Dzisiejsze białoruskie "Wiestki" publikują artykuł pod tytułem "Białoruska Joanna d'Arc (1806 - 1831), o Emilii Plater. Tymczasem, w rzeczywistości nie jest to białoruska Joanna Dark, ale litewska, w dawnym rozumieniu tego słowa. Zresztą, żeby się nie czepiać, to gdzieś dalej w tekście pojawia się informacja, że Emilia Plater była Litwinką. Nie wiem jedynie do końca jaki jest w tym kontekście sens tego określenia, istnieją bowiem na Białorusi środowiska, które spuściznę dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, chciałyby utożsamić jedynie z białoruskością, a tak się nie da, tak jak też nie sposób utożsamić jej ze polskością czy współczesną litewskością. Jest to też poza tym niezbyt rozsądne i zupełnie niepotrzbne. A co tak naprawdę miałaby oznaczac owa "litewskość" Emilii Plater? Otóż ród Platerów wywodził swoje korzenie ze szlachty niemieckiej, która osiedliła się w Inflantach jeszcze za czasów, gdy władał nimi Zakon Kawalerów Mieczowych, z czasem rody owe polonizowały się, ale utożsamiały się z Litwą, tak jak z Litwą utożsamiał się Adam Mickiewicz. I te wszystkie wzajemne próby wydarcia sobie Mickiewicza przez Polaków, Litwinów i Białorusinów są tyleż zabawne, co niemądre. Rozpatrywanie dawnych określeń Litwin, Polak, Białorusin, z dzisiejszej etnicznej perspektywy ma się do ówczesnego kontekstu kulturowego nijak, i sprawia wrażenie uzurpacji rozhisteryzowanych środowisk czy to po polskiej, czy po litewskiej, czy białoruskiej stronie. Te etniczne kryteria nie mogą mieć żadnego zastosowania do ówczesnej sytuacji. No bo w jaki sposób można Emilię Plater nazwać Białorusinką, Litwinką czy Polką, skoro ta miała niemieckie korzenie? Pozostaje jeszcze kwestia wyboru, ale czy ona sama określiłaby siebie, jako Białorusinkę, Polkę czy Litwinkę w dzisiejszym rozumieniu tych słów? Z pewnością nazwałaby siebie Litiwnką, ale w takim właśnie znaczeniu, jakie słowu Litwa nadawał Mickiewicz choćby w Inwokacji.
Zabawne są te wszystkie próby zawłaszczania, wyrywania sobie dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, szalenie infantylne i do niczego dobrego prowadzić nie mogą. Trudno tu na obecnych wschodnich terneach RP, czy na dawnych kresach RP, które tworzą współczesną Białoruś czy Litwę mówić o jakiejś jedności, jednorodoności etnicznej, skoro niemal każda rodzina może poszczycić się polskimi, litewskimi, białoruskimi, a niekiedy niemieckimi, karaimskimi, rosyjskimi czy tatarskimi korzeniami. Sam wśród swoich przodków bez trudu znajduję Białorusinów, Litwinów, i prawdopodobnie Tatarów, którzy przyjęli katolicyzm. I te wszystkie brednie o tolerancji nie są mi do niczego potrzebne, tolerancja oznacza znoszenie tego, co nam przyjemności nie sprawia, co nas inrytuje, drażni, boli, a ta litewska różnorodnosć była i jest stanem naturalnym, w którym nikt nikogo znosić, tolerować nie musi, skoro ma się w jednej rodzinie tyle nacji, tyle wyznań, to traktujemy to, jako coś organicznego, integralnego, a nie coś co należałoby ledwie tolerować. Tolerancję zostawmy tym, którzy plotą androny o jednorodności etnicznej, narodowej czy religijnej.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polscy Tatarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polscy Tatarzy. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 23 września 2010
sobota, 17 stycznia 2009
Troki 2008. W poszukiwaniu litewskich Karaimów
Dwa razy udało mi sie odwiedzić Troki w ubiegłym roku. I chyba bym skłamał, gdybym napisał, że byłem ciekaw konfrontacji wspomnień, obrazów, zapamiętanych zdarzeń z pierwszego pobytu w Trokach w bodaj 1988 roku, z wrażeniami z roku 2008. Z pierwszego wyjazdu zachował się obraz tonącego we wrześniowym słońcu jeziora, drogi wiodącej przez ogromny sosnowy las, mgliste wspomnienie jakiegoś nieprzyjemnego sprzedawcy w jedynym otwartym wówczas kiosku, w którym mama kupiła mi książkę o Trokach w twardej oprawie, w języku litewskim, z pięknymi fotografiami. Utkwił mi też w pamięci długi drewniany pomost prowadzący na wyspę z zamkiem z czerwonej cegły, kilka wnętrz i przewodniczka oprowadzająca rosyjskojęzyczną grupę, do której w pewnym momencie się podłączyliśmy. I coś przyjaznego, ciepłego, pobudzającego dziecięcą, a zwłaszcza chłopięcą wyobraźnię, złaknioną walecznych rycerzy i warowni wszelakich.
