Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół Miłosierdzia Bożego w Wilnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kościół Miłosierdzia Bożego w Wilnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 sierpnia 2009

Kościół Miłosierdzia Bożego w Wilnie

Rozkochałem się w melodii języka litewskiego i postanowiłem się go nauczyć. Wykorzystuję do tego celu każdą okazję - w kafejkach, w kościołach, w sklepach. W Kiernave zamęczałem pewną miłą dziewczynę obsługującą nas w przytulnej knajpce, serwującej tradycyjne potrawy kuchni litewskiej. Znała nieco język polski, więc wypytałem ją o wszystkie możliwe litewskie słowa i zwroty, jakie mogą być przydatne w restauracji. Dziewczyna cierpliwie i uprzejmie instruowała mnie, jak powinienem wymawiać te trudne przecież dla Słowianina bałtyjskie słowa. Innym razem okazja nadarzyła się w Wilnie we włoskim bistro przy zamawianiu ogromnego ciastka z serem i wisienkami oraz jakiejś wyśmienitej potrawy z mleka o konsystencji galaretki z dużą ilością czarnych jagód.

Ale języka litewskiego postanowiłem także uczyć się uczestnicząć w mszach w języku litewskim. W Wilnie w ciągu kilku dni bywam w kościołach częściej niż w Białymstoku w ciągu kwartału. A wszystko zaczęło się od ubiegłorocznej jesiennej wyprawy i mszy w Kościele św. Kazimierza. To właśnie od niej ta fascynacja językiem litewskim się rozpoczęła. Czymś niesamowicie przyjemnym jest wsłuchiwanie się w melodię i rytm tego języka, wychwytanie słów podobnych, a także próby odczytywania znaczenia słów z kontekstu niekoniecznie językowego, ale z gestów, intonacji osoby je wypowiadającej.

I tym razem nie potrafiłem, a raczej nie chciałem odmówić sobie przyjemności uczestncitwa we mszy w języku litewskim. Na taką trafiliśmy w Kościele Miłosierdza Bożego, w którym przechowywny jest obraz Jezusa Miłosiernego namalowany na podstawie wskazówek udzielanych przez św. Faustynę. I choć niewiele rozumiałem, to jednak łagodność, spokój, które wprowadza ten język nadają liturgii jakieś szczególne piękno, tak jak i spiew, a Litwini chętnie i ładnie śpiewają - to już moje własne spostrzeżenie, potwierdzające tylko słowa mojej Babci, mieszkającej przed wojną i w czasie niej na odległych kresach, bo aż w okolicach Postaw.

Ale język to jedno, a tymczasem w tym samym kościele spotkałem się z czymś, czego w Polsce nie zdarzyło mi się widzieć jeszcze nigdy. Po zakończonej mszy, młody ksiądz w pewnym momencie odszedł od ołtarza, zszedł po schodkach i pomaszerował pewnym i szybkim krokiem głównym przejściem między ławkami w stronę drzwi wyjściowych. Zaskoczyła mnie prędkość z jaką się to odbyło, bo wyszedł jako pierwszy, pdoczas gdy wierni jeszcze śpiewali, otworzył drzwi prowadzące z kruchty do wnętrza świątyni, a nasępnie stanął w drzwiach wyjściowych i czekał aż zgromadzeni zaczną wychodzić. Z niecierpliwością czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Gdy pojawiły się pierwsze osoby wychodzące - ku memu zdumieniu każdą z nich kapłąn żegnał indywidualnie - podając rękę i zamieniając kilka słów. Nie wiem sam, być może należałoby to tłumaczyć w ten sposób, że ów kościółek jest niewielki, gromadzi się w nim do kiludziesięciu osób, ale przecież w Polsce także bywałem w małych kościółkach, a jednak czegoś podobnego nie widziałem, nie widziałem podobnych zachowań księży i w kościołąch większych, w których na mszach w dni powszednie bywa mniej osób niż w tym wileńskim kościele.

Kilka dni temu usłyszałem gdzies w radiu, że pod względem stopy życia zbliżamy się do krajów Europy Zachodniej - i uwaga! - mamy podobno szansę dogonić Litwę! Już kilka dobrych lat temu słyszałem, że w wielu dziedzinach życia Litwa nas wyprzedziła, i bywając często w tym kraju, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Odnoszę wrażenie, nie tylko zresztą ja sam, że Litwini są dużo bardziej gospodarni - i tu także potwierdzają się słowa Babci - lepiej zorganizowani, a słowo solidarność nie jest tu pustym frazesem, jakim stało się u nas. U nas nie sposób wręcz uwierzyć, że istniał tu kiedyś 10 milionowy ruch społeczny, który pomimo wewnętrznych różnic stanowił wspaniałą jedność. Nic z niej wszak nie zostało, dla siebie zachowalem jedynie opowieści Mamy, która wspominała często o tym, jak do Solidarności w jej pracy wstępowały także osoby wyznania prawosłąwnego, a także i niewierzące. Solidarność rozmieniliśmy na drobne, nie pozostało z niej kompletnie nic, poza komprpmitującymi, żenującymi, małostkowymi, infantylnymi - lista epitetów powinna być dużo dłuższa - sporami i doraźnymi grami politycznymi. Tak czy owak spoleczeństwa z prawdziwego zdarzenia w Polsce nie mamy, a na Litwie owszem.

