sobota, 12 grudnia 2009

Plac Łukiski

Podświadomie kieruję się w stronę Grodna, do Grodna mam spod domu, z centrum miasta nie więcej niż 80 km. Gdyby tylko nie ta wstrętna granica! Z Grodna do Druskiennik jest ledwie 38 km, a z Druskiennik do Wilna już tylko 119 km. A więc od domu w centrum Białegostoku do centrum Wilna miałbym góra 240 km, 3 - 3,5 godziny jazdy samochodem. Nic dziwnego, że Białostocczyzna wchodziła w skład diecezji wileńskiej, a spora jej część w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Teraz jednak za sprawą wciąż nieprzyjaznej granicy najpierw polsko - białoruskiej, a później białorusko - litewskiej, taka podróz trwałaby znacznie dłużej. Stąd też najpierw należy kierować się na północ, zamiast na północny wschód, trasą augustowską, wąską tak, że podmuch pędzących tirów jest wyraźnie odczuwalny, samochodem gwałtownie kołysze to w lewą, to w prawą stronę. Na wschód można odbić dopiero w Augustowie, tu następuje rozstanie z tirami, które jadą dalej do Budziska, a my możemy kierować się do Ogrodnik, w stronę Gib i Sejn. Tym razem jednak zanim pojawi się trasa augustowska, zatoczę lekkie koło i ruszę w stronę Grodna, do Świętej Wody, tu już się zaczyna litewski krajobraz, z każdej strony na horyzoncie puszcza, teren wyraźnie pofałdowany, delikatne wzniesienia porośnięte prastarą, nieodkrytą jeszcze i niespenetrowaną tak jak Białowieska Puszczą Knyszyńską. Wzgórze Krzyży w Świętej Wodzie wzorowane na litewskim Šiauliai (Szawle), z którego roztacza się zapierający dech w piersiach widok na czerniejące plamy sosnowo - świerkowej głuszy; na zachodzie górują kilkusetmetrowe maszty anten nadawczych w Krynicach, a północ jest już zarezerwowana tylko to na granatowiejącą, to czerniejącą knieję. U stóp wzgórza krzyży rozłożyła się murowana kaplica, obecnie katolicka, ale w czasie, gdy niewidomy włościanin miał doznać cudu - tereny te zamieszkiwali białoruskojęzyczni unici, potomkowie Rusinów i Litwinów. Gdzieś w pierwszej połowie XVIII wieku niewidomu pastuszkowi - w miejscu kaplicy - miała się objawić Matka Boska nakazując mu obmyć twarz w pobliskim źródełku, po czym nieszczęśnik miał odzyskać wzrok. Z początku miejsce kultu unitów, po kasacji unii w 1839 r. kaplicę przejmują wyznawcy prawosławia, po odzyskaniu niepodległości - z tej racji, że unitów już tu nie ma, jako że stali się bądź to katolikami, bądź prawosławnymi - kaplica przechodzi na własność parafii w Wasilkowie.

Wzgórze krzyży w swej atmosferze jest na wskroś litewskie. Drewniane kapliczki do złudzenia przypominają te z okolic Druskiennik, Alytusa, Wilna, Kiernave, różnią je od tych litewskich jedynie napisy w języku polskim, imiona, nazwiska, nazwy instytucji, miejscowości, z których przybli pątnicy, choć co do naziwsk to nie jest to sprawa taka oczywista - niektóre mają typowo litewskie bądź białoruskie brzmienie. Ustawiane w większości w latach 90- tych, i po roku 2000. Sama idea utworzenia takiego wzgórza zrodziła się po wizycie Jana Pawła II na Górze Krzyży w Šiauliai w 1993 r.

Mam więc kilka chwil, by przed dalszą podróżą zaczerpnąć z tego miejsca energii.

Niebo jest dziś sine, nieprzyjazne, jedynie z rana nieśmiało i nieudanie próbwało się przedrzeć słońce, jeszcze później gdzieniegdzie szarość nieba rozrywały skrawki błękitu, jakby złudnie obiecując, że za chwilę słońce pojawi się w pełni, ale nic z tego, płonne nadzieje.

Wilno jak zwykle wita mnie delikatnym, łagodnym jazzem sączącym się z głośników samochodu, to Jazz Fm Radijas (www.jazzfm.lt). Szeroka dwupasmówka, wzgórza porośnięte na przemian to iglastym, to liściastym lasem, sznur samochodów, po kilkunastu minutach jazdy z lewej strony wychyną szklane biurowce nieopdal Neris (Wilii). Tę wizytę w Wilnie postanowiłem rozpocząć od odwiedzenia w pierwszej kolejności Placu Łukiskiego. Jeszcze tylko przejazd tunelem pod dzielnicą nowoczesnych apartamentowców i biurowców; po raz pierwszy zjazd do tunelu wywarł na mnie - prowincjuszu niesamowite wrażenie - ni stąd ni zowąd zaczęliśmy się zagłębiać bezpośrednio pod długim kilkupiętrowym blokiem mieszkalnym o niezliczonej ilości okien do oświetlonego lampami tunelu.

Plac Łukiski odkryłem wiosną tego roku, był to początek maja, słoneczny dzień, ledwie rozwinęte zielone listki na niewysokich drzewach rosnących równo w rzędach na obrzeżach placu. Od strony zachodniej obramowanego kamienicami Kolonii Montwiłłowskiej, od północy monumentalnym barokowym kościołem św. Jakuba i Filipa i klasztorem dominikanów, od strony południowej Prospektem Giedymina z budzącym grozę budynkiem, w którym w czasach ZSRR rozlokowało się KGB. Sam plac przypomina mi swoją atmosferą skwery budapesztańskie. Cisza, spokój w samym centrum tętniącej życiem stolicy, posadzone jak od linijki lipy, klomby z kwiatami, wysypane kamykami alejki. To właśnie wtedy trafiliśmy na krzyż i tablicę upamiętniające miejsce egzekucji przywódców powstania styczniowego na Litwie - Zygmunta Sierakowskiego i Konstantego Kalinowskiego.