Wyobraźnia mężczyzny nie jest już taka barwna, żywa, intensywna i niespodziewana. Tym razem byłem dużo bardziej złakniony potraw kuchni karaimskiej, z którą nigdy wcześniej nie miałem do czynienia, niż rycerskich opowieści kryjących się w murach trockiego zamku. Zamek w zasadzie tylko obeszliśmy. Najbardziej byłem ciekaw atmosfery samego miasteczka i wszystkiego tego, co mogłoby się wiązać z Kariamami - interesującym ludem pochodzenia tureckiego wyznającym w gruncie rzeczy judaizm, który osiadł tu za czasów Wielkiego Księcia Witolda.
Pierwszą rzeczą jaką uczyniliśmy, gdy dotarliśmy do Trok w połowie lipca ubiegłego roku było udanie się do kariamskiej restauracji, tuż niedaleko kienesy i muzeum poświęconego Karaimom. Wąską uliczką pnącą się delikatnie w górę wzdłuż brzegu jeziora, zabudowaną z dwóch stron drewnianymi domkami z trzema oknami w szcycie i dwuspadowymi dachami doszliśmy do miejsca, w którym po raz pierwszy miałem zakosztować dań kuchni karaimskiej i delektować się atmosferą drewnianej, niskiej i niebywale urokliwej zabudowy wokół.
Chłodnik karaimski - tak całkowicie odmienny od chłodnika litewskeigo, serwowanego w Wilnie czy gotowanego według receptury babci przez mamę - podała nam około dwudziestoletnia dziewczyna o egzotycznej urodzie - czarnych spiętych bujnych włosach i ni to jasnej, ni to śniadej karnacji, za każdym razem nieśmiało, ale też dumnie wbijająca spojrzenie w stół. Chłodnik był wyśmienity - białej barwy, pikantny, z kawałkami ogórków, szczypiorem, czosnkiem, pietruszką, z kefiru albo naturalnego jogurtu, z dodatkiem zapiekanych ziemniaków.
Drugi przyjazd do Trok, w sierpniu był nieco dłuższy, mieliśmy właściwie pół dnia na kuchnię karaimską, zamek, jezioro, wyspę, muzeum karaimskie, kienesę - gdyby ta choć raz zechciała być otwarta - i cmentarz karaimski.
Tym razem odłączyłem się od kilkuosobowej grupy, z której każdy miał zuepłnie inne oczekiwania wobec Trok, a okazało się, że tylko ja byłem zainteresowany cmentarzem. Najpierw jednak rutualnie przeszliśmy pomostem na wyspę z zamkiem. Była niedziela stąd też wydawało się, że nie ma najmniejszych szans na chwilę wyciszenia. Na pierwszej wyspie przy brzegu starsza, ubogo ubrana kobieta zapraszała nas serdecznie na przejażdżkę łodzią, na której mial wiosłować jej mąż - jeszcze starszy pan, dorabiający pewnie do skromnej emerytury. Nie skorzystaliśmy jednak. Z żalem.
