czwartek, 23 września 2010

Emila Plater - białoruska Joanna d'Arc? O tolerancji słów kilka

Dzisiejsze białoruskie "Wiestki" publikują artykuł pod tytułem "Białoruska Joanna d'Arc (1806 - 1831), o Emilii Plater. Tymczasem, w rzeczywistości nie jest to białoruska Joanna Dark, ale litewska, w dawnym rozumieniu tego słowa. Zresztą, żeby się nie czepiać, to gdzieś dalej w tekście pojawia się informacja, że Emilia Plater była Litwinką. Nie wiem jedynie do końca jaki jest w tym kontekście sens tego określenia, istnieją bowiem na Białorusi środowiska, które spuściznę dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, chciałyby utożsamić jedynie z białoruskością, a tak się nie da, tak jak też nie sposób utożsamić jej ze polskością czy współczesną litewskością. Jest to też poza tym niezbyt rozsądne i zupełnie niepotrzbne. A co tak naprawdę miałaby oznaczac owa "litewskość" Emilii Plater? Otóż ród Platerów wywodził swoje korzenie ze szlachty niemieckiej, która osiedliła się w Inflantach jeszcze za czasów, gdy władał nimi Zakon Kawalerów Mieczowych, z czasem rody owe polonizowały się, ale utożsamiały się z Litwą, tak jak z Litwą utożsamiał się Adam Mickiewicz. I te wszystkie wzajemne próby wydarcia sobie Mickiewicza przez Polaków, Litwinów i Białorusinów są tyleż zabawne, co niemądre. Rozpatrywanie dawnych określeń Litwin, Polak, Białorusin, z dzisiejszej etnicznej perspektywy ma się do ówczesnego kontekstu kulturowego nijak, i sprawia wrażenie uzurpacji rozhisteryzowanych środowisk czy to po polskiej, czy po litewskiej, czy białoruskiej stronie. Te etniczne kryteria nie mogą mieć żadnego zastosowania do ówczesnej sytuacji. No bo w jaki sposób można Emilię Plater nazwać Białorusinką, Litwinką czy Polką, skoro ta miała niemieckie korzenie? Pozostaje jeszcze kwestia wyboru, ale czy ona sama określiłaby siebie, jako Białorusinkę, Polkę czy Litwinkę w dzisiejszym rozumieniu tych słów? Z pewnością nazwałaby siebie Litiwnką, ale w takim właśnie znaczeniu, jakie słowu Litwa nadawał Mickiewicz choćby w Inwokacji.

Zabawne są te wszystkie próby zawłaszczania, wyrywania sobie dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, szalenie infantylne i do niczego dobrego prowadzić nie mogą. Trudno tu na obecnych wschodnich terneach RP, czy na dawnych kresach RP, które tworzą współczesną Białoruś czy Litwę mówić o jakiejś jedności, jednorodoności etnicznej, skoro niemal każda rodzina może poszczycić się polskimi, litewskimi, białoruskimi, a niekiedy niemieckimi, karaimskimi, rosyjskimi czy tatarskimi korzeniami. Sam wśród swoich przodków bez trudu znajduję Białorusinów, Litwinów, i prawdopodobnie Tatarów, którzy przyjęli katolicyzm. I te wszystkie brednie o tolerancji nie są mi do niczego potrzebne, tolerancja oznacza znoszenie tego, co nam przyjemności nie sprawia, co nas inrytuje, drażni, boli, a ta litewska różnorodnosć była i jest stanem naturalnym, w którym nikt nikogo znosić, tolerować nie musi, skoro ma się w jednej rodzinie tyle nacji, tyle wyznań, to traktujemy to, jako coś organicznego, integralnego, a nie coś co należałoby ledwie tolerować. Tolerancję zostawmy tym, którzy plotą androny o jednorodności etnicznej, narodowej czy religijnej.

