Florentyna, będą już dorosłą, często śniła ten sam sen. Wracał do niej z tymi samymi barwami, miejscami, zdarzeniami, z każdym drobnym szczegółem i nastrojem. Pojawiało się w nim duże miasto, widziane z początku z lotu ptaka, o gęstej zabudowie, spowite dymami, w czarno-szarej tonacji, wyludnione i złowrogie. Następnie schodziła w nim po stopniach schodków z ganku drewnianego domu, wchodziła w te duszne opary, wypalone ulice, a po chwili ponownie widziała całe zniszczone kwartały tego miasta z góry. Sen, który przynosił jedynie niepokój, strach, którego nie mogła zrozumieć, zinterpretować. Dopiero po powrocie do Warszawy jesienią 2016 roku, ten koszmar zniknie i nie będzie już nawracał.
Ale teraz mamy czas okupacji, początkowo sowieckiej, a tuż po niej niemieckiej. Dziecko rosło, nie mając świadomości tego wszystkiego, co dzieje się gdzieś poza jego bliskim i bezpiecznym światem. Kochający rodzice, opiekuńczy brat, cisza, spokój niewielkiej wsi, łagodnie zmieniające się pory roku. Gdy miała już kilka lat, najlepszymi towarzyszami zabaw okazały się być kurczaczki, małe gąski i kaczuszki. Można je było ułożyć do pozostawionego w kuchni przez mamę durszlaka i nosić po podwórku, ale najlepiej było z nim pójść nad niewielki staw, tuż przy wzgórzu, na którym rozłożył się stary cmentarz. Te żywe zwierzątka, dużo lepsze niż pluszowe zabawki, pilnowały się dziewczynki, jak swojej mamy, a obecność nawet tak niewielkiego człowieka gwarantowała im bezpieczeństwo i ochronę przed krążącymi w pobliżu jastrzębiami, myszołowami czy kaniami. Gdy w końcu mama zauważyła, że znika durszlak i do jakich celów jest używany, zaczęła go zawieszać na kołku nieco wyżej, by dziecko nie mogło doń sięgnąć. Dziecięcia pomysłowość jednak nie zna granic, a w kuchni czy w izbie obok stał stołek, który dziewczynka przystawiała do ściany, stawała na nim i na palcach, z trudem, ale dosięgła tego tak niezbędnego jej narzędzia. I durszlak znowu mógł służyć celom, do których co prawda nie został wymyślony, lecz pasował idealnie. I znowu można było doń spakować stadko kurczaczków, gąsek, kaczuszek, i starym już zwyczajem udać się z tym całym towarzystwem nad staw. Zabawa przednia.
Oswaldek był ulubieńcem Miśka, rudego pieska, który z daleka wyglądał jak lisek, i którego mieszkańcy Adamowców częstokroć z lisem mylili, gdy biegał gdzieś samopas po polach. To był duet nierozłączny. Niestety, którejś zimy, Misiek po jednej z samodzielnych wypraw nie zdązył się schronić do domu przed wilkami. Miał w tym celu wydrążony specjalny otwór w drzwiach. Po kilku dniach, na polu znaleziono pozostałe po nim łapy i rudy ogon. Rozpacz w domu była wielka.
Jesienne i zimowe wieczory w Adamowcach nie były w żadnym calu monotonne. W domu Genowefy i Floriana stała maszyna do gręplowania wełny. Schodziła się zatem do nich spora grupa kobiet ze wsi. Przy rozplątywaniu i czyszczeniu włókien, kobiety snuły iście mickiewiczowskie ballady i romanse. O pobliskim jeziorze, w którym pewnej zimy miał zatonąć cały orszak weselny, a nocami z jego głębi wydobywał się dźwięk dzwonków przy końskich uprzężach, ludzkie rozmowy i śmiechy. Z kolei przy drodze tuż za wsią, na skraju lasu, o zmierzchu, wracający z miasteczka czy sąsiednich wsi przy smukłej sośnie słyszeli wyraźnie płacz dziecka. Trzeba było dopiero sprowadzić księdza, by temu jakoś zaradzić. Ksiądz przybył, stanął z kropidłem, odmówił modlitwę, pokropił miejsce, z którego płacz dobiegał, i wypowiedział słowa:
- Jak pan, niech będzie Jan. Jak panna, niech będzie Anna.