Mimo zgiełku, mimo nieprzebranych tłumów, niemal wydarłem z tego zgiełku chwilę na kontemplację. Tuż przy wejściu na pomost od strony miasta wysoka, szczupła, młoda może 19 - letnia dziewczyna ustawia się z saksofonem i zaczyna grać jazzowe standardy, pięknie, z uczuciem, i choć w dżinsach i prostym tiszercie, ze związanymi w kucyk ciemnymi falującymi blond włosami, wymykającymi się niesfornie z uwięzi, wyglądała jak prześliczna postać ze starych litewskich legend.
Czas jednak nagli, a chcę jeszcze zobaczyć karaimski cmentarz. Ku mej uciesze dziewczyna składa saksofon i kieruje się w stronę miasta. Spokojnie i bez żalu mogę odejść w stronę mostu. Za mostem mam skręcić w lewo, podejść pod górkę i moim oczom ma się ukazać miejsce spoczynku tutejszych Karaimów. Skręcam w lewo w wąską uliczkę, na wszelki wypadek pytam młodą dziewczynę pilnującą prywatnego parkingu na podwórzu czy idę właściwie. Z początku zwracam się do niej po angielsku - pytam w jakim języku możemy rozmawiać - okazuje się, że mówi po polsku. Życzliwie, z uśmiechem wskazuje mi drogę na cmentarz. Jeszcze 100 metrów i jestem na miejscu. Na szczycie wzgórza, z którego roztacza się cudny widok na jezioro i iglasty las. Przez moment - nawet pomimo jeziora w tle - czuję się jak na mizarze w Kruszynianach. To coś tak charakterystycznego w atmosferze dla kresowych cmentarzy tatarskich odnajduję także na cmentarzu karaimksim w Trokach - karłowate, powykręcane sosny, pagórkowaty teren, brak krzyży, kamienne nagrobki - bądź to nieociosane polne kamienie, a raczej głazy, bądź kamienne stelle. Przez uchyloną furtkę wchodzę na teren porośnięty trawą po kolana, poza mną nie ma tu nikogo. Dopiero po chwili pod ogrodzenie cmentarne podjeżdża imponujący dżip, z którego wysiadają trzy osoby - dwóćh mężczyzn i kobieta, wszyscy w średnim wieku, rozmawiają ze sobą w języku litewskim, przygladają mi się z zainteresowaniem choć nie mam karaimskich rysów, czego z kolei nie można powiedzieć o nich. W ich twarzach i posturach znać te tak typowe wschodnie rysy - ciemne włosy, dość śniada karnacja, raczej niewysocy. Brakuje im skośnych oczu, ale łapię się na tym, że nie są przecież Tatarami, choć i w przypadku naszych Tatarów skośne oczy, kruczoczarne włosy, wystające kości policzkowe czy śniada karnacja nie są czymś wcale takim oczywistym. Poza nami nie pojawi się juz do końca naszego pobytu tutaj nikt więcej. Schodzę w dół, w stronę jeziora, tu się zaczynają chaszcze, krzewy, trawa jest wyższa, drzewa iglaste mieszają się z liściastymi, i tu znajduję dużo więcej kamiennych, okazałych nagrobków, słońce do tego miejsca nie dochodzi, kroczę z trudem w cieniu, przedzieram się przez wybujałą letnią roślinność, tylko od strony jeziora dobiegają krzyki turystów kapiących się gdzieś na plaży i pływających łódkami, gdyby nie oni panowałaby tu prawdziwie cmentarna cisza. Ten skarawek także przypomina mi zarośniętą krzewami częśc mizaru w Kruszynianach. Z trwogą spoglądam na zegarek, już na mnie czekają, ale wiem, że tu jeszcze wrócę, juz wkrótce…
MD vel opiekun ogrodów
wtorek, 10 czerwca 2008
Zdjęcia z niedzielnej wyprawy - dodatek do notki "Niedzielna podróż"
Meczet w Kruszynianach, różne przewodniki podają różne okresy odnośnie jego powstania, według niektórych wzniesiono go w XVIII wieku, wedle innych na początku wieku XIX. Faktem bezspornym jest natomiast to, że Kruszyniany nadane zostały Tatarom w zamian za zaległy żołd przez króla Jana III Sobieskiego w 1679 roku.
