Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska rzeczywistość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska rzeczywistość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 października 2009

Bojary

Do tego miasta najbardziej pasuje jesień. To już defintywny koniec lata, złote, żółte, czerwone, brązowe liście na drzewach owcowych w ogrodach pamiętających dwudziestolecie międzwojenne z trudem ocalałych z deweloperskiej inwazji. Ulica Próżna zachowała tylko widok na kamienicę czynszową z bladej cegły z półokrągle wykończonymi oknami, ale to formalnie już ulica Sobieskiego, zamyka jednak widok z ulciy Próżnej i daje jakieś wyobrażenie o tym, jak ta ostatnia mogła niegdyś wyglądać. Teraz zabudowano ją pseudokamienicami, które w żaden sposób dawnej atmosfery odtworzyć nie mogą, nawet nie dają jej namiastki, druga strona to relikt minionej epoki, bloki z wielkiej płyty, między którymi jeszcze do niedawna dumnie stały drewniane domki, parterowe i piętrowe, z dużymi ogrodami, nie uchowały się, prawdopodobnie nikt nie był nimi zainteresowany. Z Próżnej odbijam w Sobieskiego, na wprost kolejna cudem ocalała murowana kamienica naprzeciw wylotu Złotej, a w tej może 50 - metrowa najprawdziwsza enklawa - trzy ogromne drewniane domy, w tym jeden piętrowy, w którym po przybyciu do Białegostoku mieszkał ksiądz Michał Sopoćko. Stąd chodził na wykłady do seminarium, tymi wąskimi uliczkami spacerował i rozważał sens miłosierdzia. Swoją drogą czy mógł cokolwiek słyszeć o rodzinie Goldbergów, która tuż przed nim mieszkała w kamienicy naprzeciw? Teraz to szary, ponury, tajemniczy dom; bruk rozdzielajacy oba domy niezdarnie zalano asfaltem, tak, że prawie cała lewa strona wymknęła się paskudnej masie bitumicznej.

Jakub Goldberg był mocno zbudowanym wysokim - bo prawie dwumetrowym - mężczyzną, aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego szanowanym w lokalnym środowisku i znanym niemal w całej Europie, członkiem rady miejskiej. Bank, który odziedziczył po babci zbankrutował w czasie kryzysu po 1929 r., Jakub był jednak zaradnym człowiekiem i tuż przed wojną został przedstawicielem włoskiej firmy ubezpieczniowej.

Żona Jakuba - Bella dla odmiany była niska i drobna, zupełne przeciwieństwo męża, nie tylko fizyczne. Aktywnie udzialała się w Bundzie. Żona jednego z najbardziej prominentnych działaczy syjonistycznych pracowała jako nauczycielka języka polskiego w żydowskiej szkole z yiddish jako językiem wykładowym.

Zabrakło pewnie kilku lat, by Goldbergowie mogli się poznać z Sopoćką, co mieliby sobie do powiedzenia? Dzieliłaby ich tylko ulica, czy zapraszaliby się na obiady, kolacje? Wspólne dyskusje? O czym? Rozmawialiby o Bogu, o wierze? Goldbergowie choć sami pochodzili z chasydzkich rodzin, pomimo wszelkcih dzielących ich różnic byli wszak ateistami. Jakże to ciekawe musiałyby być dyskusje! Promotor miłosierdzia Bożego i przekonani ateiści. Ludzie wielu zainteresowań, otwarci, ciekawi świata. Przedzieliło ich kilka lat, które otworzyły pole najbardziej absurdalnemu okrucieństwu w historii ludzkości. Nie dowiemy się już nigdy, jak wyglądałyby spotkania katolickiego księdza z wyemancypowaną rodziną żydowską.

