Pokazywanie postów oznaczonych etykietą białostoccy Żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą białostoccy Żydzi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 października 2009

Bojary

Do tego miasta najbardziej pasuje jesień. To już defintywny koniec lata, złote, żółte, czerwone, brązowe liście na drzewach owcowych w ogrodach pamiętających dwudziestolecie międzwojenne z trudem ocalałych z deweloperskiej inwazji. Ulica Próżna zachowała tylko widok na kamienicę czynszową z bladej cegły z półokrągle wykończonymi oknami, ale to formalnie już ulica Sobieskiego, zamyka jednak widok z ulciy Próżnej i daje jakieś wyobrażenie o tym, jak ta ostatnia mogła niegdyś wyglądać. Teraz zabudowano ją pseudokamienicami, które w żaden sposób dawnej atmosfery odtworzyć nie mogą, nawet nie dają jej namiastki, druga strona to relikt minionej epoki, bloki z wielkiej płyty, między którymi jeszcze do niedawna dumnie stały drewniane domki, parterowe i piętrowe, z dużymi ogrodami, nie uchowały się, prawdopodobnie nikt nie był nimi zainteresowany. Z Próżnej odbijam w Sobieskiego, na wprost kolejna cudem ocalała murowana kamienica naprzeciw wylotu Złotej, a w tej może 50 - metrowa najprawdziwsza enklawa - trzy ogromne drewniane domy, w tym jeden piętrowy, w którym po przybyciu do Białegostoku mieszkał ksiądz Michał Sopoćko. Stąd chodził na wykłady do seminarium, tymi wąskimi uliczkami spacerował i rozważał sens miłosierdzia. Swoją drogą czy mógł cokolwiek słyszeć o rodzinie Goldbergów, która tuż przed nim mieszkała w kamienicy naprzeciw? Teraz to szary, ponury, tajemniczy dom; bruk rozdzielajacy oba domy niezdarnie zalano asfaltem, tak, że prawie cała lewa strona wymknęła się paskudnej masie bitumicznej.

Jakub Goldberg był mocno zbudowanym wysokim - bo prawie dwumetrowym - mężczyzną, aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego szanowanym w lokalnym środowisku i znanym niemal w całej Europie, członkiem rady miejskiej. Bank, który odziedziczył po babci zbankrutował w czasie kryzysu po 1929 r., Jakub był jednak zaradnym człowiekiem i tuż przed wojną został przedstawicielem włoskiej firmy ubezpieczniowej.

Żona Jakuba - Bella dla odmiany była niska i drobna, zupełne przeciwieństwo męża, nie tylko fizyczne. Aktywnie udzialała się w Bundzie. Żona jednego z najbardziej prominentnych działaczy syjonistycznych pracowała jako nauczycielka języka polskiego w żydowskiej szkole z yiddish jako językiem wykładowym.

Zabrakło pewnie kilku lat, by Goldbergowie mogli się poznać z Sopoćką, co mieliby sobie do powiedzenia? Dzieliłaby ich tylko ulica, czy zapraszaliby się na obiady, kolacje? Wspólne dyskusje? O czym? Rozmawialiby o Bogu, o wierze? Goldbergowie choć sami pochodzili z chasydzkich rodzin, pomimo wszelkcih dzielących ich różnic byli wszak ateistami. Jakże to ciekawe musiałyby być dyskusje! Promotor miłosierdzia Bożego i przekonani ateiści. Ludzie wielu zainteresowań, otwarci, ciekawi świata. Przedzieliło ich kilka lat, które otworzyły pole najbardziej absurdalnemu okrucieństwu w historii ludzkości. Nie dowiemy się już nigdy, jak wyglądałyby spotkania katolickiego księdza z wyemancypowaną rodziną żydowską.

Miasto w jesiennej niedzielnej mgle, około godziny 12, nijak nie przypomina miasta z dnia powszedniego, cisza, spokój, z klatek bloków z wielkiej płyty wychodzą do kościoła przedstawiciele uboższej klasy średniej przemieszani z ludźmi wyglądającymi tak, jakby żyli na skraju ubóstwa. Z kamienicy u wylotu Złotej rzadko kiedy wychodzi ktokolwiek, z otwartych okien i balkonów sączy się brutalny gangsterski amerykański hip hop albo toporne dyskotekowe przeboje sprzed kilku lat. Tuż za kamienicą zestaw kilku bloków bez balkonów, bloki robotnicze, jeszcze nie tak dawno należące pewnie do "Uchwytów". Poza smutkiem, zgarbionymi ludźmi, o wyszarzałych, zmęczonych twarzach, przeważnie w wieku emerytalnym, niewiele tu można dostrzec. Czasem wiosną bądź latem przemkną młodzi nastoletni ludzie w kapturach, albo kilkuletnie dzieciaki w pisakownicach otoczonych owocowymi drzewami, które zdążyły już wyrosnąć na tyle, by zacienić place zabaw z prawdziwego jednak zdarzenia. Tych placów zabaw i przestrzeni między socrealistycznymi robotniczymi blokami mogą pozazdrościć mieszkańcy pobliskich - tak zwanych - apartamentowców, ekskluzywnych kamienic, o których zapomnieli włodarze miasta, bo choć wmówiono ich mieszkańcom, że wprowadzają się do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta, to nikt wydając wszelakie pozwolenia na budowę, decydując o planach zagospodarowania przestrzennego nie pomyślał o tym, że dzieci z tych nowych mrowiskowców będą także chciały się bawić w piaskownicach, zjeżdżać na ślizgawkach, kręcić na karuzelach. Tu każdą wolną przestrzeń, każdy skrawek, trzeba wyrywać na miejsca parkingowe, któych mimo podziemnych parkingów i tak brakuje.

