Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaufanie społeczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaufanie społeczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 listopada 2011

Stará Ľubovňa - sierpień 2011 r. (1)

Wyprawa na pogranicze polsko - słowackie byłaby niewiele warta bez odwiedzenia Bardejowa, Kurowa, Plawnicy czy Starej Lubowni. Widok młodych Romów ciągnących wózki wypełnione drewnem, warzywami albo owocami w okolicach Kurowa albo Plawnicy, dymy ognisk snujące się w kotlinie między Tarnowem a Bardejowem, zaparkowane na poboczu osobowe auta i ich właściciele pracujący w polu, roztaczający się wokół intensywny zapach dojrzałych, niezebranych jeszcze owoców i warzyw z przydomowych sadów i ogrodów, a to wszystko w oprawie łagodnego, bursztynowego światła, chylącego się ku zachodowi słońca. Ubrane na czarno staruszki, w takiej też barwy chustkach zawiązanych pod brodą, przygarbione, ale żwawo zmierzające w stronę wiejskich kościołów, cerkwi greckokatolickich, a czasem protestanckich zborów.

Stara Lubownia to już, jak na słowackie warunki, miasteczko z prawdziwego zdarzenia, choć pozornie dość senne i jakby zanadto wyludnione już po godzinie 16.00. Turyści zazwyczaj koncentrują się na imponującym średniowiecznym zamku, oddalonym kilka kilometrów od centrum, i tylko nieliczni zajeżdżają do centrum. Stary Rynek, to kilkanaście dobrze zachowanych, w większości klasycystycznych kamienic, nie mających jednak tego uroku i wdzięku, co gotyckie, renesansowe i barkowe kamienice Rynku w Bardejowie. A i kościół też nie ma tego rozmachu; jest kilkakrotnie mniejszy od okazałej bardejowskiej gotyckiej bazyliki św. Idziego, z zewnątrz raczej bezstylowy, pokryty zółtawym tynkiem, jakby jeszcze w czasach komunistycznych, kiedy być może pełnił rolę jakiegoś obiektu użyteczności publicznej, magazynu, bądź muzeum. Olśniewa dopiero swoim wnętrzem, eksplozją barkowych rzeźb i malowideł w tonacji pastelowej, monumentalnymi drewnianymi konfesjonałami, solidnymi ławami oraz panującym, bez względu na porę dnia, półmrokiem sprzyjającym kontemplacji. Miejsce, w którym realnie odczuwa się obecność sacrum. W ubiegłym roku w tym właśnie kościele, w czasie nabożeństwa różańcowego posiadłem umiejętność modlitwy w "sloweniczinie", a w tym roku dane mi było doświadczyć, zresztą nie tylko tu, ale też w Plawnicy i w Bardejowie, czym jest pełne pokory, i zwyczajnej ludzkiej życzliwości, przekazywanie sobie przez wiernych znaku pokoju, ze szczerym wyczekiwaniem, uśmiechem i gotowością do podchodzenia do wszystkich stojących wokół w promieniu kilku metrów, z wyciągniętą do uścisku dłonią. Proste, bezpośrednie, niekłamane, choć nabożeństwa po powrocie do kraju, w mojej parafii szybko sprowadziły mnie na ziemię - kilka osób ledwie raczących odwrócić głowę do stojących wokół, mamroczących coś niewyraźnie pod nosem, niektórzy nie zadający sobie nawet takiego trudu. Polska współczesna wiara jest taka sama jak relacje międzyludzkie w życiu prywatnym i społecznym, tak samo podejrzliwa, nieufna i skrajnie indywidualistyczna. A nuż ten stojący obok mnie jest parszywym pisowcem, albo podłym platformersem, szują, byłym donosicielem i kanalią, tamten przypomina mi szefa despotę, albo irytującego kolegę czy koleżankę z pracy! Paskudna spuścizna PRL-u, a w niemałym stopniu pewnie sięgająca jeszcze czasów ostatniej wojny, przekazywana z pokolenia na pokolenie. To, co w słowackich kościołach stanowi normę, tu staje się pożądanym i chwalebnym wyjątkiem.