Plac Łukiski prawdopodobnie nigdy nie zaspyia, nigdy też nie ma tu tłumów, tak jest i tym razem, prawdziwa oaza w centrum miasta. Nawet latem, kiedy przyszliśmy tu o 2 w nocy na ławkach siedzieli młodzi, gustownie ubrani dwudziestokilkuletni ludzie, prowadząc ożywione rozmowy przerywane co raz wybuchami radosnego śmiechu; natomiast od strony wschodniej rozłożyli swoje niewielkie kartonowo - foliowe miasteczko czterej bezdomni mężczyźni. W dzień ich nigdy nie widać, muszą najwyraźniej nad ranem szybko demontować swoje sklecane naprędce noclegownie, a teraz jest zkolei za zimno na spanie pod gołym niebem.

Na ten raz Plac Łukiski to wspaniałe miejsce do rozpoczęcia wileńskich medytacji.

niedziela, 6 grudnia 2009

Stasys Eidrigevicius, Ludwik Zamenhof, czyli słów kilka o prowincjonalnym muzealnictwie

Trzeba przynzać, że w białostockich muzeach nierzadko zdarzają się naprawdę interesujące wystawy. Jeszcze do końca października w Muzeum Podlaskim mieszczącym się w Ratuszu można było obejrzeć wystawę poświęconą wykopaliskom archeologicznym na terenie Elbląga - "Elbląg. Bogactwo Hanzy". Bardzo żałuję, że brak czasu nie pozwolił mi na dotarcie na nią. A keidy już czas się wreszcie znalazł, to zmieniła się wystawa, ale też pojawiły się inne przeszkody uniemożliwiającę kontemplację dóbr kultury. Nie warto porównywać muzeów z Polski B z wzorcami muzeów takimi jak Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie, czy Terror Haza w Budapeszcie, bo to i nie ta skala, nie te środki, a i tematyka zupełnie inna, choć w swojej formie jakiś kierunek wyznaczać także tym prowincjonalnym powinny. No wyjątkiem może być multimedialne Muzeum Przyrodnicze w Białowieży, czy Muzeum Ikon w Supraslu, nowoczesne, naprawdę interesujące.

Tak więc kiedy wreszcie znalazł się czas, wybrałem się na dwie wystawy - jedna w Centrum im. Ludwika Zamenhofa, druga w Muzeum w Ratuszu prezentująca twórczość litewskiego malarza - Stasysa Eidrigeviciusa. Centrum im. Ludwika Zamenhofa otwarto w lipcu tego roku. Mieści się ono w starej kamienicy, a zanczną część ekspozycji stanowią archiwalne zdjęcia Białegostoku z drugiej połowy XIX i początku XX wieku, przywołujące klimat miasta wielonarodowściowego, wielokulturowego - w drugiej połowie XIX wieku, około roku bodaj 1867 mieszkańcy narodwości żydowskiej stanowili od 60 do 70 % populacji miasta. W tym czasie osiedlali się tu także licznie Niemcy - jako fabrykanci, wysoko wykwalifikowani pracownicy fabryk głównie włókienniczych, Rosjanie - korpus wojskowy, urzędnicy administracji carskiej. Zdjęciom towarzyszą opisy poswięcone maistu z czasów młodości Ludwika i samemu twórcy esperanto, który urodził się w Białymstoku w 1859 r.; z głośników dobiega głos lektora przekazujący te same treści, które zawarto w owych opisach. Dla osób spoza Białegostoku lub tych, które wcześniej nie itneresowały się ani historią miasta, ani Zamenhofem, wystawa może być rzeczywiście interesujaca. Rozczarowywać jedynie może jej skromny rozmiar - to zaledwie 4 pomieszczenia, pomysłowo jednak zaaranżowane - sprzęty domowe z epoki, budująca nastrój gra świateł, to dyskretnie zapalających się, to - może zanadto szybko - gasnących (jeszcze przed ukończeniem czytania). Oprócz tego na dole - pomieszczenia do prowadzenia warsztatów plastycznych, fotograficznych, organziowania konferencji, spotkań, dyskusji. Na piętrze sala przeznaczona na wystawy tymczasowe, my akurat trafiliśmy na wystawę fotografii starych cmentarzy żydowskich oraz świątyń prawosławnych, katolickich i dawnych synagog województwa podlaskiego. Zasmucal natomiast brak zwiedzających - sobota godziny 15.00 - 16.00, a w Centrum pustka kompletna. Wskazywaloby to chyba jednak na to, że Muzeum liczyć może przede wszystkim na przybyszów z pozostałych części Polski i zagranicy. Z drugiej strony to jednak wstyd, by w 300 - tysięcznym mieście w sobotę muzeum świeciło pustkami, a do tego dochodzi przecież jeszcze cały region z niemałymi przecież miastami, takimi jak Łomża czy Suwałki. Do Centrum można przecież wpaść przyjeżdżając nawet na zakupy do galerii handlowych - na parkingach wszak widnieje przekrój rejestracii samochodowych z całego regionu.

