Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jasionówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jasionówka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Jasionówka. Powrót

Do Jasionówki chętnie wracam ze względu na jej melancholijną atmosferę i malownicze położenie. Cisza, spokój, senny rytm osady, nieliczni ludzie wędrujący do kilku sklepów na zakupy - w sklepach obsługa jest miła, więc jeśli nie ma pracy, a dzien w domu niemiłosiernie się dłuży, to nie ma nic lepszego niż wyjście do ludzi, można z kasjerką albo właścicielką nawiązać choćby krótką rozmowę.

Jasionówka usytuowana jest na łagodnych wzgórzach. Najpiękniej wygląda ze wzgórza na wschodnik skraju osady, na którym w XVI w. stanął dwór, z początku rusko-litewskiego rodu Kurzenieckich, którzy Jasionówkę otrzymali, jako nadanie królewskie za wierną służbę od Zygmunta Augusta. Akt nadania sporządzony został w języku ruskim: "Od młodos'ti liet swoich buduczi na dworie naszom hospodarskom". Prawdopodobnie już wówczas Jasionówka istniała jako osada, założona przez Jaćwingów. Niewykluczone zatem, że wśród dzisiejszych mieszkańców, część z nich stanowią potomkowie tego walecznego bałtyjskiego ludu. Wraz z lokacją miasta pojawili się w Jasionówce Żydzi, którzy w drugiej połowie XIX w. i w latach 30-tych wieku XX stanowili niemal 70 % mieszkańców miasteczka. Około XVIII w. osiedlili się tu także Tatarzy. W międzywojniu jedną z ulic, zamieszkiwaną głównie przez nich, nazywano Tatarską. Ostatnie rodziny tatarskie opuściły jednak Jasionówkę na początku lat 80-tych ubiegłego wieku. Mieszkańcy pytani o Tatarów, wypowiadają się o nich z wielkim szacunkiem i niekłamanym smutkiem, bo to przecież dobrzy sąsiedzi byli.

Czwartek był pochmurny, deszczowy, szary, ponury, w niczym nie przypominający ostatnich dni lipca. Mnóstwo wiatrołomów w lesie między Dobrzyniówką a Czarnymstokiem. Z krajobrazu zniknął także drewniany krzyż, stojący na wzgórzu w połowie drogi między obiema wioskami. Kiedyś, gdy go fotgrafowałem, mężczyzna orzący pole traktorem, zjechał z niego i zatrzymał mnie, by opowiedzieć historię owego krzyża, na tyle, na ile ją pamiętał. Już miałem odjeżdżać w ostatniej chwili zauważyłem w tylnym lusterku, że macha do mnie ręką. Zatrzymałem samochód, wysiadłem i wysłuchałem krótkiej opowieści o drewnianym, zmurszałym krzyżu postawionym przez dziadka mężczyzny około 1945 r. Na sam koniec podaliśmy sobie ręce, uścisnął mocno moją dłoń. Jeszcze chwilę porozmawialiśmy o współczesności i wróciliśmy do swoich światów. Teraz domyśliłem się dlaczego nie mogłem wypatrzeć jeszcze wyższego, drewnianego krzyża ustawionego przy drodze tuż po skręcie z szosy augustowskiej w stronę Dobrzyniówki. Żal tych dostojnych, smukłych świadków historii, nieodłączonych elementów podlaskiego krajobrazu.

Tym razem w Jasionówce ludzi jest jeszcze mniej niż zazwyczaj, po kilku minutach nawet solidne parasole nie są w stanie osłonić nas przed deszczem. Schornienia szukamy w kruchcie kościoła, by nie przemoknąć do suchej nitki. Pierwszy kościół w Jasionówce ufundowali Kurzenieccy, z początku drewniany, ale zniszczyli go Szwedzi w czasie potopu. Tuż po potopie został odbudowany, już jako murowany, choć jego obecny kształt został mu najwyraźniej nadany po licznych przebudowach w XIX i początkach XX wieku. Stoi na usypanym ludzką ręką wzniesieniu. Może było to kiedyś grodzisko? Ze wzgórza roztacza się piękny widok na drewnianą w większości zabudowę tego dawnego miasteczka, które utraciło prawa miejskie. Od strony północno zachodniej u stóp wzniesienia wije się krótka, wąska, brukowana, pełna uroku uliczka Kościelna. Nie przejedzie nią żaden samochód, ani furmanka, co najwyżej rower.

