Po chleb chodziło się do braciszków przy ulicy Słonimskiej, w ich kaplicy można też było uczestniczyć we mszach i nabożeństwach. Piekarnię i sklep z pieczywem prowadzili zakonnicy z bezhabitowego Zgromadzenia Braci Sług Maryi Niepokalanej. W latach 1945 - 1961 w budynku do nich należącym mieściło się też Archidiecezjalne Wyższe Seminarium Duchowne, w którym wykładał między innymi ks. Michał Sopoćko, mieszkający wówczas nieodpodal, bo na ulicy Złotej, w drewnianym piętrowym domu istniejącym po dziś dzień. Kilkuletnia Florcia najbardziej zapamiętała spacery z ulicy Fabrycznej przez Bojary, ich rolzegłe zielone ogrody, zwłaszcza wzdłuż ulicy Orlej, na której już pachniało chlebem. Nie było wówczas większego szczęścia niż choćby krótka wyprawa z mamą czy to po chleb do braciszków, czy na mszę, każda chwila spędzona z mamą była na wagę złota, często bowiem trzeba było się mierzyć z samotnością, gdy mama pracowała w fabryce w dzień czy na nocnej zmianie, a brat hulał gdzieś z kolegami, by później dość szybko opuścić Białystok na dobre. Ulica Orla była też doskonałym miejscem do zjeżdżania na sankach. Od ulicy Kraszewskiej pnie się łagodnie pod górę, a od Kraszewskiego w dół w stronę Sobieskiego wiedzie krótka ulica Próżna. Zjeżdżając zatem na sankach, przy dość prostym manewrze, można była zjechać ze szczytu górki na Orlej, poprzez Próżną aż do samej ulicy Sobieskiego. Przy ulicy Łąkowej w miejscu, w którym dziś znajduje się przedszkole stała wypalona kamienica, stanowiąca oczywiście doskonałe miejsce do dziecięcych zabaw. Druga kamienica poważnie uszkodzona w czasie bombardowania znajdowała się przy ulicy Jagienki, między Wąską a Fabryczną. Ona była o tyle ciekawsza, że w pewnym miejscu schody się urywały i trzeba było nie lada zręczności, by wspiąć się wyżej. Gdzieś w tej okolicy stał jeszcze betonowy poniemiecki bunkier, który z czasem został zburzony. Nieopodal mieszkała też koleżanka Florci, która pewnego razu pod nieobecność swoich rodziców zaprosiła zaprzyjaźnione dzieci na zabawę w jej mieszkaniu. W pewnym momencie w tajemnicy zaprowadziła je do pokoju taty, wydobyła z szafy jakieś pudło, w którym po otwarciu pokrywy oczom już nieco wystraszonych dzieciaków pokazał się mundur, czapka, a następnie pistolet. Okazało się, że tata owej koleżanki pracował w pobliskiej Komendzie Wojewódzkiej w UB. A były to czasy, gdy podziemie organizowało zamachy na działaczy partyjnych i funkcjonariuszy UB - kilka z nich miało też miejsce w okolicy ulicy Fabrycznej.
Miały też dzieci swoje legendy. Przyjaciółka mamy - Bożenka Brysiewicz, której tata znał doskonale historię Białegostoku i oprowadzał okoliczne dzieciaki po miejcach związanych z historią miasta, snując arcyciekawe o nich opowieści, opowiedziała historię z czasów jego z kolei dzieciństwa - o Tamarce. Pan Jan Brysiewicz będąc jeszcze dzieckiem i mieszkając przy ulicy Wąskiej tuż przy torach, wraz z innymi dziećmi często bawił się na torowisku linii kolejowej z Białegostoku do Baranowicz. W czasie jednej z takich ryzykownych zabaw, nie wszystkie dzieci zdążyły zbiec z torów przed nadjeżdżającym pociągiem. Tamarka z jakichś przyczyn nie zdążyła uciec z i została śmiertelnie potrącona przez nadjeżdżającą lokomotywę. W tym miejscu dzieci już nigdy więcej nie miały odwagi wejść na tory, ale nie zaprzestały zabaw wzdłuż nasypu kolejowego. I kilkukrotnie dokładnie w miejscu, w którym zginęła, miała im się pokazywać Tamarka. Gdy dzieci ją zauważały, biegły do niej, wołały, lecz ona rozpływała się w powietrzu.
Dzieciństwo jest też czasem pełnym niezwykłych zdarzeń, nawet pewnej cudowności, która w dorosłości już się nie pojawia, a jeśli się pojawia to już nie z taką częstotliwością. Droga Florci do szkoły wiodła przez ulicę Łąkową i Starobojarską. Któregoś razu, nie mając odrobionej pracy domowej z matematyki - niestety brat już był w dalekim świecie, a mama zapewne pomóc nie potrafiła czy była w pracy - dziewczynka snuła się smutna jak cień w miejscu, w którym dziś znajduje się posesja hospicjum, wspięła się na pozostałości schronu i nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Zauważyła ją wówczas jakaś kobieta w średnim wieku, zainteresowała się smutnym dzieckiem, podeszła i zapytała dlaczego się tak smuci. Mała Florcia opdpowiedziała, że boi się iść do szkoły, ponieważ nie ma odrobionej pracy domowej z matematyki. Owa niby przypadkowo napotkana kobieta pochyliła się i zaczęła dziecku tłumaczyć, że mimo wszystko powinna pójść do szkoły, podejść do pani od matematyki i wyjaśnić, że nie potrafiła odrobić lekcji samodzielnie, nie miał też jej kto pomóc, a odpisywać od kogoś nie chciała, a poza tym może być tak, że pani od matematyki dziś zwyczajnie nie będzie. Zachęcona taką przemową dziewczynka poszła więc do szkoły i jakież było jej zdumienie, gdy okazało się, że pani od matematyki tego dnia rzeczywiście była nieobecna. A na przyszłość dziecko wiedziało już jak ma postąpić. Innym razem, w czasie zamieci śnieżnej przechodząc przez dzisiejszy Plac Wyzwolenia przy Komendzie Wojewódzkiej, mała Florcia zaczęła się dusić idąc pod silnie wiejący wiatr, nie mogła złapać tchu, i w tym momencie - na pustym przed chwilą placu - podbiegła do niej kobieta, która odwróciłą dziecko plecami do wiatru i wytłumaczyła, że w czasie takich zamieci trzeba się natychmiast odwrócić. Rzecz błaha, ale dla małego dziecka wcale nie taka oczywista. Na pewno zaskakuje empatia tych dwóch kobiet, zainteresowanie losem małego samotnie wędrującego dziecka, nie przeszły obojętnie obok, ale przyszły dziewczynce z pomocą.
Z ulicy Sienkieiwcza mama wspominała pewne żydowskie rodzeństwo - dwie siostry i brata, jedna z sióśtr była najstarsza, druga najmłodsza, a brat był tym średnim. Wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że dzieci są żydowskiego pochodzenia, że zostały sierotami i przetrwały wojnę po aryjskiej stronie, prawdopodobnie mieszkając w tym samym miejscu, w którym mieszkały po wojnie - to jest w drewnianym domu przy ulicy Sienkiewicza właśnie, mniej wiecej naprzeciw obecnego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Później w latach 50-tych dzieci wyjechały najpewniej do Izraela. Żydowska rodzina mieszkała też przy ulicy Sienkiewicza, niedaleko Złotej, również w drewnianym domu z wielkim ogrodem ciągnącym się do ulicy Łąkowej, ojciec rodziny miał bryczkę i z tego utrzymywał rodzinę, i oni także zniknęli w latach 50-tych.
CDN
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
niedziela, 14 stycznia 2024
sobota, 13 stycznia 2024
Z Fabrycznej na Sienkiewicza - wspomnienia (część 5)
Ponieważ dom na Fabrycznej groził runięciem, Genowefa z dziećmi otrzymała izdebkę w innym drewnianym domu, który zawaleniem groził już tylko nieco mniej, tym razem przy ulicy Sienkiewicza - dziś w tym miejscu jest skwer im. doc. Włodzimierza Zankiewicza, w tej jego części od strony ulicy Fabrycznej - a więc nie była to daleka przeprowadzka. Genowefa nadal pracowała w fabryce przy ulicy Włókienniczej. Mała Florcia codziennie wychodziła mamie na spotkanie, idąc ulicą Sienkiewicza w stronę centrm - ich drogi stykały się na wysokości dzisiejszych "Trzech kłosów". Starszy brat Florci - Oswald - niespokojny duch, twierdził, że w Białymstoku było mu za ciasno, że jest to istny koniec świata, zaczął więc swoje wędrówki po wielkim świecie, zahaczył w pewnym momencie o Służbę Polsce, pracował przy budowie Nowej Huty, dostał się nawet do szkoły lotniczej w Dęblinie. Florcia natomiast rozpoczęła edukację w szkole podstawowej numer 5 w Białymstoku - dziś w tym budynku mieści się oddział NFZ przy ulicy Pałacowej, w dość ciekawej architektonicznie kamienicy z czerwonej cegły, później w Technikum Ekonomicznym przy ul. Warszawskiej - obecnie siedzibę ma tu Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku.
Oswaldek zanim jeszcze opuścił Białystok, wplątał się w sprawę, która mogła się naprawdę źle dla niego skończyć. W magazynach niedaleko Dworca Fabrycznego (dawanego Poleskiego) wraz z kolegami znalazł pistolet - wcześniej były tam magazyny wojskowe. Ktoś doniósł o tym stosownym władzom. Kilkunastoletni chłopcy zostali zatrzymani w komisariacie przy ul. Sobieskiego 2 - kamienica ta istnieje do dziś. Szczęśliwym trafem zostali dość szybko wypuszczeni.