Ale wróćmy do gestu, owego młodego księdza, bo jak się okazało kraj, który o ponad 400 lat później niż Polska przyjął chrześcijaństwom wyprzedził nas także w rozumieniu istoty kapłaństwa. Niby błahy, zwykły, banalny gest - cynik pwoiedziałby, że wyreżyserwany - a ja jednak będę się upierał, że wiele mówiący. Kapłan w Polsce kojarzy mi się przede wszystkim z balonikiem, ze względu na stopień swego nadęcia - może trochę przerysowuję, ale jeśli nawet, to naprawdę tylko trochę. Znużony już jestem kapłanami w rodzaju książąt kościoła, tacy nie są mi do niczego potrzebni. Niepotrzebni mi są kapłani odbierający cześć i uwielbienie od swoich wiernych, zapatrzonych w nich bezkrytycznie, jak w obrazki. Kapłan to nie jest ktoś na piedestale, ktoś protekcjonalnie odnoszący się do swoich parafian, czy czasem z lekceważeniem lub wręcz pogardą - z tym też się niestety spotkałem. Kapłan to nie jest ktoś wyniesiony ponad ogół, tktoś stojący wyżej. A jednocześnie nie potrzebuję kapłanów - kumpli, swoich chłopów, osobników chcących być na fali, zgodnych z duchem czasu, czy jakby tego nie nazwać. Od kapłanów przede wszystkim chciałbym się uczyć miłości i pokory - jakby patetycznie to nie brzmiało, i tylko w ten sposób mógłbym uznawać ich autorytet.

poniedziałek, 1 września 2008

Wilno w 2 dni

W sobotę o 7.40 wyruszamy z Białegostoku do Wilna. Łukasz i Ula chcą jeszcze rzucić okiem z rana na źródełko w rezerwacie Krzemianka. Jest chłodno, ale pięknie świeci słońce. Puszcza wygląda urokliwie, jak o każdej porze roku i w każdej pogodzie. Zatrzymujemy się na kilka minut. Sam wykorzystuję ten czas, by się cieplej ubrać, bo pogoda - jeśli chodzi o temperaturę - jest iście październikowa.

W Wilnie jesteśmy już o godzinie 12.00. Zostawiamy samochód na piętrowym parkingu przy budynku Orkiestry Symfonicznej, niedaleko Wilii. Mamy niecałe dwa dni, by odkrywać Wilno. Sam choć jestem już po raz trzeci w Wilnie w ciągu zaledwie półtora miesiąca, nie obejrzałem wszystkiego, co obejrzeć chciałbym. Poza tym wyjazd, w czasie którego nie nawiążę nowej znajomości, czasem przyjaźni, jest w gruncie rzeczy niewiele wart. W ciągu dwóch dni taka sztuka jest niemożliwa. Pozostaje nam zatem piękno architektury i klimat miasta.

Na sam koniec Łukasz i Ula stwierdzą, że czują się przygnieceni nadmiarem wrażeń, bodźców. I dobrze ich rozumiem. Są w Wilnie po raz pierwszy. Podobnie kiedyś zwiedzałem Włochy - 7 dni na Florencję, Rzym, Wenecję, Watykan, w tym 2 dni w podróży i 2 noclegi w autokarze. Najlepiej tak naprawdę zapamiętałem z tej wycieczki zmęczenie. Przerysowuję oczywiście, ale zwiedzanie, poznawanie kraju, miast i ludzi w pośpiechu, to żadne podróżowanie.

Kościoły, których wcześniej nie widziałem, nowe zaułki, rozmowa ze starszym panem przy Cerkwi Bazylianów i Celi Konrada. Nie wiem kim był - może stróżem, może człowiekiem, który czuje do tego miejsca, jakiś szczególny sentyment i przychodzi tu, by porozmawiać z ludźmi. Najpierw nawiązuje rozmowę z Ulą, później podchodzi do mnie i pyta czy ja też jestem z Białegostoku. Z rozmowy można wywnioskować, że ma ogromną wiedzę, ale część jego wypowiedzi przypomina coś w rodzaju niemal schizofrenicznych urojeń. Jest miły, dobry i za wszelką cenę stara się kontynuować rozmowę, tak jakby nie chciał puścić swego rozmówcy.