Dalej ulicą Kraszewskiego, do ulicy Towarowej, tuż za nią kładka nad torami, jeszcze drewniana, drżąca cała pod wpływem kroków nawet jednej osboy. Dworzec Fabryczny, z którego Niemcy wywozili żydowskich mieszkanćów miasta do Treblinki. Czy stąd w ostatnią podróz wyruszyli Jakub i Bella Goldbergowie? Za dworcem rozciąga się już Wygoda, tuż obok Kościół Najświętszego Serca Jezusa, także znajdujący się na szlaku księdza Michała Sopoćki. Trwa msza, więc nie podchodzę do tablicy z krótkim opisem, mogę tu wrócić przecież w każdej chwili. Powrót także ulicą Kraszewskiego. Po prawej zielony budynek, przebudowana quasi - willa, zaadaptowana na kościół zielonoświątkowców, akurat kończy się nabożeństwo, na sposób zimowy opatulone wychodzą sympatycznie wyglądające dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Nieprzyzwyczajone do tutejszych chłodów, ale nic dziwnego - wszak rozmawiają ze sobą po angielsku. To taka ciekawa enklawa na Bojarach, a może i w całym mieście. Kilka lat temu przyjechał tu autokar pełen śniadych Brazylijczyków, Murzynków, Mulatów, oliwkowych potomków Portugalczyków i innych nacji. Codziennie zmierzali ulicą Kraszewskiego w stronę centrum, sympatycznie głośni i roześmiani, w żółto - zielonych koszulkach. Tak sympatycznie jak dzisiejsze anglojęzyczne dziewczęta, uśmiechnięte i jakoś tak kulturalnie i spokojnie ze sobą rozmawiające.

Ulicę Kraszewskiego zamyka neogotyk białostockiej katedry. W miejscu gdzie dziś u jej wylotu do Starobojarskiej stoją ceglane ekskluzywne kamienice stylizowane nieudolnie, groteskowo na XIX - wieczne czynszówki, cisnęły się jeszcze pod koniec lat 90 - tych te prawdziwe czynszówki, zupełnie bezsensownie wyburzone, nie groziły zawaleniem, ale nie opłacało się ich remontować, bo mieściły dużo mniej mieszkań niż nowe bloki, na miejscu jednej czynszówki deweloper wznosił dwie. Zysk oczywisty. Zniknął też bruk, zastąpiony oczywiście polbrukiem, w czasie którychś z wagarów idąc tą ulicą i słysząć jakiś hałas miałem wrażenie, że ulicą pędzi dorożka, teraz to byłoby już zuepłnie niemożliwe. Tylko u wylotu Kraszewskiego do Starobojarskiej uchowała się wciśnięta pomiędzy blokami kamienica z dwudziestolecia, z nadbudówką z jasnej cegły, wcale nie wygląda na onieśmieloną towarzystwem nowych pseudokamienic, apartamentowców, czy jak je zwać. To w niej mieszka pewien dziadek z wąsami, codziennie wyprowadzający na spacer psa Kubusia. Jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak czule, ale nie ckliwie, nie wymiotnie słodko rozmawiał ze zwierzęciem, a nawet z drugim człowiekiem.

Wieże katedry zamykające widok z ulicy Kraszewskiego toną we mgle. To nic, że nia ma słońca, to nic, że nie jest to złota polska jesień, z liściami skrzącymi się w słonecznych promieniach. To miasto i tak jest dziś inne niż na co dzień. Dziś wszystko wydaje się mieć swój sens. Nawet to, że Goldbergowie nie spotkali się z Sopoćką, bo to przecież jeszcze nie było to miejsce, w którym mieli się spotkać. Wszystko ma swój sens i czas, musi mieć.

*** Informację o rodzinie Goldbergów zaczerpnąłem z książki "Ester and Ruzya. How my grandmothers survived Hitler's war and Stalin's peace" napisanej przez Mashę Gessen

sobota, 23 maja 2009

Ocalony

- Wolałbym byś zadawał mi pytania, słaby ze mnie gawędziarz, nie potrafię snuć interesujących historii, a już zwłaszcza o sobie.