Chłopaki z Fabrycznej wchodzili w konflikt z prawem także w inny sposób. W pobliżu ulicy Fabrycznej, Wąskiej i Sienkiewicza przebiegały tory dawnej linii kolejowej Białystok - Wołkowysk - Baranowicze, która została otwarta 5 grudnia 1886 r. i zapewniała transport towarów wytworzonych w białostockich fabrykach włókienniczych do Moskwy i dalej w głąb Cesarstwa Rosyjskiego. Wskakiwali na przejędżające w tym miejscu wyjątkowo wolno składy pociągów przewążących węgiel na wschód i wyrzucali bryły węgla, które następnie zbierali i zanosili do swoich domów. Był to proceder ryzykowny, bo pociągi miały jednak ochronę.
Przybysze z Wileńszczyzny nie wszystkim sąsiadom przypadli do gustu, zwłaszcza jednemu sąsiadowi, który o wszystko co złego się wydarzyło na jego posesji obwiniał dzieci Genowefy, chodził naburmuszony i powtarzał: - To znowu te bachory tej wilniuczki! Zupełnie niesłusznie, bo one były akurat Bogu ducha winne. Czy to ktoś zrywał jabłka w jego sadzie, czy uszkodził sztachetę w płocie, zawsze były winne bachory wilniuczki. Ta jakaś dziwna "tutejszość" białostocka jeszcze dała się nie raz we znaki. Gdy mama była już panienką i trafiła na jakieś wesele, matka pana młodego miała ją nieustannie wypytywać skąd jest, a na odpowiedź, że z ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, dalej drążyła temat: - Ale skąd rodem? I gdy w odpowiedzi usłyszała, że z Wileńszczyzny, to była wyraźnie niezadowolona. Na szczęście, nie brakowało też ludzi prawdziwie serdecznych, życzliwych i dobrych. Ojciec przyjaciółki mamy z ulicy Wąskiej - niejaki pan Jan Brysiewcz, robotnik w jednej z białostockich fabryk, był ulubieńcem okolicznych dzieciaków. Gdy miał wolne, zbierał je wszystkie z całej okolicy i oprowadzał po miejscach ważnych z puktu widzenia historii miasta. To dzięki niemu mama dowiedziała się o miejscu egzukcji mieszkańców miasta okrutnie zamordowanych przez wycofujących się bolszewików w sierpniu 1920 r. , o miejscu kaźni przede wszystkim białostockich Żydów, ale też Polaków, Białorusinów w czasie drugiej wojny światowej w lesie na Pietraszach, o istnieniu getta w Białymstoku. Głęboko w pamięć zapadły mamie półkolonie letnie organziowane przy kaplicy Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej w Białymstoku, a zwłaszcza smak i zapach wyśmienitych ciast pieczonych przez siostry. W tej okolicy krążył też obecnie błogosławiony - ks. Michał Sopoćko, opiekun duchowy i spowiednik siostry Faustyny z czasów wileńskich. Niemal naprzeciw przedszkola, do którego przez krótki czas uczęszczała mała Florcia, stał i stoi do dziś piętrowy drewniany dom przy ulicy Złotej, w którym po przyjeździe z Wilna zamieszkał ks. Sopoćko. Ich drogi gdzieś zapewne musiały się krzyżować. Przez pewien czas mieszkała w Białymstoku również siostra bezhabitowa ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, mistyczka i stygmatyczka - Wanda Boniszewska.
W latach 40-tych i na początku 50-tych działało jeszcze podziemie. Niedaleko ulicy Fabrycznej, przy ulicy Wiśniowej strzelano któregoś razu do jakiegoś działacza partyjnego. Zamach był nieudany, ale strzały słyszeli wszyscy mieszkańcy pobliskich ulic. Inny zamach, tym razem udany, miał miejsce przy przejeździe kolejowym na ulicy Sienkiewicza, dziś w tym miejscu jest wiadukt, pod którym biegnie ulica Sienkiewicza, a nad nią ulica Towarowa.
Życie ubogie, trudne, toczyło się spokojnie, w atmosferze wyjątkowej rodzinnej serdeczności i miłości. Babcia miała jednak poważne problemy zdrowotne - reumatyzm, będący pamiątką po nocach spędzonych na cmentarzach, w stogach siana na Wileńszczyźnie, gdy ukrywała się przed przedstawicielami sowieckiej władzy, którzy zmuszali ją do przepisania się na inną narodowość niż polska. Kilkukrotnie trafiła do szpitala. Któregoś razu, w czasie jednego z takich pobytów w szpitalu, Florcia zmuszona była pozostać sama w domu, brat był już gdzieś daleko poza Białymstokiem. Pewnej deszczowej nocy, ktoś zaczął chodzić wokół domu, na głowie miał założony kaptur, stukał w niskie okna izdebki, w której dziewczynka próbowała zasnąć. Jedyny na ten moment przyjaciel - piesek o imieniu Aza - zaczął szczekać i ujadać, chcąc w ten sposób odstraszyć intruza. Ten ktoś jednak nie odstępował, stukał w okna coraz natarczywiej. Dziewczynka była już na tyle wystraszona, że wcisnęła się co sił w łóżeczko, i w pewnym momencie zauważyła stojącą za stołem postać - o dziecięcej posturze, jasnych włosach i uśmiechniętej twarzy o łagodnych rysach, przyjazną postać w niebieskiej jakby sukience, która się nie odzywała, tylko stała i uśmiechała, a jej obecność wyciszyła i uspokoiła Florcię na tyle, że przestała się trząść ze strachu, natomiast człowiek stukający w okna oddalił się. Każdy może tę opowieść zinterpretować zgodnie ze swoimi upodobaniami.
Dziecięce życie jest przebogate. Pełne intensywnych barw, smaków, zapachów, to jakby życie na pograniczu światów. Wchodząc w dorosłość tę umiejętność zatracamy, intensywność odczuwania świata zamiera, pogranicze światów zanika, zostajemy sami w jednym już tylko świecie. Mała Florcia miała to szczęście, że zdarzyło jej się jeszcze na własne oczy widzieć cygański tabor, a nawet być w nim. Rozlokował się on w tym miejscu, w którym dziś są ogródki działkowe przy ulicy Andersa, na pobliskich wzgórzach, na których zaczyna się już Las Pietrasze stał jeszcze w tym czasie wypalony niemiecki czołg. Dziecko musiało jedynie przemóc lęk przed starszą cyganką, która wydawała się jej być kimś w rodzaju czarownicy, lecz gdy kobieta poprosiła Florcię, by do niej podeszła, zapytała o imię i nawiązała rozmowę, okazała się być dobrą i serdeczną babcią. Nieopodal były też glinianki, do których dzieci turlały się ze wspomnianych górek, często prosto pod brzuchy brodzących w nich krów. Oprócz tych chwil radosnych, dziecko musiało się uporać z tęsknotą za zaginionym ojcem, coraz częstszymi pobytami mamy w szpitalu, rozłąką z bratem. W czasie jednej z hospitalizacji Genowefy w szpitalu przy ulicy Skłodowskiej w Białymstoku, mała Florcia codziennie przybiegała pod szpital, wystawała wieczorami pod oknami i wypatrywała, w którym z nich może pojawić się mama. Aż w końcu dziewczynkę dostrzegła jedna z pielęgniarek, o czym opowiedziała też między innymi Genowefie, a ta podeszła do okna i zobaczyła swóją córeczkę. Radości i łzom długo nie było końca.
CDN
Oswaldek zanim jeszcze opuścił Białystok, wplątał się w sprawę, która mogła się naprawdę źle dla niego skończyć. W magazynach niedaleko Dworca Fabrycznego (dawanego Poleskiego) wraz z kolegami znalazł pistolet - wcześniej były tam magazyny wojskowe. Ktoś doniósł o tym stosownym władzom. Kilkunastoletni chłopcy zostali zatrzymani w komisariacie przy ul. Sobieskiego 2 - kamienica ta istnieje do dziś. Szczęśliwym trafem zostali dość szybko wypuszczeni.
Chłopaki z Fabrycznej wchodzili w konflikt z prawem także w inny sposób. W pobliżu ulicy Fabrycznej, Wąskiej i Sienkiewicza przebiegały tory dawnej linii kolejowej Białystok - Wołkowysk - Baranowicze, która została otwarta 5 grudnia 1886 r. i zapewniała transport towarów wytworzonych w białostockich fabrykach włókienniczych do Moskwy i dalej w głąb Cesarstwa Rosyjskiego. Wskakiwali na przejędżające w tym miejscu wyjątkowo wolno składy pociągów przewążących węgiel na wschód i wyrzucali bryły węgla, które następnie zbierali i zanosili do swoich domów. Był to proceder ryzykowny, bo pociągi miały jednak ochronę.
