piątek, 16 lutego 2024

Wiara - wspomnienia (część 16)

Szczególne nabożeństwo do Matki Bożej Miłosierdzia, wiara przekazana przez mamę, prosta, pełna ufności, a jednocześnie częstej i głębokiej modlitwy, przeżycia niemal mistyczne, postrzeganie wszystkich zdarzeń prze pryzmat wiary, nieodłączne elementy codziennego życia.

Już po moim nawróceniu w 2011 roku, mama opowiedziała mi historię z początku lat 80-tych ubiegłego wieku, o wracającym uporczywie śnie, z którego po przebudzeniu się mama pamiętała jedynie głos, mówiący: "Zapamiętaj tę datę" i tu padał konkretny termin - rok, miesiąc, dzień. Z początku mama ten sen ignorowała, ale gdy zaczął powracać z dużą częstotliwością, któregoś poranka po obudzeniu się, pierwszą czynnością jaką wykonała było zapisanie na skrawku gazety tejże daty. Dopiero wówczas ów sen przestał się śnić. Pewnego dnia roku zdaje się 1980, gdy jak co dnia, zostałem pod opieką babci w mieszkaniu przy ul. Skłodowskiej 5, przed wyjściem na spacer do pobliskiego parku, albo na pieczonego kurczaka na gramażerki na ul. Skłodowskiej, babcia postanowiła przygotować śniadanie, przyszykowała rondelek napełniony mlekiem, już miała przekręcić kurek gazu, i w momencie, gdy zapalała zapałkę, upściła pudełko, zapałki rozyspały się po podłodze, a babcia upadła na nią z hukiem, ten dźwięk rozsypywanych zapałek i upadku na podłogę pamiętam do dziś, choć miałem wtedy zaledwie 4 lata. Telefony były wówczas zarezerwowane dla wybranych, a ja nie byłem w stanie wydostać się z mieszkania, by wezwać pomoc. To co się działo później, pamiętam z mamy opowieści. Babcia była przykryta kocykiem, a pod głową miała podłożoną poduszkę. Mama tego dnia, wracając z pracy, poczuła przynaglenie, by po drodze nie zachodzić do żadnych sklepów, tylko jak najszybciej, jak najkrótszą drogą wracać do domu. W zwyczaju miała odwiedzanie delikatesów na obecnej ulicy Suraskiej, były to czasy deficytów wszelkich towarów, pustych pułek w sklepach, więc za każdym razem, gdy mama wracała do domu odwiedzała delikatesy, Central, w nadziei, że może uda się dostać produkty, które pojawiały się nader rzadko. Tym razem, wewnętrzne przeczucie podpowiadało jej, by nie zachodziła do żadnego z tych sklepów, tylko wracała jak najszybciej do domu. Droga z pracy w banku przy Rynku Kościuszki do bloku przy Skłodowskiej nie była długa, można ją było pokonać nawet w pięć minut. Wróciwszy do domu i otworzywszy drzwi pierwszym, co Florentyna zobaczyła już w przedpokoju były moje wystraszone oczy i niedbale założone spodnie, a następnie usłyszała: "Mamusiu, ja babcię przykryłem kocykiem i podłożyłem pod głowę poduszkę". Czym prędzej swoje kroki skierowała do kuchni i zobaczyła leżącą na podłodze Genowefę. Nie zastanawiająć się ani chwili pobiegła do sąsiadki, która jako jedyna w całym bloku miała telefon, by wezwać pogotowie. Pogotowie przyjechało szybko, okazało się, że babcia miała wylew. Od tego dnia była częściowo sparaliżowana i już nie wyszyła z tej choroby, po niemal dwóch latach - 22 maja 1982 r. - w wieku 71 lat zmarła. Do tej przedwczesnej śmierci doprowadziły babcię noce spędzane na cmentarzu w Adamowcach, w stogach siana, pod które nad ranem podchodziła woda, gdy ukrywała się przed sowieckimi funkcjonariuszami nakazującymi przepisanie się na jakąkolwiek inną narodowość niż polska.

Gdy Florentyna nieco ochłonęła, uświadomiła sobie, że to jakże przykre, bolesne zdarzenie miało miejsce dokładnie w tym dniu, który nieokreślony głos - nie wiadomo czy męski, czy żeński - wielokrotnie zapowiadał w powtarzających się snach.

sobota, 3 lutego 2024

Z Sienkiewicza na ulicę Skłodowskiej - wspomnienia (część 15)

