Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
środa, 13 grudnia 2023
Jabłoń
Wzdłuż torowiska
Tramwaje przestały kursować
Nikomu nie są już potrzebne
Bujna zielona trawa
Intensywnie zielone drzewa
Ścieżka wiedzie przez miejsca na przemian słoneczne i cieniste
Nie ma bloków
Nie ma domów
Żadnych samochodów
Jest cisza i spokojne oczekiwanie
Na trawie odpoczywa młoda rodzina
Tuż obok rośnie jabłoń
Z czterema dorodnymi jabłkami
Podchodzę i zrywam tylko dwa
I widzę jak z oddali zmierzacie w moją stronę
Tacy jak zapamiętałem was z dzieciństwa
Wysunąłeś się do przodu
Wypatrzyłeś mnie z daleka
I radośnie zawołałeś, że te dwa w zupełności wystarczą
zdjęcia - Warszawa, Bemowo
poniedziałek, 11 grudnia 2023
Przedostatni maj
Plątanina krzewów, traw, drzew,
ledwie wybujałej zieleni,
wydeptana ścieżka,
odgrodzony plac,
ruchliwa ulica,
tory tramwajowe,
ogródki działkowe,
spokój, cisza, zieleń,
nagły hałas i łoskot,
zapach balsamicznych sosen
bursztynowo połyskujących w popołudniowym słońcu
podobno było tu dzikie wysypisko
potłuczone kawałki szkła
sterczące pordzewiałe druty
ubita ziemia
spod której przebija
metaliczny srebrny blask
czteroramienny krzyż,
gołębica, Baranek, dwie ryby, alfa i omega,
na odwrocie słowa -
Przyjdź Duchu Święty -
odsłonił się w Wigilię Święta
Podnoszę go z ziemi
zabieram ze sobą
Zawsze Mamo potrafiłaś
odczytywać symbolikę takich zdarzeń
Tak samo staje się jesień
trawa pokryta szronem,
chwilowe poczucie szczęścia z mroźnego przejrzystego powietrza
i szeptanej modlitwy.
Nienatrętny szum szosy prze ekranach,
czerwone liście winorośli,
zielone osik i pożółkłe orzechów włoskich,
czerwieniejące kapelusze w trawie,
na łączce zapuszczonej, omijanej.
Jeszcze jesienią ubiegłego roku postrzeganej zupełnie inaczej
Jeszcze latem tego roku - patrząc z dołu w okna i na kwiaty na balkonie -
można było radośnie wypowiadać słowa podziękowania i pełnej nadziei prośby.
I dwie młode sosny posadzone w maju,
jedna uschła w czerwcu,
jak wypierany znak i zapowiedź,
druga, drobniejsza, walczyła dłużej,
żółkła pojedynczymi igłami
i stoi pośród gasnącej trawy zbrązowiała
z jednym zaschniętym pędem.
Czy można mieć nadzieję, że się jeszcze zazieleni?
Powolny krok na wschód
w stronę słońca,
później kilka mgnień
i w przeciwnym kierunku
w stronę czerwieniejącego nieba.
Te same miejsca,
te same widoki,
tak samo staje się jesień,
a trzeba się uczyć żyć od nowa.
czwartek, 12 stycznia 2023
Starożyńce
Ze Skieblewa jadąc do Mikaszówki, warto odbić w stronę Żabickich, i dalej Starożyńców. Mijane po drodze bunkry z Linii Mołotowa, nadal jakoś budzą grozę, szpecą krajobraz, ohydny ślad ruskiego mira.
Na stronie internetowej Suwalskiego Towarzystwa Genealogicznego im. prof. Jerzego Wiśniewskiego znajdujemy taką ciekawą informację o tych terenach:
"W tym czasie południowo-wschodniej części Suwalszczyzny na granicy dóbr prywatnych i puszczy, tworzono nowe wsie osoczników: Bohatery, Starożyńce, Kurianka oraz chłopską wieś Skieblewo do obsługi wzniesionego w latach 1561-1569 dworu Wołkusz, siedziby leśniczego perstuńskiego. Poza rzekę Wołkusz i bagna pod Lipskiem osadnictwo dalej się nie posunęło. Ukoronowaniem kolonizacji tej części puszczy było założenie przez Stefana Batorego królewskiego miasta Lipska. Przywilej lokacyjny wystawił król w Grodnie 8 grudnia 1580 r. Dwa lata później Stefan Batory założył w Lipsku parafię katolicką. Zapewne jednocześnie utworzono cerkiew i parafię unicką. Nowe miasto prócz funkcji handlowo-rzemieślniczych miało także z racji położenia nad Biebrzą stać się miastem portowym. Tak się nie stało. Nie spełniło pokładanych nadziei m. in. ze względu na konkurencję dwóch sąsiednich miasteczek: Hołynki i Sopoćkiń oraz rozwijającej się Dąbrowy."