Miasto w jesiennej niedzielnej mgle, około godziny 12, nijak nie przypomina miasta z dnia powszedniego, cisza, spokój, z klatek bloków z wielkiej płyty wychodzą do kościoła przedstawiciele uboższej klasy średniej przemieszani z ludźmi wyglądającymi tak, jakby żyli na skraju ubóstwa. Z kamienicy u wylotu Złotej rzadko kiedy wychodzi ktokolwiek, z otwartych okien i balkonów sączy się brutalny gangsterski amerykański hip hop albo toporne dyskotekowe przeboje sprzed kilku lat. Tuż za kamienicą zestaw kilku bloków bez balkonów, bloki robotnicze, jeszcze nie tak dawno należące pewnie do "Uchwytów". Poza smutkiem, zgarbionymi ludźmi, o wyszarzałych, zmęczonych twarzach, przeważnie w wieku emerytalnym, niewiele tu można dostrzec. Czasem wiosną bądź latem przemkną młodzi nastoletni ludzie w kapturach, albo kilkuletnie dzieciaki w pisakownicach otoczonych owocowymi drzewami, które zdążyły już wyrosnąć na tyle, by zacienić place zabaw z prawdziwego jednak zdarzenia. Tych placów zabaw i przestrzeni między socrealistycznymi robotniczymi blokami mogą pozazdrościć mieszkańcy pobliskich - tak zwanych - apartamentowców, ekskluzywnych kamienic, o których zapomnieli włodarze miasta, bo choć wmówiono ich mieszkańcom, że wprowadzają się do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta, to nikt wydając wszelakie pozwolenia na budowę, decydując o planach zagospodarowania przestrzennego nie pomyślał o tym, że dzieci z tych nowych mrowiskowców będą także chciały się bawić w piaskownicach, zjeżdżać na ślizgawkach, kręcić na karuzelach. Tu każdą wolną przestrzeń, każdy skrawek, trzeba wyrywać na miejsca parkingowe, któych mimo podziemnych parkingów i tak brakuje.

Dalej ulicą Kraszewskiego, do ulicy Towarowej, tuż za nią kładka nad torami, jeszcze drewniana, drżąca cała pod wpływem kroków nawet jednej osboy. Dworzec Fabryczny, z którego Niemcy wywozili żydowskich mieszkanćów miasta do Treblinki. Czy stąd w ostatnią podróz wyruszyli Jakub i Bella Goldbergowie? Za dworcem rozciąga się już Wygoda, tuż obok Kościół Najświętszego Serca Jezusa, także znajdujący się na szlaku księdza Michała Sopoćki. Trwa msza, więc nie podchodzę do tablicy z krótkim opisem, mogę tu wrócić przecież w każdej chwili. Powrót także ulicą Kraszewskiego. Po prawej zielony budynek, przebudowana quasi - willa, zaadaptowana na kościół zielonoświątkowców, akurat kończy się nabożeństwo, na sposób zimowy opatulone wychodzą sympatycznie wyglądające dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Nieprzyzwyczajone do tutejszych chłodów, ale nic dziwnego - wszak rozmawiają ze sobą po angielsku. To taka ciekawa enklawa na Bojarach, a może i w całym mieście. Kilka lat temu przyjechał tu autokar pełen śniadych Brazylijczyków, Murzynków, Mulatów, oliwkowych potomków Portugalczyków i innych nacji. Codziennie zmierzali ulicą Kraszewskiego w stronę centrum, sympatycznie głośni i roześmiani, w żółto - zielonych koszulkach. Tak sympatycznie jak dzisiejsze anglojęzyczne dziewczęta, uśmiechnięte i jakoś tak kulturalnie i spokojnie ze sobą rozmawiające.

Ulicę Kraszewskiego zamyka neogotyk białostockiej katedry. W miejscu gdzie dziś u jej wylotu do Starobojarskiej stoją ceglane ekskluzywne kamienice stylizowane nieudolnie, groteskowo na XIX - wieczne czynszówki, cisnęły się jeszcze pod koniec lat 90 - tych te prawdziwe czynszówki, zupełnie bezsensownie wyburzone, nie groziły zawaleniem, ale nie opłacało się ich remontować, bo mieściły dużo mniej mieszkań niż nowe bloki, na miejscu jednej czynszówki deweloper wznosił dwie. Zysk oczywisty. Zniknął też bruk, zastąpiony oczywiście polbrukiem, w czasie którychś z wagarów idąc tą ulicą i słysząć jakiś hałas miałem wrażenie, że ulicą pędzi dorożka, teraz to byłoby już zuepłnie niemożliwe. Tylko u wylotu Kraszewskiego do Starobojarskiej uchowała się wciśnięta pomiędzy blokami kamienica z dwudziestolecia, z nadbudówką z jasnej cegły, wcale nie wygląda na onieśmieloną towarzystwem nowych pseudokamienic, apartamentowców, czy jak je zwać. To w niej mieszka pewien dziadek z wąsami, codziennie wyprowadzający na spacer psa Kubusia. Jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak czule, ale nie ckliwie, nie wymiotnie słodko rozmawiał ze zwierzęciem, a nawet z drugim człowiekiem.