Mizar w Kruszynianach.
Na większości nagrobków wykonanych w XIX wieku widnieją inskrypcje w języku rosyjskim. Umieszczanie inskrypcji polskich, zwłaszcza po upadku Powstania Styczniowego było surowo wzbronione przez władze carskie.
Kilkusetletnia, okazała i piękna sosna na mizarze w Kruszynianach.
Puszczański strumień niedaleko polany w Kopnej Górze (Puszcza Knyszyńska) toczący zbawienną lodowatą i krystalicznie czystą wodę, w której szukamy orzeźwienia i chłodzimy nasze wody mineralne. Przed odejściem nabieramy jeszcze źródlanej wody do jednej z butelek.
Anonimowa mogiła tuż przy polanie w Kopnej Górze.
niedziela, 8 czerwca 2008
Niedzielna podróż
50 minut jazdy samochodem, 65 kilometrów od Białegostoku, mała wieś z sanktuarium maryjnym w Różanymstoku koło Dąbrowy Białostockiej. Wieże kościoła ufundowanego przez Tyszkiewiczów, którzy mieli tu też swój dwór, wyrastają wśród soczystozielonych pól, zalanych porannym, intensywnym już słońcem, teren delikatnie pofałdowany. Z jednej z tych wież podobno widać zabudowania Grodna, czego nie miałem niestety możliwości sprawdzić, choć jest to wielce możliwe - w prostej linii Grodno nie może być oddalone o więcej niż 20 kilometrów. Różanstocki kościół i klasztor w czasie zaborów przekazano mniszkom prawosławnym, do dziś zachowały się liczne zabudowania poklasztorne nawiązujące swoim stylem do rosyjskiej architektury sakralnej XIX wieku, nie tyle nawet nawiązujące, co będące jej typowym przykładem - dawna cerkiew z cegieł, przysadzista, półokrągłe, łukowate wykończenia okien, podobnie z budynkami dawnego monasteru - półokrągłe wykończenia okien, , sporo łuków, ale nie tak charakterystycznych dla zachodnioeuropejskiego gotyku - ostrych, smukłych, lecz łagodnych, miękkich, stanowiących pół okręgu. Gotyk zachodni pnie się ku górze, ku niebu, jest wydłużony, ostry i smukły, rosyjska architektura sakralna trzyma się bliżej ziemi, jest jakby onieśmielona, nie odważa się tak pysznie piąć ku górze.
Nie jestem po raz pierwszy w Różanymstoku, ale po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to, że sporo osób zmierzających w stronę kościoła, zwłaszcza starszych, rozmawia między sobą językiem białoruskim - "ja pajdu", "ja prijedu", nie tylko starsi, kilku 50 - latków także. Katolicy władający językiem białoruskim to zjawisko nieznane w Polsce centralnej czy zachodniej, sam mieszkając od urodzenia w Białymstoku, dowiedziałem się o tym dopiero będąc na studiach.