Nabożeństwo w kościele w Starej Lubowni, okazuje się być prawdziwym misterium, dającym intensywne poczucie zupełnie naturalnej wspólnoty, w najmniejszym calu nie odstającym od tych w Bardejowie czy Plawnicy.










































czwartek, 28 lipca 2011

Łomża kontra Białystok

Nie będąc rodowitym białostocczaninem, choć mieszkajacym w Białymstoku od urodzenia, nigdy nie byłem w stanie pojąć istoty - konflikt to chyba jednak za mocne słowo - wzajemnej niechęci między Łomżą a Białymstokiem. Zetknałem się z nią po raz pierwszy w czasie studiów, gdy jeden z bliskich kolegów (białostocczanin) spotykał się z pewną uroczą, miłą i mądrą koleżanką (łomżynianką). Opowiadał mi wówczas o pewnych docinkach ze strony członków rodziny swojej wybranki, jakich doświadczał niemal za każdym razem odwiedzając to nadnarwiańskie miasto. Ani jednak on, ani nikt z jego "dręczycieli" nie był w stanie przekonująco wyjaśnić istoty tej niechęci, jej przyczyn i dziejów.

Nie tak dawno natomiast we wstępie do "Dziejów Łomży od czasów najdawniejszych do rozbiorów Rzeczypospolitej (XI w. - 1795 r.)" Donaty Godlewskiej, Adam Czesław Dobroński przypomina o niedocenianiu Łomży przez władze partyjne, następnie administracyjne. Nie wiem czy rzecz rozbija się, bądź rozbijała, o środki finansowe kierowane niegdyś do obu miast, ale wątpliwym wydaje się to, by mogły one być jedyną - bądź decydującą - przyczyną, zwłaszcza, że Białystok też nie sprawia, i nie sprawiał, wrażenia miasta, które przez jakiekolwiek władze rozpieszczanym być mogło. Przyczyn już prędzej warto byłoby szukać w historii, w różnicach poniekąd kulturowych między obu miastami, czy nawet regionami. Na wschód od Narwi mamy bowiem do czynienia z Podlasiem, a na zachód z północnym Mazowszem. Tu na wschodzie ziemie dawnego zaboru rosyjskiego, tam Królestwo Polskie, a jeszcze wcześniej tam Mazowsze, a tu Litwa. Pewne nawyki, postrzeganie siebie przez pryzmat odmienności, zakorzeniene przez wieki trwają pewnie w jakimś stopniu po dziś dzień.

Od niemal 3 lat regularnie bywam w Łomży. Wydaje mi się, że poznałem dość dobrze i samo miasto i wielu jego mieszkańców. Z początku wielu łomżan, z którymi współpracuję, okazywało zdumienie tym, że białostocczanin zdecydował się pracować w Łomży (zresztą raptem nie częściej niż raz w tygodniu). Odnosili się też do mnie z pewnym, co prawda, dość uprzejmym, ale jednak dystansem. Mimo to lody zostały przełamane dość szybko i muszę przyznać, że łomżynianie/łomżanie (obie formy są podobno dopuszczalne), których poznałem są doskonałymi współpracownikami. W mojej ocenie że tak właśnie powinna wręcz wyglądać modelowa współpraca - chęć i gotowość do udzielania sobie wzajemnie pomocy, zaufanie, otwartość, życdzliwość, a więc wszystko to, czego jeszcze nigdy nie doświadczyłem pracując w instytucjach białostockich. Z czasem poznałem zastrzeżenia łomżan wobec Białegostoku. W gruncie rzeczy sprowadzały się one do pewnych zasłyszanych opinii, takich jak np. rzekoma niechęć białostocczan wobec kierowców w samochodach na łomżyńskich numerach.

W międzyczasie przekonałem się też, jakie formy przybierać może owa niechęć białostocczan wobec łomżan, która jednak także nie miała żadnego racjonalnego uzasadnienia. Rzeczą najbardziej zdumiwającą było jednak to, że wyrażały ją - raz osoba nawet na kierwoniczym stanowisku w pewnej instytucji publicznej, a już w każdym przypadku były to osoby doskonale wykształcone. Sprowadzały się one głównie do stwierdzeń typu: "Łomża to jest Łomża" (w negatywnym kontekście rzecz jasna), bez jakiejkolwiek próby roziwjania czy uzasadniania tematu. Trudno doprawdy dyskutować z takimi opiniami.