Woda przestaje lać się z nieba, zaczyna padać deszcz, miarowo, spokojnie, można wyruszyć dalej. W budnyku, który niegdyś był prztystankiem autubusowym, czymś na kształt dworca, mieści się obecnie sklep z używaną odzieżą. Teraz jest zamknięty, w oknie siedzą karnie w rzędzie stare, wyszarzałe pluszaki, prawdziwe przytulanki, jak z mojego dzieciństwa. Na dawnym rynku nie ma żywej duszy. W zielonym, piętrowym budynku mieści się bank spółdzielczy, bodaj fryzjer i dwa sklepy, dalej, nieco wyżej, bo północna pierzeja rynku wznosi się łagodnie, ulokował się Urząd Gminy, a w nim między innymi biblioteka i coś w rodzaju izby pamięci, będącej - miejmy nadzieję - zaczątkiem muzeum.

Zmierzamy w stronę wzgórza dworskiego. Przy ogrodzeniu jednego z domostw, starych, drewnianych, stoi staruszek, opierając się o drewniane sztachety płotu, melancholijnie wpatruje się w ulicę, którą z rzadka przejeżdżają samochody, jeszcze rzadzej rowerzysta, obok przechodzi młoda mama z najwyżej dwuletnim szkrabem. Mężczyzna chętnie nawiązuje rozmowę. Z początku, stoicko pogodzony ze światem, któremu jednak nie wieszczy nic dobrego, stwierdza, bez złości, że ludzie z każdym rokiem, jakby coraz gorsi. Syn pracuje w mieście, nie mieszka Jasionówce, ale gdzieś przy granicy. Pozostały mu jedynie rozmowy z sąsiadami.

- A przed wojną ojciec mój miał poważanie u Żydów. Przychodzili do niego do domu, przesiadywali godzinami. Szanowali ojca, bo znał ich język (najpewniej jidysz).

A jak Armia Czerwona wkroczyła to młodzi Żydzi i Polacy z Jasionówki w pięknej murowanej synagodze urządzili zabawę. Tylko bogobojni starcy krążyli pod oknami i wychodzących z bezczeszczonego Domu Boga przestrzegali:

- Przyjdzie na was kara. Przyjdzie...

Niemcy w styczniu 1943 r. wywieźli wszystkich Żydów na stację do Białegostoku, a stamtąd do Treblinki. Później chodzili z miotaczami ognia i palili wszystko wokół. Z synagogi nie pozostał kamień na kamieniu.

- Tu gdzie ten zielony dom - pokazuje skinieniem głowy - przez ulicę, stała ta synagoga.

- A do dawnego dwrou to już niedaleko macie. W nim jeszcze do niedawna szkoła była, teraz pusty stoi. Młodzi do miasta wyjeżdżają. Pracy nie ma, w mieście zresztą też, to i dalej do Londynu jadą.

Dawny dwór, już w ogóle dworu nie przypomina, przebudowywany co najmniej kilkakorotnie w XIX w., w międzywojniu i po wojnie, zatracił wszystko, co architektonicznie mógł mieć niegdyś do zaprezentowania. Szkoła przeniosła się natomiast kilka lat temu do nowo wybudowanego budynku, oddzielonego od starej szkoły wiekowymi drzewami. Zachowały się też dawne czworaki, częściowo jako pomieszczenia gospodarcze, częściowo mieszkalne. W mieszkających w nich ludziach nie widać agresji, frustracji, mijani nawet się uśmiechają.

Deszcz przestał padać, na moment zza chmur wyjrzało słońce, na boisku do siatkówki pojawiło się trzech nastolatków z piłką, znowu zaczyna się chmurzyć, ale jeszcze nie pada.











































 

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Historia jednego krzyża

Leniwe, zimowe, niedzielne popołudnie, blade słońce świecące prosto w oczy, pola przykryte cienką już warstwą śniegu, a do tego sącząca się z głośników melancholijna muzyka z Wysp Zielonego Przylądka. Aż się wierzyć nie chce, że to afrykańskie blues'owanie przypominające momentami fado, tak idealnie współgra z otaczającym krajobrazem, łagodnymi pagórkami, sosnowymi zagajnikami, rozrzuconymi w dolinach pojedynczymi drewnianymi domami.

