Po raz pierwszy Sandomierz zwiedzany nie w biegu, nie w czasie kiklugodzinnego postoju, lecz przez niemal pełne dwa dni, choć w stosunku do rzeczywistych potrzeb i tak okaże się to niemal bezładną bieganiną, bez solidnej monografii miasta, bez czasu na kontemplowanie smaków, zapachów i barw miasta.
W Rynku tłumy turystów. Podobno od pierwszej serii "Ojca Mateusza" Sandomierz przeżywa prawdziwe oblężenie. I rzeczywiście takiej ilości zwiedzających sprzed kilku dobrych lat nie pamiętam. Ogródki, parasole, wycieczki zorganizowane, rodziny, drewniana lodziarnia stylizowana na zabytkową, sprzedawca waty cukrowej przy ratuszu o śniadej karnacji, kędzierzawych, siwych włosach i zdecydowanie niesłowiańskich rysach twarzy; szum, gwar; zbyt tłoczno i zanadto głośno. Bez trudu można jedank w pobliżu odszukać kilka urokliwych zaułków. Ciepłe, pastelowe, spokojne, łagodne barwy kamieniczek, domów indywidualnych, połyskująca w słońcu jaskrawa czerwień dachówek, którymi są pokryte. Okna facajtek, zlewające się z krzyżami kościoła, i widok na przeciwległe zbocze z dzielnicą domów jednorodzinnych, powstałych już po drugiej wojnie, ale tak nietypowych dla czasów PRL-u. Jest w tym wszystkim coś z klimatu śródziemnomorskiego, tak jakby przez niemal 50 lat PRL-u, ten tu nie zaistniał, nie tknął Starego Miasta z przyległościami, nie wdarł się w nie brutalnie i nie wgryzł w starą mieszczańską tkankę; coś też z klimatu siesty. Urocze domki, ogrodzone żewliwnymi, ażurowymi płotami, które pozwalają zajrzeć do ogrodów, a czasem nawet do korytarzy przez uchylone drzwi. Niedaleko od ludnego, hałaśliwego Rynku, toczy się ciche, spokojne życie. I choć jest w tym sporo malowniczości i uroku, to jednak nasuwa się wątpliwość, czy miasto nie wymiera poza sezonem turystycznym, czy nie staje się senną pustynią, jak większość miast polskich, bez nadziei, apatyczną, szarą, złą i nijaką.
Od strony gotyckiej katedry po zakończonej mszy ciągną tłumy wiernych, zlewając się nieodróżnialnie z turystami, którzy katdry i pełnej majestatu dzwonnicy tuż przy niej w swoim planie wycieczki pominąć nie mogą.
Między Bramą Opatowską a Rynkiem, wizyta w kościele św. Ducha. Przy kruchcie modli się młoda siostra zakonna, a z kaplicy bocznej dobiega łkający głos młodej dziewczyny, po chwili wychodzi z niej, i płacząc rozmawia sama ze sobą. Nie sposób dojść czy jest to modlitwa, czy bezładnie wyrzucane z siebie słowa. Roztrzęsiona, około dwudziestukilku lat, jakby w stanie załamania nerwowego. Zmierza do ołtarza głównego, by po chwili przejść do jednego z bocznych i znowu wrócić do kaplicy, z której przed chwilą wyszła. Siostra zakonna zamyka, wręcz zaciska oczy, modli się jeszcze intensywniej, a na jej twarzy odmalowuje się smutek i cierpienie, jakby chciała je zdjąć z tej młodej dziewczyny. Wychodzimy na ulicę.
Między kościołem a Rynkiem pokrzykuje kilku ogolonych na łyso nastoletnich żuli, czujne, nieufne, pełne agresji spojrzenia. Krzyczą, nawołują się ze starszymi kumplami, podążającymi w ich kierunku do strony Rnyku. Jeszcze głośny, wulgarny komentarz dotyczący nóg przechodzącej około dwudziestoletniej dziewczyny, i chwiejnym, bujanym krokiem odchodzą. Sterroryzowali na chwilę całą ulicę, cel został osiągnięty. Miniemy ich jeszcze raz, w Rynku. Tym razem z butelkami wina, z odległości kilkudziesięcu metrów będą umawiać z się ze znajomyi najwyraźniej dziewczynami.