W ubiegłą natomiast sobotę udało mi się wreszcie dotrzeć na wystawę do Muzeum w Ratuszu, bogactwo Hanzy niestety mi umknęło, ale ucieszyłem się z prezentacji twórczości litewskeigo malarza - Stasysa Eidrigeviciusa, której wcześniej kompletnie nie znałem. I tu niestety rozczarowanie. Muzeum jest otwarte co prawda do godziny 17.00, a my przybywszy 10 minut przed godziną 16 upewnialiśmy się czy zostaniemy wpuszczeni i czy na pewno zdążymy obejrzeć całą wystawę; pani bileterka zapewniała nas, że jak najbardziej. A że nie potrafimy zwiedzać w biegu i powierzchownie, to chodziliśmy z kartką zawierającą opis poszczególnych dzieł malarza koncentrując się na każdej pracy. Do drugiej sali kilkanaście minut po godzinie 16.00 ni stąd ni zowąd wszedł jeden z kustoszy, młody chłopak - i tu nastąpiła scenka jako żywo przypominająca sceny z filmów Barei - spiorunował nas spojrzeniem, westchnął głośno znacząco i poszedł do pierwszego pomieszczenia, by zgasić światło. Jeszcze zanim przeszliśmy krótkim korytarzem do kolejnej, dopadła nas młoda kustoszka, która grzecznie zasugerowała nam byśmy się nieco pośpieszyli, bo mamy przed sobą jeszcze kilka sal na parterze i kilka w podziemiach, słowem oglądania sporo, a czasu coraz mniej. Zanim zdążymy dotrzeć do kolejnej sali w przelocie złapie nas jeszcze jedna kustoszka - nieco starsza, widać, że zaprawiona w bojach ze zwiedzajacymi, by również zasugerować nam narzucenie sobie szybszego tempa zwiedzania, bo czas płynie nieubłaganie. Nie ma rady, przyśpieszamy. Jest godzina 16.30 docieramy do czwartego pomieszczenia, jeszcze przed kilkoma minutami był tu włączony projektor, laptop, a na ekranie wyświetlany jakiś krótki film, którego odgłosy dobiegaly do nas nieco wczesniej, ale nam już niestety nie było dane go objerzeć, bo projektor zdążył już nawet wystygnąć. Znowu przyśpieszamy kroku, sporą część prac pomijamy całkowicie, schodzimy na dół, 16.35, obie kustoszki schodzą za nami wesoło gaworząc, jedna - ta nieco starsza uradowana, że wreszcie może pójść do domu, zakłada ciepły plaszcz. Smiechy, żartobliwe rozmowy dobiegają z pomeiszczenia obok, a my po sali, w której obejrzeliśmy szybciutko plakaty Stasysa Eidrigeviciusa przechodzimy do pomieszczenia, w którym stoi telewizor, oczywiscie zapobiegliwie już wcześniej wyłączony.

Z Muzeum wychodzimy jeszcze przed 17.00.

Rozumiem bardzo dobrze to, że w sobotę nie każdemu chce się pracować, że chce się z pracy wyjść punktualnie, ale swoją drogą dlaczego wprowadzono nas w błąd przy kasie. Dlaczego wpuszcza się zwiedzających, pobiera się od nich opłatę za bilet, a następnie uniemozliwia pełne objerzenie wystawy. Rozumiem, że Muzeum jest otwarte do godziny 17.00 dla zwiedzających, a nie dla pracowników muzeum. Nic by się przecież nie stało, gdyby ów nieszczęsny projektor i telewizor zostały wyłączone równo o 17.00, albo już nawet pchlim targiem - niech tam i tak będzie - 10 minut przed 17. Muzeum w takiej postaci przypomina mi bardziej urząd, skostniałą instytucję, dającą ciepłe posadki, a nie instytucję służącą promowaniu kultury. Nikogo nie namawiam do pozostawania po godzinach w pracy, ale czasem wyjście 15 minut pózniej jest nieuniknione. Poza tym przecież skoro zatrudnionych jest kilku kustoszy - część może przychodzić do pracy wcześniej, a część pózniej, tak by wystawę zamknąć o godzinie 17.00 i z pracy wyjść odpowiednio później.

środa, 11 listopada 2009

Warszawa i moje mity

Wyjazd do Warszawy wywołuje we mnie zawsze nerwowe skurcze żołądka. Najpierw ten okropny Dworzec Wschodni, widok z okien pociągu na paskudne blokowiska, później smród Dworca Centralnego. A następnie już tylko chaos okolic Pałacu Kultury i Nauki. Sytuację ratuję odkryty niedawno kościół Wszystkich Świętych, którego wieże dumnie wznoszą się ponad socrealsitycznym blokiem i wydzierają sobie istotny skrawek w napowietrznej przestrzeni miasta. Swoje pierwsze kroki kieruję właśnie tam, na Plac Grzybowski, do monumantalnego kościoła, który w czasie wojny znalazł się na terenie getta, i w którym - w powszechnej opinii przed wojną zagorzały antysemita - ksiądz Marceli Godlewski udzielał ofiarnie pomocy Żydom, przede wszystkim Żydom - chrześcijanom, ale przecież nie tylko chrześcijanom.

Przed kościołem podchodzi do nas grupa anglojęzycznych dwudziestokilkuletnich chłopaków, ciemne włosy, śniada karnacja, mogą być równie dobrze Izraelczykami, ale też Francuzami, Włochami, Hiszpanami. Uprzejmi, skupieni, poważni, pytają o Synagogę Nożyków. Nie mamy pojęcia gdzie ona jest, więc razem udajemy się na jej poszukiwania. Z pomocą przychodzi nam ksiądz, który wskazuje na nieodległą zółtą budowlę widoczną ze schodów kościoła. Jak to zwykle w Warszawie bywa - synagoga stoi wcisnięta między paskudne peerlowskie budowle, wewnątrz palą się światła, ale wszystkie drzwi są pozamykane. Na tablicy czytam, że jest ona wzniesiona w stylu neoromańskim, mam jednak poważne wątpliwosci czy to właściwe określenie. Tu na Podlasiu nie mam problemu z określeniem stylu synagog, które przetrwały wojenną pożogę - w Orli czy Tykocinie to czysty, piękny barok.

