Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
środa, 11 listopada 2009
Warszawa i moje mity
Przed kościołem podchodzi do nas grupa anglojęzycznych dwudziestokilkuletnich chłopaków, ciemne włosy, śniada karnacja, mogą być równie dobrze Izraelczykami, ale też Francuzami, Włochami, Hiszpanami. Uprzejmi, skupieni, poważni, pytają o Synagogę Nożyków. Nie mamy pojęcia gdzie ona jest, więc razem udajemy się na jej poszukiwania. Z pomocą przychodzi nam ksiądz, który wskazuje na nieodległą zółtą budowlę widoczną ze schodów kościoła. Jak to zwykle w Warszawie bywa - synagoga stoi wcisnięta między paskudne peerlowskie budowle, wewnątrz palą się światła, ale wszystkie drzwi są pozamykane. Na tablicy czytam, że jest ona wzniesiona w stylu neoromańskim, mam jednak poważne wątpliwosci czy to właściwe określenie. Tu na Podlasiu nie mam problemu z określeniem stylu synagog, które przetrwały wojenną pożogę - w Orli czy Tykocinie to czysty, piękny barok.
Czas nagli, ale na wieczór planujemy wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Zwiedzanie w pośpiechu to coś czego nie lubię najbardziej. Po drodze kusi jeszcze Muzeum Woli, ale jest już po 16, jeśli chcemy odwiedzić Muzeum Powstania musimy zrezygnować z niewielkiego Muzeum Woli, czytamy tylko tablicę pamiątkową na budnyku, z której zapamiętuję przede wszystkim to, że wokół pałacyku w czasie Powstania znajdował się cmentarz. Warszawa wydaję mi się być jednym wielkim cmentarzem. Nie potrafię na nią spojrzeć inaczej niż przez pryzmat śmierci. Zawsze mam wrażenie, że idąc chodnikami, przechodząc przez ulicę depczę po grobach, że depczę groby osób, których nie ekshumowano, których zwłok nigdy nie odnaleziono. Nie wyobrażam sobie bym mógł mieszkać w takim miejscu, tak samo, jak nie wyobrażam sobie, bym mógł meiszkać w Białymstoku na terenie dawnego getta.
W samym Muzeum Powstania przy szatni mijamy grupę ciemnoskórych dziewcząt, czasu mamy niewiele, dochodzi już 17, a Muzeum zamykane jest o 18. Już wiem, że to będzie bardziej bieg niż czas na skupienie, pomyślenie. B. twierdzi, że jak dla niej to za dużo bodźców na raz, nie wie na czym ma się skoncentrować, by nie uronić czegoś ważnego. Z góry już zakładamy, że przyjedziemy tu wkrótce na dużo dłużej. Tymczasem musimy wybierać. Wzruszające kartki zapisane przez poszkujących się członków rodzin; akty ekshumacji z 1945, 1947 roku - opisy ubrań, wyglądu zwłok - brak czaszki, spódnica w kratę, siwe włosy, braki w uzębieniu, odnalezione dokumenty tożsamości, osoby 20 - letnie, 30 - letnie, 50 - letnie. W sali niedaleko rodzinne zdjęcie generalnego gubernatora Hansa Franka - schludnie ubrane dzieci i tak kontrastująca z grozą i okrucieństwem wymowy Muzeum łagodna, spokojna, melancholijna twarz żony gubernatora, prowokująca wręcz pytaniami, gdzie się podziały jej ludzkie odruchy, o czym rozmawiała z mężem, co się stało z jej ludzkim współodczuwaniem. Zdjęcie szczęśliwej rodziny, znającej okrucieństwa, świadomej europejskiego dziedzictwa, wręcz wcielającej w codziennym życiu chrześcijańskie ideały. Słowem zgroza. To właśnie dopiero teraz odczułem czym jest owa banalność zła. Zła ludzi "porządnych", wykształconych, kulturalnych. To zdjęcie i gdzieś w tle ogłuszające odgłosy maszerujących żołnierzy niemieckich najbardziej zapadają mi w pamięć.
A już na sam wieczór w dużo większym gronie nieunikniona dyskusja o sensie Powstania, zupełnie przewidywalna - jedni twierdzą, że nie da się i nie można uzasadnić celowości powstania, że nie można nadać sensu czemuś, co z góry było tego sensu pozbawione. Upieram się jednak, że twierdzenie, iż śmierć około 200 tysięcy osób, w większości osób cywilnych była pozbawiona sensu jest twierdzeniem ryzykownym. Nie dochodzimy do porozumienia.
