sobota, 2 sierpnia 2025

Plac Szembeka - pamięć Olszynki Grochowskiej i modernistyczny kościół

Plac Piotra Szembeka, w czerwcowym, popołudniowym słońcu. Spokojna, nieśpieszna niedziela, a miejsce w swoim klimacie - nie wiedzieć czemu - przypomina mi Budapeszt. Okoliczni mieszkańcy zmierzają na wieczorną mszę do kościoła Najczystszego Serca Maryi, oryginalnej, modernistycznej świątyni, powstałej dla uczczenia pamięci polskich żołnierzy poległych w bitwie z rosyjskim zaborcą pod Olszynką Grochowską w lutym 1831 r. Prace przy jej wznoszeniu - według projektu Andrzeja Boniego - rozpoczęto w 1934 roku. W czasie kopania fundamentów natrafiono na dwie zbiorowe mogiły, w których odkryto szczątki powstańców listopadowych.

Ten ciekawy architektonicznie kościół w swoich smukłych, strzelających ku niebu liniach ma w sobie coś z neogotyku, w klimacie z zewnątrz i wewnątrz przypominać może nieco neogotyckie świątynie z Podlasia - w Korycinie, Janowie Sokólskim, Lipsku nad Biebrzą. W nawach w czasie mszy o 20.00 panuje przyjemny półmrok. W kruchcie tablice upamiętniające żołnierzy Kampanii Wrześniowej. Zanim zejdą się liczni wierni, w ławkach siedzą, klęczą pojedyncze osoby, zatopione w cichej rozmowie z Bogiem. Nastrój świątyni sprzyja modlitwie, indywidualnej i we wspólnocie. Na Eucharystię schodzą się powoli rodzice z małymi dziećmi, staruszkowie płci obojga, osoby w wieku średnim. Obok siadają dwie siostry - przypuszczalnie, tak by wynikało z zachowania i rysów twarzy, jedna około dwudziestoletnia, druga góra kilka lat od niej starsza, obie w trampkach, szerokich spodniach i tiszertach, z plecakami. Sprawiają wrażenie jakby mieszkały tu na Pradze Południe od wielu pokoleń. Taką pewność i swobodę w zachowaniu, w odnoszeniu się do siebie nawzajem, do ludzi wokół, można mieć chyba tylko wówczas, gdy się w danym miejscu jest zakorzenionym od co najmniej kilku pokoleń, a człowiek nie tylko czuje się jak u siebie - takie subiektywne poczucie można wszak mieć będąc nawet przybyszem z daleka - ale w sposób naturalny jest wrośnięty w dane miejsce. Są przecież miejsca, w których każdy z nas, będąc w nich nawet po raz pierwszy, czuje się jakby był u siebie, jakby się w nich urodził, jakby był w nie wkomponowany całym sobą, ale to w końcu tylko odczucie, pozbawione tej swobody i naturalności, właściwej tym, którzy są rzeczywiście u siebie rzeczywiście, przez rodziców, dziadków, pradziadków, korzeniami zapuszczonymi przez lat dziesiątki, a może nawet i więcej. Te siostry, momentalnie zwróciły na siebie uwagę kilkuletniej dziewczynki, która odłączyła się od siedzącej w pobliżu mamy, i stopniowo, z początku z pewnią nieśmiałością, zbliżała się do nich - z obustronnym zresztą zainteresowaniem, a gdy one ją zaczęły zachęcać uśmiechami, i bystrymi spojrzeniami pogodnych oczu, ta już bez skrępowania do nich podeszła, i obie strony zaczeły stroić zabawne miny i słać w swoją stronę szczere uśmiechy.

Rozległy się dzwonki, oznajmiające rozpoczęcie mszy. Celebrował ją młody czarnoskóry kapłan, doskonałą polszczyzną, starannie, w skupieniu, z uwagą, tak, że nie sposób było się rozpraszać czy uronić choćby jednego słowa z tego, co mówił. Starannie odczytana Ewangelia, przemyślana, wycyzelowana homilia. I w tle dyskretny śpiew scholi, z mocnymi kobiecymi głosami. Pieśń na pożegnanie dnia, na dobrą noc, na każdą chwilę z Jezusem.

Po nabożeństwie, przed kościołem na placu uwagę zwraca na siebie głośna grupa roześmianych nastolatków. Gdzieś przy ławce cała bateria kolorowych butelek po alkoholach. Na południowej pierzei placu pizzeria ze stolikami pod parasolami, nabita do granic możliwości. Snują się apetyczne zapachy. Kilka niskich kamienic z międzywojnia. Dalej plebania z rozległym zielonym placem i sadem. Na północnej pierzei tużpowojenne kamienice, a w nich otwarte okna, skrzynki z barwnymi kwiatami. Na rogu nowoczesny już blok. Na wschodniej stronie ceglane, piętrowe, proste domy, powstałe jeszcze prawdopodobnie przed wojną. Od strony zachodniej ruchliwa i głośna Grochowska. Horyzont zamykają odległe współczesne bloki. Na kilku ławkach śpią być może bezdomni. Jeszcze jasność dnia podtrzymuje chylące się ku zachodowi słońce, za moment nastanie wieczór, łagodny, ciepły i spokojny.

Brak komentarzy:

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...