Czas nagli, ale na wieczór planujemy wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Zwiedzanie w pośpiechu to coś czego nie lubię najbardziej. Po drodze kusi jeszcze Muzeum Woli, ale jest już po 16, jeśli chcemy odwiedzić Muzeum Powstania musimy zrezygnować z niewielkiego Muzeum Woli, czytamy tylko tablicę pamiątkową na budnyku, z której zapamiętuję przede wszystkim to, że wokół pałacyku w czasie Powstania znajdował się cmentarz. Warszawa wydaję mi się być jednym wielkim cmentarzem. Nie potrafię na nią spojrzeć inaczej niż przez pryzmat śmierci. Zawsze mam wrażenie, że idąc chodnikami, przechodząc przez ulicę depczę po grobach, że depczę groby osób, których nie ekshumowano, których zwłok nigdy nie odnaleziono. Nie wyobrażam sobie bym mógł mieszkać w takim miejscu, tak samo, jak nie wyobrażam sobie, bym mógł meiszkać w Białymstoku na terenie dawnego getta.

W samym Muzeum Powstania przy szatni mijamy grupę ciemnoskórych dziewcząt, czasu mamy niewiele, dochodzi już 17, a Muzeum zamykane jest o 18. Już wiem, że to będzie bardziej bieg niż czas na skupienie, pomyślenie. B. twierdzi, że jak dla niej to za dużo bodźców na raz, nie wie na czym ma się skoncentrować, by nie uronić czegoś ważnego. Z góry już zakładamy, że przyjedziemy tu wkrótce na dużo dłużej. Tymczasem musimy wybierać. Wzruszające kartki zapisane przez poszkujących się członków rodzin; akty ekshumacji z 1945, 1947 roku - opisy ubrań, wyglądu zwłok - brak czaszki, spódnica w kratę, siwe włosy, braki w uzębieniu, odnalezione dokumenty tożsamości, osoby 20 - letnie, 30 - letnie, 50 - letnie. W sali niedaleko rodzinne zdjęcie generalnego gubernatora Hansa Franka - schludnie ubrane dzieci i tak kontrastująca z grozą i okrucieństwem wymowy Muzeum łagodna, spokojna, melancholijna twarz żony gubernatora, prowokująca wręcz pytaniami, gdzie się podziały jej ludzkie odruchy, o czym rozmawiała z mężem, co się stało z jej ludzkim współodczuwaniem. Zdjęcie szczęśliwej rodziny, znającej okrucieństwa, świadomej europejskiego dziedzictwa, wręcz wcielającej w codziennym życiu chrześcijańskie ideały. Słowem zgroza. To właśnie dopiero teraz odczułem czym jest owa banalność zła. Zła ludzi "porządnych", wykształconych, kulturalnych. To zdjęcie i gdzieś w tle ogłuszające odgłosy maszerujących żołnierzy niemieckich najbardziej zapadają mi w pamięć.

A już na sam wieczór w dużo większym gronie nieunikniona dyskusja o sensie Powstania, zupełnie przewidywalna - jedni twierdzą, że nie da się i nie można uzasadnić celowości powstania, że nie można nadać sensu czemuś, co z góry było tego sensu pozbawione. Upieram się jednak, że twierdzenie, iż śmierć około 200 tysięcy osób, w większości osób cywilnych była pozbawiona sensu jest twierdzeniem ryzykownym. Nie dochodzimy do porozumienia.

Mit Powstania Warszawskiego był zawsze w domu żywy, książki o Powstaniu w bibliotece rodziców, opowieści mamy o częstych wizytach na cmentarzu powstańczym na Woli w czasie jej studiów w Warszawie. Osobiście jako swój mit wybrałem mit Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale tym drugim scalajacym jest jednak mit Powstania. To państwo, które rzeokomo od 20 lat jest niepoedległe, nie bylo mi w stanie zaproponwać żadnej wizji, żadnej idei jednoczącej. Mit solidarnosci został zbrukany, zmieszany z błotem, skompromitowany doszczętnie. Mit Wielkiego Księstwa Litewskiego może mieć jedynie jakieś znaczenie tu na wschodzie. Mit Powstania ma szansę stać się mitem scalającym, właściwie już nim się stał. Mit, z którego jednakże wciąż jeszcze należy wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski na trudne, chaotyczne dziś, ale to już temat na zupełnie inny wpis.

poniedziałek, 26 października 2009

Z dala od centrum

Łatwiej zmienić ustrój niż ludzką mentalność. Nie umiemy ze sobą współdziałać. Nie ufamy sobie. Mamy najniższy w Europie kapitał zaufania społecznego. Musimy państwo odebrać partiom. Kilka myśli z kilku przeczytanych w ostatnich tygodniach artykułów. Artykułów pisanych z pozycji centrum, centrum, które zapewnia przecież jeszcze jakieś nisze i względną różnorodność. A cóż począć, jeśli żyć komuś przyszło z dala od centrum? Wszystkie absurdy, wszystkie nonsensy, śmieszności wydają się tu być podniesione do co najmniej drugiej potęgi. Ale w gruncie rzeczy reguły gry są chyba tu i tam podobne, różnią je co najwyżej proporcje.