Mit Powstania Warszawskiego był zawsze w domu żywy, książki o Powstaniu w bibliotece rodziców, opowieści mamy o częstych wizytach na cmentarzu powstańczym na Woli w czasie jej studiów w Warszawie. Osobiście jako swój mit wybrałem mit Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale tym drugim scalajacym jest jednak mit Powstania. To państwo, które rzeokomo od 20 lat jest niepoedległe, nie bylo mi w stanie zaproponwać żadnej wizji, żadnej idei jednoczącej. Mit solidarnosci został zbrukany, zmieszany z błotem, skompromitowany doszczętnie. Mit Wielkiego Księstwa Litewskiego może mieć jedynie jakieś znaczenie tu na wschodzie. Mit Powstania ma szansę stać się mitem scalającym, właściwie już nim się stał. Mit, z którego jednakże wciąż jeszcze należy wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski na trudne, chaotyczne dziś, ale to już temat na zupełnie inny wpis.
czwartek, 24 stycznia 2008
O pysze narodowej i samobiczowaniu
Popadanie w skrajności wydaje się być naszą narodową specjalizacją. Każde dotknięcie bolesnej części naszej przeszłości sprawia, że zamiast rzeczowej i spokojnej dyskusji, prób dochodzenia do porozumienia dzielimy się na wrogie obozy, które skaczą sobie do gardeł. I zazwyczaj nie ma miejsca na środek, bo przecież rzecz idzie o imponderabilia. To zresztą sprawa nie tylko odległej przeszłości, ale także tej całkiem niedawnej. Tak więc, by nie sięgać daleko - w październiku 2007 r. zamiast wyborów parlamentarnych mieliśmy Armagedon, w którym starły się siły dobra i zła (dobro i zło zależne od punktu widzenia).
Natomiast kilka tygodni temu pewne renomowane wydawnictwo wydało książkę mającą w zamierzeniu jej autora i owego wydawnictwa wywołać ogólnonarodową debatę, a jak się okazało wywołała jedynie chaotyczną i krwawą kłótnię, która wątpliwe by się jakimkolwiek porozumieniem zakończyła. Póki co obie strony się okopały na swoich pozycjach, umacniają się na nich i pokrzykują do siebie z oddali.
To wszystko zaczyna mi przypominać pewne dwie skrajne postawy, z których jedna jest charakterystyczna dla pogranicza, na którym mieszkam, a druga usiłuje się tu przebić z kaganek oświaty niosącego dla ciemnego ludu centrum i południa Polski.
Ta pierwsza jeszcze nie tak całkiem dawno próbowała mi wmawiać, że mój bliźni władający białoruską mową lub chadzający zamiast do kościoła do cerkwi, to "kacap", "ruski", "naród chłopski", słowem bliźni, owszem, ale gorszego sortu.
Ta druga zaś sugeruje mi, że z racji tego kim jestem żywię chroniczną niechęć do pewnego narodu.
Co do tej pierwszej, to zawsze mam w pamięci ważne słowa, które uczyniły mnie odpornym na jej argumenty:
"Archidiecezję w Białymstoku zamieszkują także nasi bracia prawosławni. Szukajmy zawsze tego, co łączy, spotykajmy się w duchu ekumenicznym, módlmy się wspólnie."
albo
"Bolesne doświadczenia żyją nadal w pamięci zbiorowej. W niej tkwią również głębokie korzenie nieufności, wciąż jeszcze nie przezwyciężonej. Wszyscy dźwigamy brzemię historycznych win, wszyscy popełniamy błędy. (...) Gdziekolwiek zaistniała krzywda, niezależnie po której stronie należy ją przezwyciężyć przez uznanie własnej winy przed Bogiem i przebaczenie. (...) Pomni na słowa Modlitwy Pańskiej: odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom, w duchu wzajemnego pojednania, wybaczmy sobie nawzajem doznane w przeszłości krzywdy po to, aby w nowy, prawdziwie ewangeliczny sposób kształtować nasze wzajemne stosunki, i tworzyć lepsze jutro Kościołów pojednanych."
Odpowiedź na pytanie kto jest autorem owych słów pozostawiam domyślności Czytelnika, dodam tylko, że zostały one skierowane do mieszkańców tego właśnie pogranicza w czerwcu 1991 r. I na nic się tu zdadzą pokrzykiwania i pohukiwania tych, którzy by chcieli by było inaczej.
Co do tej drugiej postawy, to muszę przyznać, że owa wmawiana mi niechęć jest mi i moim bliższym i dalszym znajomym całkowicie obca. Antysemityzm postrzegam przez niedawny wybryk kilku troglodytów, którzy zbezcześcili cmentarz żydowski w Białymstoku, ale którzy dzięki współpracy mieszkańców miasta z policją po kilku dniach zostali schwytani, a ich zdjęcia opublikowano w Internecie. Nie chcę przez to bagatelizować problemu, czy powiedzieć, że go nie ma. Pewnie jest, ale nie w takich proporcjach, w jakich usiłuje się go przedstawić. Relacje polsko - żydowskie postrzegam natomiast przez pryzmat działalności wielu ludzi - np. pewnego stowarzyszenia, które prężnie organizuje wykłady poświęcone historii i kulturze Żydów na Podlasiu, pokazy filmów, wycieczki (piesze, rowerowe, samochodowe) do miejsc związanych z kulturą żydowską, tatarską, białoruską, w których uczestniczą setki ludzi w różnym wieku. To wreszcie setki młodych ludzi porządkujących co roku cmentarz żydowski, to mieszkańcy Tykocina, którzy jeszcze niedawno prowadzili pod okiem pani dyrektor muzeum w synagodze teatr odgrywający sceny z życia tykocińskich Żydów.
Słowem, we wszystkim warto znać umiar. A jeśli ktoś lubi kwasić się w którymś w dwóch wyżej wymienionych sosów to jego sprawa, nic mi do tego.
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...