Życie w Białymstoku, najpierw w starych drewnianych domach, przeznaczonych już w zasadzie do rozbiórki, grożących w każdej chwili zawalenim, przy ulicy Fabrycznej, póżniej Sienkiewicza, przedszkole przy ulicy Złotej, szkoła podstawowa numer 5 - obecnie budynek NFZ przy Pałacowej, Technikum Ekonomiczne przy ulicy Warszawskiej - obecnie Wydział Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku, pierwsze przyjaźnie, wchodzenie w dorosłość poprzez pierwszą pracę jako sprzedawczyni w sklepie na rogu ulicy Lipowej i Przejazd mieszczącym się na parterze kamienicy z 1900 r., następnie w stacji krwiodawstwa przy ulicy Skłodowskiej. To właśnie w stacji krwiodawstwa, dyrektor - o nazwisku o ile dobrze pamiętam Chulpowski - przybyły po wojnie do Białegostoku z Wilna, i chyba z tego powodu darzący sympatią młodą dziewcznę z Adamowców z województwa wileńskiego, choć to około 180 km na północny wschód od Wilna, przekonał osiemnastoletnią dziewczynę do podjęcią studiów, tłumaczył, motywował i mimo tego, że miał do czynienia z upartą, niby pełnoletnią dziewczyną, to jednak w końcu odniósł sukces. Florentyna dostała się na Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Warszawskim - to będzie kolejny powrót do Warszawy. Jednym z kluczowych argumentów dyrektora Chulpowskiego miały być słowa: - Dziecko, musisz się jeszcze uczyć, masz dopiero osiemnaście lat, a w swoim życiu spotkasz niejednego wykształconego chama. Wyjazdy do Warszawy na wykłady, egzaminy, były ciekawym doświadczeniem, Florentyna lubiła Warszawę, w końcu była tam poczęta, po wojnie szukała z mamą kamienicy, w której jej rodzice i starszy braciszek mieszkali w latach 1936-1939. Ukończone studia oznaczały lepszą pracę, w bankowości, w czasach, gdy banki były jeszcze instytucjami zaufania publicznego, dbały o swoich pracowników, o ich rozwój, a otrzymywane wynagrodzenie zapewniało godne, choć skromne życie.

W 1968 r. Florcia z mamą przeprowadziły się z domu przy ulicy Sienkiewicza do mieszkania w nowo wybudowanym bloku przy ulicy Skłodowskiej 5 w Białymstoku. Owo mieszkanie było częściową rekompensatą za pozostawione tak zwane mienie zabużańskie, częściową, ponieważ uwzględniającą jedynie wartość domu, bez zabudowań gospodarczych, bez gruntów rolnych. Nieduże, dwupokojowe z kuchnią, na czwartym piętrze, z widokiem na ulicę z okien pokojów, a z okna w kuchni na horyzoncie widać było las Pietrasze, który tak bardzo lubiły kontemplować w słoneczne dni, gdy nie miały czasu na to, by wybrać się tam na spacer. Genowefa lubiła chodzić do pietraskiego lasu na maliny, jeżyny, grzyby. Urokliwy, tajemniczy las na górkach, z dominującym drzewostanem sosnowym, z pozostałościami dawnej strzelnicy, ale też i miejscem egzekucji głównie żydowskich mieszkańców miasta z lipca 1941 r., miejsce jakich wiele w Polsce, łączące grozę czasów wojennych ze zjawiskowym wręcz pięknem natury - smukłe sosny, żywiczny zapach, plątanina śćieżek, dróg, kilka źródełek, ze wzgórz na południowym krańcu lasu rozpościera się wspaniały widok na Białystok, a od strony północnej na Wasilków rozłożony w dolinie rzeki Supraśli, zwanej Supraślanką, a dalej na cudnej urody Puszczę Knyszyńską, łagodnie falujące rozległe północne krajobrazy, tak bardzo przypominające litewskie widoki czy Grodzieńszczyznę.

Na Skłodowskiej często odwiedziała Florentynę i Genowefę ich kuzynka z Wileńszczyzny, również repatriantka, zamieszkała na kolonii Baciuty. Raz zdarzyło się jej nocować i po nocy skarżyła się, że nie mogła spać, bo w nocy hałasowały przejeżdzające pod blokiem samochody, paliły się światła neonów, słychać było syreny karetek wiozących pacjentów do pobliskich szpitali, to zdecydowanie nie dla niej, żyjącej w ciszy i spokoju w drewnianej wiejskiej chatce, oddzielonej od najbliższej piaszczystej drogi łąką i zagajnikiem. Początki cioci Heleny i wujka Zenona w Baciutach nie były łatwe, dostał im się drewniany dom z zabudowaniami gospodarczymi po białoruskiej rodzinie, która po wojnie została przesiedlona na sowiecką Białoruś. Przez jakiś czas otrzymywali listy z pogróżkami, rzekomo od jego poprzednich właścicieli, że jeszcze tu wrócą i zrobią z nimi porządek. Czy autorami listu rzeczywiście byli poprzedni właściciele czy było to dzieło służb specjalnych peerelowskich lub sowieckich białoruskich, by zastraszyć, by skłócić grupy narodowościowe, utrzymywać przybyszów w stanie zagrożenia, tego się już pewnie nie dowiemy. Ciocia Helena wspominała też, że jadąc pociągiem z Wileńszczyzny do nowej Polski, gdzieś na stacji, na której stał ich pociąg, przy którym zatrzymał się pociąg jadący w przecwinym kierunku, pasażerowie z tego drugiego wykpiwali repatriantów wołając do nich: - Gdzie wy jedziecie? Do tej Polski? Do tych panów? Będziecie tam niewolnikami! Jakie były losy tych przesiedlonych z Polski do sowieckiej Białorusi, można się tylko domyślać.