Przybysze z Wileńszczyzny nie wszystkim sąsiadom przypadli do gustu, zwłaszcza jednemu sąsiadowi, który o wszystko co złego się wydarzyło na jego posesji obwiniał dzieci Genowefy, chodził naburmuszony i powtarzał: - To znowu te bachory tej wilniuczki! Zupełnie niesłusznie, bo one były akurat Bogu ducha winne. Czy to ktoś zrywał jabłka w jego sadzie, czy uszkodził sztachetę w płocie, zawsze były winne bachory wilniuczki. Ta jakaś dziwna "tutejszość" białostocka jeszcze dała się nie raz we znaki. Gdy mama była już panienką i trafiła na jakieś wesele, matka pana młodego miała ją nieustannie wypytywać skąd jest, a na odpowiedź, że z ulicy Sienkiewicza w Białymstoku, dalej drążyła temat: - Ale skąd rodem? I gdy w odpowiedzi usłyszała, że z Wileńszczyzny, to była wyraźnie niezadowolona. Na szczęście, nie brakowało też ludzi prawdziwie serdecznych, życzliwych i dobrych. Ojciec przyjaciółki mamy z ulicy Wąskiej - niejaki pan Jan Brysiewcz, robotnik w jednej z białostockich fabryk, był ulubieńcem okolicznych dzieciaków. Gdy miał wolne, zbierał je wszystkie z całej okolicy i oprowadzał po miejscach ważnych z puktu widzenia historii miasta. To dzięki niemu mama dowiedziała się o miejscu egzukcji mieszkańców miasta okrutnie zamordowanych przez wycofujących się bolszewików w sierpniu 1920 r. , o miejscu kaźni przede wszystkim białostockich Żydów, ale też Polaków, Białorusinów w czasie drugiej wojny światowej w lesie na Pietraszach, o istnieniu getta w Białymstoku. Głęboko w pamięć zapadły mamie półkolonie letnie organziowane przy kaplicy Sióstr Jezusa Miłosiernego na ulicy Poleskiej w Białymstoku, a zwłaszcza smak i zapach wyśmienitych ciast pieczonych przez siostry. W tej okolicy krążył też obecnie błogosławiony - ks. Michał Sopoćko, opiekun duchowy i spowiednik siostry Faustyny z czasów wileńskich. Niemal naprzeciw przedszkola, do którego przez krótki czas uczęszczała mała Florcia, stał i stoi do dziś piętrowy drewniany dom przy ulicy Złotej, w którym po przyjeździe z Wilna zamieszkał ks. Sopoćko. Ich drogi gdzieś zapewne musiały się krzyżować. Przez pewien czas mieszkała w Białymstoku również siostra bezhabitowa ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, mistyczka i stygmatyczka - Wanda Boniszewska.
W latach 40-tych i na początku 50-tych działało jeszcze podziemie. Niedaleko ulicy Fabrycznej, przy ulicy Wiśniowej strzelano któregoś razu do jakiegoś działacza partyjnego. Zamach był nieudany, ale strzały słyszeli wszyscy mieszkańcy pobliskich ulic. Inny zamach, tym razem udany, miał miejsce przy przejeździe kolejowym na ulicy Sienkiewicza, dziś w tym miejscu jest wiadukt, pod którym biegnie ulica Sienkiewicza, a nad nią ulica Towarowa.
Życie ubogie, trudne, toczyło się spokojnie, w atmosferze wyjątkowej rodzinnej serdeczności i miłości. Babcia miała jednak poważne problemy zdrowotne - reumatyzm, będący pamiątką po nocach spędzonych na cmentarzach, w stogach siana na Wileńszczyźnie, gdy ukrywała się przed przedstawicielami sowieckiej władzy, którzy zmuszali ją do przepisania się na inną narodowość niż polska. Kilkukrotnie trafiła do szpitala. Któregoś razu, w czasie jednego z takich pobytów w szpitalu, Florcia zmuszona była pozostać sama w domu, brat był już gdzieś daleko poza Białymstokiem. Pewnej deszczowej nocy, ktoś zaczął chodzić wokół domu, na głowie miał założony kaptur, stukał w niskie okna izdebki, w której dziewczynka próbowała zasnąć. Jedyny na ten moment przyjaciel - piesek o imieniu Aza - zaczął szczekać i ujadać, chcąc w ten sposób odstraszyć intruza. Ten ktoś jednak nie odstępował, stukał w okna coraz natarczywiej. Dziewczynka była już na tyle wystraszona, że wcisnęła się co sił w łóżeczko, i w pewnym momencie zauważyła stojącą za stołem postać - o dziecięcej posturze, jasnych włosach i uśmiechniętej twarzy o łagodnych rysach, przyjazną postać w niebieskiej jakby sukience, która się nie odzywała, tylko stała i uśmiechała, a jej obecność wyciszyła i uspokoiła Florcię na tyle, że przestała się trząść ze strachu, natomiast człowiek stukający w okna oddalił się. Każdy może tę opowieść zinterpretować zgodnie ze swoimi upodobaniami.
Dziecięce życie jest przebogate. Pełne intensywnych barw, smaków, zapachów, to jakby życie na pograniczu światów. Wchodząc w dorosłość tę umiejętność zatracamy, intensywność odczuwania świata zamiera, pogranicze światów zanika, zostajemy sami w jednym już tylko świecie. Mała Florcia miała to szczęście, że zdarzyło jej się jeszcze na własne oczy widzieć cygański tabor, a nawet być w nim. Rozlokował się on w tym miejscu, w którym dziś są ogródki działkowe przy ulicy Andersa, na pobliskich wzgórzach, na których zaczyna się już Las Pietrasze stał jeszcze w tym czasie wypalony niemiecki czołg. Dziecko musiało jedynie przemóc lęk przed starszą cyganką, która wydawała się jej być kimś w rodzaju czarownicy, lecz gdy kobieta poprosiła Florcię, by do niej podeszła, zapytała o imię i nawiązała rozmowę, okazała się być dobrą i serdeczną babcią. Nieopodal były też glinianki, do których dzieci turlały się ze wspomnianych górek, często prosto pod brzuchy brodzących w nich krów. Oprócz tych chwil radosnych, dziecko musiało się uporać z tęsknotą za zaginionym ojcem, coraz częstszymi pobytami mamy w szpitalu, rozłąką z bratem. W czasie jednej z hospitalizacji Genowefy w szpitalu przy ulicy Skłodowskiej w Białymstoku, mała Florcia codziennie przybiegała pod szpital, wystawała wieczorami pod oknami i wypatrywała, w którym z nich może pojawić się mama. Aż w końcu dziewczynkę dostrzegła jedna z pielęgniarek, o czym opowiedziała też między innymi Genowefie, a ta podeszła do okna i zobaczyła swóją córeczkę. Radości i łzom długo nie było końca.
CDN
piątek, 12 stycznia 2024
Początki w Białymstoku - wspomnienia (część 4)
Zanim Genowefa z dwójką dzieci osiadła na stałe w Białymstoku po przyjeździe z Adamowców, wyruszyła do Warszawy w poszukiwaniu jakiejś kamienicy przy ulicy Wroniej w Warszawie, tak to przynajmniej zapamiętała szieścioletnia Florcia. Nie wiemy niestety czego babcia mogła poszukiwać przy ulicy Wroniej; z książęczki ubezpieczeniowej dziadka Floriana wynika, że w okresie od 1936 do czerwca 1939 r. mieszkali w Warszawie przy ulicy Towarowej 33 i Placu Kazimierza Wielkiego, w tym czasie Florian pracował w fabryce gumy na Woli, a babcia od czasu do czasu pełniła obowiązki służącej na przyjęciach u hrabiny Zabiełło. Czego dokładnie Genowefa mogła poszukiwać przy ulicy Wroniej nie wiadomo, ale wydaje się, że ulica Wronia prowadziła do Placu Kazimierza Wielkiego, przy którym przed wojną mieszkała rodzina Szpaków. Sześcioletnia Florcia z tego wyjazdu zapamiętała najbardziej morze gruzów, i sterczące pośród tego morza pojedyncze ostańce, zachowane fragmenty kamienic, w których gdzieś na piętrach w nocy można było dostrzec tlące się światełka. Po przyjeździe pociągiem do Warszawy, na dworcu do Genowefy z córeczką podeszła kobieta w średnim wieku proponując nocleg. Mała Florcia uznała, że kobiecie wyjątkowo źle patrzyło z oczu, coś wzbudzało jej lęk i nieprzepartą niechęć wobec niej. Geneowefa już była skłonna przyjąć propozycję noclegu, lecz sprzeciw córeczki był na tyle silny, że musiała jej ulec. Owa zła kobieta spiorunowała dziecko wściekłym, świdrującym spojrzeniem, ze złością mówiąc do babci, że nie będzie przecież słuchać i ulegać dziecku. Ostatecznie jednak z propozycji nie skorzystały. Mama później opowiadała, że po powrocie do Białegostoku babcia przeczytała w jakiejś gazecie o szajce działającej w Warszawie, która wabiła przyjezdnych, a później ich rabowała, mordowała, a z ludzkich ciał miała też robić mięso na sprzedaż. Nigdzie nie udało mi się tej informacji potwierdzić. Niewykluczone, że to jedna z krążących w owym czasie miejskich legend z pewnymi elementami prawdy. Tak w każdym razie ten wyjazd i to wydarzenie zapamiętało dziecko. Ostatecznie nocleg babcia znalazła samodzielnie, nie korzystając z oferty wspomnianej kobiety. Na ulicy Wroniej - a najprawdopodobniej na Placu Kazimierza Wielkiego - babcia nie odnalazła kamienicy, której szukała, została zapewne zburzona w czasie Powstania Warszawskiego.
Po raz drugi Florcia przyjedzie do Warszawy razem z mamą w roku 1959, mając już lat 19. Tym razem powodem odwiedzin będą wieści o cudzie na Nowolipkach, które lotem błyskawicy rozeszły się po całym kraju. Na wieży kościoła św. Augustyna miała się ukazywać Matka Boska. Zarówno babcia, jak i mama, miały ją widzieć wyraźnie. Przed kościołem na ulicy zalegał ogromny tłum, trudno było dotrzeć pod samą świątynię. Florcia zapamiętała jakąś starszą kobietę, przeciskającą się obok nich, ogromnie rozeźloną na tę całą sytuację i powtarzającą wściekle w kółko, że ona tam nic nie widzi: - Co wy tam widzicie?! Tam nic nie ma!