niedziela, 19 września 2010

Dobrzyniówka, niedzielene popołudnie

Około 30 km na północ od Białegostoku, w stronę Korycina, wystarczy przejechać urokliwą Puszczę Knyszyńską, by znaleźć się w urokliwej Dobrzyniówce. Chłodne, ale słoneczne niedzielnie popołudnie, w radiu Sting i utwory U2 wykonywane przez nieznane mi wokalistki, i brzmiące dużo ciekawiej niż wersje oryginalne, grane w Trójce przez Marcina Kydryńskiego, jak zwykle melancholijnie, jesiennie i jednocześnie radośnie. Postój jak zwykle na piaskowej drodze z Dobrzyniówki do Czarnegostoku, przy kilkumetrowym zmurszałym krzyżu na łaodnym wzgórzu, naprzeciw pole kukurydzy, w kotlince czerwieniejące dachy gospodarstwa. Od strony zachodniej opuszczone, niszczejące zabudowania nieistniejącego już pegieeru, z pootwieranymi na oścież drewnianymi drzwiami, puste oczodoły okien, ściany z daleka co prawda jeszcze bieleją, a dopiero z bliska widać odrapane tynki, pordzewiałe siatki, dziurawe dachy.

Jesienne słońce świeci prosto w twarz. Z nieodległej Jasnionówki dobiega nieco przytłumiony dźwięk kościelnych dzwonów.
W średniowieczu okolice Dobrzyniówki zamieszkiwali prawdopodobnie Jaćwingowie, później krzyżowały się tu wpływy Słowian wschodnich, zachodnich i Litwinów.

Wieś tworzy ledwie kilkanaście gospodarstw, w tym kilka nowoczesnych, nawet gustownych domów. Wokół łagodne wzgórza, sosnowe i brzozowe zagajniki, kilka zmurszałych krzyży i co najmniej dwa tajemnicze miejsca. Jedno przy piaskowej drodze do Czarnegostoku - wśród szczerych pól owocowe drzewo (z daleka trudno ocenić jego gatunek) otoczone, jakby ułożonymi ludzką ręką kamieniami tworzącymi niezbyt regularny krąg. Trudno się do niego dostać z jakiejkolwiek strony, zimą dojście utrudniają śnieżne zaspy, latem łany pszenicy, a teraz bruzdy zaoranej ziemi. Można odnieść wrażezenie, iż jest to kurhan, być może choleryczny cmentarz, lub cmentarz z czasów wojny - być może z czasów potopu szwedzkiego, wojny północnej albo I wojny światowej. Zastanawiać musi to, że nikt jeszcze tego skrawka ziemi nie zagospodarował, nie zaorał, drzewa nie wyciął, kamieni nie usunął, by powiększyć pole.

Drugie tajemnicze miejsce znajduje się przed wsią od strony trasy augustowskiej. Żeliwny krzyż na kamiennym postumencie, ustawiony nie bezpośrednio przy drodze, nie na rozstaju dróg, ale niemal na samym środku uprawnego pola. Zimą, kiedy jeszcze nie było śniegu, udało mi się do niego podejść, ale inskrypcje wygrawerowane w kamieniu były całkowice zatarte.


niedziela, 12 września 2010

Promujemy miasto

Około dwóch tygodni temu, audycja w pierwszym programie Polskiego Radia, poświęcona promocji Białegostoku. Wśród zaproszonych gości dyrektor Centrum im. Ludwika Zamenhofa, redaktor naczelny romskiego pisma "Rrom po drom", plus jeszcze jedna osoba z urzędu miasta. Przedstawiciele naprawdę zacnych instytucji. Centrum im. Ludwika Zamenhofa jest jedną z najnowocześniejszych placówek muzealno-edukacyjno-kulturalnych w Białymstoku. Stanisław Stankiewicz realnie angażuje się w rozwój i propagowanie kultury romskiej w Polsce. Pozostałe osoby nie były mi już jednak znane.