CDN

piątek, 2 lutego 2024

Podróż do Polski - wspomnienia (część 14)

Gdy w 1946 roku sześcioletnia Florcia, trzynastoletni Oswaldek i trzydziestopięcioletnia Genowefa opuszczali Adamowce, na fałszywych dokumentach, nie mogli nawet przypuszczać, że już tu więcej nie wrócą. Babcia była przekonana, tak jak jej brat Władysław, że sowieci są tu tylko tymczasowo, że za niedługi czas, z mężem i dziećmi, będzie mogła wrócić do swojej rodzinnej wsi, przecież ledwie przed wybuchem wojny Florian wybudował nowy dom. Ta ucieczka była konieczna jedynie po to, by uchronić się przed wywózką w głąb ZSRR, ale ten okropny czas przecież wkrótce się skończy, i będzie można wrócić do tych malowniczych krajobrazów, krewnych, znajomych, przyjaciół, pójść na cmentarz na górce w Adamowcach, pojechać do kościoła w Udziale, do Mosarza, do Głębokiego, do Postaw, wyruszyć na pielgrzymkę do Kalwarii Wileńskiej. Florian jeszcze przed wojną często powtarzał, że dziewczynkę trzeba będzie posłać do szkół w Wilnie, a chłopaka, jako że był kręcony, trzeba będzie wyuczyć konkretnego fachu, może zostanie pomocnikiem Floriana w warsztacie stolarskim. Teraz Florian został powołany do wojska. Genowefa musiała być silna, zaradna i samodzielna. Przygotowała suchary na wyjadz, spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, krucyfiks schowała do woreczków z mąką, postanowiła zabrać krówkę, pięknego konia zabrali sowieci w zamian pozostawiając wychudzoną, wymizerowaną szkapinę. Koń był piękny, ale szalenie bał się pociągów, stojąc przed przejazdem, gdy przejeżdząła lokomotywa ze składem, narowił się, wierzgał, stawał dęba, i tylko Florian był w stanie nad nim zapanować.

Podróż pociągiem, bydlęcymi wagonami, ale do Polski. Genowefa rozumiała, że Polska - w jej ówczesnej opinii jedynie tymczasowo - jest gdzieś daleko, bliżej Warszawy, a w Polsce ludzie nie pozwolą człowiekowi umrzeć, Polska to nie Związek Radziecki. W tej nowej Polsce była już też część rodziny - rodzony brat Floriana - Jan, po zwolnieniu z wojska wiosną 1945 r. dostał skierowanie do służby jako strażnik w banku w Białymstoku, tam już były jego córki - Benedykta i Longina, żona - również Genowefa - zmarła jeszcze w czasie wojny w Admamowcach w wieku 45 lat i tam na wiejskim cmentarzyku została pochowana. Babcia była przekonana, że w tej nowej Polsce zawsze znajdzie się ktoś, kto jej pomoże, miała już dobre doświadczenia z czasu zamieszkiwania Warszawie w latach 1936 - 1939 . Decyzja zatem nie mogła być inna. Podróż trwała miesiąc, była pełna traumatycznych zdarzeń, pociąg trafił koniec końców do Krakowa, ale babcia mając na uwadze to, że brat jej męża mieszka w Białymstoku, uważała, że i ona z dziećmi powinna tam trafić, a też i z Białegostoku będzie dużo bliżej do Adamowców.