Kilka lat później Florcia będzie przyjeżdżać do Warszawy jako studentka prawa administracyjnego na Uniwersytecie Warszawskim, aż w końcu zamieszka w Warszawie we wrześniu 2016 r., i tam też dokona żywota w Szpitalu Wolskim przy ulicy Kasprzaka, i tak historia zatoczy symbolicznie koło - od poczęcia na Woli do opuszczenia tego łez padołu. Mama często opowiadałą o śnie, który przed 2016 r. nawiedzał ją wielokrotnie, a w którym widziała Warszawę z lotu ptaka - pełną ruin, mroczną, wyludnioną, z dymami unoszącymi się nad unicestwionym miastem. Sen ten przestał się śnić w 2016 r. właśnie, w roku niejako powrotu do Warszawy.
Po nieudanych poszukiwaniach dawnego mieszkania w Warszawie, Genowefa i Florcia wróciły do Białegostoku, tam czekał na nie trzynastoletni Oswaldek. Po przyjeździe z Wileńszczyzny, rodzina tak zwanych repatriantów otrzymała izdebkę w drewnianym domu jeszcze z XIX wieku, wzniesionym z podkładów kolejowych, rozlokowanym w sporym ogrodzie przy ulicy Fabrycznej. Był to w zasadzie dom przeznaczony do rozbiórki, ale innych mieszkań dla przybyszów nie było. Matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci, której mąż i ojciec dzieci zaginął gdzieś na wojnie, zmuszona była podjąć pracę w fabryce przy ulicy Włókienniczej, ciężką fizyczną pracę na zmiany. Małoletnie dzieci musiały w przyspieszonym tempie nauczyć się samodzielności. Starszy brat opiekiwał się ukochaną siostrzyczką, odprowadzał ją przez krótki czas do przedszkola przy ulicy Złotej - ta kamienica, w której na parterze tuż po wojnie mieściło się przedszkole istnieje do dziś, stoi sobie skromnie w otoczeniu zachowanych trzech przedwojennych drewnianych domów - to jeden z cudem ocalałych do naszych czasów fragmentów starego Białegostoku.
Dom przy ulicy Fabrycznej był w na tyle złym stanie, że pewnego razu tuż za wychodzącą z domu Florcią zawalił się częsciowo strop w sieni, dziecko poczuło jedynie ukłucia w stopy - to powbijały się drzazgi z drewnianego podkładu, który spadł za jej plecami. W tej samej sieni mała Florcia odczuwała nieokreślony lęk. Jego źródło wyjaśniła później staruszka mieszkająca w tym domu od urodzenia, na pięterku, na poddaszu właściwie, z pochodzenia Niemka - w Białymstoku w pierwszej połowie XIX w. osiedliła się spora grupa osadników z Niemiec, zatrudnionych przy uruchamianiu przemysłu włokienniczego. Wedle jej opowieści jeszcze przed pierwszą wojną w owej sieni powiesił się carski oficer. Stąd dziecko, nie znające wcześniej tej historii, miało nieustannie poczucie jakiejś obecności i bycia obserwowanym w tym miejscu. Dzieci podobno czują i widzą więcej niż dorośli.
Jednym z pierwszych bolesnych doświadczeń po osiedleniu się w Białymsoku była konieczność sprzedania krówki żywicielki, która razem z rodziną przebyła szmat drogi z Adamowców na Wileńszczyźnie. W przypadku ludzi kochających zwierzęta taki przymus rozstania jawił się niemal jak rozstanie z członkiem rodziny. Zwierzę nabył gospodarz z podmiejskiej wsi Bagnówka, dziś to już dzielnica Białegostoku. Ku zdumieniu Genowefy, Florci i Oswaldka, sprzedana dzień wcześniej krówka, następnego poranka przed domem w ogrodzie czekała na swoich ludzkich przyjaciół - najwyraźniej zapamiętała drogę i postanowiła samodzielnie wrócić. Niestety, uczciwość babci nie pozwalała na zatrzymanie sprzedanego już zwierzęcia, krówkę trzeba było odprowadzić do jej nowego prawowitego właściciela.
CDN
Po raz drugi Florcia przyjedzie do Warszawy razem z mamą w roku 1959, mając już lat 19. Tym razem powodem odwiedzin będą wieści o cudzie na Nowolipkach, które lotem błyskawicy rozeszły się po całym kraju. Na wieży kościoła św. Augustyna miała się ukazywać Matka Boska. Zarówno babcia, jak i mama, miały ją widzieć wyraźnie. Przed kościołem na ulicy zalegał ogromny tłum, trudno było dotrzeć pod samą świątynię. Florcia zapamiętała jakąś starszą kobietę, przeciskającą się obok nich, ogromnie rozeźloną na tę całą sytuację i powtarzającą wściekle w kółko, że ona tam nic nie widzi: - Co wy tam widzicie?! Tam nic nie ma!
Kilka lat później Florcia będzie przyjeżdżać do Warszawy jako studentka prawa administracyjnego na Uniwersytecie Warszawskim, aż w końcu zamieszka w Warszawie we wrześniu 2016 r., i tam też dokona żywota w Szpitalu Wolskim przy ulicy Kasprzaka, i tak historia zatoczy symbolicznie koło - od poczęcia na Woli do opuszczenia tego łez padołu. Mama często opowiadałą o śnie, który przed 2016 r. nawiedzał ją wielokrotnie, a w którym widziała Warszawę z lotu ptaka - pełną ruin, mroczną, wyludnioną, z dymami unoszącymi się nad unicestwionym miastem. Sen ten przestał się śnić w 2016 r. właśnie, w roku niejako powrotu do Warszawy.
Po nieudanych poszukiwaniach dawnego mieszkania w Warszawie, Genowefa i Florcia wróciły do Białegostoku, tam czekał na nie trzynastoletni Oswaldek. Po przyjeździe z Wileńszczyzny, rodzina tak zwanych repatriantów otrzymała izdebkę w drewnianym domu jeszcze z XIX wieku, wzniesionym z podkładów kolejowych, rozlokowanym w sporym ogrodzie przy ulicy Fabrycznej. Był to w zasadzie dom przeznaczony do rozbiórki, ale innych mieszkań dla przybyszów nie było. Matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci, której mąż i ojciec dzieci zaginął gdzieś na wojnie, zmuszona była podjąć pracę w fabryce przy ulicy Włókienniczej, ciężką fizyczną pracę na zmiany. Małoletnie dzieci musiały w przyspieszonym tempie nauczyć się samodzielności. Starszy brat opiekiwał się ukochaną siostrzyczką, odprowadzał ją przez krótki czas do przedszkola przy ulicy Złotej - ta kamienica, w której na parterze tuż po wojnie mieściło się przedszkole istnieje do dziś, stoi sobie skromnie w otoczeniu zachowanych trzech przedwojennych drewnianych domów - to jeden z cudem ocalałych do naszych czasów fragmentów starego Białegostoku.
Dom przy ulicy Fabrycznej był w na tyle złym stanie, że pewnego razu tuż za wychodzącą z domu Florcią zawalił się częsciowo strop w sieni, dziecko poczuło jedynie ukłucia w stopy - to powbijały się drzazgi z drewnianego podkładu, który spadł za jej plecami. W tej samej sieni mała Florcia odczuwała nieokreślony lęk. Jego źródło wyjaśniła później staruszka mieszkająca w tym domu od urodzenia, na pięterku, na poddaszu właściwie, z pochodzenia Niemka - w Białymstoku w pierwszej połowie XIX w. osiedliła się spora grupa osadników z Niemiec, zatrudnionych przy uruchamianiu przemysłu włokienniczego. Wedle jej opowieści jeszcze przed pierwszą wojną w owej sieni powiesił się carski oficer. Stąd dziecko, nie znające wcześniej tej historii, miało nieustannie poczucie jakiejś obecności i bycia obserwowanym w tym miejscu. Dzieci podobno czują i widzą więcej niż dorośli.
Jednym z pierwszych bolesnych doświadczeń po osiedleniu się w Białymsoku była konieczność sprzedania krówki żywicielki, która razem z rodziną przebyła szmat drogi z Adamowców na Wileńszczyźnie. W przypadku ludzi kochających zwierzęta taki przymus rozstania jawił się niemal jak rozstanie z członkiem rodziny. Zwierzę nabył gospodarz z podmiejskiej wsi Bagnówka, dziś to już dzielnica Białegostoku. Ku zdumieniu Genowefy, Florci i Oswaldka, sprzedana dzień wcześniej krówka, następnego poranka przed domem w ogrodzie czekała na swoich ludzkich przyjaciół - najwyraźniej zapamiętała drogę i postanowiła samodzielnie wrócić. Niestety, uczciwość babci nie pozwalała na zatrzymanie sprzedanego już zwierzęcia, krówkę trzeba było odprowadzić do jej nowego prawowitego właściciela.
CDN
czwartek, 11 stycznia 2024
Z Adamowców do Białegostoku - wspomnienia (część 3)
Wedle wiedzy mamy urodzona dnia 31 stycznia 1940 r., wedle dokumentów dnia 30 stycznia 1940 r., w Adamowcach, powiat postawski, województwo wileńskie, wśród pagórków zielonych, lasów, jezior, strumieni, mityczna kraina dzieciństwa, mlekiem i młodem płynąca. Ochrzczona w kościele w Udziale, w 1948 r. zamienionym na magazyn. Gdy przejeżdżaliśmy obok w roku 1988 był to obraz nędzy i rozpoczay, teraz jest całkiem ładnie odnowiony. Pod opieką rodziców nawet wojna początkowo nie wydawała się dziecku straszna, do pewnego czasu, dopóki historia nie wkroczyła bezpośrednio do wsi. Najpierw przypadkowa ofiara strzelaniny między partyzantami a Niemcami, siostra taty Floriana, dwudziestokilkuletnia piękna, ciemnowłosa i niebieskoooka dziewczyna o jasnej karnacji; wracała saniami do wsi i trafiła ją zabłąkana kula, prosto w głowę. Później pożeganie z ojcem, który 7 lipca 1944 r. dostał powołanie do wojska. Czterloletnia dziewczynka zapamiętała jak ją ojciec długo i mocno tulił żegnając się na stacji kolejowej, smak jego i jej łez. Już go więcej nie zobaczyła. Szukała sama, razem z mamą, a odnalazła po 78 latach od dnia jego śmierci, na sześć miesięcy przed jej odejściem z tego świata, i na sześć dni przed rocznicą jego śmierci.