W drodze z Różanegostoku, robimy krótki postój koło Sidry, a dalej jedziemy już do Bohonik - wioski, w której pozostały już tylko 3 rodziny tatarskie. Meczet został niedawno odnowiony, solidne, jasne deski niemal błyszczą w słońcu. Przed meczetem stoi autokar na opolskich numerach, grupa licealistów z opiekunami siedzi wewnątrz meczetu na dywanach, dołączamy do nich, choć Tatarka oprowadzająca po meczecie daje nam do zrozumienia, żebyśmy zostali jeszcze po nich, bo dołączyliśmy zbyt późno, a chce nam opowiedzieć kilka ważnych rzeczy. Żywa, niewysoka i niemłoda już kobieta, broni się skutecznie przed pytaniami agresywnych licealistów, którzy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej ignorancję w dziedzinie islamu.
- Jak może pani mówić, że zna Koran, skoro nie zna pani języka arabskiego?
- Czy jesteście sunnitami czy szyitami?
- To nie ma żadnego znaczenia, nie interesują mnie takie podziały - odparowuje.
- Ale to jest istotny podział!
Jest jeszcze kilka innych napastliwych pytań, dopiero rozsądna i stanowcza reakcja opiekuna ucina tę niemal pyskówkę. Cieszy to, że młodzi ludzie tak żywo interesują się światem, nie tylko swoją kulturą, religią, ale nie sposób zrozumieć ich agresji, chęci udowodnienia swojej wyższości nad prostą w sumie kobietą. A z drugiej strony może to jest cecha charakterystyczna ludzi w wieku licealnym, i nie ma w tym nic złego. Oby tylko nie utrwaliła im się na stałe.
- Zostawmy tego typu dyskusje i rozważania teologom muzułmańskim i chrześcijańskim - przerywa napiętą atmosferę opiekun.
Z Bohonik przez Szudziałowo zmierzamy do Kruszynian. Rzut oka na meczet, architektonicznie nieco ciekawszy od bohonickiego, krótka wizyta na mizarze, z nagrobkami w języku rosyjskim z XIX wieku, w języku polskim z XX wieku. Powtarzające się nazwiska - Popławscy, Półtorzyccy, Koryccy, Adamowicze. Wiekowe, piękne sosny, nie tak smukłe, jak w puszczy, bo rosnące w oddaleniu od siebie, Jedna z nich musi liczyć zapewne kilkaset lat, ma tak gruby pień.
Wreszcie wizyta w "Tatarskiej Jurcie", która mnie rozczarowuje. Byłem w niej wcześniej dwa bądź trzy razy, i za każdym razem wyjeżdżałem zadowolony. Tym razem kręcimy się między tarasem a pomieszczeniami wewnątrz rozbudowanego domu, nikt do nas nie podchodzi, nikt nie próbuje wskazać miejsca, w którym możemy usiąść. Wreszcie dosiadamy się do dwóch stolików, przy których siedzą po dwie osoby. Czekamy więcej niż 10 minut, aż ktoś z obsługi nas zauważy. Trzykrotnie prosimy o menu, ale nikt go nam nie przynosi, i nikt do nas nadal nie podchodzi. Gdy wreszcie zjawia się młoda dziewczyna, niezbyt sympatycznie i nieco niekulturalnie informuje nas co moglibyśmy zamówić, pozostawia nas byśmy się zastanowili nad tym, co chcemy wybrać. Później już do nas nie wraca. Zwalnia się jeden stół, mieścimy się przy nim wszyscy, w sumie 8 osób, nikt nie podchodzi, by zabrać brudne naczynia i nikt nie przyjmuje od nas zamówienia. Decydujemy się już niemal wyjść, gdy zjawia się właścicielka Jurty, ale złe wrażenie i tak trudno zatrzeć. Spora ilość klientów, upał nie mogą być jednak usprawiedliwieniem braku menu, braku zainteresowania klientem. Profesjonalna restauracja musi dbać o to, by klient, który do niej wchodzi nie wyszedł z niej niezadowolony. W której restauracji bym nie był, wszędzie po wejściu kelnerzy starali się nam znaleźć wolne miejsce, przynosili menu. Menu wbrew pozorom jest bardzo ważne - klient ma czas, by się zastanowić, co chce wybrać, ma podane ceny, opis serwowanych potraw, i często gramaturę (choć niestety nie zawsze). Nie można wymagać od niego, że zapamięta wszystkie potrawy, które dana restauracja serwuje, zwłaszcza jeśli ich nazwy brzmią egzotycznie, jak w przypadku kuchni tatarskiej. Nie może być też tak, że o ich cenach dowiaduje się w chwili otrzymania rachunku. Tak więc rozczarowanie, a szkoda, bo potrawy tatarskie są naprawdę smaczne, ważna jest jednak także oprawa w jakiej sie je spożywa, niestety.