Kilka rzeczy jednak zaskoczyło mnie w owej debacie. Po pierwsze, odniosłem wrażenie, że rozmówcy z Białegostoku nie dostrzegali wartości drewnianej architektury miasta. Dyrektor Centrum im. Ludwika Zamenhofa nie widzi sensu w prowadzaniu turystów do miejsc, w których urodzili się znani białostocczanie, by pokazywać je w takim stanie, w jakim były pierwotnie, tj. właściwym dla danej epoki. Drewniane domki, brukowane ulice, drewniane płoty, ogrody. Rzecz zupełnie niepojęta. To nie to z czego miasto miałoby być dumne. Rozumiem intencje dyrektora, chcemy wszak pokazać, że Białystok to miasto nowoczesne. Miasto kultury, miasto nowczesnej architektury, miasto przyjazne wobec gości z Polski i z zagranicy. I owszem jest się czym pochwalić, nowoczesnej architektury nie mamy co prawda w nadmiarze, ale jest kilka obiektów, które zwracają uwagę, i których absolutnie nie musimy się wstydzić. Nowo powstający gmach opery, obecna filharmonia, budynek biblioteki unwiersyteckiej, biurowiec przy cerkwi św. Mikołaja, w którym rozlokowały się białostockie gazety, kilka współczesnych kościołów, cerkwi, zmodernizowany plac ratuszowy. Słowem jest, co gościom pokazywać. Tylko kompletnie nie rozumiem tej alternatywy albo jedno, albo drugie. Przecież można pogodzić nowoczesność z ową "wiejskością" Białegostoku, z domkami, ogrodami, brukowanymi uliczkami. Tego roku w Estonii zauważyłem, jaki atut ze swojej drewnianej architektury uczyniły takie miasta jak Tallin czy Tartu. Z dzielnic drewnianych domków parterowych, piętrowych, uczyniono atrakcje turystyczne, które zostały opisane w przewodnikach, i które odwiedzają wcale niemałe grupy turystów. Na zwiedzenie takiej dzielnicy w Tartu trzeba poświęcić pół dnia. U nas w Białymstoku jednak wciąż pokutuje kompleks ludzi z awansu społecznego. Nie ma nic złego w awansie społecznym, jest to zjawisko ze wszech miar pozytywne i pożądane. Gorzej jednak, gdy towarzyszy mu kompleks niższości. W czasach PRLu miejscowi włodarze, wywodzący się ze wsi i małch miasteczek, uważali, że nie po to awansowali, nie po to przenosili się do miasta, by dalej mieć wrażenie, że mieszkają na wsi. Stąd pojawiły się decyzje o burzeniu całych dzielnic drewnianej zabudowy, niszczeniu ogrodów, zalewaniu brukowanych uliczek asfaltem. Podobnie jest też teraz, wciąż mamy kompleks miasta prowincjonalnego, zacofanego, które na siłę stara się udowodnić, że jest miastem nowoczesnycm, o wysokcih aspiracjach, regionalnym centrum nauki i kultury. Rozumiem, że na potrzeby modernizacji miasta należy w niektórych miejscach wyburzyć i drewniane domki i zniszczyć brukowane ulice, ale po co czynić to w miejscach, w których nie ma takiej konieczności? Bojary zostały koszmarnie zniszcozne, i wciaż są dewastowane, ni stąd ni zowąd między urokliwymi ogrodami i drewnianymi domkami, co jakiś czas deweloperzy wciskają swoje szpetne bloki, przykładów na to jest mnóstwo. Tartu, będące drugim co do wielkości miastem w Estonii, pogodziło znakomicie nowoczesność z tradycją. Jest ważnym ośrodkiem uniwerysteckim, siedzibą Sadu Najwyższego, a może się poszczycić i uroczą Starówką, i dzielnicami architektury drewnianej, i szklanymi biurowcami, licznymi i różnorodnymi kafejkami.