W międzyczasie ktoś otwiera remontowaną Cerkiew, starszy pan zaprasza mnie do środka, chce bym zobaczył kaplicę, w której będą modlić się tylko dwaj duchowni uniccy. Oprócz nich nie ma żadnych wiernych. Pytam ilu jest unitów w Wilnie. W odpowiedzi słyszę, że ledwie 38.

Rozmawiamy jeszcze o Rosji, chrześcijaństwie, Wilnie, AK, ale muszę kończyć, nie jestem sam,Łukasz i Ula niepokoją się nieco, chcą zobaczyć, jak najwięcej. Muszę pogodzić "interesy" obu stron, ze starszym panem rozmawiałem dość długo, teraz muszę wrócić do pełnienia obowiązków przewodnika i towarzysza podróży moich znajomych.

Już jak tylko wjechaliśmy do Wilna, zapowiedziałem Łukaszowi i Uli, że Litwini są łagodni. Uogólniałem, owszem tak, ale opisywałem swoje ogólne wrażenia, z poprzednich pobytów w Wilnie. Wieczorem, na zakupach w centrum handlowym Acropolis Łukasz przyznaje mi rację, stwierdzając, że nie zauważa tu takiej agresji, jak w Polsce, ani otwartej, ani podskórnej.

Drugiego dnia, w niedzielę, pogoda nam nie sprzyja, jest w kratkę, raz pada deszcz, raz świeci słońce, nadal jest chłodno, ale już nie tak jak w sobotę.

Znowu wgłębiamy się w wileńskie zaułki, oglądamy kolejne kościoły, do części z nich wracam już po raz trzeci. W kościele Miłosierdzia Bożego, w którym ostatnim razem trafiłem na mszę, tym razem jest ledwie kilkanaście osób razem z naszą trójką. Dopiero teraz odkrywam jego piękno. Z zewnątrz kościółek jest niepozorny - mały, wieże pokryte kopułami - to pamiątka po czasach, gdy był zamieniony na cerkiew. We wnętrzu panuje półmrok - przez nieduże okna sączy się światło słoneczne, które pozostaje gdzieś w górze. Są miejsca, w których wiara wraca albo się wzmacnia, w których nie sposób wątpić w istnienie i obecność Boga. Bez wątpienia ten kościółek zalicza się do takich miejsc. Poddaję się nastrojowi kontemplacji, wyciszeniu, błogiemu spokojowi. Nie wytrwam w tym stanie długo, ale warto przedłużać tę chwilę. To już nawet nie chwila, ale dobrych kilkanaście minut, a czuję, że mógłbym tu spędzić pół dnia.

Ale czeka na nas jeszcze kościół świętego Ducha, tuż obok, okazała, barokowa budowla. Łukasz i Ula są zachwyceni wnętrzem, ja nieco mniej, a to dlatego, że mam porównanie z barokiem uniwersyteckiego kościoła świętego Jana. Nie jestem co prawda entuzjastą baroku, ale ten wileński mnie urzeka. Nasz barok podlaski to ledwie licha jego namiastka. A poza tym wciąż jestem wierny pięknu gotyku, zwłaszcza przecudnej urody Katedrze w Koszycach. W ubiegłym roku odwiedziłem ją dwa razy, nie mogłem oprzeć się pokusie powrotu do Koszyc po kilku dniach. Jechałem samochodem z Krynicy, przez Preszów, do Koszyc, właściwie tylko po to, by móc spędzić kilka chwil w koszyckiej katedrze.

Nie mamy już niestety czasu na kościół śś. Piotra i Pawła, na kościół Augustynianów, na wnętrze Katedry. Po obiedzie w Kajmasie przy Vokeciu gatve dosłownie biegniemy na parking, z nieba leją się strugi deszczu. Mieliśmy wyjechać o 16, a jest już 16.45, pośpiesznie wsiadamy do samochodu i ruszamy w drogę. Przez większą część drogi powrotnej pada deszcz, warunki do jazdy są fatalne, widoczność ograniczona momentami do kilkunastu metrów. Przez Puszczę Augustowską jedziemy już w ciemnościach. W Białymstoku jesteśmy około 21.30.

2 dni na Wilno to zdecydowanie za mało czasu, by poczuć smak tego miasta, jego barwy, zapachy, by nasycić się uśmiechami uroczych wilnianek, ale wystarczająco długo, by zachwycić się tym miastem i chcieć tu wracać wielokrotnie, nawet na dwa dni.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...