Sama Łomża jest miastem beż wątpienia interesującym, malowniczo położona na nadnarwiańskiej skarpie, jadąc od strony Piątnicy czy to starym czy nowym mostem, przypomina nieco Sandomierz, przy zachowaniu oczywiście wszelkich proporcji między obu tymi miastami, bo mimo całego swojego potencjału Łomża nie może jednak poszczycić się taką ilością zabytków, jak miasto nad Wisłą, choć bez wątpienia ma także czym się pochwalić, czy gotycką katedrą z XVI w., czy barokowym kościołem i klasztorem kapucynów, czy też bednedyktynek, które pięknie połyskują w słońcu na szczycie skarpy, opróćz tego wiele klimatycznych zaułków, ocalałych monumentalnych kamienic z XIX i początku XX w., świadczących o dawnej wręcz wielkomiejskiej zabudowie miasta.

Z pewnością natomiast brakuje Łomży dobrego gospodarza i pomysłu na promocję. Nie pomogła jej też działalność pewnego posła, która została nagłośniona w mainstreamowych mediach i przyczyniła się do postrzegania miasta, jako ksenofobicznego. Owa działalność mogła niewątpliwie wpłynąć na stworzenie klimatu, w którym stało się możliwe pobicie dwóch uchodźczyń z Kaukazu Północnego. Trzeba tylko pamiętać o tym, że Łomża jest miastem niemal 70-tysięcznym, i ani wyczyny jednego posła, ani czyny przestępcze kilku nierozsądnych młodzieńców nie mogą rzutować na całą społeczność, to zresztą truizm. Osobiście nie wierzę w istnienie ksenofobicznych miast. Taką łatkę próbowano też jakiś czas temu przypiąć Białemustokowi, kiedy to doszło w nim do kilku ataków na cudzoziemców z Afryki oraz zbezczeszczenia cmentarza żydowskiego. Generalizacje tego typu nigdy nie służą rozwiązaniu żadnego problemu.

Wracając zaś do samej istoty owego "konfliktu" między Białymstokiem a Łomżą, wszystko wskazuje na to, że nie znajduje on żadnych racjonalnych podstaw, i na pewno warto na miarę swoich możliwości podważac sesn jego istnienia. Dlatego też w następną środę zamierzam odkrywać nowe urokliwie zakątki Łomży, Starą Łomżę, a może i odwiedzić wreszcie Muzeum Północno - Mazowieckie tuż przy katedrze.

czwartek, 28 sierpnia 2008

W małym dużym mieście

W tym mieście wszystko jest w skali mikro. Ludzie albo podejrzliwi i nieufni, zamknięci nieprzeniknieni, niesympatyczni, niekulturalni, albo naiwni i prostoduszni do granic możliwości. Legitymujący się wykształceniem za wszelką cenę chcą odciąć się od swoich wiejskich bądź robotniczych korzeni, z całym dorobkiem inwentarza, towarzyszącym neofitom - pogardą czy protekcjonalnością wobec gorzej wykształconych, ludzi prostych, prostolinijnych, prostodusznych.

Wyczekiwanie w napięciu na atak, który wcale nastąpić nie musi. Trzeba się kulić, prężyć, szykować do skoku, do odparcia agresji, która w rzeczywistości częstokroć nie istnieje nawet w zamierzeniach. Doświadczenie powtórzone wielokrotnie koduje się i organizm automatycznie szykuje się do obrony, choćby atak był urojony. Żadnego kredytu zaufania, żadnego ryzyka, żadnej próby uchylenia furtki do swego lepszego świata, odkrycia swojej lepszej strony. Bo nie warto, bo strach, bo lęk przed powtórnym, nie wiadomo którym już zranieniem.

Albo naiwność posunięta do granic absurdu, niedostrzeganie świadome albo nieświadome tego, co złe. To też reakcja obronna. Ogrom zła może przygnieść tak, że podnieść się nie sposób, co wrażliwsi mogą skończyć z choroba psychiczną. Zatem lepiej nie dostrzegać zła, by świat wydawał się lepszy, przyjaźniejszy, z czasem pojawia się obojętność, a czasem naiwna wiara w dobrego złego człowieka.

