Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
sobota, 31 maja 2025
Wawrzyszew - wieczorny spacer
A naprzeciw, oddzielony uliczką i parkingiem kościół pod wezwaniem św. Marii Magdaleny. Akt erekcyjny parafii został podpisany przez bp. poznańskiego Benedykta Izdebińskiego dnia 20 sierpnia 1542 r., choć parafia istniała już prawdopodobnie w wieku XV. Kościół wzniesiony w tym samym roku został ufundowany przez właściciela wsi Wawrzyszew Baltazara Smosarskiego (Szymachowskiego) nadwornego medyka książąt mazowieckich i króla Zygmunta Starego. Z tego okresu pochodzi gotyckie prezbiterium z absydą. W XVIII w. powstała barokowa nawa. W roku 1830 dobudowano klasycystyczną kruchtę. A przed kościołem stoi kaplica przedpogrzebowa z 1882 r. W roku 1826 powstał budynek plebanii i kamienny mur otaczający świątynię, zaś w 1827 r. połączona z nim dzwonnica. Kościółek ten jest jedną z najstarszych świątyń znajdujących się w granicach współczesnej Warszawy.
Spacerujemy wokół świątyni. Nieopodal znajdują się nowe bloki, wzniesione już pewnie po 2000 r., ale zdecydowaną większość stanowią wieżowce z lat 80-tych. Ogromny kontrast między niewielką barokowo-klasycystyczno-gotycką świątynią a architekturą współczesną. Przy ulicy Wólczyńskiej zachowało się kilka interesujących przydrożnych kapliczek domkowych z połowy XIX w., przy drodze wiodącej do Cmentarza Wawrzyszewskiego, na którym najstarszy zachowany nagrobek pochodzi z 1830 r.
Zaczyna zapadać zmierzch. Na północnym zachodzie na niebie utrzymuje się jeszcze jasna poświata. Ruch na ulicy Wólczyńskiej nie maleje. Ludzie wracają z pracy. Kobieta w średnim wieku wyszła na spacer z pieskiem. Przy kwiaciarni dwie panie roześmiane rozmawiają żywo gestykulując. Miasto jeszcze nie szykuje się do snu. Tuż obok kwiaciarni dostrzegamy za żywopłotem wysoki żeliwny krzyż osadzony na ceglanej podmurówce. Podchodzimy bliżej i widzimy tablicę z imionami i nazwiskami osób pomordowanych przez Niemców trzeciego dnia Powstania Warszawskiego. Okazuje się, że w tym czasie miała miejsce pacyfikacja Wawrzyszewa, który nie znajdował się jeszcze wówczas w granicach Warszawy. Walki prowadzone w pierwszych dniach Powstania objęły częściowo także Wawrzyszew. 3 sierpnia, w godzinach przedpołudniowych, Niemcy zaatakowali pozycje żoliborskich powstańców na Bielanach. Polskim żołnierzom udało się odeprzeć atak sił wroga. Rozjuszeni Niemcy postanowili w odwecie zemścić się na cywilnej ludności Wawrzyszewa. Jeszcze tego samego dnia do miejscowości wdarli się oprawcy z SS. Zabudowania Wawrzyszewa zostały obrzucone granatami i podpalone. Mieszkańcow wypędzono, a tych którzy stawiali opór lub ociągali się zabijano na miejscu. Od niemieckich kul i granatów, oraz w podpalonych domach, zginęło łącznie 30 wawrzyszewian, w tym kobiety i dzieci. Ofiary tej okrutnej pacyfikacji zostały pochowane na pobliskim Cmentarzu Wawrzyszewskim. Przy żeliwnym krzyżu stoją znicze, jeden z nich się jeszcze pali, a więc są ludzie, którzy pamiętają o tej zbrodni, o tych, którzy mieszkali tu przed nimi i przedwcześnie pożegnali się z tym światem. Przez chwilę modlimy się za zmarłych, których nazwiska widnieją na tablicy pamiątkowej. Hałas ulicy nie ustaje, nieuchronnie zapada zmierzch. Nowy Wawrzyszew, całkowicie odmienny od tego z czasów wojny, przenika historia, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Na ulicy Bajanej zachował się stary drewniany dom, dający wyobrażenie, jak miejscowość mogła wyglądać jeszcze przed wybuchem Powstania. Niedaleko jest też ulica Aspekt, na której gdzieś w miejscu, w którym obecnie znajduje się plac zabaw, we wrześniu 1939 r. żywcem spłonęli żołnierze broniący Warszawy, biedacy unieruchomieni w szpitalu. Oni również znaleźli swoje miejsce na Cmentarzu Wawrzyszewskim. Zgiełk ulicy, letni ciepły wieczór, zieleń drzew, kapliczki, urok miejsc i groza historii.