Wieże katedry zamykające widok z ulicy Kraszewskiego toną we mgle. To nic, że nia ma słońca, to nic, że nie jest to złota polska jesień, z liściami skrzącymi się w słonecznych promieniach. To miasto i tak jest dziś inne niż na co dzień. Dziś wszystko wydaje się mieć swój sens. Nawet to, że Goldbergowie nie spotkali się z Sopoćką, bo to przecież jeszcze nie było to miejsce, w którym mieli się spotkać. Wszystko ma swój sens i czas, musi mieć.

*** Informację o rodzinie Goldbergów zaczerpnąłem z książki "Ester and Ruzya. How my grandmothers survived Hitler's war and Stalin's peace" napisanej przez Mashę Gessen

środa, 7 października 2009

Czy warto być Polakiem?

Wreszcie udaje mi się znaleźć wolną chwilę, by nadrobić zaległości w czytaniu. Sięgam po numer "Pressji" wydawanych przez Klub Jagielloński, a w nim artkuł uroczej uśmiechającej się ze zdjęcia Polki z wyboru - Wandy Wyporskiej - doktorantki w Hertford College w Oksfordzie (wówczas doktorantki, bo teka trzecia "Pressji" była wydana na przełomie 2002/2003). Z czarno - białej fotografii uśmiecha się szczerze ciemnoskóra i czarnowłosa wnuczka polskiego lotnika, który po drugiej wojnie pozostał na Wyspach. A tata z Barbadosu pozostawił ją i mamę, gdy miała 2 lata. Autorka artykułu "Rostbef, pierogi i latająca ryba" opisuje swoją drogę do polskości, dojrzewanie do świadomego bycia Polką, Polką zakorzenioną w kulturze, w literaturze, w języku, ale wspomina też o polskości istniejącej we krwi. Polskości trudnej, wbrew nawet wrogim gestom i słowom: "Mimo, że wspomniałam tutaj tylko o dodatnich stronach polskości, o tym co mnie do Polski przyciąga, oczywiście doświadczyłam tu również chwil bardzo przykrych. Przykładowo zdarzyło mi się raz, że postraszono mnie nożem, a dwukrotnie spotkała mnie słowna obraza, co jednak w ogólnym bilansie pozwala sądzić, iż w sumie miałam szczęście."

Momentalnie przypominam sobie jedną z wypowiedzi Grzegorza Wasowskiego z wywiadu opublikowanego kilka miesięcy temu w "Rzeczpospolitej", w której z goryczą stwierdza, że nie odczuwa żadnej więzi z obecnym narodem, a jedynie z tym sprzed wojny, z XIX wieku, z narodem historycznym bardziej niż tym współcześnie realnym.

A do tego jeszcze to przykre wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy to znajoma zwróciłą się do mnie z prośbą bym oprowadził po miejscach związanych z kulturą żydowską w Białymstoku grupę młodzieży z Izraea i z jednego z białostockih liceów. Żaden ze mnie przewodnik, ale historię miasta, z którym wiąże mnie jedynie fakt urodzenia i stałego zamieszkania, znam. W ubiegłym roku udało nam się wejść na podwórko i klatkę schodową pewnej starej kamienicy przy dawnej synagodze - obecnie Galerii Ślendzińskich. Zależało mi na tym, by młodzież z Izraela mogła poczuć klimat Białegostoku, gdy ten w 70 % był miastem żydowskim. Tym razem nie udało się, dwóch stojących przy bramie wygolonych na łyso dwudziestokilkuletnich osiłków zastąpiło nam drogę twierdząc, że to teren prywatny; słowem dali nam do zrozumienia, że mamy się stąd wsynosić. Gdy odchodziliśmy, nerwowo się uśmiechali, pełni tryumfu, napięcia, jakby gotowi do bójki. W ubiegłym roku musiałem głupio się tłumaczyć z gwiazdy Dawida na szubienicy nabazgranej na ścianie jednego z bloków obok miejsca, w którym jeszcze po wojnie stał drewniany dom - miejsce urodzenia Ludwika Zamenhofa.