A gdzie człowiek nie lękający się, znający ograniczenia swoje i innych ludzi, rozumiejący złożoność natury ludzkiej, która nie jest ani dobra, ani zła, ale która w każdym indywidualnym przypadku ku dobru albo ku złu bardziej ciąży. Gdzie człowiek potrafiący i chcący zaufać, wiedząc o tym, co go może czkać i ile go to może kosztować, gdy się rozczaruje po raz kolejny. Gdzie człowiek rozumiejący, że bez zaufania i w podejrzliwości pozytywnej relacji z drugim człowiekiem zbudować nie można. Gdzie człowiek wolny od kompleksu niższości i nie popadający w samouwielbienie i narcyzm? Gdzie człowiek nie lękający się świata dalszego niż to małe duże miasto? Człowiek czujący się równie dobrze tu, jak i w Nowym Jorku, Brukseli czy Rzymie. Człowiek otwarty na świat, ale mający też świadomość jego ułomności, człowiek twardo stąpający po ziemi, o trzeźwym osądzie rzeczy, ale potrafiący się otworzyć i otworzyć furtkę do swego świata innym, chcący i potrafiący obdarzać zaufaniem.

Czy skazani jesteśmy na nieufność i podejrzliwość w codziennych relacjach, na czajenie się do skoku, na zdrady małe i duże, na pragnienie odwetu, na narcyzm, snobizm i zadufanie w sobie?

Uogólniam, owszem, ale coś jest na rzeczy, bo ciężko żyć w tym małym prowincjonalnym dużym mieście.

poniedziałek, 7 lipca 2008

O zdradach

Postanowiłem jeszcze raz obejrzeć film Ewy Stankiewicz “Trzech kumpli”. Nie dlatego, żeby oglądanie go sprawiało mi jakąś przyjemność, ale po to, by dostrzec w nim to, co być może umknęło mojej uwadze przy pierwszej jego emisji. Jest to bez wątpienia film, który sprzyja głębszej refleksji nad nieodległą historią, ale też i czasami nam współczesnymi, nad kondycją naszego życia publicznego i prywatnego.

Bronisław Wildstein w jednej ze scen filmu mówi, że Maleszka go zdradził. I jest to niewątpliwie film m.in. o zdradzie. Zdradzie, której motywów trudno dociec, ale wszystko wskazuje na to, że współpraca z SB i donoszenie na kolegów i przyjaciół sprawiało Maleszce swego rodzaju perwersyjną, psychopatyczną przyjemność, poczucie górowania nad ludźmi wobec, których w rzeczywistości mógł mieć poczucie bycia gorszym; ta współpraca mogła mu dawać poczucie dominacji nad ludźmi, którym w głębi duszy czegoś zazdrościł. Z filmu wynika, że Ketman próbował też wpływać poprzez centralę SB w Warszawie na sposób rozpracowywania krakowskiej opozycji, donosił także na esbeków, którzy go prowadzili, twierdząc, że ich taktyka jest mało skuteczna, a on ma jakoby lepszy pomysł na sparaliżowanie konspiracji krakowskich demokratów.

Te czasy są jednak dla mnie historią, w 1977 roku, miałem ledwie rok. Bez problemu jednak znajduję analogię między nimi, a czasami obecnymi. Znajduję także związek przyczynowo - skutkowy między nierozliczeniem zbrodni komunistycznej przeszłości, nienapiętnowaniem wszystkiego tego, co było w niej złe a stanem współczesnego nam życia publicznego.

Życie publiczne bez jakiegoś minimum etycznego aprobowanego przez większość społeczeństwa nigdy nie będzie zdrowe. Zawsze będziemy społeczeństwem o najniższym kapitale zaufania społecznego w Europie, jeśli nie umówimy się, że w naszych relacjach w sferze publicznej i prywatnej muszą obowiązywać jakieś zasady, na które godzimy się wszyscy. Tak jak godzimy się na to, że morderstwo, kradzież, pobicie, są złem, za które należy karać. Społeczeństwo bez minimum etycznego nie może istnieć. Inaczej zamienia się w dżunglę, dzikie pola, step, gdzie niemożliwa albo w znacznym stopniu utrudniona jest kooperacja, współdziałanie, wzajemne zaufanie, wzajemna pomoc, gdzie trudno jest prowadzić interesy, pracować ludziom o różnych typach charakterów, temperamentach w jednej firmie czy instytucji, nawiązywać głębsze znajomości czy przyjaźnie.

