Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
sobota, 28 września 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 32 - dzieciństwo w powojennym Białymstoku, życie sąsiedzkie, historia mała i duża
Na ulicy Fabrycznej mieszkała wspólna koleżanka Florci, Bożenki i Klary. Któregoś razu, korzystając z nieobecności rodziców, zaprosiła dzieci z ulicy Fabrycznej i Wąskiej na zabawę do swojego domu. Jednak zanim zabawa na dobre się rozpoczęła, dziewczynka w pierwszej kolejności zażądała od przyjaciół złożenia przysięgi, że nikomu nie powiedzą o tym, co za chwilę zobaczą. Gdy dzieci solennie się zobowiązały nie puścić pary z ust, otworzyła drzwi ogromnej drewnianej szafy, podstawiła krzesło, wspięła się na nie, i z górnej półki wyciągnęła tajemniczy duży pakunek, odwiązała sznurek, otworzyła wieko, i wyjęła zeń najpierw czapkę jakby wojskową, złożony mundur i - o zgrozo! - pistolet. Później okazało się, że tata dziewczynki pracował w magazynach UB, a jak widać przed dziećmi niczego nie uda się ukryć, nawet we własnym domu.
Pan Brysiewicz, gdy czasem miewał wolne, gromadził wszystkie dzieci z okolicy i zabierał je na spacery po Białymstoku i okolicy. Miał wielkie zacięcie do historii, ale też poczucie pewnej misji do wykonania. Najpierw zorganizował wyprawę na obrzeża wsi Białostoczek, niedaleko siedziby obecnego Nadleśnictwa Dojlidy, w pobliżu tak zwanej szosy obwodowej. Tu, nieopodal drogi, w krzakach w pobliżu sosnowego lasu leżały porozrzucane betonowe elementy jakiejś dawnej konstrukcji. Były to pozostałości kaplicy wzniesionej w międzywojniu w miejscu, w którym 20 sierpnia 1920 r. bolszewicy w niezwykle okrutny sposób zamordowali szesnastu mieszkańców miasta różnych nacji i wyznań. Przyprowadziwszy schwytanych na łąkę, ustawili ich w szeregu, ze związanymi rękami, a następnie kazali biec w stronę pobliskiego lasu. Chwilę odczekali, po czym konno puścili się za nimi w pościg, gdy ci byli jeszcze daleko od pierwszych drzew, i dopędzając uciekających, przebijali nieszczęśników pikami. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, pozostałości tej zburzonej w 1947 r. kaplicy widoczne były w krzakach w pasie między ogródkami działkowymi a szosą północno-obowodową. Pan Brysiewicz najwyraźniej uznał za swoją powinność pokazanie dzieciom właśnie tego miejsca i opisanie jego historii. Miejscowa ludność nie pozwoliła tej historii odpłynąć w zapomnienie, w miejscu zburzonej kapliczki zaczęła stawiać drewniany krzyż,upamiętniający pomordowanych. Tak wygląda proces przekazywania historii z pokolenia na pokolenie, gdy nie można jej opisać i opublikować. A nastał już ten czas, kiedy o wojnie polsko-bolszewickiej nie można było ani mówić, ani uczyć na lekcjach historii, chyba że wyłącznie w kontekście polityki imperialnej Piłsudskiego i przegranej Polski.
Innym razem, pan Jan Brysiewicz, zebrał grupę dzieciaków i wybrał się z nimi do lasu Pietrasze. W tym wypadku chciał pokazać miejsce, w którym w czasie drugiej wojny Niemcy rozstrzeliwali w większości żydowskich mieszkańców Białegostoku, ale też i Polaków i Białorusinów, w tym też z Wasilkowa. Wówczas był to teren - w sercu niemałego podmiejskiego kompleksu leśnego - ogrodzony siatką, zabezpieczony przed poszukiwaczami złota. Były niestety takie przypadki, że jacyś lokalni rabusie, hieny cmentarne, rozkopywały zbiorową mogiłę w poszukiwaniu ludzkich szczątek, czaszek, z których można było wyrwać złote zęby. Wojna demoralizuje bez wątpienia, a jednostek bezwzględnych, zdolnych do wszelkich podłości nie brakuje w żadnym większym skupisku ludzkim. Las Pietrasze do dziś kryje wiele tajemnic. Egzekucje miały w nim miejsce i po wojnie, tym razem dokonywane na żołnierzach podziemia niepodległościowego. I jak to często bywa, samo miejsce jest pełne niezwykłego uroku, falujący teren, piaszczyste pagórki, liczne ścieżki i drogi przecinające kompleks leśny, dawna strzelnica, ze wspaniałym widokiem na dolinę rzeki Supraśli, a jednocześnie jakaś groza wynikająca ze świadomości, że te miejsca niecałe sto lat temu spłynęły krwią tysięcy niewinnych osób. Bursztynowe sosny, czysty żółty piasek, okazałe jałowce, bujny mech, rozświetlone łagodnym popołudniowym czy przedwieczornym słońcem tworzą klimat jakiejś nadrzeczywistości, niebywałego spokoju. Gdzieś tu w pobliżu 13 października 1282 roku miało dojść do potyczki między wojskami Leszka Czarnego, księcia krakowskiego i sandomierskiego, a wojskami wielkiego księcia litewskiego Trojdena, wspieranego przez Jaćwingów, zakończonej całkowitą klęską Litwinów i Jaćwingów. Niedaleko - w Nowodworcach - odkryto ślady starożytnej osady. A na horyzoncie ciemnieje masyw Puszczy Knyszyńskiej, Góra Krzyży w Świętej Wodzie, a cały świat wokół łagodnie wznosi się i opada.
