Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 stycznia 2023

W stronę północy

Już od dzieciństwa fascynowała mnie północ. Mieszkając na Białostoczku, w wolnym czasie, bez względu na porę roku, ciągnęło mnie do lasu Pietrasze, położonego na górkach porośniętych lasem sosnowym, z rzadka świerkami czy drzewami liściastymi, z licznymi źródełkami. ścieżkami, drogami. Wagary, ogniska, wyprawy rowerowe, zbiórki zuchowskie, później harcerskie, wycieczki zimą z sankami na tak zwaną górę Amazonkę z tajemniczym domkiem kolejarza na szczycie. Tory biegnące w sztucznym wąwozie, ze skarpami z obu stron, przy czym ta z prawej, naprzeciw Amazonki zawsze była ciekawsza, bo wyższa, bardziej piaszczysta, przystępna, z wydeptanymi ścieżkami prowadzącymi na szczyt wzniesienia do ścieżki wiodącej wzdłuż torów. Tajemnicze zakątki pietraskiego lasu, pozostałości dawnej strzelnicy, miejsce egzekucji białostockich Żydów, ale też polskich czy białoruskich mieszkańców Białegostoku, Wasilkowa, później się okazało, że i miejsca egzekucji żołnierzy wojennego i powojennego podziemia. Opowieści starego białostoczanina o carskim oficerze, który będąc pijanym, utopił się gdzieś w bagnie, w pobliżu dzisiejszej fabryki dywanów, wspomnienia o tym, jak osobiście widział białostockich Żydów prowadzonych na rozstrzelanie na Pietraszach. Z góry zwanej Strzelnicą, na której kiedyś rozlokowała się krótka narciarska trasa zjazdowa, rozpościerał się fantastyczny widok na dolinę Suprślanki (Supraśli) w okolicach Wasilkowa, a dalej za nią na postrzępione wierzchołki smukłych, sięgających nieba sosen i świerków Puszczy Knyszyńskiej, już za Jurowcami, Sochoniami. Dalej malownicze Rybniki, Kopisk, Katrynka, Czarna Wieś Kościelna, rezerwat Krzemianka jeszcze wówczas bez drewnianej kładki, z pozostałościami kopalni krzemienia sprzed około trzech tysięcy lat, o których pierwszy artykuł przeczytałem jeszcze w „Świecie Młodych”. Śródleśne polany, będące pozostałościami składnic drewna przy torach kolejki wąskotorowej zbudowanej przez Niemców w czasie pierwszej wojny światowej – wojenny rabunek maszyn, drewna, dzieł sztuki, żywności, czegokolwiek, co tylko dało się wywieźć, wszak to nic nowego.

I ten widok otwierający się w okolicach „Wikinga” na puszczę za Jurowcami, zapierający dech w piersiach. Nasłonecznione łagodne wzgórza, na których rozłożyła się piękna puszcza, i porozrzucane na jej krawędzi domki Jurowiec, Leńc. I tak dalej, jakby bez końca, sięgające nieba drzewa, szemrzące źródełka, leśne rzeczki, drewniane domy w puszczańskich wioskach, kapliczki, krzyże, leśniczówki. Dopiero za Przewalanką otwarta przestrzeń, sosnowe zagajniki już na pagórkach, dalej od szosy, ciemniejące gdzieś na horyzoncie, pola, łąki, pastwiska, wiosną w maju i w czerwcu całe bogactwo dziesiątków, setek odcieni eksplodującej po zimie zieloności, gdzieniegdzie niedziałające już, drewniane wiatraki – koźlaki, jasne wieże neogotyckiego kościoła w Korycinie, trochę dalej od szosy grodziska w Zamczysku, Milewszczyźnie, Aulakowszczyźnie, Grodzisku koło Suchowoli. Cały ten krajobraz falujący, bez płaskiej monotonii, która też może mieć swój urok, choć tu nijak by się nie sprawdziła. Wczesną jesienią, w pełni wybujałej zielonej, wielobarwnej wiosny, na początku lata, ale też prawdziwą śnieżną, mroźną, słoneczną zimą, widoki te przypominają obrazy z dobrego, szczęśliwego, radosnego, lekkiego snu, w którym bezszelestnie przemieszczamy się jakąś polną szeroką drogą, wzdłuż której płynie z początku krystaliczny strumyk, stopniowo rozszerzający się, przechodzący w rzeczkę, a następnie w coraz szerszą rzekę przelewającą się na drogę w sposób niebudzący lęku ani grozy, a to wszystko zatopione w promieniach delikatnego i jakoś tak fantastycznie jasnego, dyskretnego słońca. W tym śnie ktoś przyjazny z reguły nam towarzyszy, wspiera, opiekuje się. W tym moim, jakiś człowiek wsparty na rowerze, tuż przed wjazdem do tunelu wydrążonym w górze, który trzeba pokonać, by przemieścić się dalej, spokojnie informuje, by nie bać się wody, sięgającej nie wyżej niż do dziewiątej kostki. I drewniany dom przylegający do góry, otoczony drewnianym płotem, z taką też furtką, z wysokimi malwami w ogrodzie, w którym krząta się kobieta, przyjazna, uśmiechnięta. Sen pełen symboli, przyjaznych, pomocnych postaci, z północnymi krajobrazami, i tylko jedną nietypową górą z tunelem, której tak naprawdę nie ma.