Nie chcę porównywać zdrady obecnej ze zdradą, jakiej dopuścił się Maleszka. Nie te skutki, nie te konsekwencje dla zdradzanych wówczas i zdradzanych obecnie. Teraz co najwyżej na skutek donosu, pomówienia można stracić pracę, wówczas można było stracić życie. Teraz można stracić przyjaciela, ale stracić w sensie”tylko” boleśnie zakończonej przyjaźni. Jednakże kumulacja zdrad ze strony przyjaciół, bliskich, znajomych sprawia, że trudno jest nam zdobyć się na zaufanie w codziennych relacjach międzyludzkich. Zdumiewającym jest o, że osoby, do których owe donosy, pomówienia docierają - czy są to szefowie w firmach, czy w urzędach, uczelniach - częstokroć biorą je za dobrą monetą, która - w ich mniemaniu - może ułatwić kontrolę sytuacji w danej instytucji, dawać złudne poczucie trzymania ręki na pulsie. Zdarza się często, że owe “informacje” nie są weryfikowane, a osoby będące ich źródłem nie ponoszą konsekwencji pomówień wobec swoich kolegów czy koleżanek, mało tego zdarza się, że są premiowane na różne sposoby. Z takimi sytuacjami zetknąłem się sam i zetknęło się wielu moich znajomych. Zdumiewa to tym bardziej, że udowodniono poprzez badania naukowe, iż za sprawą donosów, oczerniania innych i złej atmosfery w miejscu praca znacząco spada wydajność danej firmy czy instytucji. Ma to przecież przełożenie na relacje między pracownikami. Sama świadomość istnienia takich mechanizmów w grupie utrudnia komunikację między pracownikami, obniża wydatnie zaufanie, odbiera energię życiową, osłabia motywację i wolę do pracy, czyni pracowników mniej pomysłowymi, nie mówiąc już o niechęci do identyfikowania się z firmą czy instytucją, w której są zatrudnieni, a to z kolei sprawia, że miejsce pracy staje się bardziej piekłem niż miejscem, do którego idzie się z przyjemnością, by realizować określone cele, w którym można działać na rzecz nie tylko swoją, ale także na rzecz innych.

Nie chcę przez to powiedzieć bynajmniej, że wszystkiemu winien jest niejaki Ketman, że gdyby został osądzony, napiętnowany, to do takich sytuacji, by nie dochodziło. Natura ludzka jest ułomna, słaba i są między nami ludzie, którzy mają nieodpartą potrzebę szkodzenia innym czy to bezinteresownie, czy z zawiści, zemsty, czy jakiejkolwiek innej niskiej motywacji. Ale bez wątpienia niewskazanie jasno i wyraźnie co jest w życiu publicznym czy w prywatnych relacjach międzyludzkich złe, a co dobre, powoduje chaos i zagubienie. Cóż z tego, że jakaś część społeczeństwa ma świadomość tego, że donoszenie, pomawianie jest złem, skoro wielu widzi, jak ich przełożeni tolerują takie zjawiska, a nawet za nie nagradzają. A ta spora tolerancja dla tego typu podłości, wynika z dość powszechnego klimatu przyzwolenia na bycie podłym, nikczemnym, na bycie mówiąc dosadnie i brutalnie “skurwysynem” (można nawet zaobserwować swego rodzaju modę na bycie “skurwysynem”).

Któż z nas nie zetknął się z jakąś zdradą ze strony znajomego, przyjaciela? Roi się od nich w naszym codziennym życiu. Przechodzimy obok nich jakoś obojętnie, uważając je za coś naturalnego, nieodłączonego od ludzkiego życia, z czym trzeba nauczyć się żyć. I tak pewnie było zawsze i będzie, niezależnie od czasów, różnić się tylko będą konsekwencje tych zdrad. Mam jednak poczucie, że obecnie owych zdrad jest nieco w nadmiarze.