W Wilnie postój trwał dwa dni, z dworca było blisko do Ostrej Bramy, więc Genowefa wzięła za rączkę Florcię i poszły razem się pomodlić. Ostra Brama stała się jednym z najważniejszych miejsc w życiu mamy, do końca jej życia. Dlatego też tak bardzo lubiła odwiedzać białostocką katedrę, ze względu na kaplicę z obrazem Matki Bożej Ostrobramskiej, tam czuła się najlepiej, tam jej modlitwa była najgłębsza, tam odpoczywała, tam u Matki Boskiej się radziła, jej się zwierzała, powierzała wszelkie trudności, radości, swoją codzienność. Bardzo chciała zobaczyć replikę kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej w Skarżysku-Kamiennej, wybieraliśmy się tam i nie zdążyliśmy już doń dotrzeć. W białostockiej katedrze, modląc się któregoś lipcowego dnia 2016 r., przed obrazem Matki Bożej Miłosierdzia, prosząc o wszelkie łaski dla syna, przede wszystkim łaskę pracy, ale też i inne ważne, mama poczuła jakby świat wokół został wyłączony, widziała co prawda przesuwających się ludzi - grupę turystów, filary, obraz Matki Bożej, ławki, ołtarz, promienie słońca wpadające przez witraże, ale nie słyszała żadnych dźwięków, jakby wokół zaległa kompletna cisza, mimo, że ci przesuwający się ludzie poruszali ustami, ten świat wokół stał się jakby nierealny, i w pewnym momencie usłyszała łagodny kobiecy głos, trzykrotnie powtarzający - Trwajcie, trwajcie, trwajcie... To niemal mistyczne przeżycie trwało chwilę, po tych słowach otaczający świat "został włączony", słyszalne były głosy cichych rozmów, kroków, trzaskajace drzwi do katedry. Dwa miesiące później dostałem dobrą pracę. A siedem lat później mama odejdzie do Domu Pana, w Szpitalu Wolskim w Warszawie, na Woli, na której została też poczęta, i historia zatoczy koło.

piątek, 26 stycznia 2024

Codziennie życie w Adamowcach - wspomnienia (część 13)

Wspomnienia z dzieciństwa, o ile było ono rzeczywiście szczęśliwe, przeważnie pełne są słońca, żywych barw, cudownych wydarzeń, które niemal całkowicie przyćmiewają to co było przykre, bolesne, niosące cierpienia. Kilkuletnia dziewczynka, której wczesne dzieciństwo minęło w bliskości kochających rodziców, braciszka, dziewiczej natury, ludzi prostych i życzliwych, pomocnych, zwierzaków, którymi można się było opiekować - kaczuszek, kurczaczków, gąsek, owieczek, psiaków i kotków, w miejscu, do którego początkowo z rzadka dobiegały odgłosy toczącej się wojny, zapamiętała ten świat jako pełen światła i miłości. I w jej opowieściach, jeśli była to wiosna czy lato - to zawsze w bujnej zieleni, pachnące sadem i ogrodem, zbożami na polach, łąkowymi ziołami, zatopione w promieniach słońca. A jeśli zima, to tylko mroźna, śnieżna i też obowiązkowo słoneczna. Te wojenny odpryski, pojawią się później w opowieściach mamy dziecka, o kuzynce ojca - przypadkowej ofierze wymiany ognia między Niemcami a partyzantami; o innej kuzycne zabieranej na roboty do Niemiec i żołnierzu, który odwrócony plecami do rozgrywającej się dramatycznej sceny rozdzielania młodej dziewczyny od rodziców płakał i łkając mówił, że pochodzi ze Śląska i zostawił tam córkę w takim właśnie wieku. Ale to były opowieści o zdarzeniach, których dziecko nie widziało własnymi oczami. Prawdziwy lęk, prawdziwy ból, doświadczony bezpośrednio, pojawił się wraz z drugim przyjściem sowietów - Z Adamowców do Białegostoku - wspomnienia (część 3).

Ale zanim się to stało, to życie dziecka upływało na beztroskich zabawach z domowymi zwierzakami - noszeniu w durszlaku kaczuszek, gąsek, kurczaczków nad staw, chodzeniu z mamą na spacery pełne cudownych zdarzeń. Raz też Florcia spłatała niewinnie rodzicom i całej wiejskiej społeczności niemałego figla, zasypiając w dzień pod łóżkiem. W pewnym momencie, gdy rodzice zorientowali się, że dziewczynki nie ma w domu, nie ma na podwórzu, nie widać jej we wsi, wszczęli alarm, wszyscy przebywający w tym czasie w Adamowcach udali się na poszukiwania dziecka. Dopiero po upływie dłuższego czasu, niezawodny piesek - Misiek - odkrył Florcię śpiącą pod łóżkiem. Wielką radością było dla dziewczynki pojawienie się na pewien czas nowego domownika - małej owieczki, której mama urodziwszy zwierzątko, zachorowała i nie miała mleka, by ją karmić, wówczas owieczka została przygarnięta do domu, a w rolę jej mamy wcieliła się mama Florci - Genowefa - karmiąc zwierzątko mlekiem z butelki ze smokiem. To jeden z najcudowniejszych obrazków z dzieciństwa, jakie Florcia zapamiętała. Były też jednak zdarzenia budzące grozę, jak wyprawa bryczką, w czasie której dziewczynka o mały włos nie straciła palca, a może nawet życia, gdy upadek z rozpędzonego wozu skutkował wkręceniem dłoni w koło i w końcu wpadnięciem do płynącego przed wsią strumienia. Ślad po tym wypadku w postaci wyraźnie zniekształconego palca wskazującego pozostał Florentynie do końca życia.

