"Gość Niedzielny", którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki - Zych pod tytułem "Madonna, korona i łzy" poświęcony niedawnej - bo z 22 sierpnia - uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: "Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. - 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (...)" I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście "Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie" z dnia 26 sierpnia 2009 r.:
"Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach..."
Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego - aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji "przywracania polskości" Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak - katolik, Białorusin - prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno - kulturalnym "Czasopis" wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.
Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.
Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny - w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku - uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katolicy białoruskojęzyczni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katolicy białoruskojęzyczni. Pokaż wszystkie posty
piątek, 4 września 2009
niedziela, 8 czerwca 2008
Niedzielna podróż
50 minut jazdy samochodem, 65 kilometrów od Białegostoku, mała wieś z sanktuarium maryjnym w Różanymstoku koło Dąbrowy Białostockiej. Wieże kościoła ufundowanego przez Tyszkiewiczów, którzy mieli tu też swój dwór, wyrastają wśród soczystozielonych pól, zalanych porannym, intensywnym już słońcem, teren delikatnie pofałdowany. Z jednej z tych wież podobno widać zabudowania Grodna, czego nie miałem niestety możliwości sprawdzić, choć jest to wielce możliwe - w prostej linii Grodno nie może być oddalone o więcej niż 20 kilometrów. Różanstocki kościół i klasztor w czasie zaborów przekazano mniszkom prawosławnym, do dziś zachowały się liczne zabudowania poklasztorne nawiązujące swoim stylem do rosyjskiej architektury sakralnej XIX wieku, nie tyle nawet nawiązujące, co będące jej typowym przykładem - dawna cerkiew z cegieł, przysadzista, półokrągłe, łukowate wykończenia okien, podobnie z budynkami dawnego monasteru - półokrągłe wykończenia okien, , sporo łuków, ale nie tak charakterystycznych dla zachodnioeuropejskiego gotyku - ostrych, smukłych, lecz łagodnych, miękkich, stanowiących pół okręgu. Gotyk zachodni pnie się ku górze, ku niebu, jest wydłużony, ostry i smukły, rosyjska architektura sakralna trzyma się bliżej ziemi, jest jakby onieśmielona, nie odważa się tak pysznie piąć ku górze.
Nie jestem po raz pierwszy w Różanymstoku, ale po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to, że sporo osób zmierzających w stronę kościoła, zwłaszcza starszych, rozmawia między sobą językiem białoruskim - "ja pajdu", "ja prijedu", nie tylko starsi, kilku 50 - latków także. Katolicy władający językiem białoruskim to zjawisko nieznane w Polsce centralnej czy zachodniej, sam mieszkając od urodzenia w Białymstoku, dowiedziałem się o tym dopiero będąc na studiach.
W drodze z Różanegostoku, robimy krótki postój koło Sidry, a dalej jedziemy już do Bohonik - wioski, w której pozostały już tylko 3 rodziny tatarskie. Meczet został niedawno odnowiony, solidne, jasne deski niemal błyszczą w słońcu. Przed meczetem stoi autokar na opolskich numerach, grupa licealistów z opiekunami siedzi wewnątrz meczetu na dywanach, dołączamy do nich, choć Tatarka oprowadzająca po meczecie daje nam do zrozumienia, żebyśmy zostali jeszcze po nich, bo dołączyliśmy zbyt późno, a chce nam opowiedzieć kilka ważnych rzeczy. Żywa, niewysoka i niemłoda już kobieta, broni się skutecznie przed pytaniami agresywnych licealistów, którzy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej ignorancję w dziedzinie islamu.
- Jak może pani mówić, że zna Koran, skoro nie zna pani języka arabskiego?
- Czy jesteście sunnitami czy szyitami?
- To nie ma żadnego znaczenia, nie interesują mnie takie podziały - odparowuje.
- Ale to jest istotny podział!
Jest jeszcze kilka innych napastliwych pytań, dopiero rozsądna i stanowcza reakcja opiekuna ucina tę niemal pyskówkę. Cieszy to, że młodzi ludzie tak żywo interesują się światem, nie tylko swoją kulturą, religią, ale nie sposób zrozumieć ich agresji, chęci udowodnienia swojej wyższości nad prostą w sumie kobietą. A z drugiej strony może to jest cecha charakterystyczna ludzi w wieku licealnym, i nie ma w tym nic złego. Oby tylko nie utrwaliła im się na stałe.
- Zostawmy tego typu dyskusje i rozważania teologom muzułmańskim i chrześcijańskim - przerywa napiętą atmosferę opiekun.
Z Bohonik przez Szudziałowo zmierzamy do Kruszynian. Rzut oka na meczet, architektonicznie nieco ciekawszy od bohonickiego, krótka wizyta na mizarze, z nagrobkami w języku rosyjskim z XIX wieku, w języku polskim z XX wieku. Powtarzające się nazwiska - Popławscy, Półtorzyccy, Koryccy, Adamowicze. Wiekowe, piękne sosny, nie tak smukłe, jak w puszczy, bo rosnące w oddaleniu od siebie, Jedna z nich musi liczyć zapewne kilkaset lat, ma tak gruby pień.