Druga sprawa dotyczy także białostockich kompleksów, na co też zwrócił uwage prowadzący dziennikarz. My, białstocczanie szalenie łatwo się irytujemy, gdy ktoś wyraża krytyczne opinie o naszym mieście. Nie świadczy to o nas najlepiej. Zdarza się często, że owe krytyczne opinie nie wynikają ze złej woli, osoba je wypowiadająca nie ma złych intencji, w końcu krytyczne myślenie jest cechą pożądaną, a wypowiadanie uwag przykrych świadczy o odwadze, jeśli jest czynione w sposób empatyczny. Na jedną z uwag prowadzącego program dziennikarza, dyrektor Centum im. Ludwika Zamenhofa poirytowany stwierdził, że zdaje sobie sprawę z tego, że nas się w Polsce postrzega, jako ludzi chodzących w futrzanych czapach po ulicach miasta (sens był mniej wiecej taki, choć słowa mogę oddać niewiernie). Być może jest tak rzeczywiście, z pewnością tak jest, że nie mamy najlepszej opinii w pozostałch regionach Polski, ale to się zmienia. Wielu znajomych z innych części Polski o Białymstoku nie wie nic, albo coś słyszało i ma już jednak pozytywne wyobrażenia o tym mieście. Ale to są ludzie, którzy czytają, interesują się światem, gorzej może to wyglądać w innych środowiskach. ak czy owak, nie jest to powód, żebyśmy się iryrytowali, zwłaszcza na antenie ogólnopolskiej. Ignorancja innych nie jest naszym problemem, choć w zasadzie jest, bo naszą rolą jest rozpowszechnienie takiego wizerunku miasta i jego mieszkańców, by takie opinie zmienić.

czwartek, 2 września 2010

Sanktuarium maryjne w Różanymstoku - fotografie







































Jedno z najbardziej urokliwych i mistycznych miejsc na Podlasiu. Tuż przy granicy z Białorusią, w odległości nie więcej niż 20 km od Grodna. Z wyższej wieży podobno nawet widać Grodno. Nigdy nie było mi dane tego sprawdzić, pozostaje mi jedynie wierzyć tym, którzy na wieżę się wspinali i je widzieli. To także miejsce interesujące pod względem kulturowym – przed mszą starsi ludzie, ale też w średnim wieku, zmierzając do kościoła czy stojąc grupkami i omawiając jakieś ważne sprawy dnia codziennego posługują się pięknym dialektem białoruskim. Wnętrze świątyni jest bujnie barokowe, i choć kościół wyrasta ni stąd, ni zowąd, gdzieś wśród szczerych pól i góruje nad całą okolicą, wchodząc do środka, można odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w jednym z barokowych kościołów wileńskich. Na zdjęciach widoczne są także budynki powstałe na początku XX w., kiedy to po klęsce powstania styczniowego najpierw świątynia została zamieniona na cerkiew, a następnie zabudowania klasztorne zostały przekazane mniszkom prawosławnym, przybyłym tu z głębi Rosji. Owe mniszki miały kształcić nauczycielki do prawosławnych szkół parafialnych na terenach dawnej Rzeczpospolitej. Siostry wyjechały z Różanegostoku w roku 1915 wywożąc ze sobą obraz słynący cudami. W roku 1915 w ramach tak zwanego "bieżeństwa" w głąb Rosji wyjechała z tych terenów większość wyznawców prawosławia. Urzędnicy carscy rozpowszechnili bowiem pogłoskę, że wkraczające wojska niemieckie dokonają zemsty na wyznawcach prawosławia, podejrzewanych o sprzyjanie wojskom carskim. Pierwsze cuda przed obrazem Matki Boskiej miały mieć miejsce jeszcze w XVII wieku, kiedy Różanystok, zwany w owym czasie Krzywym Stokiem należał do rusko-litewskiego rodu Tyszkiewiczów. To wówczas też na prośbę właścicieli przybyli do Krzywego Stoku z nieodleglych Sejn dominikanie, którzy mieli sprawować opiekę nad drewnianą świątynią i obrazem. Obecnie w Różanymstoku prowadzony jest przez Salezjanów dom poprawczy, szkoła, a z tego, co mi wiadomo także świetlica dla dzieci z ubogich rodzin, na którą można przekazywać 1 % od podatku, co też warto czynić, bo tereny te nie słyną z bogactwa.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Czwartkowy wieczór w Wilnie

Pilies gatve - ulica Zamkowa, jedna z najbardziej reprezentacyjnych uliczek na wileńskiej Starówce, prowadząca od Placu Katedralnego, od Wzgórza Giedymina do Placu Ratuszowego, zabudowana klasycystycznymi kamieniczkami, oraz jedną znakomicie zachowaną dwukondygnacyjną gotycką perełką, przy niej ulokował się strzelisty kościół uniwersytecki św. Jana.