Natomiast na stronie internetowej Nadleśnictwa Augustów dowiadujemy się jeszcze kilku ciekawych rzeczy o osocznikach z Żabickich:
"W XVI na południowym skraju Puszczy Augustowskiej zakładano wsie osockie. Przeważnie byli to chłopi, zwolnieni z obowiązków pańszczyźnianych, których funkcja przechodziła z ojca na syna - w ten sposób powstały m.in. wsie Starożyńce, Markowce, Skieblewo i Kurianka. Podobnie długo spełniali swoją powinność osocznicy z wsi Żabickie, którzy odpowiedzialni byli za przewożenie korespondencji zarządu lasów. Osiedlono tutaj także bartników, pilnujących królewskich barci - tak powstały wsie Bartniki i Rakowicze."
oraz dość wyczerpujące wyjaśnienie kim owi osocznicy w ogóle byli:
"Osocznik- w dawnych czasach była to dobrze uposażona ludność chłopska, której zadaniem było pilnowanie przestrzegania zakazów na terenie osoki – części puszczy, którą musiał co jakiś czas objechać lub obejść. Osiedlani byli najpierw w osadach na skraju Puszczy i udawali się w jej głąb zazwyczaj w 4 osobowych grupkach na całe miesiące. Dodatkowo odpowiadali oni jednak za tzw. wchody do puszczy oraz strzegli jej przed kłusownikami. W owym czasie prawo wstępu do jej lasów miała jedynie ludność – chłopi i szlachta z pobliskich wsi posiadająca tzw. prawo wchodów."
Przez fantastycznie położone na stoku łagodnego wzniesienia Żabickie, których widok zamyka po prawej stronie ów nieszczęsny bunkier, zmierzamy w stronę Starożyńców, po lewej stronie młody sosnowy lasek, po prawej falujące łany zbóż, a na horyzoncie ciemniejący las. Jak to często, zwłaszcza w Polsce bywa, pięknym widokom musi towarzyszyć pamięć tragicznych wydarzeń, które się nigdyś w tej scenerii na przestrzeni stuleci rozgrywały, przetoczyła się przez nie historia mała i duża, z całym swoim okrucieństwem, bezwzględnością, obojętnością na ludzką nędzę i niedolę. Kiedyś te ziemie zamieszkiwali Jaćwingowie, z którymi owa historie obeszła się wyjątkowo burutalnie, później tysiącami ginęli tu żołnierze w czasie I wojny światowej, krwią ziemia ta spłynęła nie mniej obficie w czasie II wojny światowej, a i wyparcie stąd Niemców nie przyniosło wyzwolenia, czym była Obława Augustowska wyjaśniać właściwie nie trzeba.