Słońce przysłoniły ciężkie, ołowiane chmury. Czerwień, beże, brązy, wszelkie odcienie zółci przygasły. I znowu natarczywie wracająca myśl, jakie to miasto przyniera oblicze, gdy nie ma słońca, tłumów, i robi się wokół szaro; i postanowienie, by tu wrócić jesienią, z jakąś jego dobrą monografią.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sandomierz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sandomierz. Pokaż wszystkie posty
piątek, 19 sierpnia 2011
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
Moje wschody
Coraz trudniej żyć w tym kraju. Eskalacja konfliktu wokół krzyża pod Pałacem Prezydenckim ujawnia niespotykane dotąd w społeczeństwie pokłady agresji. Abstrahując od tego czy krzyż powinien tam zostać czy też nie, agresja, nienawiść z jaką spotykają się jego obrońcy w cywilizowanym państwie jest nie do przyjęcia. Podchmielone panienki kpiące z babć, elokwentne, pewne siebie, urodziwe, młode przedstawicielki stołecznej klasy średniej, które bez trudu wygrywają potyczki słowne z przerażonymi nieco w gruncie rzeczy prostymi kobietami, wieczór kawalerski panów w kominiarkach, który zamienił się w niewybredne kpiny z grupki obrońców, rozdygotany z nerwów, krążacy w kółko, nie mogący zapoanować nad emocjami dwudziestoparolatek wykrzykuujący kilkakrotnie tytł utworu AC/DC "Highway to hell", dobywająca się z głośników jazgotliwa muzyka. Słowem, niezły fun. To wszystko wygląda, jak kopanie leżącego.
A w sobotę podróż na południowy wschód, tak jakby ucieczka, ale od polskości uciec się nie da, niesiemy ją jak jakiś najprawdziwszy garb, którego nie sposób się pozbyć. Przedburzowe nieco Podlasie, parne, chmurzące się, szare, trasa do Siemiatycz już niczym nie może mnie zaskoczyć, wydaje się nawet - tym razem - nieco monotonna. Na drugim brzegu Bugu - Sarnaki, Platerów, bardziej otwarte przestrzenie, teren jeszcze delikatnie pofałdowany, sady, ogrody, niemal przedsmak Sandomierszczyzny. Obwodnice Międzyrzeca Podlaskiego, Radzynia Podlaskiego, Lubartowa, sprawiają, że podróż z Białegostoku do Lublina trwa niecałe trzy i pół godziny. Za Lublinem skręt w prawo do Bełżyc, po drodze widoczne ślady piątkowej nawałnicy - połamane drzewa, usunięte na pobocze konary, gałęzie, przepiłowane lipy jeszcze dzień wcześniej tarasujące drogę. Naprawdę sprawnie przeprowadzana akcja. Bez problemów dojeżdżam do Opola Lubelskiego, później Józefów, Annopol, droga wiedzie wzdłuż Wisły, na skarpie, stan wody jest wysoki, z samochodu dostrzegam bez problemu lustro rzeki, worki z piaskiem zabezpieczające przed przesiąkami wałów. Po drodze w kilku wioskach weseliska - kilkadziesiąt niemal samochodów karnie ustawionych na poboczu. Naprawdę z gustowną elegancją ubrani młodzi ludzie, brama powitalna przy domu najprawdopodobniej panny młodej. Atmosfera niekłamanej radości, a to wszystko w popołudniowym sobotnim słońcu, ze wzmocnionymi wałami na Wiśle w tle.
Tuż przed Sandomierzem i tuż za, w licznych wioskach, wypełnione z ogromnym czubem kontenery. Jest w nich wszystko - połamane krzesła, stoły, szafy, lodówki, telewizory. Gdzieś sterczy pionowo ceglana ściana domu, który runął podmyty do wody, w podpiwniczeniach, na niskich parterach pootwierane na oścież okna, ludzie wciąż suszą domy, i znowu worki wypełnione piaskiem, przy samej drodze.