I w tej fascynacji tymi widokami, nie sposób się nimi nasycić, zachęcają, by wędrować dalej, coraz dalej na północ, przez Suchowolę, Sztabin, Augustów, Giby, Sejny, do Litwy, dalej Łotwy, Estonii, północnej Białorusi, dawniej północno-wschodniej Wileńszczyzny.

Okolice Korycina.

sobota, 17 stycznia 2009

Troki 2008. W poszukiwaniu litewskich Karaimów








Dwa razy udało mi sie odwiedzić Troki w ubiegłym roku. I chyba bym skłamał, gdybym napisał, że byłem ciekaw konfrontacji wspomnień, obrazów, zapamiętanych zdarzeń z pierwszego pobytu w Trokach w bodaj 1988 roku, z wrażeniami z roku 2008. Z pierwszego wyjazdu zachował się obraz tonącego we wrześniowym słońcu jeziora, drogi wiodącej przez ogromny sosnowy las, mgliste wspomnienie jakiegoś nieprzyjemnego sprzedawcy w jedynym otwartym wówczas kiosku, w którym mama kupiła mi książkę o Trokach w twardej oprawie, w języku litewskim, z pięknymi fotografiami. Utkwił mi też w pamięci długi drewniany pomost prowadzący na wyspę z zamkiem z czerwonej cegły, kilka wnętrz i przewodniczka oprowadzająca rosyjskojęzyczną grupę, do której w pewnym momencie się podłączyliśmy. I coś przyjaznego, ciepłego, pobudzającego dziecięcą, a zwłaszcza chłopięcą wyobraźnię, złaknioną walecznych rycerzy i warowni wszelakich.

Wyobraźnia mężczyzny nie jest już taka barwna, żywa, intensywna i niespodziewana. Tym razem byłem dużo bardziej złakniony potraw kuchni karaimskiej, z którą nigdy wcześniej nie miałem do czynienia, niż rycerskich opowieści kryjących się w murach trockiego zamku. Zamek w zasadzie tylko obeszliśmy. Najbardziej byłem ciekaw atmosfery samego miasteczka i wszystkiego tego, co mogłoby się wiązać z Kariamami - interesującym ludem pochodzenia tureckiego wyznającym w gruncie rzeczy judaizm, który osiadł tu za czasów Wielkiego Księcia Witolda.

Pierwszą rzeczą jaką uczyniliśmy, gdy dotarliśmy do Trok w połowie lipca ubiegłego roku było udanie się do kariamskiej restauracji, tuż niedaleko kienesy i muzeum poświęconego Karaimom. Wąską uliczką pnącą się delikatnie w górę wzdłuż brzegu jeziora, zabudowaną z dwóch stron drewnianymi domkami z trzema oknami w szcycie i dwuspadowymi dachami doszliśmy do miejsca, w którym po raz pierwszy miałem zakosztować dań kuchni karaimskiej i delektować się atmosferą drewnianej, niskiej i niebywale urokliwej zabudowy wokół.