Mimo wszystko szczęśliwe wczesne dzieciństwo, proste życie na wsi, między pracą rodziców na roli, przy warsztacie stolarskim ojca, odwiedziny krewnych, wizyty sąsiadów, spotkania przy maszynie do gręplowania wełny, która stała w domu rodziców. Wędrówki z mamą, przez łąki, pola, baśniowe lasy. Na łące przy drodze leżał ogromny głaz, mała dziewczynka widziała na nim z daleka siedzącego aniołka, gdy się z nim zrównywała - aniołek znikał, a po minięciu kamienia, gdy odwracała głowę - pojawiał się ponownie. Nazwała go aniołkiem, choć widziała jasnowłose uśmiechnięte dziecko w niebieskiej sukience, lecz bez skrzydeł. I opowieści mamy - Genowefy - o słyszanym w nocy przy leśnej drodze płaczu dziecka. Słyszało ów płacz wiele osób podróżujących ową drogą w nocy. Sprowadzony ksiądz uznał, że w miejscu tym pochowano nieochrzczone dziecko, ochrzcił je więc mówiąc: - Jeśli pan, niech będzie Jan. Jeśli panna, niech będzie Anna. - I od tej pory płacz ustał.
Domu strzegł rudy piesek - Misiek. Z daleka wyglądał jak lis, i bywało, że sąsiedzi widząc go, byli przekonani, że jest to lis właśnie. Którejś zimowej nocy pożarły go wilki, nie zdołał się przez otwór w drzwiach schronić w domu. Później gdzieś na polu w pobliżu widziano tylko jego łapy i ogon. Wilki miały też którejś zimowej nocy zaatakować rodzonego brata męża matki chrzestrznej małej Florci. W przepastnej kniei w okolicach Podświla znaleziono tylko buty zaginionego. Podejrzewano zatem wilki o sprawstwo.
Z czasem do wsi zaczęli przychodzić najprawdopodobniej sowieccy partyzanci. Florainowi kazali oddać maszynkę do golenia i żyletki, które przywiózł jeszcze z Warszawy przed wybuchem wojny. Gdy próbował im wcisnąć jakąś starą maszynkę powiedzieli mu: - Masz lepszą, tą przywiezioną z Warszawy. Musieli zatem od kogoś wiedzieć, gdzie mieszkał i pracował przed wojną.
Po wyparciu Niemców, których we wsi widywano rzadko, historia wkroczyła z większym impetem. Mężczyzn w lipcu 1944 powołano do wojska. We wsi pozostały kobiety i dzieci. Pewnego dnia pojawił się w niej też tajemniczy Serafin z rodziną. Zamieszkał w jakimś opuszczonym domu. Po nocach biegał po wsi okutany jedynie prześcieradłem. Najprawdopodobniej udawał szaleńca. Gdy babci zaginęła kura, Serafin miał jej powiedzieć: - Jeśli ktoś ją zabrał i zjadł, to niech mu to tylko wyjdzie na zdrowie.
Z czasem do Adamowców zaczął przyjeżdżać priedsiedatiel, wpadał przeważnie w nocy, konno, w czarnym skórzanym płaszczu, uzbrojony w pistolet. Nakazywał przepisywać się na inne narodowości niż polska, mogła być litewska, białoruska, żydowska, byle nie polska. Gdy babcia odmawiała, jednego razu zamachnął się na nią pistoletem i zamierzał uderzyć w twarz, krycząc: - Polackaja morda, ja tiebia ubiju! i wtedy mała Florcia rzuciła się mamie na ratunek, podbiegła, objęła ją wątłymi ramionami co sił i zakrzyknęła: - Nie dam mamy! Rozwścieczony priedsiedatiel wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Po tym zdarzeniu babcia ukrywała się po nocach na cmentarzu, w stogach siana na polach, pod które nad ranem podchodziła woda. W efekcie nabawiła się reuamtyzmu, a w latach siedziemedziesiątych i osiemidziesiątych kilku wylewów, paraliżu, i odeszła z tego świata w wieku 71 lat 22 maja 1982 r.
Gdy pętla zaczęła się zaciskać coraz mocniej, a dodatkowo kuzynki pracujące w lokalnej administracji przekazały babci informację, że wraz z dziećmi znajduje się na liście osób przeznaczonych do wywózki w głąb ZSRR, zapadła decyzja o wyjeździe z Wileńszczyzny na fałszywych papierach. Powodem umieszczenia na tej liście było podobno to, że dziadek przed wojną w niedzielę zakładał garnitur i kapelusz, i podjeżdżał pod kościół bryczką. A zatem kolejny donos. Udało się babci kupić dokumenty od pewnego mężczyzny, który miał żonę i dwójkę dzieci, ale byli rozdzieleni i on nie zamierzał wyjeżdżać. Wiekowo dzieci tego mżęzczyzny i babci nieco się różniły. Wyjścia jednak nie było, trzeba było podjąć ryzyko. Babcia zasuszyła chleb na drogę, zrobiła z niego suchary, szkapę zabrali sowieci, została jeszcze krówka, ktorej nie można było zostawić; metalowy krucyfiks po rozczłonkowaniu ukryła w woreczkach z mąką (stoi w mieszkaniu do dziś). Podróż trwała prawie miesiąc, pierwszeństwo miały transporty wojskowe, gdzieniegdzie tory były uszkodzone; najpierw kilkudniowy pobyt w Wilnie, później postój w Krakowie, w którym babcia nie chciała zostać, i na końcu przyjazd do Białegostoku, bo tu był już rodzony brat Floriana - Jan Szpak, no i Genowefa była przekonana, że ta granica to jest tylko tymczasowa, i łatwiej stąd będzie wracać do Adamowców. Rodzony brat babci - Władysław - nie chciał wyjeżdżać - twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Żywota dokonał w niewolnej Białoruskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, w mieszkaniu na parterze w bloku w Mosarzu. Zdążyliśmy go jeszcze odwiedzić w 1988 r. Jeden z kuzynów nie chciał przystąpić do kołchozu i nie godził się na usunięcie wysokiego drewnianego krzyża sprzed domu, więc mu zaorano cały teren wokół domu, włącznie z drogą dojazdową, pod sam ganek.
W czasie podróży do nowej Polski, mama, babcia i brat mamy byli świadkami dramatycznej sceny na tej niby tymczasowej granicy, gdzie skośnoocy żołdacy rozdzielali dorosłą córkę ze starszą już matką, pewnie coś nie grało w dokumentach, i gdy kobiety nie pozwałały się rozłączyć, krasnoarmiejcy obili je kolbami karabinów, tak brutalnie, że z ich głów popłynęła krew wymieszana ze łzami. Ten obraz mama wspominała przez całe życie.
CDN
Mimo wszystko szczęśliwe wczesne dzieciństwo, proste życie na wsi, między pracą rodziców na roli, przy warsztacie stolarskim ojca, odwiedziny krewnych, wizyty sąsiadów, spotkania przy maszynie do gręplowania wełny, która stała w domu rodziców. Wędrówki z mamą, przez łąki, pola, baśniowe lasy. Na łące przy drodze leżał ogromny głaz, mała dziewczynka widziała na nim z daleka siedzącego aniołka, gdy się z nim zrównywała - aniołek znikał, a po minięciu kamienia, gdy odwracała głowę - pojawiał się ponownie. Nazwała go aniołkiem, choć widziała jasnowłose uśmiechnięte dziecko w niebieskiej sukience, lecz bez skrzydeł. I opowieści mamy - Genowefy - o słyszanym w nocy przy leśnej drodze płaczu dziecka. Słyszało ów płacz wiele osób podróżujących ową drogą w nocy. Sprowadzony ksiądz uznał, że w miejscu tym pochowano nieochrzczone dziecko, ochrzcił je więc mówiąc: - Jeśli pan, niech będzie Jan. Jeśli panna, niech będzie Anna. - I od tej pory płacz ustał.
Domu strzegł rudy piesek - Misiek. Z daleka wyglądał jak lis, i bywało, że sąsiedzi widząc go, byli przekonani, że jest to lis właśnie. Którejś zimowej nocy pożarły go wilki, nie zdołał się przez otwór w drzwiach schronić w domu. Później gdzieś na polu w pobliżu widziano tylko jego łapy i ogon. Wilki miały też którejś zimowej nocy zaatakować rodzonego brata męża matki chrzestrznej małej Florci. W przepastnej kniei w okolicach Podświla znaleziono tylko buty zaginionego. Podejrzewano zatem wilki o sprawstwo.
Z czasem do wsi zaczęli przychodzić najprawdopodobniej sowieccy partyzanci. Florainowi kazali oddać maszynkę do golenia i żyletki, które przywiózł jeszcze z Warszawy przed wybuchem wojny. Gdy próbował im wcisnąć jakąś starą maszynkę powiedzieli mu: - Masz lepszą, tą przywiezioną z Warszawy. Musieli zatem od kogoś wiedzieć, gdzie mieszkał i pracował przed wojną.
