Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokora. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2009

Ostatnie dni lata

Niedzielne chwytanie ostatnich tego lata tak jasnych, ciepłych i radosnych promieni słonća. Na wzgórzu przy grodzisku w Milewszczyźnie, przeciętym żwirową drogą, z jednej strony ruiny folwarku ze stodołą z olbrzymich kamieni zebranych z okolicznych pól, pewnie jeszcze w XIX wieku, z żarnami wkomponowanymi w kamienny mur. Z dzikim już sadem, głogami, wijącym się chmielem, które zwinnie ukryły grodzisko. Sceneria tworząca atmosferę jakby wyjętą z plenerowego teatru telewizji, tajemniczego spektaklu, którego tytułu przypomnieć sobie nie mogę już od kilku miesięcy. Kulturalne nastolatki przejeżdżające piaszczystą drogą na rowerach - cztery dziewczyny z rozwianymi długimi włosami i dwóch dzielnych chłopców w roli ich opiekunów, śmiejący się radośnie i komunikujący się ze sobą bez wulgaryzmów jako kropek i przecinków, pozdrawiający nas wesołym "dzień dobry".

Kładę się na zielonej, soczystej jeszcze trawie na samym szczycie wzgórza, słońce łagodnie gładzi moją twarz, za chwilę zasnę i dopiero po godzinie obudzi mnie odgłos rozmowy siedzących obok towarzyszy podróży, którzy nadziwić się nie mogą, że można tak długo spać. A to przecież ledwie godzina.

Schodzimy w dół nad rzekę, nad którą około XII wieku, a kto wie może i wcześniej rozlokowało się grodzisko. Gdybym miał wyobraźnię dziecka, w czasie snu pewnie usłyszałbym dźwięk - może bijących dzwonów zapadłej pod ziemię świątyni, szczęk oręża, odgłosy z rzemieślniczych warsztatów, może płatnerza, może rozmowy dobiegające z chaty zamożnego wieśniaka albo dworu kasztelana. W jakim języku by je toczyli? Słowian? Bałtów? Co się z nimi stało? Najpierw opuścili grodzisko w Aulakowszczyźnie, bo ktoś ich tam napadł, a drewnianą osadę spalił. Czy taki sam los spotkał ich także tu?

Nad rzeką z łatowością odnajduję bujnie zielony cypel, ale tu sen już nie wraca, cicho szemrze Kumiałka, przede mną wzgórze, liściasty zagajnik, z prawej strony grodzisko, nieco na lewo za rzeką w gęstwinie krzewów i drzew przebija stary poczerniały dom z czerwoną dachówką i białymi oknami. Prawdziwy spokój, kiedy wszystko ma znaczenie i można odczuć czym jest harmonia w duszy i czym harmonia całego świata.

Skąd mogłem wiedzieć, że usłyszę dziś w telefonie spokojny, pokorny głos dobrej mamy chłopaka na wózku, który prawie nigdy nie wychodzi z domu, choć jest ciekawy świata. Mama jest pełna niepewności, nie ma w niej rezygnacji, a tylko dobro, spokój, łagodność i pokora, których chciałbym się od Niej nauczyć.

- Mój syn jest nieśmiały, stroni od ludzi...

Świat się roi od dobrych ludzi, na pewno się roi, nie są tak krzykliwi, więc ich nie widzimy.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Kościół Miłosierdzia Bożego w Wilnie

Rozkochałem się w melodii języka litewskiego i postanowiłem się go nauczyć. Wykorzystuję do tego celu każdą okazję - w kafejkach, w kościołach, w sklepach. W Kiernave zamęczałem pewną miłą dziewczynę obsługującą nas w przytulnej knajpce, serwującej tradycyjne potrawy kuchni litewskiej. Znała nieco język polski, więc wypytałem ją o wszystkie możliwe litewskie słowa i zwroty, jakie mogą być przydatne w restauracji. Dziewczyna cierpliwie i uprzejmie instruowała mnie, jak powinienem wymawiać te trudne przecież dla Słowianina bałtyjskie słowa. Innym razem okazja nadarzyła się w Wilnie we włoskim bistro przy zamawianiu ogromnego ciastka z serem i wisienkami oraz jakiejś wyśmienitej potrawy z mleka o konsystencji galaretki z dużą ilością czarnych jagód.

Ale języka litewskiego postanowiłem także uczyć się uczestnicząć w mszach w języku litewskim. W Wilnie w ciągu kilku dni bywam w kościołach częściej niż w Białymstoku w ciągu kwartału. A wszystko zaczęło się od ubiegłorocznej jesiennej wyprawy i mszy w Kościele św. Kazimierza. To właśnie od niej ta fascynacja językiem litewskim się rozpoczęła. Czymś niesamowicie przyjemnym jest wsłuchiwanie się w melodię i rytm tego języka, wychwytanie słów podobnych, a także próby odczytywania znaczenia słów z kontekstu niekoniecznie językowego, ale z gestów, intonacji osoby je wypowiadającej.