Chłodnik karaimski - tak całkowicie odmienny od chłodnika litewskeigo, serwowanego w Wilnie czy gotowanego według receptury babci przez mamę - podała nam około dwudziestoletnia dziewczyna o egzotycznej urodzie - czarnych spiętych bujnych włosach i ni to jasnej, ni to śniadej karnacji, za każdym razem nieśmiało, ale też dumnie wbijająca spojrzenie w stół. Chłodnik był wyśmienity - białej barwy, pikantny, z kawałkami ogórków, szczypiorem, czosnkiem, pietruszką, z kefiru albo naturalnego jogurtu, z dodatkiem zapiekanych ziemniaków.

Drugi przyjazd do Trok, w sierpniu był nieco dłuższy, mieliśmy właściwie pół dnia na kuchnię karaimską, zamek, jezioro, wyspę, muzeum karaimskie, kienesę - gdyby ta choć raz zechciała być otwarta - i cmentarz karaimski.

Tym razem odłączyłem się od kilkuosobowej grupy, z której każdy miał zuepłnie inne oczekiwania wobec Trok, a okazało się, że tylko ja byłem zainteresowany cmentarzem. Najpierw jednak rutualnie przeszliśmy pomostem na wyspę z zamkiem. Była niedziela stąd też wydawało się, że nie ma najmniejszych szans na chwilę wyciszenia. Na pierwszej wyspie przy brzegu starsza, ubogo ubrana kobieta zapraszała nas serdecznie na przejażdżkę łodzią, na której mial wiosłować jej mąż - jeszcze starszy pan, dorabiający pewnie do skromnej emerytury. Nie skorzystaliśmy jednak. Z żalem.

Mimo zgiełku, mimo nieprzebranych tłumów, niemal wydarłem z tego zgiełku chwilę na kontemplację. Tuż przy wejściu na pomost od strony miasta wysoka, szczupła, młoda może 19 - letnia dziewczyna ustawia się z saksofonem i zaczyna grać jazzowe standardy, pięknie, z uczuciem, i choć w dżinsach i prostym tiszercie, ze związanymi w kucyk ciemnymi falującymi blond włosami, wymykającymi się niesfornie z uwięzi, wyglądała jak prześliczna postać ze starych litewskich legend.