Ten strumień, a właściwie rzeczka, w której wylądowała Florcia nosi nazwę Marchwa, w języku białoruskim - Margwa, i co jest najciekawsze jest hydronimem pochodzącym z języka fińskiego. Czy w dawnych czasach mieszkały tu plemiona ugrofińskie? Niedaleko stąd mamy już Łotwę, a ziemie łotewskie były początkowo zamieszkałe przez plemiona ugrofińskie - Estów, Kurów, Liwów - jak podaje w swojej pracy "Problematyka narodowościowa Łotwy" Piotr Eberhardt. Kto wie, może część z nich dotarła i w tę okolicę? Z Adamowców do granicy łotewskiej w okolicach Drui, w prostej linii, jest około 80 kilometrów. To nie tak znowuż daleko.

Po przejściu przez te ziemie frontu, kiedy mężczyźni zostali powołani do wojska, do II Armii Wojska Polskiego, we wsi pojawił się wraz z rodziną tajemniczy mężczyzna o imieniu Serafin, który zamieszkał albo kątem u kogoś, albo w jakimś opuszczonym już domu. Najprawdopodobniej udawał człowieka szalonego, owijał się w nocy prześcieradłem i w takim stroju biegał po wsi. Mieszkańcom zaczęły też w niewyjaśnionych okolicznościach znikać kury i inne ptactwo. Genowefa zauważyła któregoś razu brak jednej kury. O sprawstwo podejrzewano bardziej Serafina niż lisy. Tym bardziej, że jednego razu Serafin powiedział babci: - Jeśli ktoś ją (zagnionią kurę) zabrał i zjadł, to niech mu to tylko wyjdzie na zdrowie. Dorośli uważali, że ów Serafin został nasłany do wsi przez Rosjan na przeszpiegi. Miejscowa ludność jeszcze nie wiedziała, że znajdzie się na długie lata w granicach ZSRR - tak jak brat babci - Władysław - był święcie przekonany, że tu była, jest i będzie Polska, myślało wielu mieszkańców tych ziem, a ich los w rzeczywistości został już dawno przypieczętowany, bo w grudniu 1943 r. na Konferencji w Teheranie . Rosjanie zapewne chcieli mieć rozeznanie jakie są nastroje wśród mieszkańców, kto ma jakie przekonania, czym się zajmuje, czym się zajmował wcześniej, czy nie wspierał i nie wspiera polskiego podziemia, czy nie jest wrogiem ludu, nowej władzy, kułakiem. Ktoś w końcu musiał donieść nowym władzom o tym, że dziadek Florian ubrany w elegancki garnitur przyjeżdżał do kościoła wraz z rodziną bryczką, a zapewne też o tym, że przed wojną mieszkał i pracował przez 3 lata w Warszawie. To były wystarczające powody, by babcia Genowefa ze swoimi dziećmi znalazła się na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR.

CDN

środa, 24 stycznia 2024

Kalwaria Wileńska, Ostra Brama, wileńskie pielgrzymowanie - wspomnienia (część 12)

To co najbardziej przyciągało babcię babcię do Wilna, to bez wątpienia Ostra Brama i Kalwaria Wileńska. O samym mieście babcia nie miała dobrego zdania, ostatecznie w 1936 r. razem ze swoim mężem wybrała Warszawę jako miejsce, w którym oboje podjęli pracę. I te opowieści o otwartości, życzliwości mieszkańców Warszawy były częstym motywem w babci wspomnieniach. Natomiast kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Kalwarii Wileńskiej, położonej nie tak znowuż daleko od centrum miasta, otoczonej jeszcze nie najgorzej wyglądającymi blokowiskami, rozłożonymi na nasłonecznionych pagórkach, poczułem się tak, jakbym się przeniósł w czasie. Smukłe sosny, wzgórza, strumyki, górki i doliny, piaszczyste ścieżki, zmieniły się zapewne nieznacznie od czasów, gdy babcia wraz z innymi pielgrzymami przemierzała te ścieżki od stacji do stacji Drogi Krzyżowej. Gdyby nie kilka modernistycznych budynków sanatoryjnych, które rozlokowały się wzgórzach, można byłoby rzeczywiście mieć wrażenie, że znaleźliśmy się gdzieś w okresie międzywojennym. Stąpanie po tych samych ścieżkach, którymi przed niemal stu laty kroczyła babcia, dawało mi poczucie obcowania ze światem już dawno minionym, ale takim bardzo moim. Są miejsca, w których będąc po raz pierwszy, mamy nieodparte wrażenie, jakbyśmy byli u siebie, w domu. Sosnowe pnie w świetle zachodzącego słońca przybierają bursztynową barwę. Mijamy fundamenty wysadzonej w powietrze stacji Drogi Krzyżowej, częściowo na jej miejscu został wzniesiony budynek sanatoryjny, na rozłożystej sośnie rosnącej nieopodal, której konary w pewnym miejscu rozchodzą się niemal pod kątem prostym, tworząc naturalny krzyż, ktoś zawiesił drewnianą figurę ukrzyżowanego Jezusa. Nie wszystkie stacje zostały odbudowane. Komunistyczne władze często znaczyły swoją obecność niszcząc obiekty sakralne, zamieniając je w magazyny, czy na przykład jak w wileńskiej cerkwi Św. Trójcy urządzając eksperymenty polegające na sprawdzaniu mocy ładunków wybuchowych, albo zamieniając klasztor i kościół wizytek na więzienie. Przykłady takie można byłoby mnożyć bez końca, nie tylko w Wilnie. Obfitość ścieżek, zachęcających do wypróbowania każdej z nich nie ułatwia poruszania się po Kalwarii. To za każdym razem mogłaby być wyprawa na cały dzień. Kiedy wędruję plątaniną tych naturalnych dróżek, towarzyszy mi przekonanie, że patrzę te same krajobrazy, i widzę je w taki sam sposób jak widziała je babcia, i jednocześnie mam poczucie niemal fizycznej jej obecności w tych urokliwych miejscach.