poniedziałek, 9 stycznia 2023
Figura
Figurę postawiono w międzywojniu, na podwórku nieistniejącej już kamienicy. Matka Boża. Patronka Warszawy. Szeroko rozłożone ramiona, przygarniające, łagodny, zamyślony i zarazem smutny wyraz twarzy. Kojąca. Dzień bez odwiedzin stawał się dniem niepełnym. Po pracy, przed snem, nawet jeśli na chwilę. Któregoś razu, w jej stronę zmierzała grupka zakapturzonych młodych mężczyzn, z butelkami w dłoniach, w zimowy, bezśnieżny wieczór, głośni, nagle jeden się zamachnął i cisnął butelką w figurę, po czym ze śmiechem oddalili się i zniknęli między blokami. Odłamki z utrąconego przedramienia leżały jeszcze długo na kamieniach przed figurą i między kwiatkami. Okaleczona, pamiętająca wiele, wytrwała i pozostała, nawiedzana przez kilka staruszek, parę imigrantów z Ukrainy, panią sprzątającą, i czasem zabieganych przechodniów. Z tym samym wyrazem twarzy, wyczekująca, niepewnie, nieśmiało przywołująca, jakby nie chciała się narzucać.
sobota, 15 listopada 2014
Wola - jesień 2014
Teraz Wronia, rozpoczyna swój bieg, na lewo od Alei Solidarności, na wysokości pomnika Ofiar Rzezi Woli. Jest chłodny jesienny, słoneczny dzień, z jasnobłękitnym niebem nad Wolą. Szklany dom na rogu Alei i Okopowej. Zgiełk, hałas, ziemia drżąca od przejeżdżających tramwajów. Gdzieś tutaj od 1867 r. do 1944 r. rozlokowało się jedno z największych targowisk w Warszawie - legendarny Kercelak.
Na początku lat 30-tych ubiegłego wieku Babcia i Dziadek postanowili opuścić Wileńszczyznę, by szukać szczęścia w Warszawie. Miłosz pisał o międzywojennym Wilnie jako o wyjątkowo ciasnym, dusznym prowincjonalnym mieście. Wileńszczyzna była wówczas pewnie taką samą parszywą prowincją, jaką dziś jest tak silnie i nieudolnie promowane Podlasie, a Białystok mimo całej swojej nachalnej kampanii z przedwojennym Wilnem w żaden sposób równać się nie może. Najpierw zamieszkali na ulicy Towarowej, później na Wroniej, na robotniczej Woli. Dziadek pracował w fabryce, niestety nie wiadomo w jakiej, Babcia została służącą u hrabiny Zabiełło, która dbałą o młodą, ledwie dwudziestokilkuletnią śliczną czarnowłosą i niebieskooką przybyszkę z północno - wschodniej Wileńszczyzny, niczym o własną córkę, o jej edukację, i nigdy w żaden sposób nie dawała młodej dziewczynie odczuć, że jest osobą niższej kategorii.
Tuż przed wybuchem wojny oboje z kilkuletnim synkiem i oczekiwanym potomkiem - wówczas jeszcze płci nieznanej - powrócili w rodzinne strony, co najprawdopodobniej ocaliło ich życie, Dziadka niestety nie na długo. Na Woli zginąłby na początku sierpnia 1944 r., a tak uzyskał odroczenie o rok.