Z dala od centrum jedną z najprzydatniejszych umiejętności jest bez wątpienia umiejętność tak zwanego ustawienia się. Nie zdolności, nie wiedza, nie kwalifikacje, ale właśnie umiejętność robienia dobrego wrażenia lub podkładania się, uśmiechania się i kłaniania komu trzeba, wypowiadania sądów, które w danych okolicznościach są oczekiwane. Grunt to mówić okrągłymi, gładkimi zdaniami, kręcić, kłamać, aby tylko tak "wiarygodnie", by być przekonującym. Ważnym jest też to, by znać "właściwe osoby", zawsze dobrze jest się pod kogoś podpiąć, najlepiej pod wpływowego posła, jakiegoś miejscowego wszechwładnego barona - przy czym barwy polityczne nie mają tutaj żadnego znaczenia. Umiejętność podkładania się jest cnotą cenioną przez całe lokalne spektrum polityczne. Słowem trzeba być czyimś człowiekiem.

Nie jest dobrze widziane własne zdanie, a już Broń Boże niezależność myślenia. Przede wszystkim sztuka mimikry, grunt to mówić i myśleć tak, jak tego oczekują patroni.

Administracja lokalna to domena tylko i wyłącznie trzęsących regionem posłów i powiązanych z nimi biznesmenów. By trafić na przykład na listę partyjną w samorządowych wyborach wystarczy w zasadzie być kolegą bądź koleżanką z klasy posła jednego czy drugiego, reszta jest mało istotna, bo przecież lokalna demokracja, to nie merytokracja!

Ale sfera polityki, lokalnej administracji nie wyczerpuje całej złożoności obszarów oddalonych od centrum. Sfera społeczna obejmująca życie zawodowe, artystyczne, naukowe także nie jest wolna od wszechpotężnych i wszechstronnych książąt. A sprawa na dodatek komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli te obszary oddalone od centrum są różnorodne narodowościowo czy wyznaniowo. I tu także tak zwane kwestie merytoryczne schodzą na dalszy plan, tu się jeszcze dodatkowo podłącza klucz etniczny bądź religijny.

A już czego by się nie dotknąć, czego by nie ruszyć, wszędzie obowiązuje podręczny i przydatny w każdej chwili konformizm. Ten jest zawsze ceniony bez względu na miejsce i okoliczności.

Niedawno pewna osoba, której większa część życia przypadła na czasy PRL-u zapytała mnie czym się właściwie nasza współczesność różni od tego, co ona przeżyła przed rokiem 1989? Klimatu tamtych nikczemnych czasów mam znakomitą okazję doświadczyć właśnie teraz. W pracy - nawet jeśli jest to instytucja powołana do niesienia pomocy innym - nikt nie jest zainteresowany wspódziałaniem, kooperacją, za to budowaniem własnej pozycji jak najbardziej, najlepiej kosztem innych, wedle starej dobrej zasady "kto kogo". Tu także nie jest mile widziana niezależność myślenia, a już nie daj Boże dobre przygotowanie merytoryczne. Co to, to nie, to już jest zagrożenie, nie wypada burzyć przecież ciepełka, w którym można budować znakomitą fasadę, pięknie wyglądającą z zewnątrz, a ukrywającą raczej szpetną kamienicę z nadkruszonej, przybrudzonej czerwonej cegły.

A co najgorsza - nie widać żadnej nadziei na zmianę.

niedziela, 18 października 2009

Bojary

Do tego miasta najbardziej pasuje jesień. To już defintywny koniec lata, złote, żółte, czerwone, brązowe liście na drzewach owcowych w ogrodach pamiętających dwudziestolecie międzwojenne z trudem ocalałych z deweloperskiej inwazji. Ulica Próżna zachowała tylko widok na kamienicę czynszową z bladej cegły z półokrągle wykończonymi oknami, ale to formalnie już ulica Sobieskiego, zamyka jednak widok z ulciy Próżnej i daje jakieś wyobrażenie o tym, jak ta ostatnia mogła niegdyś wyglądać. Teraz zabudowano ją pseudokamienicami, które w żaden sposób dawnej atmosfery odtworzyć nie mogą, nawet nie dają jej namiastki, druga strona to relikt minionej epoki, bloki z wielkiej płyty, między którymi jeszcze do niedawna dumnie stały drewniane domki, parterowe i piętrowe, z dużymi ogrodami, nie uchowały się, prawdopodobnie nikt nie był nimi zainteresowany. Z Próżnej odbijam w Sobieskiego, na wprost kolejna cudem ocalała murowana kamienica naprzeciw wylotu Złotej, a w tej może 50 - metrowa najprawdziwsza enklawa - trzy ogromne drewniane domy, w tym jeden piętrowy, w którym po przybyciu do Białegostoku mieszkał ksiądz Michał Sopoćko. Stąd chodził na wykłady do seminarium, tymi wąskimi uliczkami spacerował i rozważał sens miłosierdzia. Swoją drogą czy mógł cokolwiek słyszeć o rodzinie Goldbergów, która tuż przed nim mieszkała w kamienicy naprzeciw? Teraz to szary, ponury, tajemniczy dom; bruk rozdzielajacy oba domy niezdarnie zalano asfaltem, tak, że prawie cała lewa strona wymknęła się paskudnej masie bitumicznej.

Jakub Goldberg był mocno zbudowanym wysokim - bo prawie dwumetrowym - mężczyzną, aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego szanowanym w lokalnym środowisku i znanym niemal w całej Europie, członkiem rady miejskiej. Bank, który odziedziczył po babci zbankrutował w czasie kryzysu po 1929 r., Jakub był jednak zaradnym człowiekiem i tuż przed wojną został przedstawicielem włoskiej firmy ubezpieczniowej.