Klimatyczna knajpka "Dvaras" serwująca tradycyjne potrawy kuchni litewskiej w przystępnych cenach - przyzwoity obiad można w niej zjeść w cenie od 15 do 30 litów (od 17 do 35 zł) - znajduje się gdzieś w połowie drogi między Placem Katderalnym a Ratuszowym. Często okupowana przez turystów z Polski, którzy zachowują się najgłośniej, najbardziej zuchwale i protekcjonalnie wobec kelnerów i kelnerek. Od znajomych często zdarzało mi się słszeć historie o tym, jak w czasie knoferencji, szkoleń i tym podobnych spotkań organizowanych w Wilnie niektórzy Polacy potrafią pogardliwie odnosić się do obsługi. Z pewnością jest to zachowanie, na które nie mogą sobie pozwolić w Niemczech, w Irlandii, Wielkiej Brytanii. Jedynie wschód stwarza niektórym możliwość powetowania sobie swoich upokorzeń, niepowodzeń, kompleksów.

W maju spotkaliśmy tu głośną grupkę pogardliwie pokpwiającą sobie z prymitywnych wyborców PiS. A tym razem trafiliśmy na biznesowy obiad przy stoliku obok, w którym uczestniczyło dwóch polskich biznesmenów i dwoje Litwinów. Rozmowa toczyła się w języku polskim i rosyjskim. Panowie z Polski władali tylko językiem ojczystym, Litwin komunikował się z nimi w języku rosyjskim, Litwinka usiłowała rozmawiać w łamanej polszczyźnie, niewykluczone, że miała polskie korzenie. Biznesmeni z Polski pletli androny o wielkości I Rzeczpospolitej, o słuszności polityki Piłsudskiego, o pogoni, o powstaniach, o wspaniałej wspólnej historii. Litewska para ledwie skrywała pobłażliwe uśmiechy, starajac się zachować uprzejmie wobec swoich gości.

A później jeszcze zasłyszane gdzieś na ulicy zdanie wypowiedziane w języku polskim przez uczestnika jednej z licznych tu wycieczek: "Szkoda, że Wilno nie jest polskim miastem". Wydaje się jednak, że nic bardziej mylnego. Gdyby Wilno miało być polskim miastem, czekał by je najprawdopodobniej los większości miast Polski B - stałoby się zapyziałą, zapuszczoną, zaniedbaną, niedoinwstowaną pseudometropolią, stolicą kresów północno-wschodnich, gdzie o wszystkim decydowaliby lokalni baronowie czy to z PO, czy PiS czy SLD, gdzie wszystko począwszy od sektora administracji publicznej a skończywszy na kulturze zostałoby do bólu upartyjnione. Byłoby takim miastem o jakim pisał przed II wojną Czesław Miłosz - prowincjonalnym, zaniedbanym, z elitami o raczej wąskich horyzontach.

Tymczasem Wilno będące stolicą Litwy, jest jedną z najpiękniejszych stolic europejskich.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Do Różanegostoku. Słów kilka o Białorusinach katolikach

Słoneczna, upalna niedziela, od samego rana nic się nie układa, pomyliłem klucze do garażu z kluczami do mieszkania i spóźniliśmy się na miejsce spotkania przy stacji benzynowej u wylotu z Białegostoku w stronę Grodna. 10 minut spóźnienia, to da się jeszcze znieść. Godzina 7.40, Waslików jest jeszcze senny, niemrawy ruch na ulicach, mijamy tylko samochody na białoruskich numerach jadące w stronę Białegostoku. Wzgórze krzyży w św. Wodzie wzorowane na litewskiej Góze Krzyży w Saulai, pofałdowany krajobraz, a na całej północy czernieje już leśny masyw Puszczy Knyszyńskiej. Mijamy Czarną Białostocką, za Strażą kończy się Puszcza, krajobraz staje się otwarty, ale faluje tak samo, a może nawet jeszcze mocniej niż w okolicach Wasilkowa, w stronę Białegostoku wciąż ciągną jedynie auta na białoruskich numerach. W Sokółce odbijamy na północ, w stronę Dąbrowy Białostockiej.