Warszawę opuszczali posiadając już własne mieszkanie w kamienicy przy Wroniej właśnie. Po wojnie Babcia z kilkuletnią córeczką poczętą jeszcze w Warszawie, wróciła już jako repatriantka, by odzyskać to, co pozostawili w 1939 r., ale ich dawna ulica obróciła się w stertę gruzów. W październiku 2014 r. ulica Wronia jest kłębowiskiem chaotycznej zabudowy, szklanych domów, apartamentowców, biurowców, gdzieniegdzie przetykanych jakimiś starszymi budynkami, wyglądającymi na międzywojenne. W godzinach porannych wydaje się być pusta, z rzadka przemykają mężczyźni w garniturach, przy jakiejś kafejce kręcą się młodzi robotnicy i klną jak szewcy. Przecina ją Ogrodowa, z dużo lepiej zachowanym klimatem przedwojennej Warszawy. Na tym odcinku ocalało więcej starych kamienic, wysokich i ponurych. Chłonę całą tę atmosferę łapczywie. Szklane domy i międzywojenne ceglane kamienice, ostre, przeszywające powietrze, i poczucie niemal fizycznej obecności Babci i Dziadka. Obecności Dziadka, którego nigdy nie spotkałem i Babci, która opuściła nas zdecydowanie przedwcześnie. Poczucie, które chciałbym zatrzymać na zawsze. Od tej pory Wolę będę odkrywał stopniowo, fragmentarycznie, trochę chaotycznie, jak cała jej współczesna architektura i krajobraz.
Każdy skrawek zieleni, trawnika, ziemi wydaje się tu być przesiąknięty krwią kilkudziesięciu tysięcy ofiar. Dotykam stopami piasku, ziemi, które wchłonęły krew ludzi, których mijali, widzieli, znali Babcia i Dziadek. Krew ofiar w sierpniu 1944 dosłownie płynęła ulicami. Tak Wolę opisywali ci, którzy byli świadkami tej niemającej sobie podobnej Rzezi, i którym cudem udało się przeżyć. Tak to opisuje w swojej książce "Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona" Piotr Gursztyn, przytaczając relacje świadków, potykających się o martwe ciała na ulicach, boso biegnących po odłamkach szkła, po lepkich kałużach krwi, między rzędami płonących jak pochodnie domów.
Ulica Wolska, skrzyżowanie z Karolkową. Kolejny słoneczny, chłodny dzień, czyste błękitne niebo. Strzeżony parking otoczony siatką, za nim wzdłuż Wolskiej ciągnie się pas zieleni. Na rogu Karolkowej pierwszy kamienny obelisk z tablicą Tchorka , upamiętniającą rozstrzelanie w tym miejscu 6 sierpnia kilkuset osób. Nieustanny ruch na dwupasmowej Wolskiej, hałas, wszystko wokół zalane słońcem, jakieś drzewa w pobliżu, które zbrodni pamiętać nie mogą, niesprzątnięte śmieci, pudełka, papiery, być może nawiane przez wiatr, walające się wokół pomnika. Trawa, jeszcze zielona, wilgotna ziemia i obłąkańczy pęd miasta, szum; świat, który nie znajduje czasu, by tu codziennie przystanąć, zatrzymać się. Przy kamieniu leżą jednak kwiaty, stoją znicze, a więc jednak ktoś przychodzi i pamięta. Oddalam się od zgiełku Wolskiej, zagłębiam się w Karolkową, w stronę klasztoru redemptorystów i kościoła pod wezwaniem św.Klemensa Hofbauera. Modernistyczna budowla z lat 30-tych XX w. doskonale pamięta apokaliptyczne wydarzenia z początku sierpnia 1944 r. Kolejna tablica na frontonie kościoła i liczne inne poświęcone ofiarom Rzezi na dziedzińcu świątynnym, a raczej szkolnym. Gursztyn opisuje relację świadka, ukrywającego się na terenie pobliskiej zajezdni tramwajowej, który miał usłyszeć od ocalałych kilku osób o mordzie dokonanym na około 400 cywilach i ich ciałach ułożonych na stos do spalenia przed kościołem. Solidna żelbetowa konstrukcja uchroniła budynek przed spłonięciem. 