Kopisk, jedna z najbardziej urokliwych wiosek w sercu Puszczy Knyszyńskiej. Położona na rozległej polanie, niedaleko Rezerwatu Krzemianka, w którym pod koniec lat 80-tych odkryto kompleks prehistorycznych kopalni krzemienia. Któregoś razu pewien leśnik spacerując po Puszczy natknął się na krzemienie kształatami przypominające toporki tudzież inne narzędzia, zawiadomił archeologów z Warszawy, ci wkrótce rozpoczęli badania archeologiczne i w ten sposób o Krzemiance zrobiło się głośno.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rezerwat Krzemianka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rezerwat Krzemianka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 31 stycznia 2010
niedziela, 26 lipca 2009
Kopisk
Choć nie lubię tego określenia, bo wydaje mi się, że strasznie się zdewaluowało ostatnimi czasy, to nie znajduję lepszego dla opisania urokliwej wioski w sercu Puszczy Knyszyńskiej - Kopisk to naprawdę magiczne miejsce, jedno z najbardziej magicznych miejsc w puszczy. Po raz pierwszy trafiłem tu pewnie mając 2, może 3 lata, przywieziony przez rodziców, ale nic z tego czasu oczywiście nie pamiętam. Później docierałem tu już bardziej świadomie. Właściwie, gdyby nie Puszcza Knyszyńska ze swoją tajemniczością, magią, różnorodnością, pierwtonością, nieopisanym urokiem, pewnie już dawno wyruszyłbym gdzieś do Warszawy, a może i jeszcze dalej. Są tu na wschodzie miejsca, dla których warto się poświęcać i trwać w tej niezbyt przyjaznej części kraju wbrew wszystkiemu, miejsca które znakomicie rekompensują wszelkie absurdy, nonsensy, małości, podłości dnia codziennego.
Do Kopiska można dojechać tylko leśnymi drogami, żadnego asfaltu, żadnego betonu, tylko względnie szeroka żwirówka prowadząca od trasy Knyszyńskiej przez Chraboły, albo od trasy augustowskiej, kilka kilometrów jazdy przez las, a po drodze żadnych wiosek, tylko smukłe sosny i świerki, niektóre grubo ponad stuletnie, droga jak leśny tunel, wijąca się jak zaskroniec, którego przy odrobinie szczęścia można spotkać, gdzieś w krzakach zbierając poziomki lub jagody. Ale to nic strasznego, zaskroniec w mitologii litewskiej miał przynosić szczęście - litewscy gospodarze postrzegali go jako pożądanego gościa w swoich sadybach.
Prawdziwa leśna głusza, droga jak serpentyna, pofałdowany teren, w czasie ostatniej wojny schronienie dla prężnie działąjącej tu Armii Krajowej. Kiedyś - jeszcze w czasach szkoły podstawowej - zdarzyło mi się czytać w lokalnej gazecie, jakieś legendy o leśnych, którzy gdzieś w zamierzchłych czasach mieli kupcom przestępować drogę w okolicach Kopiska. Później bodaj w "Świecie Młodych" natknąłem się na artykuł o kopalniach krzemienia sprzed 10 tysięcy lat, niedaleko wsi, choć raczej bliżej szosy augustowskiej. Leśne wzgórza z widocznymi w nich zagłębieniami, których nie zatarał całkowicie czas. Odkrył je leśnik pasjonat, uważny jak poeta, latami przemierzający puszczańskie drogi, by wydobyć przez przypadek z piasku pozostałości toporków i innych krzemiennych narzędzi.