Wzgórze, do którego zmierzamy znajduje się mniej więcej w połowie drogi między Jasionówką a Dobrzyniówką. Na jego szczycie nie sposób nie zauważyć białego kamiennego krzyża wyglądającego, jak nagrobek, albo przydrożna kapliczka. Wydawałoby się, że jest to miejsce jakich dziesiątki, jeśli nie setki w okolicy. Nasłoneczniony pagórek, porośnięty sosnami, tuż za krzyżem pozostałości zabudowań, ledwie dostrzegalnych pod zeschniętą trawą, którą odsłonił topniejący śnieg. Na południe od wzgórza w odległości kilometra, może dwóch, wyraźnie rysuje się ciemna plama puszczy. W pobliżu żadnych zabudowań, ani żywej duszy. Raz zdarzyło się nam, że z leśnej drogi, ni stąd, ni zowąd wyjechał czerwony jeep cherokee, za kierownicą i obok na miejscu pasażera, siedziały dwie dziewczyny, sprawiające wrażenie, jakby nad ranem wyruszyły z Warszawy gdzieś na wschód, zagubiły się, a wczesnym popołudniem odnalazły się na leśnej drodze w pobliżu Jasionówki. Przyglądały nam się przez szyby nie mniej zdumione niż my. Długie, modnie ścięte włosy, dostrzegalny make-up, wyglądały bardziej jak modelki z okładki "Cosmpolitan" niż córki miejscowych gospodarzy. To naprawdę niecodzienny widok na podlaskiej wsi, chyba, że tak zwani miastowi wyprowadzą się na wieś, bądź po latach ktoś wróci z USA, lub przyjedzie na urlop na Święta z Dublina lub Londynu. Nawet nam przez myśl nie przeszło, by próbować je zatrzymać i pytać o historię owego krzyża z wygrawerowaną inskrypcją: "S + P STANISŁAW BORYS ŻYŁ LAT 22. ZGINOŁ TRAGICZNĄ ŚMIERCIĄ W 1941 R. PROSZĘ O 3 Z M." (zapis oryginalny).

Nie pamiętam, za którym razem, może za trzecim, może czwartym, natknęliśmy się w tym miejscu na dwóch mężczyzn o zaczerwienionych od mrozu i wiatru, czerstwych twarzach, przybijających do jednej z sosen tabliczkę z napisem: "Proszę nie wyrzucać śmieci". Okazało się, że owi mężczyźni byli leśnikami, chętnie nawiązali rozmowę, ale sprawiali wrażenie ostrożnych i ważących każde słowo. Gdy padło z naszej strony pytanie dotyczące krzyża, jeden z nich najwyraźniej się ożywił i oznajmił, że jest to miejsce, w którym zginął jego stryjeczny dziadek. Został zastrzelony tuż przed atakiem Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 r. Wracał pieszo od strony Dobrzyniówki, miał wetknięty za pas pistolet, ukryty pod koszulą, na wzgórzu stał akurat sowiecki gazik, a w nim i tuż obok niego kręcili się albo krasnoarmiejcy, albo enkawudziści, obserwowali okolicę z dogodnego miejsca widokowego. Mężczyzna, będący członkiem ruchu oporu, wówczas jeszcze Związku Walki Zbrojnej, spostrzegłszy ich, zaczął najprawdopodobniej uciekać. A może postanowił wyrzucić w zboże zatkniętą za pasek broń, i któryś z krasnoarmiejców to zauważył? Tego nie dowiemy się już nigdy. Jedno jest pewne, zwłoki zabitego młodego mężczyzny, zostały dosłownie wrzucone do gazika i wywiezione do siedziby NKWD w nieodległej Sokółce. Do dziś nie jest znane miejsce ich spoczynku.

- A mój dziadek dowiedziawszy się, co się wydarzyło, przybiegł tak szybko, jak tylko mógł, by z miejsca, w którym zastrzelono jego brata, zebrać ziemię nasiąkniętą krwią, zakrwawione patyki, i włożyć je do skleconej naprędce drewnianej skrzyneczki, a następnie zakopać w tym miejscu, w którym obecnie stoi krzyż. A dziadka stryjecznego zastrzelono tam po drugiej stronie, gdzie ustawiony jest ten żeliwny krzyż. - opowiadał leśnik.