Tymczasem nastały wakacje. Wyjazd Oswaldka i Florci na obóz, na kolonie, nie wchodził w rachubę, wspólny wyjazd na urlop z mamą też był nierealny. Fabryczna pensja jednego rodzica nie pozwalała na takie luksusy. Szczęśliwie, przy kaplicy na ulicy Poleskiej, którą opiekowały się Siostry Jezusa Miłosiernego, organizowane były co roku półkolonie dla dzieci. Siostry troskliwie dbały o to, by dzieci nie były pozostawione samym sobie. Można było do nich przyjść na prawie cały dzień, a one organizowały swoim podopiecznym gry, zabawy, szykowały śniadania, gotowały obiady, przygotowywały podwieczorki. Zapach i smak obiadów, a przede wszystkim ciast pieczonych przez siostry towarzyszył Florci przez całe jej życie, tak jak i wspomnienia spacerów po łąkach i polach pobliskiej wsi Białostoczek, z jej urokliwymi kamiennymi kapliczkami i drewnianymi krzyżami stojącymi wzdłuż drogi wiodącej przez wieś - znaczna część z nich zachowała się po dziś dzień, czule doglądana przez mieszkańców osiedla Białostoczek.
wtorek, 10 stycznia 2023
W stronę północy
I ten widok otwierający się w okolicach „Wikinga” na puszczę za Jurowcami, zapierający dech w piersiach. Nasłonecznione łagodne wzgórza, na których rozłożyła się piękna puszcza, i porozrzucane na jej krawędzi domki Jurowiec, Leńc. I tak dalej, jakby bez końca, sięgające nieba drzewa, szemrzące źródełka, leśne rzeczki, drewniane domy w puszczańskich wioskach, kapliczki, krzyże, leśniczówki. Dopiero za Przewalanką otwarta przestrzeń, sosnowe zagajniki już na pagórkach, dalej od szosy, ciemniejące gdzieś na horyzoncie, pola, łąki, pastwiska, wiosną w maju i w czerwcu całe bogactwo dziesiątków, setek odcieni eksplodującej po zimie zieloności, gdzieniegdzie niedziałające już, drewniane wiatraki – koźlaki, jasne wieże neogotyckiego kościoła w Korycinie, trochę dalej od szosy grodziska w Zamczysku, Milewszczyźnie, Aulakowszczyźnie, Grodzisku koło Suchowoli. Cały ten krajobraz falujący, bez płaskiej monotonii, która też może mieć swój urok, choć tu nijak by się nie sprawdziła. Wczesną jesienią, w pełni wybujałej zielonej, wielobarwnej wiosny, na początku lata, ale też prawdziwą śnieżną, mroźną, słoneczną zimą, widoki te przypominają obrazy z dobrego, szczęśliwego, radosnego, lekkiego snu, w którym bezszelestnie przemieszczamy się jakąś polną szeroką drogą, wzdłuż której płynie z początku krystaliczny strumyk, stopniowo rozszerzający się, przechodzący w rzeczkę, a następnie w coraz szerszą rzekę przelewającą się na drogę w sposób niebudzący lęku ani grozy, a to wszystko zatopione w promieniach delikatnego i jakoś tak fantastycznie jasnego, dyskretnego słońca. W tym śnie ktoś przyjazny z reguły nam towarzyszy, wspiera, opiekuje się. W tym moim, jakiś człowiek wsparty na rowerze, tuż przed wjazdem do tunelu wydrążonym w górze, który trzeba pokonać, by przemieścić się dalej, spokojnie informuje, by nie bać się wody, sięgającej nie wyżej niż do dziewiątej kostki. I drewniany dom przylegający do góry, otoczony drewnianym płotem, z taką też furtką, z wysokimi malwami w ogrodzie, w którym krząta się kobieta, przyjazna, uśmiechnięta. Sen pełen symboli, przyjaznych, pomocnych postaci, z północnymi krajobrazami, i tylko jedną nietypową górą z tunelem, której tak naprawdę nie ma.
I w tej fascynacji tymi widokami, nie sposób się nimi nasycić, zachęcają, by wędrować dalej, coraz dalej na północ, przez Suchowolę, Sztabin, Augustów, Giby, Sejny, do Litwy, dalej Łotwy, Estonii, północnej Białorusi, dawniej północno-wschodniej Wileńszczyzny.
Okolice Korycina.
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...