Po obiedzie w Kruszynianach, wyruszamy z powrotem w stronę Szudziałowa, dalej jedziemy na północ do Starej Kamionki. Staram się jechać wolniej, by dokładniej móc się przyjrzeć pięknym krajobrazom za oknem, pofałdowanym polom, lasom na horyzoncie, tuż przed Starą Kamionka otwiera się ze wzgórza przepiękny widok - ogromna przestrzeń obramowana wzgórzami, i z każdej strony na horyzoncie lasy. Widok wręcz zapierający dech w piersiach.
Teraz już tylko dojechać do Wierzchlesia, później do puszczy i po podróży w upale i prażącym słońcu, wyczekiwany i zasłużony odpoczynek w cieniu strzelistych sosen w pobliżu Kopnej Góry, moczenie nóg w chłodnym, szemrzącym, czystym jak łza puszczańskim strumieniu, z którego nabieramy wodę do picia, a później już błogie lenistwo...
Nie jestem po raz pierwszy w Różanymstoku, ale po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to, że sporo osób zmierzających w stronę kościoła, zwłaszcza starszych, rozmawia między sobą językiem białoruskim - "ja pajdu", "ja prijedu", nie tylko starsi, kilku 50 - latków także. Katolicy władający językiem białoruskim to zjawisko nieznane w Polsce centralnej czy zachodniej, sam mieszkając od urodzenia w Białymstoku, dowiedziałem się o tym dopiero będąc na studiach.
W drodze z Różanegostoku, robimy krótki postój koło Sidry, a dalej jedziemy już do Bohonik - wioski, w której pozostały już tylko 3 rodziny tatarskie. Meczet został niedawno odnowiony, solidne, jasne deski niemal błyszczą w słońcu. Przed meczetem stoi autokar na opolskich numerach, grupa licealistów z opiekunami siedzi wewnątrz meczetu na dywanach, dołączamy do nich, choć Tatarka oprowadzająca po meczecie daje nam do zrozumienia, żebyśmy zostali jeszcze po nich, bo dołączyliśmy zbyt późno, a chce nam opowiedzieć kilka ważnych rzeczy. Żywa, niewysoka i niemłoda już kobieta, broni się skutecznie przed pytaniami agresywnych licealistów, którzy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej ignorancję w dziedzinie islamu.
- Jak może pani mówić, że zna Koran, skoro nie zna pani języka arabskiego?
- Czy jesteście sunnitami czy szyitami?
- To nie ma żadnego znaczenia, nie interesują mnie takie podziały - odparowuje.
- Ale to jest istotny podział!
Jest jeszcze kilka innych napastliwych pytań, dopiero rozsądna i stanowcza reakcja opiekuna ucina tę niemal pyskówkę. Cieszy to, że młodzi ludzie tak żywo interesują się światem, nie tylko swoją kulturą, religią, ale nie sposób zrozumieć ich agresji, chęci udowodnienia swojej wyższości nad prostą w sumie kobietą. A z drugiej strony może to jest cecha charakterystyczna ludzi w wieku licealnym, i nie ma w tym nic złego. Oby tylko nie utrwaliła im się na stałe.
- Zostawmy tego typu dyskusje i rozważania teologom muzułmańskim i chrześcijańskim - przerywa napiętą atmosferę opiekun.
