystów - podglądaczy, którzy schronili się jedynie przed deszczem, a przecież i tak mieliśmy do niej zajść, w celach bynajmniej nie utylitarnych.

Kościół przy Ostrej Bramie, i rozbrzmiewający nad nami niebiański dziewczęcy głos, wydobywający się gdzieś z ukrycia, nie mogliśmy się dopatrzeć wykonawczyni pięknej pieśni w języku litewskim. Głos magnetyczny, który nie pozwalał nam wyjść z chłodnego wnętrza w czasie, gdy na zewnątrz lał się żar z nieba, a przecież znowuż nie przyszliśmy do kościoła, by szukać w nim schronienia.

Popiersia Gaona z Wilna w nocnym mieście, odkrywamy je o pierwszej w nocy, wśród ocalałych kamieniczek i wąskich uliczek żydowskiej niegdyś pewnie części miasta. Tylko z lewej wynurza się jakby posowiecka budowla, ale jest noc, więc słabo ją widać.

Trójkątny rynek, we wschodniej pierzei dawny hotel, w którym kiedyś zatrzymał się Dostojewski, z wmurowaną weń tablicą upamiętniającą ten pobyt.

Tablica poświęcona Konstantemu Kalinowskiemu - polsko - białoruskiemu bohaterowi; tablica poświęcona polskiemu chłopakowi - uczniowi gimnazjum, który w czasie powodzi w bodaj 1938 roku uratował żydowskie dziecko z rwącej wody, a sam został porwany przez wezbraną rzekę, która nie oddała go już żywym. Przy tej tablicy, jakbym doznał olśnienia, to przecież esencja ducha, którego być może podświadomie próbowała przekazać mi babcia, a później mama, obie pochodzące hen z kresów za Wilnem.

- Często pytałam mamę skąd wiedziała, że jesteśmy Polakami - tak opowiadała mi z kolei moja mama o babci, gdy ta barwnie rozprawiała o tym, jak biegła witać w roku 1920 polskich ułanów zajmujących Wileńszczyznę. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: - To oczywiste, od moich rodziców.

Co było oczywiste dla mojej babci, dla mnie już takim oczywistym nie jest. Czy można było zachować czystość etniczną na Kresach?

Pamiętam jeszcze z roku 1988, miałem 12 lat, pojechaliśmy po raz pierwszy - i jak na razie wciąż ostatni - w odwiedziny do rodziny na Białorusi, udało nam się też na kilka godzin wpaść do Wilna, gdzie matka chrzestna mojej mamy zapaliła świeczkę na prośbę swego męża - wyznawcy prawosławia; w cerkwi, która podczas mojego ostatniego pobytu przed 2 tygodniami udzieliła nam w czasie burzy schronienia.

Ten duch Kresów sprawia, że odczuwam taką samą więź z Litwinem, Białorusinem, Żydem, Tatarem, Karaimem, jak z Polakiem, a może z tymi pozostałymi, tj. niepolakami więź jeszcze silniejszą...

CDN

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...