Zastanawia mnie też na ile możliwe było to, że drogi babci i św. Fustyny - w czasie jej pobytu w Wilnie w latach 1933-1936 - gdzieś się skrzyżowały. Wierzę natomiast w to, że na pewno krzyżują się w Niebie. Kult Miłosierdzia Bożego zatwierdzony został dużo później. Wszelkie zakazy z nim związane nałożone przez Stolicę Apostolską w roku 1959, zostały zdjęte dopiero w roku 1978, na cztery lata przed śmiercią babci. Nie wiem też na ile mogły się krzyżować drogi babci i ks. Michała Sopoćki w Wilnie, ale w Białymstoku babcia i mama mieszkając przy Fabrycznej i później Sienkiewicza miały okazję nie raz spotkać tego pokornego duchownego, spowiednika św. Faustyny z czasów wileńskich, który po wojnie również osiadł w Białymstoku przy pobliskiej ulicy Złotej, w drewnianym domu, istniejącym po dziś dzień. A na dodatek mama uczęszczała do przedszkola, mieszczącego się na parterze w kamienicy niemal naprzeciw owego piętrowego drewnianego domu - ta kamienica również zachowała się do obecnych czasów.

Matka Boża Miłosierdzia z Ostrej Bramy była bez wątpienia matką liczncyh mieszkańców Wileńszczyzny, zapewne nie tylko wyznania katolickiego. Mała Florcia pytała mamę ile tak naprawdę jest Matek Boskich, bo to i wileńska z Ostrej Bramy, i Częstochowska, i warszawska Matka Boża Łaskawa, na co Genowefa z wyrozumiałym uśmiechem odpowiadała, że jest tylko jedna. Babcia po raz ostatni widziała Matkę Boską Ostrobramską w 1946 r., gdy, na fałszywych dokumentach, z dwójką dzieci wyruszyła w daleką podróż, tak naprawdę w nieznane, bo jeszcze wtedy nie wiedziała, gdzie osiądzie na stałe. W Wilnie rodzina miała dwudniowy postój na dworcu, skąd jest już niedaleko do Ostrej Bramy. To właśnie wtedy, wziąwszy córeczkę za rękę, udała się do kaplicy w Bramie Wschodniej (lit. Aušros Vartai), nie przypuszczając nawet, że zobaczy ją po raz ostatni, i że będzie to tak naprawdę pożegnanie. Florentyna z Matką Boską faktycznie pożegna się w październiku 2021 r., także nie zakładając, że będzie to już jej ostatnie wileńskie spotkanie. Kolejna wizyta została zaplanowana na jesień 2023 r., ale tego spotkania mama już nie doczekała.

poniedziałek, 22 stycznia 2024

Codzienne życie w Adamowcach - wspomnienia (część 11)

Z rodzinnej wsi Florcia zapamiętała też zimowe wyjścia do tak zwanej bani, która rozlokowała się na drugim końcu miejscowości. Szczelnie opatulona przez mamę szła razem z nią zaśnieżoną drogą, wieczorem przy rozgwieżdżonym niebie i blasku księżyca do tej wiejskiej sauny. Po kąpieli, mama wyjątkowo uważnie sprawdzała czy dziewczynka jest dobrze zabezpieczona przed chłodem, owinięta szalikiem pod same oczy, w ciepłym futerku, w czapce nasuniętej prawie na oczy, tak że wystawały tylko źrenice, by widzić drogę powrotną do domu. I szybkim krokiem za rękę z mamą powrót do ciepłego domu!