Żona Jakuba - Bella dla odmiany była niska i drobna, zupełne przeciwieństwo męża, nie tylko fizyczne. Aktywnie udzialała się w Bundzie. Żona jednego z najbardziej prominentnych działaczy syjonistycznych pracowała jako nauczycielka języka polskiego w żydowskiej szkole z yiddish jako językiem wykładowym.

Zabrakło pewnie kilku lat, by Goldbergowie mogli się poznać z Sopoćką, co mieliby sobie do powiedzenia? Dzieliłaby ich tylko ulica, czy zapraszaliby się na obiady, kolacje? Wspólne dyskusje? O czym? Rozmawialiby o Bogu, o wierze? Goldbergowie choć sami pochodzili z chasydzkich rodzin, pomimo wszelkcih dzielących ich różnic byli wszak ateistami. Jakże to ciekawe musiałyby być dyskusje! Promotor miłosierdzia Bożego i przekonani ateiści. Ludzie wielu zainteresowań, otwarci, ciekawi świata. Przedzieliło ich kilka lat, które otworzyły pole najbardziej absurdalnemu okrucieństwu w historii ludzkości. Nie dowiemy się już nigdy, jak wyglądałyby spotkania katolickiego księdza z wyemancypowaną rodziną żydowską.

Miasto w jesiennej niedzielnej mgle, około godziny 12, nijak nie przypomina miasta z dnia powszedniego, cisza, spokój, z klatek bloków z wielkiej płyty wychodzą do kościoła przedstawiciele uboższej klasy średniej przemieszani z ludźmi wyglądającymi tak, jakby żyli na skraju ubóstwa. Z kamienicy u wylotu Złotej rzadko kiedy wychodzi ktokolwiek, z otwartych okien i balkonów sączy się brutalny gangsterski amerykański hip hop albo toporne dyskotekowe przeboje sprzed kilku lat. Tuż za kamienicą zestaw kilku bloków bez balkonów, bloki robotnicze, jeszcze nie tak dawno należące pewnie do "Uchwytów". Poza smutkiem, zgarbionymi ludźmi, o wyszarzałych, zmęczonych twarzach, przeważnie w wieku emerytalnym, niewiele tu można dostrzec. Czasem wiosną bądź latem przemkną młodzi nastoletni ludzie w kapturach, albo kilkuletnie dzieciaki w pisakownicach otoczonych owocowymi drzewami, które zdążyły już wyrosnąć na tyle, by zacienić place zabaw z prawdziwego jednak zdarzenia. Tych placów zabaw i przestrzeni między socrealistycznymi robotniczymi blokami mogą pozazdrościć mieszkańcy pobliskich - tak zwanych - apartamentowców, ekskluzywnych kamienic, o których zapomnieli włodarze miasta, bo choć wmówiono ich mieszkańcom, że wprowadzają się do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta, to nikt wydając wszelakie pozwolenia na budowę, decydując o planach zagospodarowania przestrzennego nie pomyślał o tym, że dzieci z tych nowych mrowiskowców będą także chciały się bawić w piaskownicach, zjeżdżać na ślizgawkach, kręcić na karuzelach. Tu każdą wolną przestrzeń, każdy skrawek, trzeba wyrywać na miejsca parkingowe, któych mimo podziemnych parkingów i tak brakuje.

Dalej ulicą Kraszewskiego, do ulicy Towarowej, tuż za nią kładka nad torami, jeszcze drewniana, drżąca cała pod wpływem kroków nawet jednej osboy. Dworzec Fabryczny, z którego Niemcy wywozili żydowskich mieszkanćów miasta do Treblinki. Czy stąd w ostatnią podróz wyruszyli Jakub i Bella Goldbergowie? Za dworcem rozciąga się już Wygoda, tuż obok Kościół Najświętszego Serca Jezusa, także znajdujący się na szlaku księdza Michała Sopoćki. Trwa msza, więc nie podchodzę do tablicy z krótkim opisem, mogę tu wrócić przecież w każdej chwili. Powrót także ulicą Kraszewskiego. Po prawej zielony budynek, przebudowana quasi - willa, zaadaptowana na kościół zielonoświątkowców, akurat kończy się nabożeństwo, na sposób zimowy opatulone wychodzą sympatycznie wyglądające dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Nieprzyzwyczajone do tutejszych chłodów, ale nic dziwnego - wszak rozmawiają ze sobą po angielsku. To taka ciekawa enklawa na Bojarach, a może i w całym mieście. Kilka lat temu przyjechał tu autokar pełen śniadych Brazylijczyków, Murzynków, Mulatów, oliwkowych potomków Portugalczyków i innych nacji. Codziennie zmierzali ulicą Kraszewskiego w stronę centrum, sympatycznie głośni i roześmiani, w żółto - zielonych koszulkach. Tak sympatycznie jak dzisiejsze anglojęzyczne dziewczęta, uśmiechnięte i jakoś tak kulturalnie i spokojnie ze sobą rozmawiające.

Ulicę Kraszewskiego zamyka neogotyk białostockiej katedry. W miejscu gdzie dziś u jej wylotu do Starobojarskiej stoją ceglane ekskluzywne kamienice stylizowane nieudolnie, groteskowo na XIX - wieczne czynszówki, cisnęły się jeszcze pod koniec lat 90 - tych te prawdziwe czynszówki, zupełnie bezsensownie wyburzone, nie groziły zawaleniem, ale nie opłacało się ich remontować, bo mieściły dużo mniej mieszkań niż nowe bloki, na miejscu jednej czynszówki deweloper wznosił dwie. Zysk oczywisty. Zniknął też bruk, zastąpiony oczywiście polbrukiem, w czasie którychś z wagarów idąc tą ulicą i słysząć jakiś hałas miałem wrażenie, że ulicą pędzi dorożka, teraz to byłoby już zuepłnie niemożliwe. Tylko u wylotu Kraszewskiego do Starobojarskiej uchowała się wciśnięta pomiędzy blokami kamienica z dwudziestolecia, z nadbudówką z jasnej cegły, wcale nie wygląda na onieśmieloną towarzystwem nowych pseudokamienic, apartamentowców, czy jak je zwać. To w niej mieszka pewien dziadek z wąsami, codziennie wyprowadzający na spacer psa Kubusia. Jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak czule, ale nie ckliwie, nie wymiotnie słodko rozmawiał ze zwierzęciem, a nawet z drugim człowiekiem.