Czas jednak nagli, a chcę jeszcze zobaczyć karaimski cmentarz. Ku mej uciesze dziewczyna składa saksofon i kieruje się w stronę miasta. Spokojnie i bez żalu mogę odejść w stronę mostu. Za mostem mam skręcić w lewo, podejść pod górkę i moim oczom ma się ukazać miejsce spoczynku tutejszych Karaimów. Skręcam w lewo w wąską uliczkę, na wszelki wypadek pytam młodą dziewczynę pilnującą prywatnego parkingu na podwórzu czy idę właściwie. Z początku zwracam się do niej po angielsku - pytam w jakim języku możemy rozmawiać - okazuje się, że mówi po polsku. Życzliwie, z uśmiechem wskazuje mi drogę na cmentarz. Jeszcze 100 metrów i jestem na miejscu. Na szczycie wzgórza, z którego roztacza się cudny widok na jezioro i iglasty las. Przez moment - nawet pomimo jeziora w tle - czuję się jak na mizarze w Kruszynianach. To coś tak charakterystycznego w atmosferze dla kresowych cmentarzy tatarskich odnajduję także na cmentarzu karaimksim w Trokach - karłowate, powykręcane sosny, pagórkowaty teren, brak krzyży, kamienne nagrobki - bądź to nieociosane polne kamienie, a raczej głazy, bądź kamienne stelle. Przez uchyloną furtkę wchodzę na teren porośnięty trawą po kolana, poza mną nie ma tu nikogo. Dopiero po chwili pod ogrodzenie cmentarne podjeżdża imponujący dżip, z którego wysiadają trzy osoby - dwóćh mężczyzn i kobieta, wszyscy w średnim wieku, rozmawiają ze sobą w języku litewskim, przygladają mi się z zainteresowaniem choć nie mam karaimskich rysów, czego z kolei nie można powiedzieć o nich. W ich twarzach i posturach znać te tak typowe wschodnie rysy - ciemne włosy, dość śniada karnacja, raczej niewysocy. Brakuje im skośnych oczu, ale łapię się na tym, że nie są przecież Tatarami, choć i w przypadku naszych Tatarów skośne oczy, kruczoczarne włosy, wystające kości policzkowe czy śniada karnacja nie są czymś wcale takim oczywistym. Poza nami nie pojawi się juz do końca naszego pobytu tutaj nikt więcej. Schodzę w dół, w stronę jeziora, tu się zaczynają chaszcze, krzewy, trawa jest wyższa, drzewa iglaste mieszają się z liściastymi, i tu znajduję dużo więcej kamiennych, okazałych nagrobków, słońce do tego miejsca nie dochodzi, kroczę z trudem w cieniu, przedzieram się przez wybujałą letnią roślinność, tylko od strony jeziora dobiegają krzyki turystów kapiących się gdzieś na plaży i pływających łódkami, gdyby nie oni panowałaby tu prawdziwie cmentarna cisza. Ten skarawek także przypomina mi zarośniętą krzewami częśc mizaru w Kruszynianach. Z trwogą spoglądam na zegarek, już na mnie czekają, ale wiem, że tu jeszcze wrócę, juz wkrótce…

MD vel opiekun ogrodów

środa, 15 października 2008

Wileńskie impresje - część 1

Dla równowagi psychicznej, dla poczucia wolności, może nawet jakiejś namiastki szczęścia potrzebuję przynajmniej raz w miesiącu wyjechać z B. Nie wiem doprawdy dlaczego tak zwlekałem z wyjazdem do Wilna. Po raz pierwszy trafiłem tam mając lat 11 czy 12. Wilno było wówczas stolicą Litewskiej SRR. Pamiętam jedynie, że przekroczenie granicy było dla mnie wkroczeniem w magiczny świat. Jechałem z rodzicami do rodziny mieszkającej na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw. Nie docierała do mnie groza ZSRR, mijane lasy, pagórki, jeziora dziecięca wyobraźnia zaludniała postaciami z ballad Mickiewicza i jakże do nich podobnych opowieści Babci i Mamy, które wywodziły się z najodleglejszych Kresów. Krajobrazy, które ujrzałem były niemal wierną kopią tych, które widziałem podczas opowiadań snutych wieczorami przed zaśnięciem przez Babcię i przez Mamę właśnie. Nimfy czy raczej rusałki, topielice, płacz dziecka rozlegający się nocą w lesie przy starej sośnie, dźwięk dzwonków pędzących sań orszaku weselnego, który chcąc sobie skrócić drogę utopił się w zdradliwie zamarzniętym jeziorze, ogniki na bagnach mylące drogę wędrowcom, aniołki siedzące na kamieniach, rdzawa woda w bagnie przypominająca krew żołnierzy armii napoleońskiej, których pochowano w kurhanie, gdzieś koło Postaw; opętana dziewczyna spętana łańcuchami i wciągana końmi do kościoła, by wypędzić z niej szatana; jakiś nasz przodek, który parał się podobno czarami i przechowywał w domu księgę z zaklęciami; niewidomy prapradziadek, któremu władze carskie zmieniły nazwisko, by jego już potomkowie mogli być brani do armii carskiej; rodzinna legenda mówiąca o przodku, który przywędrował na Kresy jako lekarz w armii napoleońskiej, gdzieś z Kurpiowszczyzny; prababcia, która wyjechała do Petersburga do pracy jako guwernantka...