Różanystok jest miejscem niezwykłym, nie tylko ze względu na sanktuarium maryjne, które mieści się w murach dostojnej barokowej świątyni, godnej samego Grodna bądź Wilna, a wyrastającej ni stąd, ni zowąd wśród szczerych pól. Ile razy bym tu nie zawitał, zawsze zdarza mi się słyszeć mowę białoruską. Na palcach jednej ręki można pewnie zliczyć w Białymstoku Polaków, którzy mieliby świadomość istnienia Białorusinów wyznania katolickiego. O katolikach Białorusinach na Białorusi, ktoś może i słyszał, ale w Polsce, na Podlasiu? Sam sobie zdałem z tego sprawę chyba dopiero tuż po studiach.

"Czeho", "takaja", "proczitajesz", "maładaja" - takie słowa udało mi się dziś wyłowić z rozmów starszych kobiet zmierzających do kościoła, kilku mężczyzn pod murem okalającym teren świątyni także przeplata rozmowę białoruskimi słowami. Swoją drogą ciekawe czy ci ludzie uważają siebie za Białorusinów? Szczerze mówiąc, wątpię. Gdyby ich o to zapytać, popatrzyliby zdumieni, wzruszyli ramionami i odpowiedzieliby z nieznoszącą sprzeciwu pewnością, że są Polakami z krwi i kości. Być może ich przodkowie byli unitami, którzy po 1905 r. po wydaniu ukazu toleranycyjnego przez cara Mikołaja II, przeszli na katolicyzm, bo cerkwi unickiej po jej likwidacji na terenach Cesarstwa Rosyjskiego w 1839 r. przecież nie przywrócono. Być może przedokowie części z nich byli Litwinami, i od XIV w. mniej lub bardziej szczerze wyznawali katolicyzm, łącząc go jeszcze przez dłuższy czas z elementami wierzeń pogańskich.

Podobno ksiądz Jerzy Popiełuszko w dzieciństwie także władał dialektem języka białoruskiego - urodził się wszak w położonych na zachód od Różanegostoku o około 20-30 km Okopach.

Miła dla ucha, śpiewna, ale jakże inna w intonacji i melodyce od języka rosyjskiego mowa. Podobną władała pewna babcia, która poprosiła nas o podwiezienie, gdzieś w okolicach Miednik na Litwie niemal 2 lata temu.

Do różanostockiego sanktuarium zmierzają także młodzi ludzie, ci rozmawiają ze sobą piękną, literacką polszczyzną. Czy w domu zdarza im się komunikować w języku białoruskim? Czy jest to tylko język ich babć i dziadków, a rodziców już niekoniecznie?

Białorusini w Polsce dali sobie wmówić, że dialekty języka białoruskiego, to mowa wiejska, prosta, chopska, słowem "obciachowa", do której wstyd się przyznać. Świadczy o niskim statusie społecznym, o niskim poziomie kulturalnym, o braku wykształcenia. To mowa ludzi prostych, niewyedukowanych, mowa upośledzająca, stygmatyzująca, która może tylko utrudnić życie. Środowiska Białorusinów wyznania prawosławnego zrzuciły już z siebie ten kompleks, powstają w Białymstoku nawet przedszkola z językiem białoruskim. Co zaś z katolikami władajacymi językiem białoruskim? W ubiegłym roku zrodziła się wśród kilku młodych osób inicjatywa, by w Białymstoku w białym kościele przy katedrze odprawiać raz w miesiącu nabożeństwo w języku białoruskim. Czy przetrwała? Nie mam bladego pojęcia. Na pierwszej takiej mszy pojawiło się około dwudziestu osób, w tym spora część z nich to wyznawcy prawosławia.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Moje wschody