Wieże katedry zamykające widok z ulicy Kraszewskiego toną we mgle. To nic, że nia ma słońca, to nic, że nie jest to złota polska jesień, z liściami skrzącymi się w słonecznych promieniach. To miasto i tak jest dziś inne niż na co dzień. Dziś wszystko wydaje się mieć swój sens. Nawet to, że Goldbergowie nie spotkali się z Sopoćką, bo to przecież jeszcze nie było to miejsce, w którym mieli się spotkać. Wszystko ma swój sens i czas, musi mieć.

*** Informację o rodzinie Goldbergów zaczerpnąłem z książki "Ester and Ruzya. How my grandmothers survived Hitler's war and Stalin's peace" napisanej przez Mashę Gessen

piątek, 16 października 2009

Cud

Kiedyś wracając z Wilna samochodem, wieczorem, kiedy zaczynało już zmierzchać, a wziąwszy pod uwagę, że jechałem przez puszczę, w której zmrok zapada dużo szybciej, złapałem - jako że zbliżałem się do miasta - czy to Dwójkę czy Radio Euro - i trafiłem na dyskusję dwóch filozofów na temat kościoła katolickiego. Jeden z nich - nazwiska niestety nie znam - wypowiedział takie oto słowa: "Kościół bez wątpienia jest dumny z Chrystusa, natomiast wątpliwe by Chrystus był dumny z kościoła." Z jednej strony kościół Jana Pawła II, kościół franciszkanów, Tischnera, dominaknów, Bonieckiego, a z drugiej ten realny, najbliższy, codzienny. I cóż z tego, że kościół jest jeden, że nie ma podziałów na kościół Jana Pawła II i kościół codzienny. Braki w wierze zawsze można tłumaczyć i usprawiedliwiać niedoskonałością samego kościoła i czynić je najważniejszą przyczyną oddalenia się od Boga. W "moim kościele", który spotykałem na co dzień nigdy nie odnalazłem pokory i z trudem odnajdywałem miłość, i tym sobie tłumaczyłem mój codzienny brak Boga. Ale do tego niedoskonałego kościoła, kościoła spraw małych i nierzadko zwyczajnie po ludzku nikczemnych i podłych, można nauczyć się dystansu. Bóg objawia się mimo lub wbrew niemu.

Nie wiem czy to, co wydarzyło się w Sokółce jest cudem eucharystycznym, materiał dowodowy - jeśli mozna tak go nazwać - trafił do Watykanu. Kościół w podobnych sprawach jest wyjątkowo ostrożny. I całe szczęście. Kościół pod przewodnictwem kardynała Ratzingera nie pozwoli sobie na nazwanie cudem czegoś, co nim być nie może. Mam głębokie przekonanie, że to ostateczne rozstrzygnięcie stanie się pewne i prawdziwe.

Pewien dominikanin stwierdził, że cuda eucharystyczne zdarzają się, kiedy ludzie zaczynają wątpić. Czasem odnoszę wrażenie, że Bóg mi nie pozwala o sobie zapomnieć. Ostatnimi czasy często ciągnęło mnie w okolice Sokółki, które jeszcze nie tak dawno nie należały do moich ulubionych miejsc. Czy gdyby się miało okazać, że cud domniemany jest cudem rzeczywistym, to byłby to znak od Boga czy tylko zbieg przypadków?

środa, 7 października 2009

Czy warto być Polakiem?

Wreszcie udaje mi się znaleźć wolną chwilę, by nadrobić zaległości w czytaniu. Sięgam po numer "Pressji" wydawanych przez Klub Jagielloński, a w nim artkuł uroczej uśmiechającej się ze zdjęcia Polki z wyboru - Wandy Wyporskiej - doktorantki w Hertford College w Oksfordzie (wówczas doktorantki, bo teka trzecia "Pressji" była wydana na przełomie 2002/2003). Z czarno - białej fotografii uśmiecha się szczerze ciemnoskóra i czarnowłosa wnuczka polskiego lotnika, który po drugiej wojnie pozostał na Wyspach. A tata z Barbadosu pozostawił ją i mamę, gdy miała 2 lata. Autorka artykułu "Rostbef, pierogi i latająca ryba" opisuje swoją drogę do polskości, dojrzewanie do świadomego bycia Polką, Polką zakorzenioną w kulturze, w literaturze, w języku, ale wspomina też o polskości istniejącej we krwi. Polskości trudnej, wbrew nawet wrogim gestom i słowom: "Mimo, że wspomniałam tutaj tylko o dodatnich stronach polskości, o tym co mnie do Polski przyciąga, oczywiście doświadczyłam tu również chwil bardzo przykrych. Przykładowo zdarzyło mi się raz, że postraszono mnie nożem, a dwukrotnie spotkała mnie słowna obraza, co jednak w ogólnym bilansie pozwala sądzić, iż w sumie miałam szczęście."