Po wyparciu Niemców, których we wsi widywano rzadko, historia wkroczyła z większym impetem. Mężczyzn w lipcu 1944 powołano do wojska. We wsi pozostały kobiety i dzieci. Pewnego dnia pojawił się w niej też tajemniczy Serafin z rodziną. Zamieszkał w jakimś opuszczonym domu. Po nocach biegał po wsi okutany jedynie prześcieradłem. Najprawdopodobniej udawał szaleńca. Gdy babci zaginęła kura, Serafin miał jej powiedzieć: - Jeśli ktoś ją zabrał i zjadł, to niech mu to tylko wyjdzie na zdrowie.
Z czasem do Adamowców zaczął przyjeżdżać priedsiedatiel, wpadał przeważnie w nocy, konno, w czarnym skórzanym płaszczu, uzbrojony w pistolet. Nakazywał przepisywać się na inne narodowości niż polska, mogła być litewska, białoruska, żydowska, byle nie polska. Gdy babcia odmawiała, jednego razu zamachnął się na nią pistoletem i zamierzał uderzyć w twarz, krycząc: - Polackaja morda, ja tiebia ubiju! i wtedy mała Florcia rzuciła się mamie na ratunek, podbiegła, objęła ją wątłymi ramionami co sił i zakrzyknęła: - Nie dam mamy! Rozwścieczony priedsiedatiel wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Po tym zdarzeniu babcia ukrywała się po nocach na cmentarzu, w stogach siana na polach, pod które nad ranem podchodziła woda. W efekcie nabawiła się reuamtyzmu, a w latach siedziemedziesiątych i osiemidziesiątych kilku wylewów, paraliżu, i odeszła z tego świata w wieku 71 lat 22 maja 1982 r.
Gdy pętla zaczęła się zaciskać coraz mocniej, a dodatkowo kuzynki pracujące w lokalnej administracji przekazały babci informację, że wraz z dziećmi znajduje się na liście osób przeznaczonych do wywózki w głąb ZSRR, zapadła decyzja o wyjeździe z Wileńszczyzny na fałszywych papierach. Powodem umieszczenia na tej liście było podobno to, że dziadek przed wojną w niedzielę zakładał garnitur i kapelusz, i podjeżdżał pod kościół bryczką. A zatem kolejny donos. Udało się babci kupić dokumenty od pewnego mężczyzny, który miał żonę i dwójkę dzieci, ale byli rozdzieleni i on nie zamierzał wyjeżdżać. Wiekowo dzieci tego mżęzczyzny i babci nieco się różniły. Wyjścia jednak nie było, trzeba było podjąć ryzyko. Babcia zasuszyła chleb na drogę, zrobiła z niego suchary, szkapę zabrali sowieci, została jeszcze krówka, ktorej nie można było zostawić; metalowy krucyfiks po rozczłonkowaniu ukryła w woreczkach z mąką (stoi w mieszkaniu do dziś). Podróż trwała prawie miesiąc, pierwszeństwo miały transporty wojskowe, gdzieniegdzie tory były uszkodzone; najpierw kilkudniowy pobyt w Wilnie, później postój w Krakowie, w którym babcia nie chciała zostać, i na końcu przyjazd do Białegostoku, bo tu był już rodzony brat Floriana - Jan Szpak, no i Genowefa była przekonana, że ta granica to jest tylko tymczasowa, i łatwiej stąd będzie wracać do Adamowców. Rodzony brat babci - Władysław - nie chciał wyjeżdżać - twierdził, że tu była, jest i będzie Polska. Żywota dokonał w niewolnej Białoruskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej, w mieszkaniu na parterze w bloku w Mosarzu. Zdążyliśmy go jeszcze odwiedzić w 1988 r. Jeden z kuzynów nie chciał przystąpić do kołchozu i nie godził się na usunięcie wysokiego drewnianego krzyża sprzed domu, więc mu zaorano cały teren wokół domu, włącznie z drogą dojazdową, pod sam ganek.
W czasie podróży do nowej Polski, mama, babcia i brat mamy byli świadkami dramatycznej sceny na tej niby tymczasowej granicy, gdzie skośnoocy żołdacy rozdzielali dorosłą córkę ze starszą już matką, pewnie coś nie grało w dokumentach, i gdy kobiety nie pozwałały się rozłączyć, krasnoarmiejcy obili je kolbami karabinów, tak brutalnie, że z ich głów popłynęła krew wymieszana ze łzami. Ten obraz mama wspominała przez całe życie.
CDN
Z Adamowców przez Warszawę do Siedlec - wspomnienia (część 2)
Po 78 latach poszukiwań, 6 dni przed rocznicą śmierci, na pół roku przed śmiercią córki, która razem ze swoją matką tuż po wojnie, po przyjeździe do Białegostoku z Wileńszczyzny, poszukiwały zaginionego w czasie wojny męża i ojca, po nieprzypadkowym, ponieważ przypadki naprawdę nie istnieją, udało się ustalić datę i miejsce pochówku Floriana Szpaka. Baza straty.pl; bez większej nadziei wpisywałem dane dziadka, sprawdzałem ją już wcześniej wiele razy, ale przecież jest też aktualizowana i uzupełniana. Tym razem wyświetliło się jego imię i nazwisko, data i miejsce śmierci - 12 marca 1945, "żołnierz frontowy ze wschodu, zmarł w szpitalu w Siedlcach". Dowiedzieliśmy się o tym 6 marca 2023 r., w czasie, gdy mama jeszcze zmagała się ze zdradziecką chorobą; przed dniem swojego odejścia z tego świata 1 sierpnia 2023 r. zdążyła poznać datę i miejsce śmierci ojca. 2 maja 2023 r. pojechaliśmy na Cmentarz Janowski do Siedlec. Uprzejmy ksiądz z kancelarii cmentarza przekazał nam kopię fragmentu księgi metrykalnej z danymi dziadka. Miejsca pochówku już nie znaleźliśmy, ale przy starej kaplicy zauważyliśmy nagrobek ossarium, w którym złożono kości osób, których szczątki odnaleziono przy lokalizacji nowych grobów, i na nim zapaliliśmy znicze.
Florian urodził się w kwietniu 1902 r. we wsi Adamowce powiatu postawskiego w województwie wileńskim, syn Mojżesza i Józefy. Wedle rodzinnych opowieści przodek Szpaków, który osiedlił się w Adamowcach, miał być lekarzem w armii napoleńskiej, i w czasie odwrotu spod Moskwy osiadł w tym szlacheckim zaścianku Adamowiczów. Zachowały się po nim masywne, drewniane apteczne meble. W pobliżu Adamowców miała się też rozegrać bitwa w czasie kampanii napoleońskiej - w szczerym polu wznosił się usypany ludzką ręką kopiec, przez miejscową ludność zwany kurhanem. U jego podnóża gospodarze w czasie prac polowych wyorywali szczątki oręża i umundurowania - bagnety, szable, ostrogi, guziki. Nieopodal było też bagno, którego rdzawe wody jako żywo przypominały dzieciom krew. Mama jako mała dziewczynka skacząc po kępach trawy bała się, by jej stopa nie osunęła się do tej krwawej wody.
Na wzgórzu przy drodze do wsi rozlokował się też malowniczy wiejski cmentarzyk, z drewnianymi krzyżami i skromnymi piaszczystymi mogiłkami.
Florian był rolnikiem i cenionym w okolicy stolarzem. Dom, w którym zamieszkał z Genowefą z domu Bochan z Krukowszczyzny koło Mosarza (urodzoną w 1911 r.) miał zdobienia przez niego wykonane - zdobione misternie okiennice i krawędzie ścian. Po wojnie budynek ktoś sobie przeniósł do innej wsi, nie ktoś z rodziny, ale ktoś zupełnie obcy, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności.
W 1933 r. na świat przyszedł Oswald Szpak. W 1936 r. małożonkowie wraz z synkiem przenieśli się do Warszawy, mieszkali na Woli, przy ul. Towarowej 33, przy Placu Kazimierza Wielkiego, takie adresy widnieją w książeczce ubezpieczeniowej dziadka z z czasów międzywojnia. Na Wileńszczyznę powrócili w czerwcu 1939 r., a więc na chwilę przed wybuchem wojny. Gdyby zostali w Warszawie, niewykluczone, że podzeliliby los wielu innych mieszkańców Woli, na której mieszkali, i gdzie dziadek pracował w fabryce gumy. O losach babci w tym wojennym czasie pisałem w poście "Z Krukowszczyzny do Warszawy"
W domu w Adamowcach stała maszyna do gręplowania wełny, więc schodzili się doń liczni mieszkańcy wsi, którzy jesiennymi i zimowymi wieczorami snuli historie prawdziwe i opowieści jakby żywcem wyjęte z ballad Mickiewicza. Przez jakiś czas z gościny babci i dziadka korzystali pogorzelcy - matka i córka, imion i nazwisk już mi nieznanych, a także stara Łucja, której syn zginął śmiercią absurdalną - jako żołnierz, jadąc pociągiem, gdy piętrowe łóżko załamało się i śpiący nad nim towarzysz runął z deskami na młodzieńca. Mama będąc dzieckiem często opłakiwała los biednej, dobrej Łucji.
W czasie wojny w wyniku wymiany ognia między Niecami a partyzantami w okolicy Adamowców, zginęła dwudziestokilkuletnia kuzynka dziadka, postrzelona w głowę piękna ciemnowłosa dziewczyna o niebieskich oczach i jasnej karnacji.