Coraz trudniej żyć w tym kraju. Eskalacja konfliktu wokół krzyża pod Pałacem Prezydenckim ujawnia niespotykane dotąd w społeczeństwie pokłady agresji. Abstrahując od tego czy krzyż powinien tam zostać czy też nie, agresja, nienawiść z jaką spotykają się jego obrońcy w cywilizowanym państwie jest nie do przyjęcia. Podchmielone panienki kpiące z babć, elokwentne, pewne siebie, urodziwe, młode przedstawicielki stołecznej klasy średniej, które bez trudu wygrywają potyczki słowne z przerażonymi nieco w gruncie rzeczy prostymi kobietami, wieczór kawalerski panów w kominiarkach, który zamienił się w niewybredne kpiny z grupki obrońców, rozdygotany z nerwów, krążacy w kółko, nie mogący zapoanować nad emocjami dwudziestoparolatek wykrzykuujący kilkakrotnie tytł utworu AC/DC "Highway to hell", dobywająca się z głośników jazgotliwa muzyka. Słowem, niezły fun. To wszystko wygląda, jak kopanie leżącego.

A w sobotę podróż na południowy wschód, tak jakby ucieczka, ale od polskości uciec się nie da, niesiemy ją jak jakiś najprawdziwszy garb, którego nie sposób się pozbyć. Przedburzowe nieco Podlasie, parne, chmurzące się, szare, trasa do Siemiatycz już niczym nie może mnie zaskoczyć, wydaje się nawet - tym razem - nieco monotonna. Na drugim brzegu Bugu - Sarnaki, Platerów, bardziej otwarte przestrzenie, teren jeszcze delikatnie pofałdowany, sady, ogrody, niemal przedsmak Sandomierszczyzny. Obwodnice Międzyrzeca Podlaskiego, Radzynia Podlaskiego, Lubartowa, sprawiają, że podróż z Białegostoku do Lublina trwa niecałe trzy i pół godziny. Za Lublinem skręt w prawo do Bełżyc, po drodze widoczne ślady piątkowej nawałnicy - połamane drzewa, usunięte na pobocze konary, gałęzie, przepiłowane lipy jeszcze dzień wcześniej tarasujące drogę. Naprawdę sprawnie przeprowadzana akcja. Bez problemów dojeżdżam do Opola Lubelskiego, później Józefów, Annopol, droga wiedzie wzdłuż Wisły, na skarpie, stan wody jest wysoki, z samochodu dostrzegam bez problemu lustro rzeki, worki z piaskiem zabezpieczające przed przesiąkami wałów. Po drodze w kilku wioskach weseliska - kilkadziesiąt niemal samochodów karnie ustawionych na poboczu. Naprawdę z gustowną elegancją ubrani młodzi ludzie, brama powitalna przy domu najprawdopodobniej panny młodej. Atmosfera niekłamanej radości, a to wszystko w popołudniowym sobotnim słońcu, ze wzmocnionymi wałami na Wiśle w tle.

Tuż przed Sandomierzem i tuż za, w licznych wioskach, wypełnione z ogromnym czubem kontenery. Jest w nich wszystko - połamane krzesła, stoły, szafy, lodówki, telewizory. Gdzieś sterczy pionowo ceglana ściana domu, który runął podmyty do wody, w podpiwniczeniach, na niskich parterach pootwierane na oścież okna, ludzie wciąż suszą domy, i znowu worki wypełnione piaskiem, przy samej drodze.

Dalej Połaniec, Słupia, Koszyce, skręt w lewo na Brzesko i już za Brzeskiem zaczynają się Beskidy, z początku nieśmiało, coraz wyżej pną się w miarę zbliżania się do Nowego Sącza. Droga wąska, kręta, przede mną samochód ciężarowy wiozący jakieś odpady, co chwile wzbijają się z przyczepy w górę a to kawałki tektury, a to gazety, raz gubi kawałek blachy, całe szczęście spada ona na przeciwległy pas, którym akurat nikt nie jedzie. Część kierowców nie wytrzymuje, wyprzedzają pod górę, na zakręcie, na serpentynie, na linii ciągłej. Z Nowego Sącza jeszcze 30 km do Krynicy, i tu także ślady po kataklizmie - w pewnym momencie niknie prawy pas - pozostała wyrwa, urwisko, odgrodzona biało - czerwonymi barierkami, na długości około 50 metrów zniknęła całkowicie połowa drogi, wyszarpana przez płynący teraz leniwie, niewinnie, zupełnie niepozorny potokiem. A z Krynicy jeszcze kilkanaście kilometrów i już upragniona Słowacja...

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...