Momentalnie przypominam sobie jedną z wypowiedzi Grzegorza Wasowskiego z wywiadu opublikowanego kilka miesięcy temu w "Rzeczpospolitej", w której z goryczą stwierdza, że nie odczuwa żadnej więzi z obecnym narodem, a jedynie z tym sprzed wojny, z XIX wieku, z narodem historycznym bardziej niż tym współcześnie realnym.

A do tego jeszcze to przykre wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy to znajoma zwróciłą się do mnie z prośbą bym oprowadził po miejscach związanych z kulturą żydowską w Białymstoku grupę młodzieży z Izraea i z jednego z białostockih liceów. Żaden ze mnie przewodnik, ale historię miasta, z którym wiąże mnie jedynie fakt urodzenia i stałego zamieszkania, znam. W ubiegłym roku udało nam się wejść na podwórko i klatkę schodową pewnej starej kamienicy przy dawnej synagodze - obecnie Galerii Ślendzińskich. Zależało mi na tym, by młodzież z Izraela mogła poczuć klimat Białegostoku, gdy ten w 70 % był miastem żydowskim. Tym razem nie udało się, dwóch stojących przy bramie wygolonych na łyso dwudziestokilkuletnich osiłków zastąpiło nam drogę twierdząc, że to teren prywatny; słowem dali nam do zrozumienia, że mamy się stąd wsynosić. Gdy odchodziliśmy, nerwowo się uśmiechali, pełni tryumfu, napięcia, jakby gotowi do bójki. W ubiegłym roku musiałem głupio się tłumaczyć z gwiazdy Dawida na szubienicy nabazgranej na ścianie jednego z bloków obok miejsca, w którym jeszcze po wojnie stał drewniany dom - miejsce urodzenia Ludwika Zamenhofa.

Czy takie incydenty to właśnie Polska? Co mają wspólnego z polskością? Czy to margines? Wierzę, że jednak tak.

Ale czym jest w takim wypadku polskość właściwa? Z czego mogę być dziś dumny, co stanowi o mojej polskości? Czy rzeczywiście możemy się tylko odwoływać do odległej historii? Do XIX - wiecznej literatury? Do dwudziestolecia? Do Schulza, Tuwima? Miłosza? Szubera? Rylskiego? Libery? Stasiuka?

Czy polskość można odnależć jedynie w kulturze wysokiej? A co z kulturą codzienną? Gdzie się podziała kultura polityczna, prawna? Skąd to zniechęcenie ludzi młodych, apatia mojego pokolenia trzydziestolatków, rozczarowanych polityką, polskimi elitami, cała strukturą życia społecznego?

Moja przyjaciółka Białorusinka, napisała mi kiedyś, że na Białorusi nie ma wielu rzeczy, które my mamy tu w Polsce. Zazdroszczę jej tej tęsknoty do tego, co mamy tu, bo sam już nie potrafię się tym cieszyć. Nie wiem nawet czym miałbym się radować? Wolność podróżowania? To przecież minimum. Swoboda posiadania i głoszenia poglądów politycznych? Tak, jak najbardziej, jeśli można się opowiedzieć po stronie którejś z mainstreamowych grup. Teraz w Polsce jest się albo "prymitywnym pisiorem" albo "gładkim platformersem". Jedni są pryncypialni, trochę bardziej toporni, mało sympatyczni, a drudzy okągle i gładko podbijają świat, wydają się bardziej sympatyczni, ale w gruncie rzeczy to tylko pozory, jedni warci drugich. Co mi za różnica czy państwo sprywatyzują przekonani o swojej słuszności pisowcy czy fajni platformersi? I jedni i drudzy polityką zajmują się dla korzyści - to stwierdzenie tak oczywiste i analne, że nawet piszę je z zażenowaniem. Teraz akurat padło na Zbycha, Mira i Grzecha, ale takich rozmów, takich afer można byłoby pewnie wykryć więcej. Koleżanka, która pracuje w urzędzie maista, już się niepokoi, bo chodzą słuchy, że Platofrma może nie wygrać wyborów samorządowych. Cóż to jednak ma za znaczenie - całe zastępy przebierają nogami do intratnych posad i stanowisk.

Gdzie nie zacząć kopać, wszędzie trafi się na brud. W każdej szafie czai się kościotrup.

Iście XIX - wieczny kapitalizm, szczęśliwie udało mi się porzucić korporację, która piar opanowała do perfekcji, a czas kryzysu wykorzystała do zwolnienia z pracy około 1000 osób w skali kraju. Zwalniano także takie osoby, jak Pani Ania, która przepracowała w firmie około 40 lat, na kilka miesięcy przed wejściem w okres ochronny, kiedy to pracownika nie można zwolnić przed emeryturą. Wzorowy pracownik, całe życie zawodowe bez upomnienia, nagany, dokładna, sumienna, uczicwa, koleżeńska, nie pasowała do obecnej rzeczywistości - drapieżnej, nastawionej na dobre wrażenie, fasadowość, umiejętność manipulacji, niedoinformowywania, niedopowiadania.

Rywalizacja bez żadnych granic, intryga, skarga, pomówienie, niechęć do dzielenia się wiedzą i umiejętnościami, każdy instrument jest dobry, by budować swoją pozycję w firmie, urzędzie, czy jakiejkolwiek instytucji.

Zjawisko podczepiania się pod kogoś bądź pod jakąś grupę, by przeć do przodu. Konformizm, taki jaki musiał istnieć w czasach realnego socjalizmu, ktory znam w zasadzie z filmów i opowieści ludzi, którzy te ponure czasy pamiętają.

Ślizganie się po powierzchni rzeczy, niestosowność refleksji, zatrzymania się na chwilę, aby tylko pozwolić unieść się fali.

Naprawdę nie wiem czym dziś miałaby być polskość i gdzie jej szukać?

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...