Czy takie incydenty to właśnie Polska? Co mają wspólnego z polskością? Czy to margines? Wierzę, że jednak tak.

Ale czym jest w takim wypadku polskość właściwa? Z czego mogę być dziś dumny, co stanowi o mojej polskości? Czy rzeczywiście możemy się tylko odwoływać do odległej historii? Do XIX - wiecznej literatury? Do dwudziestolecia? Do Schulza, Tuwima? Miłosza? Szubera? Rylskiego? Libery? Stasiuka?

Czy polskość można odnależć jedynie w kulturze wysokiej? A co z kulturą codzienną? Gdzie się podziała kultura polityczna, prawna? Skąd to zniechęcenie ludzi młodych, apatia mojego pokolenia trzydziestolatków, rozczarowanych polityką, polskimi elitami, cała strukturą życia społecznego?

Moja przyjaciółka Białorusinka, napisała mi kiedyś, że na Białorusi nie ma wielu rzeczy, które my mamy tu w Polsce. Zazdroszczę jej tej tęsknoty do tego, co mamy tu, bo sam już nie potrafię się tym cieszyć. Nie wiem nawet czym miałbym się radować? Wolność podróżowania? To przecież minimum. Swoboda posiadania i głoszenia poglądów politycznych? Tak, jak najbardziej, jeśli można się opowiedzieć po stronie którejś z mainstreamowych grup. Teraz w Polsce jest się albo "prymitywnym pisiorem" albo "gładkim platformersem". Jedni są pryncypialni, trochę bardziej toporni, mało sympatyczni, a drudzy okągle i gładko podbijają świat, wydają się bardziej sympatyczni, ale w gruncie rzeczy to tylko pozory, jedni warci drugich. Co mi za różnica czy państwo sprywatyzują przekonani o swojej słuszności pisowcy czy fajni platformersi? I jedni i drudzy polityką zajmują się dla korzyści - to stwierdzenie tak oczywiste i analne, że nawet piszę je z zażenowaniem. Teraz akurat padło na Zbycha, Mira i Grzecha, ale takich rozmów, takich afer można byłoby pewnie wykryć więcej. Koleżanka, która pracuje w urzędzie maista, już się niepokoi, bo chodzą słuchy, że Platofrma może nie wygrać wyborów samorządowych. Cóż to jednak ma za znaczenie - całe zastępy przebierają nogami do intratnych posad i stanowisk.

Gdzie nie zacząć kopać, wszędzie trafi się na brud. W każdej szafie czai się kościotrup.

Iście XIX - wieczny kapitalizm, szczęśliwie udało mi się porzucić korporację, która piar opanowała do perfekcji, a czas kryzysu wykorzystała do zwolnienia z pracy około 1000 osób w skali kraju. Zwalniano także takie osoby, jak Pani Ania, która przepracowała w firmie około 40 lat, na kilka miesięcy przed wejściem w okres ochronny, kiedy to pracownika nie można zwolnić przed emeryturą. Wzorowy pracownik, całe życie zawodowe bez upomnienia, nagany, dokładna, sumienna, uczicwa, koleżeńska, nie pasowała do obecnej rzeczywistości - drapieżnej, nastawionej na dobre wrażenie, fasadowość, umiejętność manipulacji, niedoinformowywania, niedopowiadania.

Rywalizacja bez żadnych granic, intryga, skarga, pomówienie, niechęć do dzielenia się wiedzą i umiejętnościami, każdy instrument jest dobry, by budować swoją pozycję w firmie, urzędzie, czy jakiejkolwiek instytucji.

Zjawisko podczepiania się pod kogoś bądź pod jakąś grupę, by przeć do przodu. Konformizm, taki jaki musiał istnieć w czasach realnego socjalizmu, ktory znam w zasadzie z filmów i opowieści ludzi, którzy te ponure czasy pamiętają.

Ślizganie się po powierzchni rzeczy, niestosowność refleksji, zatrzymania się na chwilę, aby tylko pozwolić unieść się fali.