Ostatnio, o Kopisku opowiadał nam ksiądz w cywilu. Przed 20 dotarliśmy do wsi i zakłóciliśmy duchownemu przedwieczorną kontemplację. Ale tak z egoistycznego punktu widzenia warto było. Warto było wysluchać historii o Własowcach, którzy wymordowali kilkunastu mieszkańców Kopiska tuż przed końcem wojny. Najpierw poprosili miejscowych, by każdy kto ma broń, stawił się we wsi, do walki z Niemcami. Upozorowali zmianę frontu, a później zaprowadzili nieszczęśników do lasu na skraju śródleśnej Polany i brutalnie rozstrzelali, teraz w tym miejscu stoi żelazny krzyż. Piękno naznaczone tragedią jest tu na wschodie powszechne. Do dziś nie potrafię zrozumieć tego melanżu urokliwych lasów, pagrórków i ludzkiego okrucieństwa. Kontrast zuepłnie niepojęty.
Jeszcze historia o sowie płomykówce, która zagnieździla się w kościelnej wieży, o studentach historii sztuki z Warszawy i Lublina, odwiedzających tak chętnie tutejszy kościół. Kościół swoją architekturą nawiązujący do świątyń podkarpackich. Jego twórca miał w ten sposób nawiązać do kopiszczańskiego krajobrazu - pofałdowanego, pełnego wolności, przestrzeni, polany otulonej prastarą puszczą. Wszystko jest tu harmonijne, zgodne, a pod wieczór we wsi panuje cisza, która przywołuje we mnie wspomnienie ciszy i spokoju wsi słowackiej. Kurov. W drodze z Bardejowa do Krynicy. Z kościołem i cerkwią, z dziadkiem, który otworzył nam kościół i opowiadał o trudnościach finansowych parafii, z babcią, która wyszla przed dom, by choć chwilę porozmawiać z przybyszami o kurkach, o krówkach, ze śpiewami dochodzącymi z cerkwi, do której zaglądamy przez uchylone drzwi. Ale w Kopisku nie ma cerkwi, i poza księdzem incognito nie uda nam się porozmawiać z nikim więcej. Powoli zaczyna zmierzchać, trzeba wracać do miasta. 20 - 25 minut i jesteśmy w innym świecie.
****Zdjęcia z Kopiska
Do Kopiska można dojechać tylko leśnymi drogami, żadnego asfaltu, żadnego betonu, tylko względnie szeroka żwirówka prowadząca od trasy Knyszyńskiej przez Chraboły, albo od trasy augustowskiej, kilka kilometrów jazdy przez las, a po drodze żadnych wiosek, tylko smukłe sosny i świerki, niektóre grubo ponad stuletnie, droga jak leśny tunel, wijąca się jak zaskroniec, którego przy odrobinie szczęścia można spotkać, gdzieś w krzakach zbierając poziomki lub jagody. Ale to nic strasznego, zaskroniec w mitologii litewskiej miał przynosić szczęście - litewscy gospodarze postrzegali go jako pożądanego gościa w swoich sadybach.
Prawdziwa leśna głusza, droga jak serpentyna, pofałdowany teren, w czasie ostatniej wojny schronienie dla prężnie działąjącej tu Armii Krajowej. Kiedyś - jeszcze w czasach szkoły podstawowej - zdarzyło mi się czytać w lokalnej gazecie, jakieś legendy o leśnych, którzy gdzieś w zamierzchłych czasach mieli kupcom przestępować drogę w okolicach Kopiska. Później bodaj w "Świecie Młodych" natknąłem się na artykuł o kopalniach krzemienia sprzed 10 tysięcy lat, niedaleko wsi, choć raczej bliżej szosy augustowskiej. Leśne wzgórza z widocznymi w nich zagłębieniami, których nie zatarał całkowicie czas. Odkrył je leśnik pasjonat, uważny jak poeta, latami przemierzający puszczańskie drogi, by wydobyć przez przypadek z piasku pozostałości toporków i innych krzemiennych narzędzi.