7 lipca 1944 r. mężczyźni z tych terenów dostawali powołania do wojska, otrzymał je i Florian Szpak, i jego rodzony brat - Jan Szpak, i ich późniejszy znajomy już z wojska, pochodzący z okolic Brasławia - Alfons Pietuszko. Wysłano ich na przeszkolenie gdzieś do miejscowości Grochowieckijie Łagieria w ZSRR - możliwe, że to o niej właśnie mowa w tym poście Гороховецкий артиллерийский полигон Tam chciano ich przebrać w rosyjskie mundury, lecz mężczyzni z Wileńszczyzny wszczęli bunt, który powtórzyli, gdy próbowano im zabronić śpiewać "Kiedy ranne wstają zorze". O tym wiemy już od pana Pietuszko. W 1945 r. wysłano ich do Siedlec, tam w Mordach mieli składać przysięgę, po niej Jana Szpaka i Alfonsa Pietuszko na front nie wysłano, a skierowano do pracy w banku w Białymstoku w charakterze strażników, natomiast Florian Szpak, jako że miał chore nogi i nie mógł chodzić, został pod opieką gospodarza w miejscowości Mordy bądź w jednej z okolicznych wsi. Stamtąd już nie powrócił, ślad się po nim urwał. Babcia, po przyjeździe do Białegostoku w 1946 r. szukała męża za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża; sąd rejonowy w Białymstoku - w postanowieniu z 1947 r. - napisanym łamaną polszczyzną uznał dziadka za zmarłego w czasie forosowania Nysy Łużyckiej; Genowefa sama też pojechała do Mord, gdzie zatrzymała się u miejscowego kolejarza i jego rodziny, i próbowała zdobyć jakiekolwiek informacje o zaginionym Florianie. Niektórzy mieszkańcy mówili jej, że pamiętali wysokiego żołnierza o czarnych włosach i niebieskich oczach, który nie mógł się poruszać. Teraz już wiemy, że trafił do szpitala w Siedlcach, tam zmarł i na wniosek szpitala dnia 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach właśnie, o czym dowiedzieliśmy się 6 marca 2023 r., 6 dni przed 78 rocznicą śmierci na 6 miesięcy przed śmiercią mamy, a jego córki.
Siedlce, 2 maja 2023 r.
Florian urodził się w kwietniu 1902 r. we wsi Adamowce powiatu postawskiego w województwie wileńskim, syn Mojżesza i Józefy. Wedle rodzinnych opowieści przodek Szpaków, który osiedlił się w Adamowcach, miał być lekarzem w armii napoleńskiej, i w czasie odwrotu spod Moskwy osiadł w tym szlacheckim zaścianku Adamowiczów. Zachowały się po nim masywne, drewniane apteczne meble. W pobliżu Adamowców miała się też rozegrać bitwa w czasie kampanii napoleońskiej - w szczerym polu wznosił się usypany ludzką ręką kopiec, przez miejscową ludność zwany kurhanem. U jego podnóża gospodarze w czasie prac polowych wyorywali szczątki oręża i umundurowania - bagnety, szable, ostrogi, guziki. Nieopodal było też bagno, którego rdzawe wody jako żywo przypominały dzieciom krew. Mama jako mała dziewczynka skacząc po kępach trawy bała się, by jej stopa nie osunęła się do tej krwawej wody.
Na wzgórzu przy drodze do wsi rozlokował się też malowniczy wiejski cmentarzyk, z drewnianymi krzyżami i skromnymi piaszczystymi mogiłkami.
Florian był rolnikiem i cenionym w okolicy stolarzem. Dom, w którym zamieszkał z Genowefą z domu Bochan z Krukowszczyzny koło Mosarza (urodzoną w 1911 r.) miał zdobienia przez niego wykonane - zdobione misternie okiennice i krawędzie ścian. Po wojnie budynek ktoś sobie przeniósł do innej wsi, nie ktoś z rodziny, ale ktoś zupełnie obcy, bez pytania o zgodę, bez jakichkolwiek formalności.
W 1933 r. na świat przyszedł Oswald Szpak. W 1936 r. małożonkowie wraz z synkiem przenieśli się do Warszawy, mieszkali na Woli, przy ul. Towarowej 33, przy Placu Kazimierza Wielkiego, takie adresy widnieją w książeczce ubezpieczeniowej dziadka z z czasów międzywojnia. Na Wileńszczyznę powrócili w czerwcu 1939 r., a więc na chwilę przed wybuchem wojny. Gdyby zostali w Warszawie, niewykluczone, że podzeliliby los wielu innych mieszkańców Woli, na której mieszkali, i gdzie dziadek pracował w fabryce gumy. O losach babci w tym wojennym czasie pisałem w poście "Z Krukowszczyzny do Warszawy"
W domu w Adamowcach stała maszyna do gręplowania wełny, więc schodzili się doń liczni mieszkańcy wsi, którzy jesiennymi i zimowymi wieczorami snuli historie prawdziwe i opowieści jakby żywcem wyjęte z ballad Mickiewicza. Przez jakiś czas z gościny babci i dziadka korzystali pogorzelcy - matka i córka, imion i nazwisk już mi nieznanych, a także stara Łucja, której syn zginął śmiercią absurdalną - jako żołnierz, jadąc pociągiem, gdy piętrowe łóżko załamało się i śpiący nad nim towarzysz runął z deskami na młodzieńca. Mama będąc dzieckiem często opłakiwała los biednej, dobrej Łucji.
W czasie wojny w wyniku wymiany ognia między Niecami a partyzantami w okolicy Adamowców, zginęła dwudziestokilkuletnia kuzynka dziadka, postrzelona w głowę piękna ciemnowłosa dziewczyna o niebieskich oczach i jasnej karnacji.
7 lipca 1944 r. mężczyźni z tych terenów dostawali powołania do wojska, otrzymał je i Florian Szpak, i jego rodzony brat - Jan Szpak, i ich późniejszy znajomy już z wojska, pochodzący z okolic Brasławia - Alfons Pietuszko. Wysłano ich na przeszkolenie gdzieś do miejscowości Grochowieckijie Łagieria w ZSRR - możliwe, że to o niej właśnie mowa w tym poście Гороховецкий артиллерийский полигон Tam chciano ich przebrać w rosyjskie mundury, lecz mężczyzni z Wileńszczyzny wszczęli bunt, który powtórzyli, gdy próbowano im zabronić śpiewać "Kiedy ranne wstają zorze". O tym wiemy już od pana Pietuszko. W 1945 r. wysłano ich do Siedlec, tam w Mordach mieli składać przysięgę, po niej Jana Szpaka i Alfonsa Pietuszko na front nie wysłano, a skierowano do pracy w banku w Białymstoku w charakterze strażników, natomiast Florian Szpak, jako że miał chore nogi i nie mógł chodzić, został pod opieką gospodarza w miejscowości Mordy bądź w jednej z okolicznych wsi. Stamtąd już nie powrócił, ślad się po nim urwał. Babcia, po przyjeździe do Białegostoku w 1946 r. szukała męża za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża; sąd rejonowy w Białymstoku - w postanowieniu z 1947 r. - napisanym łamaną polszczyzną uznał dziadka za zmarłego w czasie forosowania Nysy Łużyckiej; Genowefa sama też pojechała do Mord, gdzie zatrzymała się u miejscowego kolejarza i jego rodziny, i próbowała zdobyć jakiekolwiek informacje o zaginionym Florianie. Niektórzy mieszkańcy mówili jej, że pamiętali wysokiego żołnierza o czarnych włosach i niebieskich oczach, który nie mógł się poruszać. Teraz już wiemy, że trafił do szpitala w Siedlcach, tam zmarł i na wniosek szpitala dnia 12 marca 1945 r. został pochowany na cmentarzu Janowskim w Siedlcach właśnie, o czym dowiedzieliśmy się 6 marca 2023 r., 6 dni przed 78 rocznicą śmierci na 6 miesięcy przed śmiercią mamy, a jego córki.
Siedlce, 2 maja 2023 r.
Z Krukowszczyzny do Warszawy - wspomnienia (część 1)
Krukowszczyzna, obecnie część Mosarza, rok 1918, na hiszpankę umierają Witalis i Emilia Bochanowie. Witalis miał wedle opowieści rodzinnych pełnić funkcję zarządcy w majątku Kaliksta Piłsudskiego w Mosarzu, a jak było w rzeczywistości nie sposób już dociec. To nie jest też nawet zanadto istotne. Osierocili kilkoro dzieci, w tym niepełonoletnią Genowefę i Władysława, i sporo starszego od nich Justyna. W 1920 r. w czasie marszu bolszewików na zachód, do domostwa Justyna przybiegł chłopiec z Mosarza i ostrzegł go o krasnoarmiejcach, wypytujących o niego w miasteczku i już zmierzających w stronę Krukowszczyzny. Ktoś zatem musiał donieść o bogatym gospodarzu, wrogu ludu i rewolucji, na dodatek polskiej narodowości. Niemal w ostatniej chwili Justyn dosiadł konia i drugą parą wrót w stodole uciekł niedoszłym opracowcom, którzy mieli już być na podwórzu. Czmychnał w stronę lasu, kilku konnych puściło się za nim w pościg, ale zniknął im z pola widzenia gdzieś w pobliskiej kniei. Okazały dom i wszystkie zabudowania zostały spalone przez rozwścieczonych żołdaków. Ktoś musiał donieść, ale ktoś musiał też Justyna cenić, skoro podobno niespełna dziesięcioletni chłopiec przybiegł z miasteczka, by ocalić mu życie.