3 zakonników Niemcy rozstrzelali kilka kroków od świątyni, pozostałych poprowadzili na Wolską. Cisza panująca na nasłonecznionym dziedzińcu, kolorowe, radosne obrazki wykonane przez dzieciaki wystawione w oknach szkoły przylegającej do budynku kościoła, i kilkanaście tablic umieszczonych w murze okalającym podwórze, zielone krzewy, figura Matki Boskiej, być może tu leżały ciała owych 400 nieszczęśników i nie chciały spłonąć przez kilka dni. Jedna tablica poświęcona typowej wolskiej rodzinie, oboje rodzice i kilkoro dzieci zamordowanych przez Niemców. Robotnicza Wola to przecież duże, kilkupokoleniowe rodziny, dziadkowie, rodzice, dzieci, ginęli nieraz wszyscy, dziś nie ma nawet kto o nich pamiętać, zapalić świeczki, położyć kwiatów w miejscu stracenia. Inna tablica wspomina personel szpitala, lekarzy, pielęgniarki, chorych. Kolejna kilkunastoletnie rozstrzelane harcerki. Szkoła, słońce, zieleń, kolorowe obrazki, plakaty, aż nie sposób uwierzyć, że w takim miejscu mogło dojść do tak straszliwej zbrodni. Zawsze miałem z tym problem, z pogodzeniem ludzkiego bestialstwa, okrucieństwa z pięknem świata, które istniało też w momencie zbrodni. 5 i 6 sierpnia były podobno słonecznymi, ciepłymi dniami. Na robotniczej Woli istniało mnóstwo zielonych ogrodów, warzywnych, świadkowie zbrodni, wspominali pomidory z owych ogrodów, które w niejednym przypadku ratowały im życie, w wielu innych życie niejako odbierały. Prowadzeni w kolumnach cywile, którzy oddalali się od pochodu, by zerwać te warzywa z krzaka, stawali się łatwym celem dla zgłodniałych krwi i mordu żołdaków.
Ten paradoks piękna i okrucieństwa przypomina mi miejsce straceń w lesie na Pietraszach, pięknym, sosnowym, położonym na malowniczych pagórkach, który Niemcy upodobali sobie na miejsce zbrodni. Na polanie rozstrzelali około 6 000 osób, w większości Żydów, ale też i Polaków - mieszkańców Białegostoku i pobliskiego Wasilkowa. Żywiczny zapach, bursztynowy, miodowy kolor pni sosen w popołudniowym słońcu, pod błękitnym niebem, tajemnicze zakątki, doliny, wzniesienia, miejsce dziecięcych eskapad, wagarów, młodzieńczych lektur, z centralnie położoną polaną, do której - jako dziecko - zbliżałem się zawsze z dreszczem grozy, lękiem, potęgowanym opowieściami pewnego starszego rodowitego białostoczanina o czaszkach walających się po lesie, w których miejscowi żule mieli szukać złotych zębów.
Kontrast końca świata wielu ludzi z obojętnym pięknem natury. Groza i zarazem spokój takich miejsc. Tego jeszcze zrozumieć nie potrafię.
CDN
środa, 11 listopada 2009
Warszawa i moje mity
Przed kościołem podchodzi do nas grupa anglojęzycznych dwudziestokilkuletnich chłopaków, ciemne włosy, śniada karnacja, mogą być równie dobrze Izraelczykami, ale też Francuzami, Włochami, Hiszpanami. Uprzejmi, skupieni, poważni, pytają o Synagogę Nożyków. Nie mamy pojęcia gdzie ona jest, więc razem udajemy się na jej poszukiwania. Z pomocą przychodzi nam ksiądz, który wskazuje na nieodległą zółtą budowlę widoczną ze schodów kościoła. Jak to zwykle w Warszawie bywa - synagoga stoi wcisnięta między paskudne peerlowskie budowle, wewnątrz palą się światła, ale wszystkie drzwi są pozamykane. Na tablicy czytam, że jest ona wzniesiona w stylu neoromańskim, mam jednak poważne wątpliwosci czy to właściwe określenie. Tu na Podlasiu nie mam problemu z określeniem stylu synagog, które przetrwały wojenną pożogę - w Orli czy Tykocinie to czysty, piękny barok.