środa, 25 czerwca 2008

Kilka refleksji po obejrzeniu "Trzech kumpli"

Lesław Maleszka stanowi chyba najlepszy przykład agenta, który ochoczo i nadgorliwie współpracował ze służbami specjalnymi. Historie o łamaniu, szantażowaniu, groźbach wobec wszystkich współpracowników tajnych służb nie w każdym przypadku się potwierdzają. Ketman podobno nawet wychodził z własną inicjatywą w rozpracowywaniu krakowskich środowisk opozycyjnych, a gdy krakowskim ubekom zdarzało się ograniczać jego inwencję z uzasadnieniem, że oni są od myślenia, a on od dostarczania informacji, zraniony w swojej dumie, dzwonił do ich przełożonych w Warszawie ze skargą, że jego działania są sabotowane, utrudniają i uniemożliwiają skuteczną inwigilację opozycji.

Z filmu "Trzech kumpli" wyemitowanego wczoraj i przedwczoraj przez TVN nie dowiadujemy się jakie motywy kierowały Maleszką. Na ponawiane pytania reżyserki dokumentu - "Dlaczego?", odpowiada po kilkakroć: "To doskonałe pytanie." Na inne pytanie "Dlaczego - skoro uważa pan, że Zagajewski był najlepszym poetą - donosił pan na niego?", nie udziela odpowiedzi w ogóle. "Czy dlatego, by nie pisał już wierszy?" .... (milczenie)

Niska zawiść niepewnego siebie człowieka, w głębi duszy uważającego się za gorszego od innych? Pieniądze? Jeden z jego znajomych twierdzi, że podejrzenia wzbudzała ilość książek posiadanych przez Maleszkę, zastanawiało skąd miał środki na regularne zakupy tylu tytułów. Bezinteresowna i psychopatyczna chęć szkodzenia innym i czerpanie z tego tytułu satysfakcji? Poczucie panowania nad losem innych? Wątpliwe byśmy poznali prawdziwe przyczyny, dla których młody student UJ poszedł na współpracę ze służbami specjalnymi i nie wycofał się z niej, nie próbował się wywikłać, a wręcz przeciwnie - donosił niemal z pasją.

Nie przekonują mnie także tłumaczenia, że to nie ludzie są źli, tylko ówczesny system stworzył im ramy do tego, by złymi się stali, bo przecież wielu - mimo identycznych warunków dla wszystkich - donosicielami się nie stało.

Istnieje obecnie tendencja do łatwego usprawiedliwiania każdej, nawet największej podłości, są ludzie, którzy wszystko potrafią uzasadnić, wyjaśnić, a wybaczenie staje się czymś banalnie prostym, jak pstryknięcie palcami. Któż z nas jest bez winy - można często usłyszeć.

Pamiętam jak swego czasu pewien znajomy psychiatra z zachwytem opowiadał o słynnym koledze z branży - o ile się nie mylę - Bercie Hellingerze, który miałby potrafić uzasadnić każdą ludzką nikczemność i zmyć winę z największego nawet oprawcy.

Usprawiedliwianie ludzkich małości, człowieczej podłości, ma świadczyć o jakiejś życiowej mądrości, rozsądku, trzeźwym i życiowym podejściu do spraw trudnych.

Wydaje się, że taki klimat panujący w naszym życiu publicznym - ale pewnie nie tylko w naszym polskim - odpowiada za fatalny stan relacji międzyludzkich, za najniższy w Europie stopnień zaufania społecznego między Polakami, za tolerowanie donosicielstwa w pracy, pomawiania, oszczerstw, bezinteresownego szkodzenia innym, a częstokroć - jak wynika z moich własnych doświadczeń, ale i doświadczeń wielu moich znajomych - także promowania osób, które wykazują się gorliwością w szkodzeniu innym, pomawianiu, donoszeniu.

Ten wszechobecny cynizm naszego życia publicznego jest nie do zniesienia, nie tylko w miejscu pracy, ale także w życiu prywatnym. Absurdem są przecież sytuacje, w których dobrzy znajomi nie ufają sobie wzajemnie i potrafią to jeszcze otwarcie manifestować, a mimo to potrzebują być razem, potrzebują drugiego człowieka, choć wiedzą dobrze o tym, że ufać mu nie można. Czy to nie jest już paranoja?