Z Bohonik przez Szudziałowo zmierzamy do Kruszynian. Rzut oka na meczet, architektonicznie nieco ciekawszy od bohonickiego, krótka wizyta na mizarze, z nagrobkami w języku rosyjskim z XIX wieku, w języku polskim z XX wieku. Powtarzające się nazwiska - Popławscy, Półtorzyccy, Koryccy, Adamowicze. Wiekowe, piękne sosny, nie tak smukłe, jak w puszczy, bo rosnące w oddaleniu od siebie, Jedna z nich musi liczyć zapewne kilkaset lat, ma tak gruby pień.
Wreszcie wizyta w "Tatarskiej Jurcie", która mnie rozczarowuje. Byłem w niej wcześniej dwa bądź trzy razy, i za każdym razem wyjeżdżałem zadowolony. Tym razem kręcimy się między tarasem a pomieszczeniami wewnątrz rozbudowanego domu, nikt do nas nie podchodzi, nikt nie próbuje wskazać miejsca, w którym możemy usiąść. Wreszcie dosiadamy się do dwóch stolików, przy których siedzą po dwie osoby. Czekamy więcej niż 10 minut, aż ktoś z obsługi nas zauważy. Trzykrotnie prosimy o menu, ale nikt go nam nie przynosi, i nikt do nas nadal nie podchodzi. Gdy wreszcie zjawia się młoda dziewczyna, niezbyt sympatycznie i nieco niekulturalnie informuje nas co moglibyśmy zamówić, pozostawia nas byśmy się zastanowili nad tym, co chcemy wybrać. Później już do nas nie wraca. Zwalnia się jeden stół, mieścimy się przy nim wszyscy, w sumie 8 osób, nikt nie podchodzi, by zabrać brudne naczynia i nikt nie przyjmuje od nas zamówienia. Decydujemy się już niemal wyjść, gdy zjawia się właścicielka Jurty, ale złe wrażenie i tak trudno zatrzeć. Spora ilość klientów, upał nie mogą być jednak usprawiedliwieniem braku menu, braku zainteresowania klientem. Profesjonalna restauracja musi dbać o to, by klient, który do niej wchodzi nie wyszedł z niej niezadowolony. W której restauracji bym nie był, wszędzie po wejściu kelnerzy starali się nam znaleźć wolne miejsce, przynosili menu. Menu wbrew pozorom jest bardzo ważne - klient ma czas, by się zastanowić, co chce wybrać, ma podane ceny, opis serwowanych potraw, i często gramaturę (choć niestety nie zawsze). Nie można wymagać od niego, że zapamięta wszystkie potrawy, które dana restauracja serwuje, zwłaszcza jeśli ich nazwy brzmią egzotycznie, jak w przypadku kuchni tatarskiej. Nie może być też tak, że o ich cenach dowiaduje się w chwili otrzymania rachunku. Tak więc rozczarowanie, a szkoda, bo potrawy tatarskie są naprawdę smaczne, ważna jest jednak także oprawa w jakiej sie je spożywa, niestety.
Po obiedzie w Kruszynianach, wyruszamy z powrotem w stronę Szudziałowa, dalej jedziemy na północ do Starej Kamionki. Staram się jechać wolniej, by dokładniej móc się przyjrzeć pięknym krajobrazom za oknem, pofałdowanym polom, lasom na horyzoncie, tuż przed Starą Kamionka otwiera się ze wzgórza przepiękny widok - ogromna przestrzeń obramowana wzgórzami, i z każdej strony na horyzoncie lasy. Widok wręcz zapierający dech w piersiach.
Teraz już tylko dojechać do Wierzchlesia, później do puszczy i po podróży w upale i prażącym słońcu, wyczekiwany i zasłużony odpoczynek w cieniu strzelistych sosen w pobliżu Kopnej Góry, moczenie nóg w chłodnym, szemrzącym, czystym jak łza puszczańskim strumieniu, z którego nabieramy wodę do picia, a później już błogie lenistwo...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...