Ostatnio, o Kopisku opowiadał nam ksiądz w cywilu. Przed 20 dotarliśmy do wsi i zakłóciliśmy duchownemu przedwieczorną kontemplację. Ale tak z egoistycznego punktu widzenia warto było. Warto było wysluchać historii o Własowcach, którzy wymordowali kilkunastu mieszkańców Kopiska tuż przed końcem wojny. Najpierw poprosili miejscowych, by każdy kto ma broń, stawił się we wsi, do walki z Niemcami. Upozorowali zmianę frontu, a później zaprowadzili nieszczęśników do lasu na skraju śródleśnej Polany i brutalnie rozstrzelali, teraz w tym miejscu stoi żelazny krzyż. Piękno naznaczone tragedią jest tu na wschodie powszechne. Do dziś nie potrafię zrozumieć tego melanżu urokliwych lasów, pagrórków i ludzkiego okrucieństwa. Kontrast zuepłnie niepojęty.
Jeszcze historia o sowie płomykówce, która zagnieździla się w kościelnej wieży, o studentach historii sztuki z Warszawy i Lublina, odwiedzających tak chętnie tutejszy kościół. Kościół swoją architekturą nawiązujący do świątyń podkarpackich. Jego twórca miał w ten sposób nawiązać do kopiszczańskiego krajobrazu - pofałdowanego, pełnego wolności, przestrzeni, polany otulonej prastarą puszczą. Wszystko jest tu harmonijne, zgodne, a pod wieczór we wsi panuje cisza, która przywołuje we mnie wspomnienie ciszy i spokoju wsi słowackiej. Kurov. W drodze z Bardejowa do Krynicy. Z kościołem i cerkwią, z dziadkiem, który otworzył nam kościół i opowiadał o trudnościach finansowych parafii, z babcią, która wyszla przed dom, by choć chwilę porozmawiać z przybyszami o kurkach, o krówkach, ze śpiewami dochodzącymi z cerkwi, do której zaglądamy przez uchylone drzwi. Ale w Kopisku nie ma cerkwi, i poza księdzem incognito nie uda nam się porozmawiać z nikim więcej. Powoli zaczyna zmierzchać, trzeba wracać do miasta. 20 - 25 minut i jesteśmy w innym świecie.
****Zdjęcia z Kopiska
poniedziałek, 1 września 2008
Wilno w 2 dni
W sobotę o 7.40 wyruszamy z Białegostoku do Wilna. Łukasz i Ula chcą jeszcze rzucić okiem z rana na źródełko w rezerwacie Krzemianka. Jest chłodno, ale pięknie świeci słońce. Puszcza wygląda urokliwie, jak o każdej porze roku i w każdej pogodzie. Zatrzymujemy się na kilka minut. Sam wykorzystuję ten czas, by się cieplej ubrać, bo pogoda - jeśli chodzi o temperaturę - jest iście październikowa.
W Wilnie jesteśmy już o godzinie 12.00. Zostawiamy samochód na piętrowym parkingu przy budynku Orkiestry Symfonicznej, niedaleko Wilii. Mamy niecałe dwa dni, by odkrywać Wilno. Sam choć jestem już po raz trzeci w Wilnie w ciągu zaledwie półtora miesiąca, nie obejrzałem wszystkiego, co obejrzeć chciałbym. Poza tym wyjazd, w czasie którego nie nawiążę nowej znajomości, czasem przyjaźni, jest w gruncie rzeczy niewiele wart. W ciągu dwóch dni taka sztuka jest niemożliwa. Pozostaje nam zatem piękno architektury i klimat miasta.
Na sam koniec Łukasz i Ula stwierdzą, że czują się przygnieceni nadmiarem wrażeń, bodźców. I dobrze ich rozumiem. Są w Wilnie po raz pierwszy. Podobnie kiedyś zwiedzałem Włochy - 7 dni na Florencję, Rzym, Wenecję, Watykan, w tym 2 dni w podróży i 2 noclegi w autokarze. Najlepiej tak naprawdę zapamiętałem z tej wycieczki zmęczenie. Przerysowuję oczywiście, ale zwiedzanie, poznawanie kraju, miast i ludzi w pośpiechu, to żadne podróżowanie.