Nie mam pojęcia co to może być za historia, ale mama wspominała wizytę w udzialskim kościele "litewskiego wojska", zapewne jakiegoś oddziału, który uczestniczył we mszy i w języku polskim żołnierze śpiewali religijne pieśni - msze odbywały się w języku polskim. Wydarzyło się to w czasie okupacji niemieckiej. Czy mógł być to oddział litewskich szaulisów? Szaulisi, inaczej Związek Strzelców Litewskich, w latach 1941-1944 współpracowali z Niemcami, brali udział w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami AK i sowieckimi? Być może został tu oddelegowany do walki z partyzantami właśnie? Tego już się pewnie nie dowiemy.

W czasie okupacji niemieckiej w lokalnej administracji pracowali również Litwini. I tu, jak wynika z opowieści babci, miał być zatrudniony Litwin o imieniu Stanisław, zwany Staszkiem. Młody mężczyzna władał biegle językiem polskim, i był życzliwie nastawiony wobec miejscowej ludności, niezależnie od jej pochodzenia. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Genowefy i Floriana krówkę, dzięki wsparciu Staszka, udało się ją odzyskać. Podobno można było z nim załatwić każdą sprawę, całkowicie bezinteresownie.

sobota, 20 stycznia 2024

Codziennie życie w Adamowcach - wspomnienia (część 10)

Florcia urodziłą się 31 stycznia 1940 r. w Adamowcach, powiecie postawskim województwa wileńskiego, choć w dokumentach widnieje data 30 stycznia 1940 r. Została ochrzczona w lutym w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętejszej Maryi Panny w Udziale. Teraz jest on - jak wynika z dostępnych w sieci zdjęć - pięknie odnowiony i zdaje się, że administrowany przez ojców franciszkanów. W roku 1989 świątynia została zwrócona katolikom - po jej odebraniu w roku 1948 i zamienieniu na magazyn. Z wyprawy w roku 1988 pamiętam, że przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy - zniszczony, odrpany, niemal jak ruina. Nie zatrzymywaliśmy się przy nim, zdążaliśmy wtedy do Władysława - brata babci w Mosarzu i kuzynki Józi mieszkającej w urokliwym drewnianym domu z bujnym ogrodem przy rynku naprzeciw mosarskiego kościoła św. Anny.

O tym kościele w Udziale mama opowiadała historię z czasów tuż po wkroczeniu sowietów na te tereny w roku 1944. Jakiś lokalny bądź przywieziony z głębi ZSRR komunistyczny czynownik postanowił zdjąć krzyż czy ze szczytu tympanonu samego kościoła czy z dzwonnicy, i gdy wspiął się po drabinie, by dokonać tego zamachu, zsunął się z niej i spadł na ziemię. Podobną historię słszałem w sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Świętej Wodzie niedaleko Białegostoku - tu czerwonoarmista wdrapał się na wieżyczkę chcąc zdemontować krzyż, spadł z niedużej w sumie wysokości i upadku tego nie przeżył.

W drewnianym domu w Adamwocach, wybudowanym na początku lat 30-tych ubiegłego wieku przez dziadka Floriana, z misternie wykonanymi przez niego zdobieniami okiennic, krawędzi ścian, zdobień nad i podokiennych, stała maszyna do gręplowania wełny. Korzystali z niej mieszkańcy Adamowców i okolicznych wsi - Rakowce, Murzy. Jesiennymi i zimowymi wieczorami spotykały się przede wszystkim kobiety i snuły długie opowieści, w swoich nastroju przypominające ballady Mickiewicza. A to o słszanym w nocy płaczu dziecka gdzieś przy leśnej drodze. Podróżni wracający wieczorami lub w nocy do wsi, w tym samym miejscu wyraźnie słyszeli płacz dziecka, mimo że w pobliżu nikogo nie było. W końcu powiadomiono o tym księdza z udzialskiej najpewniej parafii, który przyjechawszy na miejsce uznał, że pochowano tu nieochrzczone dziecko. Dokonał więc obrzędu wypowiadając słowa: - "Jak pan niech będzie Jan, jak panna niech będzie Anna". I od tej pory płacz ustał.

Inna opowieść dotyczyła pobliskiego jeziora, w którym zimą miał utonąć orszak weselny. Weselnicy zmierzający z kościoła na zabawę, postanowili skrócić sobie drogę i przejechać przez zamarznięte jezioro. Niestety, lód pod saniami się załamał i wszyscy mieli utonąć. Zimowymi nocami z głębi jeziora wydobywały się odgłosy dzwonków sań, śmiechy, nawoływania.