I tym razem nie potrafiłem, a raczej nie chciałem odmówić sobie przyjemności uczestncitwa we mszy w języku litewskim. Na taką trafiliśmy w Kościele Miłosierdza Bożego, w którym przechowywny jest obraz Jezusa Miłosiernego namalowany na podstawie wskazówek udzielanych przez św. Faustynę. I choć niewiele rozumiałem, to jednak łagodność, spokój, które wprowadza ten język nadają liturgii jakieś szczególne piękno, tak jak i spiew, a Litwini chętnie i ładnie śpiewają - to już moje własne spostrzeżenie, potwierdzające tylko słowa mojej Babci, mieszkającej przed wojną i w czasie niej na odległych kresach, bo aż w okolicach Postaw.

Ale język to jedno, a tymczasem w tym samym kościele spotkałem się z czymś, czego w Polsce nie zdarzyło mi się widzieć jeszcze nigdy. Po zakończonej mszy, młody ksiądz w pewnym momencie odszedł od ołtarza, zszedł po schodkach i pomaszerował pewnym i szybkim krokiem głównym przejściem między ławkami w stronę drzwi wyjściowych. Zaskoczyła mnie prędkość z jaką się to odbyło, bo wyszedł jako pierwszy, pdoczas gdy wierni jeszcze śpiewali, otworzył drzwi prowadzące z kruchty do wnętrza świątyni, a nasępnie stanął w drzwiach wyjściowych i czekał aż zgromadzeni zaczną wychodzić. Z niecierpliwością czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Gdy pojawiły się pierwsze osoby wychodzące - ku memu zdumieniu każdą z nich kapłąn żegnał indywidualnie - podając rękę i zamieniając kilka słów. Nie wiem sam, być może należałoby to tłumaczyć w ten sposób, że ów kościółek jest niewielki, gromadzi się w nim do kiludziesięciu osób, ale przecież w Polsce także bywałem w małych kościółkach, a jednak czegoś podobnego nie widziałem, nie widziałem podobnych zachowań księży i w kościołąch większych, w których na mszach w dni powszednie bywa mniej osób niż w tym wileńskim kościele.

Kilka dni temu usłyszałem gdzies w radiu, że pod względem stopy życia zbliżamy się do krajów Europy Zachodniej - i uwaga! - mamy podobno szansę dogonić Litwę! Już kilka dobrych lat temu słyszałem, że w wielu dziedzinach życia Litwa nas wyprzedziła, i bywając często w tym kraju, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Odnoszę wrażenie, nie tylko zresztą ja sam, że Litwini są dużo bardziej gospodarni - i tu także potwierdzają się słowa Babci - lepiej zorganizowani, a słowo solidarność nie jest tu pustym frazesem, jakim stało się u nas. U nas nie sposób wręcz uwierzyć, że istniał tu kiedyś 10 milionowy ruch społeczny, który pomimo wewnętrznych różnic stanowił wspaniałą jedność. Nic z niej wszak nie zostało, dla siebie zachowalem jedynie opowieści Mamy, która wspominała często o tym, jak do Solidarności w jej pracy wstępowały także osoby wyznania prawosłąwnego, a także i niewierzące. Solidarność rozmieniliśmy na drobne, nie pozostało z niej kompletnie nic, poza komprpmitującymi, żenującymi, małostkowymi, infantylnymi - lista epitetów powinna być dużo dłuższa - sporami i doraźnymi grami politycznymi. Tak czy owak spoleczeństwa z prawdziwego zdarzenia w Polsce nie mamy, a na Litwie owszem.

Ale wróćmy do gestu, owego młodego księdza, bo jak się okazało kraj, który o ponad 400 lat później niż Polska przyjął chrześcijaństwom wyprzedził nas także w rozumieniu istoty kapłaństwa. Niby błahy, zwykły, banalny gest - cynik pwoiedziałby, że wyreżyserwany - a ja jednak będę się upierał, że wiele mówiący. Kapłan w Polsce kojarzy mi się przede wszystkim z balonikiem, ze względu na stopień swego nadęcia - może trochę przerysowuję, ale jeśli nawet, to naprawdę tylko trochę. Znużony już jestem kapłanami w rodzaju książąt kościoła, tacy nie są mi do niczego potrzebni. Niepotrzebni mi są kapłani odbierający cześć i uwielbienie od swoich wiernych, zapatrzonych w nich bezkrytycznie, jak w obrazki. Kapłan to nie jest ktoś na piedestale, ktoś protekcjonalnie odnoszący się do swoich parafian, czy czasem z lekceważeniem lub wręcz pogardą - z tym też się niestety spotkałem. Kapłan to nie jest ktoś wyniesiony ponad ogół, tktoś stojący wyżej. A jednocześnie nie potrzebuję kapłanów - kumpli, swoich chłopów, osobników chcących być na fali, zgodnych z duchem czasu, czy jakby tego nie nazwać. Od kapłanów przede wszystkim chciałbym się uczyć miłości i pokory - jakby patetycznie to nie brzmiało, i tylko w ten sposób mógłbym uznawać ich autorytet.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...