Kościoły, których wcześniej nie widziałem, nowe zaułki, rozmowa ze starszym panem przy Cerkwi Bazylianów i Celi Konrada. Nie wiem kim był - może stróżem, może człowiekiem, który czuje do tego miejsca, jakiś szczególny sentyment i przychodzi tu, by porozmawiać z ludźmi. Najpierw nawiązuje rozmowę z Ulą, później podchodzi do mnie i pyta czy ja też jestem z Białegostoku. Z rozmowy można wywnioskować, że ma ogromną wiedzę, ale część jego wypowiedzi przypomina coś w rodzaju niemal schizofrenicznych urojeń. Jest miły, dobry i za wszelką cenę stara się kontynuować rozmowę, tak jakby nie chciał puścić swego rozmówcy.
W międzyczasie ktoś otwiera remontowaną Cerkiew, starszy pan zaprasza mnie do środka, chce bym zobaczył kaplicę, w której będą modlić się tylko dwaj duchowni uniccy. Oprócz nich nie ma żadnych wiernych. Pytam ilu jest unitów w Wilnie. W odpowiedzi słyszę, że ledwie 38.
Rozmawiamy jeszcze o Rosji, chrześcijaństwie, Wilnie, AK, ale muszę kończyć, nie jestem sam,Łukasz i Ula niepokoją się nieco, chcą zobaczyć, jak najwięcej. Muszę pogodzić "interesy" obu stron, ze starszym panem rozmawiałem dość długo, teraz muszę wrócić do pełnienia obowiązków przewodnika i towarzysza podróży moich znajomych.
Już jak tylko wjechaliśmy do Wilna, zapowiedziałem Łukaszowi i Uli, że Litwini są łagodni. Uogólniałem, owszem tak, ale opisywałem swoje ogólne wrażenia, z poprzednich pobytów w Wilnie. Wieczorem, na zakupach w centrum handlowym Acropolis Łukasz przyznaje mi rację, stwierdzając, że nie zauważa tu takiej agresji, jak w Polsce, ani otwartej, ani podskórnej.
Drugiego dnia, w niedzielę, pogoda nam nie sprzyja, jest w kratkę, raz pada deszcz, raz świeci słońce, nadal jest chłodno, ale już nie tak jak w sobotę.
Znowu wgłębiamy się w wileńskie zaułki, oglądamy kolejne kościoły, do części z nich wracam już po raz trzeci. W kościele Miłosierdzia Bożego, w którym ostatnim razem trafiłem na mszę, tym razem jest ledwie kilkanaście osób razem z naszą trójką. Dopiero teraz odkrywam jego piękno. Z zewnątrz kościółek jest niepozorny - mały, wieże pokryte kopułami - to pamiątka po czasach, gdy był zamieniony na cerkiew. We wnętrzu panuje półmrok - przez nieduże okna sączy się światło słoneczne, które pozostaje gdzieś w górze. Są miejsca, w których wiara wraca albo się wzmacnia, w których nie sposób wątpić w istnienie i obecność Boga. Bez wątpienia ten kościółek zalicza się do takich miejsc. Poddaję się nastrojowi kontemplacji, wyciszeniu, błogiemu spokojowi. Nie wytrwam w tym stanie długo, ale warto przedłużać tę chwilę. To już nawet nie chwila, ale dobrych kilkanaście minut, a czuję, że mógłbym tu spędzić pół dnia.
Ale czeka na nas jeszcze kościół świętego Ducha, tuż obok, okazała, barokowa budowla. Łukasz i Ula są zachwyceni wnętrzem, ja nieco mniej, a to dlatego, że mam porównanie z barokiem uniwersyteckiego kościoła świętego Jana. Nie jestem co prawda entuzjastą baroku, ale ten wileński mnie urzeka. Nasz barok podlaski to ledwie licha jego namiastka. A poza tym wciąż jestem wierny pięknu gotyku, zwłaszcza przecudnej urody Katedrze w Koszycach. W ubiegłym roku odwiedziłem ją dwa razy, nie mogłem oprzeć się pokusie powrotu do Koszyc po kilku dniach. Jechałem samochodem z Krynicy, przez Preszów, do Koszyc, właściwie tylko po to, by móc spędzić kilka chwil w koszyckiej katedrze.