Czas nagli, ale na wieczór planujemy wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Zwiedzanie w pośpiechu to coś czego nie lubię najbardziej. Po drodze kusi jeszcze Muzeum Woli, ale jest już po 16, jeśli chcemy odwiedzić Muzeum Powstania musimy zrezygnować z niewielkiego Muzeum Woli, czytamy tylko tablicę pamiątkową na budnyku, z której zapamiętuję przede wszystkim to, że wokół pałacyku w czasie Powstania znajdował się cmentarz. Warszawa wydaję mi się być jednym wielkim cmentarzem. Nie potrafię na nią spojrzeć inaczej niż przez pryzmat śmierci. Zawsze mam wrażenie, że idąc chodnikami, przechodząc przez ulicę depczę po grobach, że depczę groby osób, których nie ekshumowano, których zwłok nigdy nie odnaleziono. Nie wyobrażam sobie bym mógł mieszkać w takim miejscu, tak samo, jak nie wyobrażam sobie, bym mógł meiszkać w Białymstoku na terenie dawnego getta.
W samym Muzeum Powstania przy szatni mijamy grupę ciemnoskórych dziewcząt, czasu mamy niewiele, dochodzi już 17, a Muzeum zamykane jest o 18. Już wiem, że to będzie bardziej bieg niż czas na skupienie, pomyślenie. B. twierdzi, że jak dla niej to za dużo bodźców na raz, nie wie na czym ma się skoncentrować, by nie uronić czegoś ważnego. Z góry już zakładamy, że przyjedziemy tu wkrótce na dużo dłużej. Tymczasem musimy wybierać. Wzruszające kartki zapisane przez poszkujących się członków rodzin; akty ekshumacji z 1945, 1947 roku - opisy ubrań, wyglądu zwłok - brak czaszki, spódnica w kratę, siwe włosy, braki w uzębieniu, odnalezione dokumenty tożsamości, osoby 20 - letnie, 30 - letnie, 50 - letnie. W sali niedaleko rodzinne zdjęcie generalnego gubernatora Hansa Franka - schludnie ubrane dzieci i tak kontrastująca z grozą i okrucieństwem wymowy Muzeum łagodna, spokojna, melancholijna twarz żony gubernatora, prowokująca wręcz pytaniami, gdzie się podziały jej ludzkie odruchy, o czym rozmawiała z mężem, co się stało z jej ludzkim współodczuwaniem. Zdjęcie szczęśliwej rodziny, znającej okrucieństwa, świadomej europejskiego dziedzictwa, wręcz wcielającej w codziennym życiu chrześcijańskie ideały. Słowem zgroza. To właśnie dopiero teraz odczułem czym jest owa banalność zła. Zła ludzi "porządnych", wykształconych, kulturalnych. To zdjęcie i gdzieś w tle ogłuszające odgłosy maszerujących żołnierzy niemieckich najbardziej zapadają mi w pamięć.
A już na sam wieczór w dużo większym gronie nieunikniona dyskusja o sensie Powstania, zupełnie przewidywalna - jedni twierdzą, że nie da się i nie można uzasadnić celowości powstania, że nie można nadać sensu czemuś, co z góry było tego sensu pozbawione. Upieram się jednak, że twierdzenie, iż śmierć około 200 tysięcy osób, w większości osób cywilnych była pozbawiona sensu jest twierdzeniem ryzykownym. Nie dochodzimy do porozumienia.
Mit Powstania Warszawskiego był zawsze w domu żywy, książki o Powstaniu w bibliotece rodziców, opowieści mamy o częstych wizytach na cmentarzu powstańczym na Woli w czasie jej studiów w Warszawie. Osobiście jako swój mit wybrałem mit Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale tym drugim scalajacym jest jednak mit Powstania. To państwo, które rzeokomo od 20 lat jest niepoedległe, nie bylo mi w stanie zaproponwać żadnej wizji, żadnej idei jednoczącej. Mit solidarnosci został zbrukany, zmieszany z błotem, skompromitowany doszczętnie. Mit Wielkiego Księstwa Litewskiego może mieć jedynie jakieś znaczenie tu na wschodzie. Mit Powstania ma szansę stać się mitem scalającym, właściwie już nim się stał. Mit, z którego jednakże wciąż jeszcze należy wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski na trudne, chaotyczne dziś, ale to już temat na zupełnie inny wpis.
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...




