Wreszcie wizyta w "Tatarskiej Jurcie", która mnie rozczarowuje. Byłem w niej wcześniej dwa bądź trzy razy, i za każdym razem wyjeżdżałem zadowolony. Tym razem kręcimy się między tarasem a pomieszczeniami wewnątrz rozbudowanego domu, nikt do nas nie podchodzi, nikt nie próbuje wskazać miejsca, w którym możemy usiąść. Wreszcie dosiadamy się do dwóch stolików, przy których siedzą po dwie osoby. Czekamy więcej niż 10 minut, aż ktoś z obsługi nas zauważy. Trzykrotnie prosimy o menu, ale nikt go nam nie przynosi, i nikt do nas nadal nie podchodzi. Gdy wreszcie zjawia się młoda dziewczyna, niezbyt sympatycznie i nieco niekulturalnie informuje nas co moglibyśmy zamówić, pozostawia nas byśmy się zastanowili nad tym, co chcemy wybrać. Później już do nas nie wraca. Zwalnia się jeden stół, mieścimy się przy nim wszyscy, w sumie 8 osób, nikt nie podchodzi, by zabrać brudne naczynia i nikt nie przyjmuje od nas zamówienia. Decydujemy się już niemal wyjść, gdy zjawia się właścicielka Jurty, ale złe wrażenie i tak trudno zatrzeć. Spora ilość klientów, upał nie mogą być jednak usprawiedliwieniem braku menu, braku zainteresowania klientem. Profesjonalna restauracja musi dbać o to, by klient, który do niej wchodzi nie wyszedł z niej niezadowolony. W której restauracji bym nie był, wszędzie po wejściu kelnerzy starali się nam znaleźć wolne miejsce, przynosili menu. Menu wbrew pozorom jest bardzo ważne - klient ma czas, by się zastanowić, co chce wybrać, ma podane ceny, opis serwowanych potraw, i często gramaturę (choć niestety nie zawsze). Nie można wymagać od niego, że zapamięta wszystkie potrawy, które dana restauracja serwuje, zwłaszcza jeśli ich nazwy brzmią egzotycznie, jak w przypadku kuchni tatarskiej. Nie może być też tak, że o ich cenach dowiaduje się w chwili otrzymania rachunku. Tak więc rozczarowanie, a szkoda, bo potrawy tatarskie są naprawdę smaczne, ważna jest jednak także oprawa w jakiej sie je spożywa, niestety.
Po obiedzie w Kruszynianach, wyruszamy z powrotem w stronę Szudziałowa, dalej jedziemy na północ do Starej Kamionki. Staram się jechać wolniej, by dokładniej móc się przyjrzeć pięknym krajobrazom za oknem, pofałdowanym polom, lasom na horyzoncie, tuż przed Starą Kamionka otwiera się ze wzgórza przepiękny widok - ogromna przestrzeń obramowana wzgórzami, i z każdej strony na horyzoncie lasy. Widok wręcz zapierający dech w piersiach.
Teraz już tylko dojechać do Wierzchlesia, później do puszczy i po podróży w upale i prażącym słońcu, wyczekiwany i zasłużony odpoczynek w cieniu strzelistych sosen w pobliżu Kopnej Góry, moczenie nóg w chłodnym, szemrzącym, czystym jak łza puszczańskim strumieniu, z którego nabieramy wodę do picia, a później już błogie lenistwo...
Nie jestem po raz pierwszy w Różanymstoku, ale po raz pierwszy zwróciłem uwagę na to, że sporo osób zmierzających w stronę kościoła, zwłaszcza starszych, rozmawia między sobą językiem białoruskim - "ja pajdu", "ja prijedu", nie tylko starsi, kilku 50 - latków także. Katolicy władający językiem białoruskim to zjawisko nieznane w Polsce centralnej czy zachodniej, sam mieszkając od urodzenia w Białymstoku, dowiedziałem się o tym dopiero będąc na studiach.
W drodze z Różanegostoku, robimy krótki postój koło Sidry, a dalej jedziemy już do Bohonik - wioski, w której pozostały już tylko 3 rodziny tatarskie. Meczet został niedawno odnowiony, solidne, jasne deski niemal błyszczą w słońcu. Przed meczetem stoi autokar na opolskich numerach, grupa licealistów z opiekunami siedzi wewnątrz meczetu na dywanach, dołączamy do nich, choć Tatarka oprowadzająca po meczecie daje nam do zrozumienia, żebyśmy zostali jeszcze po nich, bo dołączyliśmy zbyt późno, a chce nam opowiedzieć kilka ważnych rzeczy. Żywa, niewysoka i niemłoda już kobieta, broni się skutecznie przed pytaniami agresywnych licealistów, którzy za wszelką cenę usiłują udowodnić jej ignorancję w dziedzinie islamu.