W drodze powrotnej nie sposób było uniknąć refleksji, co jesteśmy winni takim partyzantom, jak Stanisław Borys? Słowa i frazy takie, jak patriotyzm, oddanie życia za ojczyznę, szybko się w naszej rzeczywistości zdewaluowały, a niemal wszystkie debaty poświęcone tej tematyce wydają się jałowe, schematyczne i nie dające żadnych konkretnych odpowiedzi. Propozycja, by nowoczesny patriotyzm polegał li tylko na płaceniu podatków, wydaje się być kompletnym nieporozumieniem - jak bowiem za czyn patriotyczny można uznać obowiązek nałożony prawem? Czy współczesny heroizm - jak proponują inni - może polegać na pracy ponad siły, a niekiedy i ludzkie możliwości w międzynarodowych korporacjach oraz sieciach handlowych? Czy może nim być działalność polityczna w rzeczywistości, w której nadrzędność interesu partyjnego, lawirowanie między grupami interesu, zastąpiły tworzenie realnego dobra wspólnego? Mimo wszystko jednak wydaje się że, dopóki jeszcze nie cała sfera publiczna została zawłaszczona przez partie polityczne, to wciąż istnieją płaszczyzny działania, na których wykształcenia, wiedza i zdolności mogą być wykorzystane pod podejmowania aktywności motywowanej nie tylko interesem własnym, ale przede wszystkim chęcią i umiejętnością szerszego spojrzenia na świat.
































wtorek, 23 listopada 2010

Na pograniczu - część 2

Z niedoszłej stolicy Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dawnym gościńcem z Mazowsza na Litwę, wyruszamy na północny wschód. Rzeka Jaskranka, Jaświły, Jasionówka, przypominają mi teorię wyczytaną gdzieś w naukowym, historycznym orpacowaniu, wedle której toponimy zaczynające się od liter "ja" miały oznaczać okolice, miejscowości zamieszkane przez Jaćwingów. Im bardziej na wschód tym krajobraz staje się coraz mocniej pofałdowany, poprzetykany zagajnikami brzozowymi, sosnowymi, na południu ciemnieje masyw Puszczy Knyszyńskiej, a na radośnie porozrzucanych wzgórzach usadowiły się same drewniane domki o dwuspadowych dachach, w otoczeniu ogrodów i sadów, które najurokliwiej wyglądają wczesną wiosną, bujne, świeżo rozkwitłe na biało i różowo wiśnie, jabłonie, grusze, czereśnie. Tę drogę musiała wielokrotnie pokonywać Barbara Radzwiwiłłówna, a i sam Zygmunt August w drodze do Wilna. Teraz trakt jest asfaltową, wąską, o poszarpanym poboczu szosą, to opadającą, to wznoszącą się, wijącą się między pagórkami. Po niecałych 15 minutach jazdy docieramy do Jasionówki.

W XVI w. miejscowe dobra zostały nadane przez Zygmunta Augusta rusko-litewskiemu rodowi Kurzenieckich, którzy w drugiej połowie XVI w. mieli tu ufundować pierwszy kościół. Wraz z lokacją miasta pojawili się w nim także pierwsi Żydzi, a pod koniec wieku XVII również Tatarzy otrzymujący wówczas od Jana III Sobieskiego liczne nadania na Podlasiu w zamian za zaległy żołd.

Miasta na Podlasiu w czasie panowania Zygmunta Augusta były nadawane jego wienrmy dworzanom, ludziom ze wszech miar wykształconym, oczytanym, najprawdziwszym humanistom epoki Renesansu, a ci modelowali je na odrodzeniową modłę, porządkowali układ nieruchomości, ulic wychodzących z rynku, a realizując renesansowy ideał życia w harmonii z naturą przy zabudowaniach mieszkalnych zakładali rozległe ogrody. I kto wie, jak te miasta wyglądałby dziś, gdyby nie wojny XVII, później XVIII w., okres zaborów, i wreszcie dwóch wojen światowych. Co prawda, układ urbanistycznych owych podlaskich miejscowości niewiele się zmienił od czasów Zygmunta Augusta, a wydaje się, że najlepiej się wciąż ma ideał życia w harmonii z naturą, ze względu na całkiem spore przydmowoe ogrody i sady, to jednak jest to świat wciąż tkwiący w tradycyjnej już polskiej niemożności, tak typowy dla wschodniej Polski -nieefektowny, zupełnie nieprzebojowy i niekrzykliwy, ale niepozbawiony przecież ogromnego uroku i ducha dawnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów, choć w przypadku tych ziem, mówienie o dwóch narodach, to kompletne nieporozumienie, bo można ich zliczyć, co najmniej 7.