Naprawdę nie wiem czym dziś miałaby być polskość i gdzie jej szukać?

sobota, 12 września 2009

Kilka obrazków po powrocie

Pewna miejscowość uzdrowiskowa na południu Polski, krótki postój w drodze ze wschodniej Słowacji do Białegostoku, ławeczka w parku nad szemrzącym strumieniem, nieopodal fontanny, wokół zieleń krzewów, równo przystrzyrzonej trawy, a na ławeczce nobliwie wyglądająca para - około 60 - letni mężczyzna i kobieta, oboje eleganccy, oboje gustownie ubrani. Ułowiony skrawek rozmowy:

- Wyższe sfery mieszkają w tych hotelach na górze, izolują się od tego bydła...

W tej samej miejscowości, w księgarni przy deptaku, w Nowym Domu Zdrojowym, starszy pan w marynarce do Bogu ducha winnej sprzedawczyni z wściekłością i pretensją do calego swiata:

- Co żeście zrobili z tą pijalnią?! Kiedyś to ona wyglądała! A teraz trzeba było tam sklepów nawciskać?! Że za komuny zbudowali to zła?! Wszystko co im się z komuną kojarzy, to muszą zniszczyć!

Dziś w empiku w jednej z białostockich galerii handlowych, około 60 - letni mężczyzna gustownie ubrany, w okularach, z brodą, przy półce z tygodnikami głośno do żony:

- Weźmiemy to czasopismo, musimy się czymś odróżniać od tych żydków!

Wściekłość, zapiekłość, jad, żółć, frustracja, złość, pogarda, krzyk, bycie przeciw innemu, tak często wylewają się na ulicach, w sklepie, w pracy, wszędzie. Powroty do Polski z zagranicy są zawsze traumatyczne.

czwartek, 5 marca 2009

O rewolucji?

Jeden z moich ulubionych publicystów, dziennikarz “Obywatela” - Krzysztof Wołodźko w pierwszej części - jak się okazało niedoszłego już cyklu “System 09″ wypowiedział słowa, które wciąż nie dają mi spokoju, choć jeszcze kilka lat temu skwitowałbym je pewnie pobłażliwym uśmiechem. W kontekście oceny polskiej rzeczywistości, współczesności, dwudziestolecia quasi-niepodległości Wołodźko napomknął o rewolucji, o możliwości rewolucji, postawił retoryczne pytanie “dlaczego nie rewolucja”. Nie potrzeba żadnych wyjaśnień, by wiedzieć, że nie miał na myśli rewolucji podobnej do rewolucji francuskiej czy październikowej. Nikt poważny o takich rewolucjach dziś mówić i myśleć nie może. I rzecz nie tylko w zmianie systemu politycznego, społecznego, ekonomicznego. Ta rewolucja miałaby sięgać dużo głębiej. Świat zastany, jest zupełnie nie do przyjęcia, i pewnie tak jest zawsze, w każdej epoce, ale jeśli świat ma się zmieniać, ewoluować, to zmiany nie mogą mieć tylko i wyłącznie charakteru cywilizacyjnego, technicznego, naukowego. Postęp w tych dziedzinach, któremu nie towarzyszy zmiana człowieka na lepsze, jest nie do przyjęcia, nie do zniesienia.

Cyniczne elity, wszechobecna popkulturowa, masowa papka, natężenie wzajemnej pogardy, obojętności, brak jakichkolwiek głębszych i prawdziwych więzi, młodzi i starsi, których łączy przekonanie, że cel uświęca środki, i przeważnie cel z dobrem wspólnym nie mający nic wspólnego. Młodzi przyszli prawnicy, studenci, którzy w swej większości uważają, że mogą sięgać do nieetycznych działań, by wygrywać.

Młodzi ludzie, w ilości swej już zupełnie totalitarni, potrafiący narzucać swoją wolę i przekonania nielicznym, w których głębi tli się jeszcze ledwie dostrzegalny sprzeciw.