I od tej pory płacz ustał. A to o ognikach snujących się na bagnach, a więc na pewno o duszach, co potrzebowały modlitwy.
Za wsią, między kilkoma pagórkami, rozpościerały się bagna. One również były doskonałym miejscem do dziecięcych eskapad. Mała Florcia w czasie tych zabaw, skacząc z kępki turzycy na drugą kępkę, bała się, by jej stopa nie ześlizgnęła się do rudawej wody, jako żywo przypominającej ludzką krew. Dorośli opowiadali o kurhanie, w którym spoczywali napoleońscy żołnierze polegli w czasie bitwy, jaka miała się tu rozegrać po niesławnym odwrocie niezwyciężonej armii spod Moskwy. Od czasu do czasu ktoś w czasie prac polowych wyorywał z ziemi szczątki oręża. Dziewczynce wydawało się zatem, że jak jej stopa osunie się do wody, to umoczy ją w ludzkiej krwi i jakaś niewidzialna ręka pochwyci ją i wciągnie do bagna.
Najmilsze były dziecku spacery z mamą. Zwłaszcza wtedy, gdy mogły przejść obok wielkiego kamienia na skraju wsi, co to rozłożył się na łące tuż przy piaszczystej drodze. Za każdym razem, gdy trzymając mamę za rękę, zbliżała się do głazu, widziała siedzące na nim dziecko, z jasną, dłuższą, falującą czupryną, w błękitnej sukience, które przyglądało się małej Florci przyjaźnie i z zaciekawieniem. Gdy zrównywały się z kamieniem, dziecko znikało, ale tylko na chwilę, bo gdy kamień już minęły, ono znowu już na nim siedziało i wpatrywało się w dziewczynkę. Florcia odwracała głowę, przyglądała mu się, a ono wodziło za nią łagodnym, czułym spojrzeniem, bez słów. Nie towarzyszył tym spotkaniom lęk, i nie było to zdarzenie jednokrotne, kilkukrotne, ale stały element dziecięcego życia w Adamowcach.
Mimo okrutnego czasu wojny, było to dzieciństwo dobre, pełne pokoju, rodzinnej miłości, zwyczajnych dziecięcych zabaw, jeszcze przeważnie spokojnych dni i nocy, upływających wolno, pod opieką kochających, troskliwych rodziców, i pod osłoną sił istotniejszych niż ziemskie.
Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
piątek, 9 sierpnia 2024
poniedziałek, 5 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 18 - powrót do Adamowców, bomby na Woli, narodziny Florentyny
Wczesne lato 1939 roku. Nie wiadomo co konkretnie zadecydowało o tym, że Genowefa i Florian postanowili wyjechać do Adamowców. Pewne fakty wskazywałyby na to, że miał to być wyjazd tymczasowy i zamierzali do Warszawy jeszcze wrócić.
Tymczasem pierwsze bomby spadły na Warszawę 1 września, około 5.00 rano. Jednym z pierwszych zbombardowanych budynków był blok na Kole przy ulicy Obozowej 76, na Kolonii Towarzystwa Osiedli Robotniczych im. Stefana Żeromskiego, powstałej w latach 1935-1938. TOR był instytucją powołaną przez ówczesny rząd w celu budowy tanich mieszkań dla warszawskich robotników. I tu rzeczywiście mieszkali robotnicy. Tego dnia w gruzach zbombardowanego bloku zginęło 14 osób. Nie mniej dramatyczne sceny, rozegrały się niedaleko tego miejsca, tuż przy ulicy Ostroroga. 14 września, obrazy tak dobrze znane z fotografii Juliena Bryana. Niemieckie samoloty nadleciały w czasie, gdy kobiety wykopały w polu ziemniaki, na w pełni otwartej przestrzeni. Po zrzuceniu bomb na pobliskie budynki, samoloty zawróciły i z pokładowych karabinów zaczęły ostrzeliwać pracujące w polu osoby cywilne. Nawracały kilkakrotnie, zataczały koła nisko nad polem, a ich załogi strzelały do całkowicie bezbronnych, przerażonych ludzi. Po chwili, na miejscu pozostały dwa zakrwawione, nieruchome ciała. Na jednej z fotografii, przy martwej kobiecie, siedzi wystraszony chłopak, sprawiający wrażenie jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co się przed chwilą wydarzyło. Na drugiej fotografii szczupła dziewczynka o blond włosach, klęczy nad leżącą, zesztywniałą starszą siostrą, dłonie ma złożone, usta otwarte jakby przemawiała do nieżyjącej i rozpaczliwie płacze, w tle widać drzewa i mur cmentarny.