Na spotkanie niemal rok temu, w deszczowy i raczej chłodny czerwcowy dzień, przyszedłem kompletnie nieprzygotowany. Byłem pewien, że moja rola sprowadzi się do wysłuchania Z., zapisania najważniejszych faktów, a następnie stworzenia z nich krótkiej historii, a tu okazuje się, że mam stawiać pytania. Z. nie zdaje sobie kompletnie sprawy, że tak jak dla niego torturą jest snucie zajmujących opowieści, tak dla mnie torturą jest stawianie sensownych pytań. To nie jest przecież zwykła rozmowa starych dobrych znajomych, dzieli nas różnica wieku, to po pierwsze, ale to chyba akurat najmniejszy problem, bo dzieli nas nade wszystko przepaść doświadczeń, przeżyć i związanego z nimi postrzegania świata. Historię Z. już znam, ale nigdy nie opowiadał mi jej osobiście, a ja obiecałem jednak Julii coś w rodzaju reportażu, więc próbujemy jakoś wyjść z tego impasu.

Siedzimy jako jedyni w ogródku pod parasolem przy modernistycznym budynku z 1938 r., odremontowanym całkiem niedawno, mającym teraz dużo szkła i lekkości, nie straszącym już swoją peerelowską szarością. Kiedyś, w latach osiemdziesiątych kilka razy kupowałem tu z mamą zabawki. Teraz mieści się w nim bar, kafejka, cukiernia, sala konferencyjna i coś w rodzaju pubu w podziemiach. Siąpi delikatny deszcz. Po naszej lewej stronie pnie się ku górze smukła neogotycka fara, na wprost barokowy klasztor ze szpetną socrealistyczną przybudówką – blokiem, a dalej kojąca soczysta zieleń parku. Mokra jezdnia wzmaga tylko hałas przejeżdżających bez chwili wytchnienia samochodów i autobusów. Sporo ludzi w pośpiechu zmierza na pobliski przystanek, większość z nich to młode osoby, licealiści nadający miastu żywość, barwę i urok, dzięki nim jest radośniej. Potrafią się ubierać dużo lepiej niż tutejsi studenci, nie mówiąc już o dorosłych, a naszą uwagę przykuwają zwłaszcza dziewczęta, te w tym kraju podobnie, jak i kobiety – niezależnie od miasta – zawsze potrafiły ubierać się gustowniej niż mężczyźni.

Powoli przechodzimy do sedna. Właściwie tylko po to się spotkaliśmy. Z. prosi, by nie podawać jego danych osobowych.

- Napisz Zachariasz Aszer, to hebrajskie imiona. Cóż mogę ci opowiedzieć, tak naprawdę sam niewiele wiem. Przez długie lata poszukiwań, licznych spotkań z ludźmi, którzy mogliby coś wiedzieć, grzebania archiwach udało mi się zebrać kilka strzępów, kilka informacji, i ustaliłem trzy wersje mego ocalenia, nie wiedząc, która z nich jest prawdziwa. Matka dopiero na łożu śmierci potwierdziła, to czego domyślałem się już od dawna, ale nie podała szczegółów. Wedle pierwszej wersji blisko torów na Wygodzie przy ulicy Sienkiewicza ktoś mnie podał mojej “matce”. Według drugiej brat mojej przyszłej “matki” miał mnie przynieść razem ze starym Żydem do domu na Białostoczku. Na podwórku przed domem przejęła mnie “matka”. Ten dom już nie istnieje, stał w pobliżu dzisiejszych Zakładów Graficznych, tuż przy rzece, Białce. Po jego zbombardowaniu przenieśliśmy się na Wygodę, zamieszkaliśmy przy ulicy Kapralskiej. Trzecia wersja zawiera najwięcej szczegółów, chociaż to słowo “najwięcej” mogłoby sugerować, że jest ich wystarczająco dużo, by móc drążyć poszukiwania, ale niestety, nic bardziej złudnego. Pewien mężczyzna, który żył z moją “matką”, opowiadał swojej córce – z którą rozmawiałem, gdy ta była już dorosłą osobą – że przyniesiono mnie w nocy z Dworca Poleskiego. Uratowano mnie w ostatniej chwili z transportu, a miało to być we wrześniu 1941 r.

Moja matka była bardzo skrytą osobą, sam bym się pewnie nigdy nie dowiedział, gdyby nie sąsiedzi. Wszyscy wokół wiedzieli kim jestem, wystarczyło przecież na mnie tylko spojrzeć – kruczoczarne włosy, oczy jak węgliki, oliwkowa karnacja, ale nikt nie znał konkretów, nikt nie wiedział kim byli moi rodzice, nikt nie znał ich imion, nazwiska. Matka mówiła: Nie dowiaduj się, im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. Swoją tożsamość tak zupełnie na poważnie zacząłem odkrywać dopiero w latach 90-tych, ale nic ponad to, co ci opowiedziałem, nie udało mi się ustalić, i już się pewnie nie uda…

Zamieniamy jeszcze kilka słów na zupełnie inny tematy, deszcz wciąż siąpi, na ulicy ruch, to już zupełnie inne miasto, ci którzy wracają do niego po latach, nie poznają go. Rozchodzimy się, każdy w swoją stronę.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...