Przy takim stanie nieufności, jaki panuje w naszym kraju, sądzę, że nie ma co liczyć na zbudowanie uczciwego, zdrowego klimatu w życiu publicznym. Czy możliwy jest cud na miarę Irlandii w polskiej gospodarce, gdy ludźmi kieruje podejrzliwość? Czy możliwe jest prawidłowego funkcjonowanie wielu firm, instytucji, organizacji pozarządowych, uczelni, przy niemożności czy nieumiejętności prawdziwej kooperacji, która bez zaufania obejść się nie może?

sobota, 29 marca 2008

Pokolenie JP II

Zbliża się trzecia już rocznica śmierci Jana Pawła II. Doskonale pamiętam w jakim napięciu wyczekiwałem na wiadomości o stanie zdrowia Papieża i chyba tak jak wszyscy -- nieco egoistycznie - wierzyłem, że stanie się cud i Papież ozdrowieje. Niestety cud nie nastąpił, bo nastąpić nie powinien. Jan Paweł II "odszedł do Domu Ojca". Spontanicznie jak wielu innych Polaków tego dnia wyszedłem z domu, poszedłem do białostockiej katedry, pod którą zebrało się już wiele osób, nie dostałem wcześniej żadnego smsa, nikt do mnie nie dzwonił.

Tego dnia i przez kilka najbliższych dni, może tygodni, obserwowaliśmy w całej Polsce coś, co można byłoby nazwać swego rodzaju świętem. Ludzie poczuli się zjednoczeni, połączyła ich trudna do uchwycenia i nazwania więź. Jak zwykle w trudnych chwilach Polacy stali się wobec siebie uprzejmiejsi, życzliwsi, słowem starali się być lepsi. Szczerze mówiąc nie miałem złudzeń, co do tego, że taki stan nie potrwa długo - chyba jednak istnieje charakter narodowy, którego znajomość podpowiadała mi, że w Polsce wszystko wraca na stare tory i prędzej czy później wszystko będzie takim, jakim było wcześniej. Mimo to odsuwałem od siebie te myśli, zagłuszałem je, nie one wówczas były najważniejsze, chciałem chłonąć tę niezwykłą atmosferę zjednoczenia, przemiany.

Socjologowie i filozofowie szumnie ogłosili powstanie pokolenia JP II skupiającego młodych ludzi, znających nauczanie Papieża i kierujących się nim w życiu codziennym. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te entuzjastyczne proklamacje. Mimo tego, że wielu młodych ludzi chętnie zakładało tiszerty z napisem "jesteśmy pokoleniem JP II", wielu podejmowało wolontariat w organizacjach charytatywnych, wielu chętnie wszem i wobec deklarowało swoją przynależność do owego pokolenia, miało to jednak minimalny wpływ na życie codzienne. Młodym ludziom jakby trudno było zrozumieć, że być członkiem pokolenia JP II to nie tylko chodzić do kościoła, uczestniczyć w mszach, spotkaniach wspólnot, pięknie śpiewać i grać na gitarach, podejmować wolontariat, ale to przede wszystkim codzienna, mozolna praca nad sobą, nad relacjami z innymi ludźmi, to bycie uczciwym, bezinteresownym, życzliwym wobec innych, to ciągłe doskonalenie siebie, by być lepszym dla innych, to mało spektakularne czyny często niedostrzegane i niedoceniane przez innych.

Polacy stanowią społeczeństwo o wciąż najniższym poziomie wzajemnego zaufania w całej Europie. Nie ufamy sobie, jesteśmy wobec siebie nieżyczliwi, cynizm wciąż ma się dobrze, agresja, opryskliwość i obojętność nie chcą ustąpić z życia codziennego i nadają ton naszym relacjom.

W ostatnim numerze "Więzi" poświęconym więziom społecznym Dariusz Karłowicz stwierdza, że to święto, które nam się wydarzyło 3 lata temu, było świętem i jako takie nie może trwać wiecznie, a na jego rezultaty trzeba jeszcze poczekać.

Oby miał rację...

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...