Nie mamy już niestety czasu na kościół śś. Piotra i Pawła, na kościół Augustynianów, na wnętrze Katedry. Po obiedzie w Kajmasie przy Vokeciu gatve dosłownie biegniemy na parking, z nieba leją się strugi deszczu. Mieliśmy wyjechać o 16, a jest już 16.45, pośpiesznie wsiadamy do samochodu i ruszamy w drogę. Przez większą część drogi powrotnej pada deszcz, warunki do jazdy są fatalne, widoczność ograniczona momentami do kilkunastu metrów. Przez Puszczę Augustowską jedziemy już w ciemnościach. W Białymstoku jesteśmy około 21.30.
2 dni na Wilno to zdecydowanie za mało czasu, by poczuć smak tego miasta, jego barwy, zapachy, by nasycić się uśmiechami uroczych wilnianek, ale wystarczająco długo, by zachwycić się tym miastem i chcieć tu wracać wielokrotnie, nawet na dwa dni.
W Wilnie jesteśmy już o godzinie 12.00. Zostawiamy samochód na piętrowym parkingu przy budynku Orkiestry Symfonicznej, niedaleko Wilii. Mamy niecałe dwa dni, by odkrywać Wilno. Sam choć jestem już po raz trzeci w Wilnie w ciągu zaledwie półtora miesiąca, nie obejrzałem wszystkiego, co obejrzeć chciałbym. Poza tym wyjazd, w czasie którego nie nawiążę nowej znajomości, czasem przyjaźni, jest w gruncie rzeczy niewiele wart. W ciągu dwóch dni taka sztuka jest niemożliwa. Pozostaje nam zatem piękno architektury i klimat miasta.
Na sam koniec Łukasz i Ula stwierdzą, że czują się przygnieceni nadmiarem wrażeń, bodźców. I dobrze ich rozumiem. Są w Wilnie po raz pierwszy. Podobnie kiedyś zwiedzałem Włochy - 7 dni na Florencję, Rzym, Wenecję, Watykan, w tym 2 dni w podróży i 2 noclegi w autokarze. Najlepiej tak naprawdę zapamiętałem z tej wycieczki zmęczenie. Przerysowuję oczywiście, ale zwiedzanie, poznawanie kraju, miast i ludzi w pośpiechu, to żadne podróżowanie.
Kościoły, których wcześniej nie widziałem, nowe zaułki, rozmowa ze starszym panem przy Cerkwi Bazylianów i Celi Konrada. Nie wiem kim był - może stróżem, może człowiekiem, który czuje do tego miejsca, jakiś szczególny sentyment i przychodzi tu, by porozmawiać z ludźmi. Najpierw nawiązuje rozmowę z Ulą, później podchodzi do mnie i pyta czy ja też jestem z Białegostoku. Z rozmowy można wywnioskować, że ma ogromną wiedzę, ale część jego wypowiedzi przypomina coś w rodzaju niemal schizofrenicznych urojeń. Jest miły, dobry i za wszelką cenę stara się kontynuować rozmowę, tak jakby nie chciał puścić swego rozmówcy.
W międzyczasie ktoś otwiera remontowaną Cerkiew, starszy pan zaprasza mnie do środka, chce bym zobaczył kaplicę, w której będą modlić się tylko dwaj duchowni uniccy. Oprócz nich nie ma żadnych wiernych. Pytam ilu jest unitów w Wilnie. W odpowiedzi słyszę, że ledwie 38.