Artur Gaweł i Grzegorz Ryżewski w książce "Z biegiem Biebrzy. Przewodnik historyczno-etnograficzny" zamieścili fragment relacji korespondenta gazety wrocławskiej „Schlesische Zeitung” opisującej jedną z najkrwawszych bitew, jakie rozegrały się w czasie I wojny światowej na terenie gminy Lipsk:
"Przy Wołkuszu - Sołojewszczyźnie – Żabickich okrążone rosyjskie kolumny wystąpiły ze skraju lasu szybko naprzód. Odrzuciły one swoje dawne sposoby walki (możliwie często okopywać się) i szukały osłony w pagórkowatej okolicy między wsiami Wołkusz - Bartniki - Markowce - Starożyńce. Wtedy niemieckie karabiny maszynowe otworzyły swój ogień, haubice i armaty strzelały na 800 m i pod koniec na 450 m po gęstych masach, które po porażce zapełniały się nowymi kolumnami. Cały ten pogrom, którego nie zna wojenna historia, rozegrał się na placu w 2000 metrów, że nawet gołym okiem można było zobaczyć, jak całe kupy ludzi padają na ziemię i jak batalion za batalionem był niszczony pod ogniem karabinów maszynowych. Pod płynnym ogniem lekkiej artylerii polowej nowe i nowe kolumny występowały naprzód, coraz bardziej pole zabijało się trupami na tym wąsko ograniczonym odcinku boju i niemiecki ogień przynosił ciągle nowe, duże straty kolumnom w ich szalonym ataku. Po 2-u godzinnym płynnym ogniu wszystkie działania rosyjskiego oddziału były doprowadzone do pełnej jego porażki. Złożenie na ołtarz wojny w ofierze tysięcy ludzi było daremne, ponieważ przełamać niemiecki żelazny pierścień było niemożliwym i ostatnia rozpaczliwa próba gen. Bułhakowa przedrzeć się do Grodna runęła! Lecz jaki obraz przedstawiał się przy obserwacji z Wołkusza! Przyjaciel na przyjacielu, leżała niezliczona ilość trupów, którymi były zasłane leżące na przedzie wzniesienia, lecz honor 20-go korpusu był uratowany a cenę tego ratunku przedstawiało 7000 zabitych, którzy padli w ataku w jeden dzień bitwy na przestrzeni 2-ch kilometrów, znajdując tu bohaterską śmierć!"
W ruskim mirze, czy byłaby to carska Rosja, czy komunistyczny ZSRR, czy na niby modernizująca się Federacja Rosyjska, życie ludzkie nigdy nie przedstawiało większej wartości, co obecnie uwidacznia się w wojnie w Ukrainie.
Te piękne krajobrazy były zatem świadkiem wielu okrutnych ludzkich działań, wielu bezsensownych śmierci. Teraz, falujące łany zbóż, łagodne pagórki, cmieniejące na horyzoncie lasy, w promieniach delikatnego majowego popołudniowego słońca, stanowią prawdziwie idylliczną scenerię. Cisza, spokój, fantastyczne powietrze, aż się nie chce stąd wyjeżdzać.
Z Żabickich do Starożyńców wiedzie szutrowa droga. Przy pierwszych zabudowaniach Starożyńców zostawiamy na poboczu auto, by przyjrzeć się drewnianym krzyżom otwierającym drogę do wsi. Wokół ocean zieleni, za krzyżami teren się obniża, by za chwilę ponownie się wypiętrzyć spokojnie i łagodnie, i tuż za polem widać kolejną szutrową drogę, a przy niej u stóp wzgórza, urokliwe, malownicze drewniane domy. Przy krzyżach spotykamy panią ze starszym mężczyzną, wspierającym się na lasce. Nawiązujemy miłą rozmowę. Pani opowiada, że niedawno wyszła ze szpitala, a teraz wybrała się na spacer z Tatą, który ma już 88 lat. I tak sobie oboje spacerują wzdłuż szutrowej drogi i łanów zbóż. Starszy pan w koszuli, marynarce, w czapce w stylu maciejówki, opowiada o neogotyckim kościele w Lipsku, z wieży którego podziwiał niegdyś całą okolicę. Państwu towarzyszy kotka o wdzięcznym imieniu Marcysia, śliczna trikolorka, która wędruje ze swoimi gospodarzami niczym wierny psiaczek, przy nodze. Gdy kończymy rozmowę, pani przywołuje towarzyszkę wędrówek, a ta posłusznie podbiega, i idą razem dalej, a kobieta zbiera polne kwiaty. I są takie spotkania, które chciałoby się powtarzać, dają jakąś radość, nadzieję, i wzbudzają to, co dobrego gdzieś tam w nas głęboko sobie drzemie. Mamy nadzieję, że tego starszego pana z córką jeszcze kiedyś spotkamy.
Przemieszczamy się dalej, skręcamy w lewo piaszczystą drogą, mijamy drewniane domy, opuszczone gospodarstwa, kolejny drewniany krzyż, a po prawej stronie fantastyczny kolorowy drewniany domek, przy którym droga gwałtownie opada w dół. I uświadamiamy sobie, że to jednak pora już wracać, bo jeszcze w Lipsku czekają na nas miody do odebrania, ale to już zupełnie inna historia.