Babcię czytania uczył dziadek z książeczki do nabożeństwa. Niestety mała Gienia nie nauczyła się pisać. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, by być dobrą matką i babcią, serdeczną i życiowo, prawidzwie ewanglicznie mądrą. Gdy w latach 1936 - 1939 znalazła się wraz z mężem - Florianem - w Warszawie, o jej edukację zadbała hrabina Zabiełło. Florian pracował w fabryce gumy na Woli, mieszkali na Towarowej 33, i gdzieś na Placu Kazimierza Wielkiego; w czerwcu 1939 r. wrócili na Wileńszczyznę, co im ocaliło życie, im i sześcioletniemu synkowi - Oswaldowi, i poczętej w Warszawie, ale oczekującej jeszcze swego przyjścia na świat - w dniu 30 stycznia 1940 r. - Florentynie. Najprawdopodbniej w pobliżu miejsca, w którym stała kamienica, w której mieszkali Gienia i Florian, stoi dziś Tablica pamiątkowa Tchorka przy ul. Towarowej 30 z napisem: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5–6 VIII 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób”. Być może i oni znaleźliby się wśród ofiar Rzezi Woli, gdyby w czas nie opuścili Warszawy. Nie bez powodu mama wiele razy opowiadała o śnie często ją nawiedzającym, w którym widziała Warszawę z lotu ptaka, mroczną, pełną ruin, złowrogą, wyludnioną, z unoszącymi się nad nią dymami. Ten sen przestał ją nękać, gdy w roku 2016 zamieszkała w Warszawie, i co symboliczne - żywota dokonała w szpitalu na Woli 17 sierpnia 2023 r., na Woli, na której została też poczęta. W latach 1936 - 1939, trzydziestokilkuletnia Gienia (rocznik 1911) dorywczo pracowała jako służąca w czasie przyjęć u hrabiny Zabiełło, która miała być dla niej dobra jak matka. Otrzymała elganckie ubranie, ale przede wszystkim serce, dobre, godne traktowanie, i jeszcze edukację, którą hrabina wobec biednej dziewczyny z Wileńszczyzny traktowała niemal jak misję. Babcia nigdy nie dowiedziała się jaki los spotkał hrabinę w czasie wojny i po jej zakończeniu, jej syn - Stanisław - był jeszcze w międzywojniu dyplomatą, córka lubiła podróże do Paryża; po wojnie Stanisław Zabiełło napisał książkę "O rząd i granice", ale informacji o losach hrabiny Zabiełło nie udało się uzyskać.
Zanim Genowefa trafiła do Warszawy, doświadczyła łaski i niełaski krewnych po przedwczesnej śmierci rodziców, a później dziadka, i do końca życia nie miała wielkiego nabożeństwa do rodziny, wielokrotnie powtarzała, że dużo więcej dobra doznała ze strony ludzi zupełnie jej obcych. Zawsze też bardziej chwaliła Warszawę niż Wilno. W Warszawie ludzie mili być bardziej otwarci, życzliwi i pomocni, Wilno pojawiało się w jej opowieściach przede wszystkim ze względu na Ostrą Bramę i Kalwarię Wileńską, do których pielgrzymowała.
Jeszcze jako dziewięcioletnia dziewczynka, Gienia z grupą innych dzieciaków z Krukowszczyzny i Mosarza wybiegła na drogę, by witać polskich ułanów, którzy przepędzili stąd barbarzyńskich okupantów ze wschodu. To wydarzenie zapadło jej głęboko w pamięć. Mama pytała babcię skąd wiedziała, że jest Polką. W okolicy, w której mieszkali Litwini, Białorusini, Żydzi, nawet Tatarzy w Murzach i zdaje się, że też w Rakowcach, kwestia narodowości nie była sprawą wcale taką oczywistą. Babcia na to odpowiadała, że mówił jej o tym dziadek, co uczył ją czytania z książeczki do nabożeństwa, w języku polskim oczywiście.
CDN
Babcię czytania uczył dziadek z książeczki do nabożeństwa. Niestety mała Gienia nie nauczyła się pisać. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, by być dobrą matką i babcią, serdeczną i życiowo, prawidzwie ewanglicznie mądrą. Gdy w latach 1936 - 1939 znalazła się wraz z mężem - Florianem - w Warszawie, o jej edukację zadbała hrabina Zabiełło. Florian pracował w fabryce gumy na Woli, mieszkali na Towarowej 33, i gdzieś na Placu Kazimierza Wielkiego; w czerwcu 1939 r. wrócili na Wileńszczyznę, co im ocaliło życie, im i sześcioletniemu synkowi - Oswaldowi, i poczętej w Warszawie, ale oczekującej jeszcze swego przyjścia na świat - w dniu 30 stycznia 1940 r. - Florentynie. Najprawdopodbniej w pobliżu miejsca, w którym stała kamienica, w której mieszkali Gienia i Florian, stoi dziś Tablica pamiątkowa Tchorka przy ul. Towarowej 30 z napisem: „Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5–6 VIII 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób”. Być może i oni znaleźliby się wśród ofiar Rzezi Woli, gdyby w czas nie opuścili Warszawy. Nie bez powodu mama wiele razy opowiadała o śnie często ją nawiedzającym, w którym widziała Warszawę z lotu ptaka, mroczną, pełną ruin, złowrogą, wyludnioną, z unoszącymi się nad nią dymami. Ten sen przestał ją nękać, gdy w roku 2016 zamieszkała w Warszawie, i co symboliczne - żywota dokonała w szpitalu na Woli 17 sierpnia 2023 r., na Woli, na której została też poczęta. W latach 1936 - 1939, trzydziestokilkuletnia Gienia (rocznik 1911) dorywczo pracowała jako służąca w czasie przyjęć u hrabiny Zabiełło, która miała być dla niej dobra jak matka. Otrzymała elganckie ubranie, ale przede wszystkim serce, dobre, godne traktowanie, i jeszcze edukację, którą hrabina wobec biednej dziewczyny z Wileńszczyzny traktowała niemal jak misję. Babcia nigdy nie dowiedziała się jaki los spotkał hrabinę w czasie wojny i po jej zakończeniu, jej syn - Stanisław - był jeszcze w międzywojniu dyplomatą, córka lubiła podróże do Paryża; po wojnie Stanisław Zabiełło napisał książkę "O rząd i granice", ale informacji o losach hrabiny Zabiełło nie udało się uzyskać.
Zanim Genowefa trafiła do Warszawy, doświadczyła łaski i niełaski krewnych po przedwczesnej śmierci rodziców, a później dziadka, i do końca życia nie miała wielkiego nabożeństwa do rodziny, wielokrotnie powtarzała, że dużo więcej dobra doznała ze strony ludzi zupełnie jej obcych. Zawsze też bardziej chwaliła Warszawę niż Wilno. W Warszawie ludzie mili być bardziej otwarci, życzliwi i pomocni, Wilno pojawiało się w jej opowieściach przede wszystkim ze względu na Ostrą Bramę i Kalwarię Wileńską, do których pielgrzymowała.
Jeszcze jako dziewięcioletnia dziewczynka, Gienia z grupą innych dzieciaków z Krukowszczyzny i Mosarza wybiegła na drogę, by witać polskich ułanów, którzy przepędzili stąd barbarzyńskich okupantów ze wschodu. To wydarzenie zapadło jej głęboko w pamięć. Mama pytała babcię skąd wiedziała, że jest Polką. W okolicy, w której mieszkali Litwini, Białorusini, Żydzi, nawet Tatarzy w Murzach i zdaje się, że też w Rakowcach, kwestia narodowości nie była sprawą wcale taką oczywistą. Babcia na to odpowiadała, że mówił jej o tym dziadek, co uczył ją czytania z książeczki do nabożeństwa, w języku polskim oczywiście.
CDN
poniedziałek, 8 stycznia 2024
River
Freely and softly I moved
from the south to the north
among lush green hills
in the bright space
and from the east side I had a brook
becoming slowly a stream
Green hills reaching to the horizon
in the gentle light
which source I was not able to see
A meandering road
And the stream turned into a river
aligning with the road
until the gently babbling crystal water
began to overflow onto its surface
And then I felt anxiety
even though fast moving and transparent river
was shallow enough
that I could easily cross it
A little further on, the river became wider
its current rushing, and the bank more clearly outlined
I was moving with water up to my knees
when a large mountain rose in front of me with a dark tunnel carved inside
To the vertical side of the mountain
a wooden house with large windows nestled
Tall hollyhocks in the garden
and among them a walking woman
with a gentle look
And on the opposite side - on the higher bank - a man staring at the river
leaning on the bike
He turned his head and said to me:
- Don't be afraid, the water is reaching only the ninth stone in the tunnel
pictures - Skieblewo village and Rubcowo village, Podlaskie Voivodeship
from the south to the north
among lush green hills
in the bright space
and from the east side I had a brook
becoming slowly a stream
Green hills reaching to the horizon
in the gentle light
which source I was not able to see
A meandering road
And the stream turned into a river
aligning with the road
until the gently babbling crystal water
began to overflow onto its surface
And then I felt anxiety
even though fast moving and transparent river
was shallow enough
that I could easily cross it
A little further on, the river became wider
its current rushing, and the bank more clearly outlined
I was moving with water up to my knees
when a large mountain rose in front of me with a dark tunnel carved inside
To the vertical side of the mountain
a wooden house with large windows nestled
Tall hollyhocks in the garden
and among them a walking woman
with a gentle look
And on the opposite side - on the higher bank - a man staring at the river
leaning on the bike
He turned his head and said to me:
- Don't be afraid, the water is reaching only the ninth stone in the tunnel
pictures - Skieblewo village and Rubcowo village, Podlaskie Voivodeship
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Poświęciłem się po raz kolejny, by obejrzeć między północą a 2 w nocy dwa ostatnie odcinki znakomitego rosyjskiego serialu "Idiota...
-
Leniwe, zimowe, niedzielne popołudnie, blade słońce świecące prosto w oczy, pola przykryte cienką już warstwą śniegu, a do tego sącząca się ...