Rozmawiamy jeszcze o Rosji, chrześcijaństwie, Wilnie, AK, ale muszę kończyć, nie jestem sam,Łukasz i Ula niepokoją się nieco, chcą zobaczyć, jak najwięcej. Muszę pogodzić "interesy" obu stron, ze starszym panem rozmawiałem dość długo, teraz muszę wrócić do pełnienia obowiązków przewodnika i towarzysza podróży moich znajomych.
Już jak tylko wjechaliśmy do Wilna, zapowiedziałem Łukaszowi i Uli, że Litwini są łagodni. Uogólniałem, owszem tak, ale opisywałem swoje ogólne wrażenia, z poprzednich pobytów w Wilnie. Wieczorem, na zakupach w centrum handlowym Acropolis Łukasz przyznaje mi rację, stwierdzając, że nie zauważa tu takiej agresji, jak w Polsce, ani otwartej, ani podskórnej.
Drugiego dnia, w niedzielę, pogoda nam nie sprzyja, jest w kratkę, raz pada deszcz, raz świeci słońce, nadal jest chłodno, ale już nie tak jak w sobotę.
Znowu wgłębiamy się w wileńskie zaułki, oglądamy kolejne kościoły, do części z nich wracam już po raz trzeci. W kościele Miłosierdzia Bożego, w którym ostatnim razem trafiłem na mszę, tym razem jest ledwie kilkanaście osób razem z naszą trójką. Dopiero teraz odkrywam jego piękno. Z zewnątrz kościółek jest niepozorny - mały, wieże pokryte kopułami - to pamiątka po czasach, gdy był zamieniony na cerkiew. We wnętrzu panuje półmrok - przez nieduże okna sączy się światło słoneczne, które pozostaje gdzieś w górze. Są miejsca, w których wiara wraca albo się wzmacnia, w których nie sposób wątpić w istnienie i obecność Boga. Bez wątpienia ten kościółek zalicza się do takich miejsc. Poddaję się nastrojowi kontemplacji, wyciszeniu, błogiemu spokojowi. Nie wytrwam w tym stanie długo, ale warto przedłużać tę chwilę. To już nawet nie chwila, ale dobrych kilkanaście minut, a czuję, że mógłbym tu spędzić pół dnia.
Ale czeka na nas jeszcze kościół świętego Ducha, tuż obok, okazała, barokowa budowla. Łukasz i Ula są zachwyceni wnętrzem, ja nieco mniej, a to dlatego, że mam porównanie z barokiem uniwersyteckiego kościoła świętego Jana. Nie jestem co prawda entuzjastą baroku, ale ten wileński mnie urzeka. Nasz barok podlaski to ledwie licha jego namiastka. A poza tym wciąż jestem wierny pięknu gotyku, zwłaszcza przecudnej urody Katedrze w Koszycach. W ubiegłym roku odwiedziłem ją dwa razy, nie mogłem oprzeć się pokusie powrotu do Koszyc po kilku dniach. Jechałem samochodem z Krynicy, przez Preszów, do Koszyc, właściwie tylko po to, by móc spędzić kilka chwil w koszyckiej katedrze.
Nie mamy już niestety czasu na kościół śś. Piotra i Pawła, na kościół Augustynianów, na wnętrze Katedry. Po obiedzie w Kajmasie przy Vokeciu gatve dosłownie biegniemy na parking, z nieba leją się strugi deszczu. Mieliśmy wyjechać o 16, a jest już 16.45, pośpiesznie wsiadamy do samochodu i ruszamy w drogę. Przez większą część drogi powrotnej pada deszcz, warunki do jazdy są fatalne, widoczność ograniczona momentami do kilkunastu metrów. Przez Puszczę Augustowską jedziemy już w ciemnościach. W Białymstoku jesteśmy około 21.30.
2 dni na Wilno to zdecydowanie za mało czasu, by poczuć smak tego miasta, jego barwy, zapachy, by nasycić się uśmiechami uroczych wilnianek, ale wystarczająco długo, by zachwycić się tym miastem i chcieć tu wracać wielokrotnie, nawet na dwa dni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...