środa, 11 stycznia 2023
Kiernów, zwany Litewską Troją
Czuć się jak u siebie w domu, a jednocześnie poszukiwać ducha miejsca, odmienności, odkrywać wszystko, co tylko może być ciekawe - historia, obyczaje, język, kultura materialna, choćby przydrożne kapliczki czy krzyże. Chyba nigdzie na świecie nie znajdziemy tak bogato zdobionych, z licznymi precyzyjnymi detalami, drewnianych przydróżnych krzyży, jakie się nam ukazaują tuż po przekroczeniu granicy litewskiej. To istne dzieła sztuki. Albo urokliwe, zadbane drewniane domki w wioskach porozrzucanych na falujących wzgórzach, fantastycznie tonące w czerwcowej zieleni.
Rok bez wyprawy na Litwę jest czasem jakby niepełnym, z poczuciem braku, nienasycenia oczu widokami wyjętymi z dobrych marzeń sennych. Mama, która urodziła się w Adamowcach, w gminie Kozłowszczyzna w powiecie postawskim województwa wileńskiego, nie wyobraża sobie wyjazdu do Wilna bez odwiedzenia Kiernowa (lit. Kernavė). Twierdzi, że w tym miejscu czuje prawdziwą Litwę, że te wzgórza grodziska, podgrodzia i świątynne, wijąca się Wilia (lit. Neris), rozległe falujące po sam horyzont zielone przestrzenie, zalane łagodnymi promieniami północnego słońca, to sama kwintesencja Litwy.
W słoneczny, ciepły, październikowy weekend były tu istne tłumy. Mimo, że w Wilnie jeszcze o poranku na trawie do godziny niemal 10.00 utrzymywał się szron, a ostre, zimne powietrze, przypominało o zbliżających się Świętach Bożego Narodzenia, to tego dnia w Kiernowie jakby powróciło łagodne lato, jedynie barwy drzew wskazywały na to, że to jednak jesień.
Pierwsza stolica pogańskiej Litwy, dopiero w 1321 r. wielki książę Giedymin przeniósł ją do Trok. Pierwsze wzmianki w dokumentach historycznych o Kiernowie pochodzą z 1279 r., kiedy to gród oparł się najazdowi krzyżackiemu. Wielki książę Trojden puścił się wówczas w pogoń za rycerzami w białych płaszczach z czarnym krzyżem na ramieniu i rozgromił ich - w bitwie poległ krajowy mistrz inflancki - Ernst von Rassberg i jego 77 rycerzy. Był to też czas, kiedy Kiernów stanowił jeden z najważniejszych politycznych i ekonomicznych ośrodków Litwy. Ale bitwy z Krzyżakami miały tu jeszcze miejsce i w 1365 r. i 1390 r. A zatem ta ostatnia w czasie, gdy Litwa była już formalnie krajem chrześcijańskim, a Jagiełło w 1387 r. ufundował pierwszy kościół w Kiernowie.
Dzięki wykopaliskom prowadzonym w latach 1979 - 1989 przez archeologów z Uniwersytetu Wileńskiego wiemy też, że pierwsi mieszkańcy w okolicach Kiernowa osiedlali się w IX-VIII tysiącleciu p.n.e. Nad Wilią powstały osady w okresie paleolitu (VIII-II tysiąclecie p.n.e.) i w epoce brązu (XVI-VI w. p.n.e.). W pobliżu rzeki odkryto też cmentarzysko z okresu późnej epoki brązu i wczesnego okresu żelaza (VI-I w. p.n.e.) oraz miejsce składania ofiar, które funkcjonowało od pierwszych stuleci n.e do XIII-XIV w. Nadto, w Dolinie Pojaty, między grodziskami a Wilią, odnalezione zostały pozostałości dawnej osady, uważanej za pierwszą stolicę Litwy. Istniała ona w czasach pokoju, a przed okrutnymi napadami Krzyżaków jej mieszkańcy chronili się w pobliskich grodach. Osada, na którą składały się domy mieszkalne, warsztaty rzemieślników i kantory kupców, mogła istnieć do XVI w.