Te wszystkie opowieści ożywały we mnie wówczas i ożywają teraz, za każdym razem, gdy jadę na wschód, tyle, że teraz wyobraźnia wydaje się nie być tak giętka, barwna, bujna i soczysta, jak wtedy, wręcz odwrotnie, stała się płaska, toporna i w żaden sposób nie jest w stanie przywrócić atmosfery tego pierwszego wyjazdu na wschód.

Tym razem Litwa powitała nas złotą litewską jesienią. Rozleglejsze przestrzenie, widoki zapierające dech w piersiach, pagórki, lasy rozświetlone wszystkimi barwami jesieni - żółte, bordowe, brązowe, czerwone, liście, wyblakła zieleń pól i łąk, i wszystko zalane słońcem. Wijący się Niemen tuż za Alytusem, otulony jesiennym lasem porastającym nadrzeczne skarpy. Cud! Tu już B. nie istnieje. Jeszcze mniej więcej godzina jazdy do Wilna.









Po raz drugi do Wilna pojechałem po niemal dwudziestu latach. W lipcu tego roku. I rozkochałem się w tym mieście, zacząłem tu wracać, co dwa, trzy tygodnie, by wreszcie w ciągu ostatnich dwóch tygodni wrócić tu w dwa następujące po sobie weekendy.

Za każdym razem staram się odkryć coś nowego. Przed dwoma tygodniami wyjechawszy o godzinie 8.15, o 12.15 przejeżdżaliśmy przez most na Wilii lub - jak kto woli - na Neris. Dalej prostą drogą jechaliśmy do Kalwarii (na zdjęciach). Do Kalwarii, o której opowiadała Babcia, a której historie powtarzała mi Mama. Owa Kalwaria wydawała się Babci najważniejszym miejscem na świecie. I cóż z tego, że była to religijność ludowa. Wreszcie miałem okazję stanąć w tym miejscu i przejść tę drogą, którą moja Babcia pokonywała wielokrotnie przed 1939 rokiem. Zmieniło się wiele, w latach 60-tych ubiegłego wieku żołnierze Armii Czerwonej wysadzili w powietrze 31 kapliczek, pozostawiając nietkniętymi tylko 4. Większość z nich została odbudowana po odzyskaniu przez Litwę niepodległości. Ale na wzgórzach rozlokowały się jeszcze w czasach ZSRR szpetne budynki sanatoryjne.

Tym razem odkrywamy jeszcze kościół kalwaryjski, akurat kończy się ślub, para młoda i goście fotografują się na schodach, później schodzą na dół i w przepięknej jesiennej scenerii - żółtych, starych drzew w alei przyjmują życzenia, wszyscy trzymają w dłoniach fioletowe puchary prawdopodobnie z szampanem.

Zanim odkryliśmy kościół na wzgórzu, z którego roztaczał się wspaniały widok na stary cmentarz, las, i bloki, które mimo bycia blokami nie szpeciły krajobrazu, trafiliśmy na stary cmentarz, na którym pochowano żołnierzy AK uczestniczących w lipcu 1944 roku w akcji "Ostra Brama". W przewodniku czytamy, że ktoś próbował zniszczyć płytę nagrobną. Możliwe, że to jakaś grupka zaciekłych nacjonalistów litewskich, a możliwe też, że robota speców z dawnego KGB, których mocodawcy z pewnością nie życzą sobie, by stosunki polsko - litewskie były zanadto dobre. Rosja ma wciąż silne wpływy na Litwie i agenci obecnego FSB prowadzą tam wciąż aktywną działalność, Rosjanie nadal traktują Litwę, jako strefę swoich wpływów.

Wyprawa sprzed dwóch tygodni stawiała sobie za cel także odkrycie nowoczesnego Wilna. Po raz pierwszy udało się nam odwiedzić jeden z najpopularniejszych klubów w Wilnie - Posh Club. Poleciła go nam przesympatyczna młoda Litwinka - kelnerka z Dvorasa, a jej opinie potwierdziły jeszcze dwie inne młode, urodziwe Litwinki, które pytaliśmy o drogę do klubu.