Psychologia traktowana jak instrukcja obsługi drugiego człowieka, bez konieczności jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, moralnego, funkcjonująca jak instrument manipulacji zachowaniami, myślami, emocjami spotykanych ludzi. I gdzież tu miejsce na Spotkanie z drugim człowiekiem? Spotkanie z drugim jako gra, grą pozorów, nie angażujemy się, ale ma być między nami gładko i przyjemnie, nie ranimy się, ale też siebie w najmniejszym stopniu nie interesujemy. Jesteśmy poprawni, eleganccy, uprzejmi i do bólu obojętni, ani na krztynę siebie nie obchodzimy. W mgiełce uśmiechów, podręcznych gestów, słów, zachowań nie spotykamy się w żaden sposób.

Uczciwość jest tak wyświechtana i żałosna, że może tylko irytować lub doprowadzać do wściekłości. Podstęp i zdrada zaprzęgnięte do walki o zbożne cele. Kwitowanie wszelkiej podłości, nikczemności zdawkowym stwierdzeniem “tak już jest”, “taki jest świat”. Pobłażliwe uśmiechy jako reakcja na przejawy nawet umiarkowanego sprzeciwu wobec rzekomego “pogodzenia z losem”.

Całkowicie spsiały język, którego nie sposób słuchać na ulicach, rojący się od “kurew”, “ch…”, “p….”. Wygolone głowy gimnazjalistów, licealistów, nawet studentów; kobiety i młode dziewczyny nie mające w sobie nic z kobiecości i dziewczęcości. Któż by to zjawisko dziś nazywał jeszcze tak jak pod koniec lat 90-tych Krzysztof Piesiewicz “wstydem przed wstydem”. Wówczas wedle Piesiewicza dziewczęta miały się krępować swego wstydu i przykrywały go wulgarnością, agresją, chcąc udowodnić, że są równe facetom. Dziś ta cała wulgarna ordynarność wydaje się być ich naturalną potrzebą do tego stopnia, że zaskakuje wielu z najbrutalniejszych mężczyzn, a może nawet ich onieśmiela i w zestawieniu z agresją i wulgarnością ich rówieśniczek czyni z nich tę stronę słabszą, skuloną i wystraszoną.

Młodzi ludzie zapatrzeni w teledyski serwowane przez MTV, VIVĘ i inne stacje, ociekające złotem, wypasionymi furami, pełne samców obłapiających uprzedmiotowione kobiety, które znakomicie odnajdują się w przydzielonych im rolach.

Rzeczywistość, w której cynizm wyziera z każdej strony, z każdego środowiska, i w której jest normą, tłumaczoną ludzką naturą, ułomną przecież i niedoskonałą. Świat duszny i ciasny, obywający się bez wrażliwości, z wyjątkiem tej prywatnej, tylko na własne potrzeby. Wrażliwość społeczna pojawiająca się tam i wtedy, kiedy się opłaca. Konieczność zaistnienia, ułożenia się, promowania, pokazywania się, by móc to kiedyś wykorzystać, a nuż ktoś w mojej sprawie podpisze list wstawiający się za mną, gdy będę w tarapatach? Czy mogę być nikczemnikiem, podlecem? Ja który/która mam na swoim koncie książki/artykuły/członkostwo w zarządach organizacji pożytku publicznego? Ja który jestem duchownym? Ja, który/która tak bezinteresownie pomagam?

Sam nie wiem, jak miałaby ewentualna rewolucja wyglądać, ale jedno jest pewne, tak żyć na dłuższą metę się nie da.

sobota, 21 lutego 2009

Na pograniczu

Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do określonej grupy narodowościowej. O tym, że można być Białorusinem wyznania katolickiego dowiedziałem się ledwie na studiach. A że można być prawosławnym Polakiem wiedziałem odkąd tylko zacząłem się stykać i świadomie rozmawiać z kolegami i koleżankami wyznania prawosławnego, którzy nigdy i nijak nie określiliby siebie, jako Białorusinów. Tatarzy wyznający nader liberalną wersję islamu - w zależności od upodobań - definiują się jako Polacy lub Białorusini, język tatarski czy język kipczacki jest już dla nich zupełnie odległą przeszłością.

Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko - białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.

Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość “ujawniały” w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem “swój”, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.

Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości - pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.

Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.

Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że “narzeczony” jednej z nich każde zdanie kończy słowem “kurwa”, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego “narzeczonego” i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w “Obywatelu” o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska…

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...