Dalej Połaniec, Słupia, Koszyce, skręt w lewo na Brzesko i już za Brzeskiem zaczynają się Beskidy, z początku nieśmiało, coraz wyżej pną się w miarę zbliżania się do Nowego Sącza. Droga wąska, kręta, przede mną samochód ciężarowy wiozący jakieś odpady, co chwile wzbijają się z przyczepy w górę a to kawałki tektury, a to gazety, raz gubi kawałek blachy, całe szczęście spada ona na przeciwległy pas, którym akurat nikt nie jedzie. Część kierowców nie wytrzymuje, wyprzedzają pod górę, na zakręcie, na serpentynie, na linii ciągłej. Z Nowego Sącza jeszcze 30 km do Krynicy, i tu także ślady po kataklizmie - w pewnym momencie niknie prawy pas - pozostała wyrwa, urwisko, odgrodzona biało - czerwonymi barierkami, na długości około 50 metrów zniknęła całkowicie połowa drogi, wyszarpana przez płynący teraz leniwie, niewinnie, zupełnie niepozorny potokiem. A z Krynicy jeszcze kilkanaście kilometrów i już upragniona Słowacja...
A w sobotę podróż na południowy wschód, tak jakby ucieczka, ale od polskości uciec się nie da, niesiemy ją jak jakiś najprawdziwszy garb, którego nie sposób się pozbyć. Przedburzowe nieco Podlasie, parne, chmurzące się, szare, trasa do Siemiatycz już niczym nie może mnie zaskoczyć, wydaje się nawet - tym razem - nieco monotonna. Na drugim brzegu Bugu - Sarnaki, Platerów, bardziej otwarte przestrzenie, teren jeszcze delikatnie pofałdowany, sady, ogrody, niemal przedsmak Sandomierszczyzny. Obwodnice Międzyrzeca Podlaskiego, Radzynia Podlaskiego, Lubartowa, sprawiają, że podróż z Białegostoku do Lublina trwa niecałe trzy i pół godziny. Za Lublinem skręt w prawo do Bełżyc, po drodze widoczne ślady piątkowej nawałnicy - połamane drzewa, usunięte na pobocze konary, gałęzie, przepiłowane lipy jeszcze dzień wcześniej tarasujące drogę. Naprawdę sprawnie przeprowadzana akcja. Bez problemów dojeżdżam do Opola Lubelskiego, później Józefów, Annopol, droga wiedzie wzdłuż Wisły, na skarpie, stan wody jest wysoki, z samochodu dostrzegam bez problemu lustro rzeki, worki z piaskiem zabezpieczające przed przesiąkami wałów. Po drodze w kilku wioskach weseliska - kilkadziesiąt niemal samochodów karnie ustawionych na poboczu. Naprawdę z gustowną elegancją ubrani młodzi ludzie, brama powitalna przy domu najprawdopodobniej panny młodej. Atmosfera niekłamanej radości, a to wszystko w popołudniowym sobotnim słońcu, ze wzmocnionymi wałami na Wiśle w tle.
Tuż przed Sandomierzem i tuż za, w licznych wioskach, wypełnione z ogromnym czubem kontenery. Jest w nich wszystko - połamane krzesła, stoły, szafy, lodówki, telewizory. Gdzieś sterczy pionowo ceglana ściana domu, który runął podmyty do wody, w podpiwniczeniach, na niskich parterach pootwierane na oścież okna, ludzie wciąż suszą domy, i znowu worki wypełnione piaskiem, przy samej drodze.
Dalej Połaniec, Słupia, Koszyce, skręt w lewo na Brzesko i już za Brzeskiem zaczynają się Beskidy, z początku nieśmiało, coraz wyżej pną się w miarę zbliżania się do Nowego Sącza. Droga wąska, kręta, przede mną samochód ciężarowy wiozący jakieś odpady, co chwile wzbijają się z przyczepy w górę a to kawałki tektury, a to gazety, raz gubi kawałek blachy, całe szczęście spada ona na przeciwległy pas, którym akurat nikt nie jedzie. Część kierowców nie wytrzymuje, wyprzedzają pod górę, na zakręcie, na serpentynie, na linii ciągłej. Z Nowego Sącza jeszcze 30 km do Krynicy, i tu także ślady po kataklizmie - w pewnym momencie niknie prawy pas - pozostała wyrwa, urwisko, odgrodzona biało - czerwonymi barierkami, na długości około 50 metrów zniknęła całkowicie połowa drogi, wyszarpana przez płynący teraz leniwie, niewinnie, zupełnie niepozorny potokiem. A z Krynicy jeszcze kilkanaście kilometrów i już upragniona Słowacja...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...