Jasionówka jest dziś małym, cichym, sennym miasteczkiem, życie toczy się w niej wokół urzędu gminy, kościoła i kilku sklepów. W urzędzie gminy można nabyć książkę o historii miasta, ale jest pewien problem, bo książki są dwie - jedna wydana przy wsparciu urzędu, a druga niezależnie, przez mieszkańca Jasionówki, pasjonata lokalnej historii. Tej drugiej urząd nie rozprowadza, bo podobno nie wszyscy mieszkańcy zgadzają się z tezami postawionymi przez jej autora. Jednak uprzejma pani sprzedająca książkę tę oficjalną, kieruje nas do synowej autora, pracującej w pobliskiej bibliotece, przez nią można skontaktować się z niepoprawnym politycznie - na skalę lokalną - historykiem.

A miejscowa biblioteka, to najprawdziwszy wehikuł czasu, za jej sprawą można przenieść się nieco wstecz w czasie. Tak mniej więcej wyglądała moja pierwsza w życiu osiedlowa biblioteka, unosił się w niej ten sam zapach starych, zakurzonych, wielokrotnie czytanych książek, i była też w ten sam sposób rozświetlona przedzierajacym się przez spore okna jesiennym, ale wciąż jeszcze intensywnym słońcem. Tyle że tu prędko dostrzeżemy coś, czego biblioteki naszego dzieciństwa nie miały - stanowisko z komputerem podłączonym do Internetu. Jednym co prawda, ale obleżęnia dużego nie ma, siedzi przy nim jeden około 10-12 letni chłopiec, może dlatego, że jest to środek tygodnia, godzina 14.00. Synowej autora "niesłusznej" książki jeszcze nie ma, ale podobno można ją nabyć w pobliskim sklepie. Sklepów w rynku i wokół niego jest ledwie kilka, w tym jeden mieszczący się w budynku, będącym niegdyś czymś pośrednim między przystankiem a dworcem autobustowym. Tu sprzedaje się używaną odzież, w budynku w którym rozlokował się bank spółdzielczy, na piętrze znajdują się kolejne dwa sklepy, ze wszystkim, dosłownie, z ubraniami, zniczami, artykułami gospdoarstwa domowego, środkami czystości, jest też zakład fryzjerski, nie ma tylko kupujących i korzystajacych z usług, ale to pewnie ze względu na porę dnia. Tu książki jednak nie mają. Jest za to w samoobsługowym spożywczym, w którym wszyscy wchodząc mówią do siebie i do sprzedawczyń "dzień dobry", kilkanaście egzemplarzy karnie ułożonych na półce, w twardej oprawie, pod gazetami, przy półce z prasą kolorową. To jedank część druga, a pierwsza rozeszła się już dawno, podobno jak świeże pieczywo.

W Jasionówce jest jeszcze kościół i pozostałości parku dworskiego, bo przecież istniał tutaj kiedyś także dwór, który można byłoby nawet nazwać pałacem, nie tak okazałym, jak pałac w Białymstoku, ale jednak sporo większym niż porozrzucane po okolicy dwory modrzewiowe czy nawet murowane, z których do dziś przetrwały nieliczne.

Kościół stoi na wzgórzu, wyglądającym na sztucznie usypane, jest biały, murowany, do kruchty można wejść zawsze, drzwi wejściowych z reguły się nie zamyka, dalej są natomiast kolejne drzwi, żeliwne, przez które można zajrzeć do nawy głównej. Obok kościoła przebiega wąziutka, brukowana uliczka Kościelna. Jeśli odpowiednio stanąć i skierować wzrok ku górze w stronę kościoła, to można nawet odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie i jesteśmy w Jasionówce za czasów jej świetności, ale to wrażenie niestety nie trwa nigdy zanadto długo. Od ryneczku i kościoła niedaleko na wzgórzu rozłożył się cmentarz, z solidną, z drewnianych bali kaplicą i celganymi, kruszejącymi nagrobkami z początku XIX w. Tu także napotkani ludzie mówią dzień dobry i jeszcze do tego życzliwie się uśmiechają.

A stąd już jest niedaleko do Korycina i Dobrzyniówki, ale o nich następnym razem.



















































Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...