Przed wsią na niewielkim wzgórzu rozłożył się mały wiejski cmentarzyk. Tu był pochowany pradziadek Mojżesz i prababcia Józefa. Adamowce były niewielką wsią, zaściankiem, w którym mieszkały można tak to określić dwa rody - Adamowiczów i Szpaków. W pobliżu górki z cmentarzem, porośniętej drzewami, znajdował się nieduży staw, do którego przychodziła mała Florcia ze swoimi pierzastymi przyjaciółmi. Ulubionym dziewczynki zajęciem było noszenie w durszlaku kurczaczków, kaczuszek i gąsek, puchatych i chodzących za nią krok w krok, traktujących dziewczynkę niemal jak swoją mamę. By zapobiec jakiemuś nieszczęściu mama Florci zawieszała ów durszlak wyżej, ale zaradne dziecko przystawiało sobie do ściany stołeczek, wspinało się na palcach, wyciągało ramię w górę i zdejmowało to nosidełko dla swoich pierzastych podopiecznych, zbierało doń pisklęta i udawało się nad wspomniany staw.

Dziadek Florian był cenionym we wsi stolarzem, wykonywał ławy, krzesła, stołki, i wszystko co niezbędne, a możliwe do wykonania z drewna, miał swój warsztat przy domu, a oprócz tego zajmował się gospodarstwem. W pracach polowych pomagała mu żona Genowefa, która zajmowała się również codziennymi pracami domowymi, gotowaniem obiadów, robieniem przetworów, i opiekowała się dwójką dzieci - Florcią i Oswaldkiem, przy czym Oswaldek jako starszy od Florci o 7 lat wymagał mniejszej uwagi. Ich wiernym towarzyszem był równiez piesek, który się wabił Misiek, i z daleka do złudzenia przyominał lisa, często zresztą był przez sąsiadów brany za liska, gdy biegał gdzieś po okolicznych polach, przede wszystkim za jego ulubionym gospodarzem - Oswaldkiem. Niestety, którejś zimowej nocy, nie zdążył schronić się przez wykonaną specjalnie dla niego dziurę w drzwiach, i został pożarty przez wilki, później na polu ktoś widział jedynie pozostałe po nim łapy.

Co niezwykle istotne, wspierano się wówczas niezależnie od więzów krwi. Mama opowiadała, że przez pewien czas w ich domu mieszkali pogorzelcy z Rakowców, którzy nie byli ich krewnymi. Matka i jej dorosła już córka, która chcąc się odwdzięczyć za udzlelenie im schronienia, szyła sukienki i inne ubrania, a Florci uszyła lalkę, z którą mała dziewczynka przyjechała do Białegostoku. Rakowce były wsią, która leżała przy ważnym trakcie i podobno przy okazji każdej wojny wieś płonęła. Innym razem zamieszkała pod dachem Floriana i Genowefy biedna starsza Łucja, której syn zginął wyjątkowo absurdalną śmiercią - będąc żołnierzem, spał w wagonie na dolnym poziomie piętrowego łóżka, zaś deski, na których wyżej spał jego towarzysz podróży, załamały się i runął on razem z nimi na niczego niespodziewającego się syna Łucji, w ten sposób go uśmiercając. Mała Florcia długo płakałą nad nieszczęściem biednej Łucji.

Florcia często towarzyszyła swojej mamie w wędrówkach do pobliskich wsi, miasteczek, czy przy pracy w polu. Gdzieś przy drodze w Adamowcach leżał ogromny głaz i gdy dziewczynka się do niego zbliżała jej oczom ukazyywało się siedzące na kamieniu uśmiechnięte dziecko, w niebieskiej jakby sukience, z blond włosami, które jej się uważnie przyglądało. Gdy zaś z owym kamieniem się zrównywała, ten obraz znikał, by za chwilę - po minięciu głazu - pojawić się znowu. I owo siedzące na nim dziecko wodziło przyjaznym wzrokiem za małą Florcią. Ów widok powtarzał się za każdym razem, gdy Florcia z mamą przechodziły obok wspomnianego kamienia.

W czasie działań wojennych, w roku 1944, mieszkańcy wsi chronili się przed ostrzałem w ziemiankach w pobliżu cmentarza. Wówczas nikt nie zginął, ale ofiarą wojenną zabłąkanej kuli w czasie potyczki Niemców z oddziałem partyzanckim stała się kuzynka Floriana - śliczna dwudziestoletnia dziewczyna trafiona w głowę w czasie powrotu do wsi. O tuż powojennych losach babci Genowefy, dziadka Floriana oraz ich dzieci pisałem w tych dwóch postach:

Z Adamowców przez Warszawę do Siedlec - wspomnienia (część 2)

Z Adamowców do Białegostoku - wspomnienia (część 3)

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...