Kiernowa nie warto zwiedzać w pośpiechu, to zdecydowanie wyprawa na cały dzień. Podziwianie litewskich krajobrazów, ich samej esencji to jedno, ale warto się też zatrzymać, oddać kontemplacji w neogotyckim kościółku z czerwonej cegły pod wezwaniem Matki Bożej Szkaplerznej, wnętrze którego rozświetalją smugi promieni słonecznych wpadających przez okna z witrażami, a w powietrzu unosi się zapach kadzidła (kościółek został wzniesiony w latach 1910 - 1920, a ufundowali go Litwini mieszkający w Stanach Zjednoczonych); posmakować dań prawdziwej litewskiej kuchni; nabyć od miejscowego pszczelarza pyszne miody z pobliskich pól, łąk i lasów, by się nimi delektować po powrocie do domu i zachować smaki oraz zapachy Litwy aż do następnej wyprawy na tę w końcu nie tak odległą północ.
***
Pisząc o historii Kiernowa korzystałem z książki autorstwa Tomasza Krzywickiego "Litwa: przewodnik".
wtorek, 10 stycznia 2023
W stronę północy
I ten widok otwierający się w okolicach „Wikinga” na puszczę za Jurowcami, zapierający dech w piersiach. Nasłonecznione łagodne wzgórza, na których rozłożyła się piękna puszcza, i porozrzucane na jej krawędzi domki Jurowiec, Leńc. I tak dalej, jakby bez końca, sięgające nieba drzewa, szemrzące źródełka, leśne rzeczki, drewniane domy w puszczańskich wioskach, kapliczki, krzyże, leśniczówki. Dopiero za Przewalanką otwarta przestrzeń, sosnowe zagajniki już na pagórkach, dalej od szosy, ciemniejące gdzieś na horyzoncie, pola, łąki, pastwiska, wiosną w maju i w czerwcu całe bogactwo dziesiątków, setek odcieni eksplodującej po zimie zieloności, gdzieniegdzie niedziałające już, drewniane wiatraki – koźlaki, jasne wieże neogotyckiego kościoła w Korycinie, trochę dalej od szosy grodziska w Zamczysku, Milewszczyźnie, Aulakowszczyźnie, Grodzisku koło Suchowoli. Cały ten krajobraz falujący, bez płaskiej monotonii, która też może mieć swój urok, choć tu nijak by się nie sprawdziła. Wczesną jesienią, w pełni wybujałej zielonej, wielobarwnej wiosny, na początku lata, ale też prawdziwą śnieżną, mroźną, słoneczną zimą, widoki te przypominają obrazy z dobrego, szczęśliwego, radosnego, lekkiego snu, w którym bezszelestnie przemieszczamy się jakąś polną szeroką drogą, wzdłuż której płynie z początku krystaliczny strumyk, stopniowo rozszerzający się, przechodzący w rzeczkę, a następnie w coraz szerszą rzekę przelewającą się na drogę w sposób niebudzący lęku ani grozy, a to wszystko zatopione w promieniach delikatnego i jakoś tak fantastycznie jasnego, dyskretnego słońca. W tym śnie ktoś przyjazny z reguły nam towarzyszy, wspiera, opiekuje się. W tym moim, jakiś człowiek wsparty na rowerze, tuż przed wjazdem do tunelu wydrążonym w górze, który trzeba pokonać, by przemieścić się dalej, spokojnie informuje, by nie bać się wody, sięgającej nie wyżej niż do dziewiątej kostki. I drewniany dom przylegający do góry, otoczony drewnianym płotem, z taką też furtką, z wysokimi malwami w ogrodzie, w którym krząta się kobieta, przyjazna, uśmiechnięta. Sen pełen symboli, przyjaznych, pomocnych postaci, z północnymi krajobrazami, i tylko jedną nietypową górą z tunelem, której tak naprawdę nie ma.
I w tej fascynacji tymi widokami, nie sposób się nimi nasycić, zachęcają, by wędrować dalej, coraz dalej na północ, przez Suchowolę, Sztabin, Augustów, Giby, Sejny, do Litwy, dalej Łotwy, Estonii, północnej Białorusi, dawniej północno-wschodniej Wileńszczyzny.
Okolice Korycina.
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...
-
Leniwe, zimowe, niedzielne popołudnie, blade słońce świecące prosto w oczy, pola przykryte cienką już warstwą śniegu, a do tego sącząca się ...


















