Niemal każdy taksówkarz w Wilnie, jak tylko zorientuje się, że trafił na turystów, stara się z nich zedrzeć, jak najwięcej. Najpierw kilku chciało od nas 40 (około 40 złotych) litów za podwiezienie do Posh Clubu, widząc nasze zniechęcenie, schodzili z ceny do litów 30, aż w końcu trafiliśmy na Polaka, i nie mając już ani siły, ani czasu, ani ochoty na dalsze poszukiwania, postanowiliśmy pojechać za 30 litów, co okazało się i tak ceną wygórowaną, bo wracając tą samą trasą i udając Rosjan zapłaciliśmy za kurs litów 20.

Posh Club nie rzucił nas na kolana, jeśli chodzi o wystrój wnętrza, miejsca też wcale nie za dużo i na dodatek 50 litów za wstęp - tyle zażyczył sobie selekcjoner, gdy w języku angielskim zapytałem go o koszt wstępu - znowu ten nieszczęsny język! Przed klubem i wewnątrz tłumy. Różne typy ludzkie - kilku gości wyglądających na handlarzy kradzionych samochodów, którzy przepuszczają pieniądze w klubach i szukają łatwych dziewczyn, i wokół których kręcą się zawsze jakieś grupki panien bynajmniej nie roztropnych. Taki typ ludzki jest spotykany także w polskich klubach - wygolone głowy, drogie, choć niezbyt gustowne garnitury, wrogie spojrzenia, między głową a tułowiem brak szyi. Całe szczęście jest ich chyba tylko 3 czy 4. Zdecydowana większość osób wygląda przyjaźnie, dziewczyny gustownie ubrane, skromnie, niekrzykliwie, ale w sposób czyniący je interesującymi. Większość z nich ma dyskretny makijaż, nie zachowuje się wyzywająco, tylko czasem niektóre przechodząc obok nieśmiało się uśmiechną. Jestem wielkim entuzjastą urody Litwinek i choć bawi mnie opowiadanie historii, o tym, jak to przedstawicielki niektórych nacji są bardziej lub miej urodziwe, to jednak w tym wypadku muszę uogólnić. To nawet nie kwestia samej urody, Litwinki - przynajmniej te w Wilna, powiedzmy może wilnianki, bo nie wiemy nigdy w Wilnie z kim mamy do czynienia - z Litwinką, Polką, Rosjanką, Białorusinką - mają w sobie jakiś intrygujący spokój i łagodność. To nawet nie kwestia urody potocznie rozumianej, głęboko wierzę w to, że ludzki temperament, charakter odmalowują się w rysach twarzy, w całej posturze, w gestach, w sposobie poruszania się, w sposobie, w jaki się ubieramy.

W soboty w Posh Club z głośników rozbrzmiewa house. Brakuje mi urozmaicenia, gdyby jeszcze przyprawić go elektro i chillout'em, to byłoby dużo ciekawiej, a tak po pewnym czasie staje się zbyt monotonnie.

Na kwaterę wracamy między 2 a 3 w nocy. W niedzielę wracamy do B., a przed wyjazdem chcemy jeszcze odwiedzić Rossę. Niedzielny poranek wita nas zupełnie nieoczekiwanie słońcem. Bez ociągania zbieramy się i wyruszamy na Rossę. U podnóża wzgórza dostrzegamy grób Matki marszałka Piłsudskiego, w którym złożone też jest serce Marszałka. Na nagrobku dostrzegam ślady po serii puszczonej z karabinu maszynowego przez sołdatów Armii Czerwonej po wkroczeniu do Wilna we wrześniu 1939 roku. Trzymający wówczas przy grobie wartę żołnierze polscy nie dostali rozkazu opuszczenia posterunku, więc niezłomnie, bez względu na okoliczności stali nieruchomo nawet wtedy, gdy do cmentarza zbliżali się żołnierze sowieccy, a ci postanowili strzelać do bezbronnych. To chyba esencja armii komunistycznej, sowieckiej.

CDN...

M.D.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...