- Jak może pani mówić, że zna Koran, skoro nie zna pani języka arabskiego?
- Czy jesteście sunnitami czy szyitami?
- To nie ma żadnego znaczenia, nie interesują mnie takie podziały - odparowuje.
- Ale to jest istotny podział!
Jest jeszcze kilka innych napastliwych pytań, dopiero rozsądna i stanowcza reakcja opiekuna ucina tę niemal pyskówkę. Cieszy to, że młodzi ludzie tak żywo interesują się światem, nie tylko swoją kulturą, religią, ale nie sposób zrozumieć ich agresji, chęci udowodnienia swojej wyższości nad prostą w sumie kobietą. A z drugiej strony może to jest cecha charakterystyczna ludzi w wieku licealnym, i nie ma w tym nic złego. Oby tylko nie utrwaliła im się na stałe.
- Zostawmy tego typu dyskusje i rozważania teologom muzułmańskim i chrześcijańskim - przerywa napiętą atmosferę opiekun.
Z Bohonik przez Szudziałowo zmierzamy do Kruszynian. Rzut oka na meczet, architektonicznie nieco ciekawszy od bohonickiego, krótka wizyta na mizarze, z nagrobkami w języku rosyjskim z XIX wieku, w języku polskim z XX wieku. Powtarzające się nazwiska - Popławscy, Półtorzyccy, Koryccy, Adamowicze. Wiekowe, piękne sosny, nie tak smukłe, jak w puszczy, bo rosnące w oddaleniu od siebie, Jedna z nich musi liczyć zapewne kilkaset lat, ma tak gruby pień.
Wreszcie wizyta w "Tatarskiej Jurcie", która mnie rozczarowuje. Byłem w niej wcześniej dwa bądź trzy razy, i za każdym razem wyjeżdżałem zadowolony. Tym razem kręcimy się między tarasem a pomieszczeniami wewnątrz rozbudowanego domu, nikt do nas nie podchodzi, nikt nie próbuje wskazać miejsca, w którym możemy usiąść. Wreszcie dosiadamy się do dwóch stolików, przy których siedzą po dwie osoby. Czekamy więcej niż 10 minut, aż ktoś z obsługi nas zauważy. Trzykrotnie prosimy o menu, ale nikt go nam nie przynosi, i nikt do nas nadal nie podchodzi. Gdy wreszcie zjawia się młoda dziewczyna, niezbyt sympatycznie i nieco niekulturalnie informuje nas co moglibyśmy zamówić, pozostawia nas byśmy się zastanowili nad tym, co chcemy wybrać. Później już do nas nie wraca. Zwalnia się jeden stół, mieścimy się przy nim wszyscy, w sumie 8 osób, nikt nie podchodzi, by zabrać brudne naczynia i nikt nie przyjmuje od nas zamówienia. Decydujemy się już niemal wyjść, gdy zjawia się właścicielka Jurty, ale złe wrażenie i tak trudno zatrzeć. Spora ilość klientów, upał nie mogą być jednak usprawiedliwieniem braku menu, braku zainteresowania klientem. Profesjonalna restauracja musi dbać o to, by klient, który do niej wchodzi nie wyszedł z niej niezadowolony. W której restauracji bym nie był, wszędzie po wejściu kelnerzy starali się nam znaleźć wolne miejsce, przynosili menu. Menu wbrew pozorom jest bardzo ważne - klient ma czas, by się zastanowić, co chce wybrać, ma podane ceny, opis serwowanych potraw, i często gramaturę (choć niestety nie zawsze). Nie można wymagać od niego, że zapamięta wszystkie potrawy, które dana restauracja serwuje, zwłaszcza jeśli ich nazwy brzmią egzotycznie, jak w przypadku kuchni tatarskiej. Nie może być też tak, że o ich cenach dowiaduje się w chwili otrzymania rachunku. Tak więc rozczarowanie, a szkoda, bo potrawy tatarskie są naprawdę smaczne, ważna jest jednak także oprawa w jakiej sie je spożywa, niestety.
Po obiedzie w Kruszynianach, wyruszamy z powrotem w stronę Szudziałowa, dalej jedziemy na północ do Starej Kamionki. Staram się jechać wolniej, by dokładniej móc się przyjrzeć pięknym krajobrazom za oknem, pofałdowanym polom, lasom na horyzoncie, tuż przed Starą Kamionka otwiera się ze wzgórza przepiękny widok - ogromna przestrzeń obramowana wzgórzami, i z każdej strony na horyzoncie lasy. Widok wręcz zapierający dech w piersiach.
Teraz już tylko dojechać do Wierzchlesia, później do puszczy i po podróży w upale i prażącym słońcu, wyczekiwany i zasłużony odpoczynek w cieniu strzelistych sosen w pobliżu Kopnej Góry, moczenie nóg w chłodnym, szemrzącym, czystym jak łza puszczańskim strumieniu, z którego nabieramy wodę do picia, a później już błogie lenistwo...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...