8 września pod stolicą pojawiły się pierwsze oddziały Wehrmachtu. Żołnierze niemieccy zajęli Okęcie wraz z lotniskiem, a następnie zaatakowali pozycje wojsk polskich na Woli i Ochocie. Szturm zakończył się niepowodzeniem, podobnie jak i druga próba podjęta 9 września. Pod osłoną nocy z 8 na 9 września, nieopodal Fabryki Przetworów Chemicznych „Dobrolin” mieszczącej się przy ulicy Wolskiej 157/159, na rozkaz dowódcy 8 kompanii 40 Pułku Piechoty Dzieci Lwowskich porucznika Zdzisława Pacaka-Kuźmirskiego, ustawiono wzdłuż barykady, składającej się z dwóch przewróconych tramwajów, 100 beczek z łatwopalną i silnie drażniącą terpentyną, usunięto z okolic bronionego odcinka i pobliskich domów mieszkalnych wszelkie materiały łatwopalne, zabezpieczono także workami z piaskiem dojścia do znajdujących na terenie przedsiębiorstwa podziemnych zbiorników z terpentyną. I kiedy 9 września niemiecka kolumna czołgów i samochodów pancernych zbliżyła się do barykady, polscy obrońcy otworzyli ogień. Eksplodujące beczki z terpentyną wywołały ogromny pożar, który ogarnął niemal 100-metrowy odcinek ulicy. Walka zakończyła się po 45 minutach, Niemcy ponieśli poważne straty i byli zmuszeni do wycofania się.
Jednakże 15 września stolica została okrążona przez wojska niemieckie. Tego też dnia przebywający pod Warszawą Adolf Hitler wydał rozkaz ostrzelania Zamku Królewskiego, aby złamać opór obrońców. W kolejnych dniach siły polskie zostały wzmocnione przez część oddziałów Armii „Poznań” i „Pomorze” pod dowództwem gen. Tadeusza Kutrzeby, którym udało się przebić do Warszawy po bitwie nad Bzurą.
25 września Luftwaffe przeprowadziło nalot dywanowy na stolicę, zrzucając 560 ton bomb burzących i 72 tony bomb zapalających. Bombardowanie trwało od godziny 7.00 aż do zmroku. Tego dnia ponownie ucierpiało wspomniane Osiedle TOR przy ulicy Obozowej. Śmierć poniosło 16 jego mieszkańców. A następnego dnia oddziały niemieckie przystąpiły do generalnego szturmu na miasto. Nie przyniósł on co prawda większych sukcesów, jednak w związku z brakiem wody, żywności, amunicji oraz ciężkim położeniem ludności cywilnej, dowództwo obrony Warszawy postanowiło zaprzestać dalszego oporu.
28 września został podpisany akt kapitulacji. Niemcy wkroczyli do Warszawy 30 września, a 5 października Adolf Hitler przyjął w Alejach Ujazdowskich defiladę wojsk niemieckich. Podczas trzech tygodni walk, poległo 2 tysiące żołnierzy polskich, 16 tysięcy żołnierzy odniosło rany, straty wśród ludności cywilnej sięgnęły 10 tysięcy zabitych i około 50 tysięcy rannych; zniszczeniu uległo 10% zabudowy miasta.
Natomiast 17 września oddziały sowieckie weszły do Głębokiego, a wieczorem 19 września, po krótkiej obronie, zajęły Wilno. Na mocy podpisanego 10 października 1939 roku przez ZSRR i Litwę porozumienia o wzajemnej pomocy Wilno wraz z wąskim pasmem zachodniej części Wileńszczyzny zostały przekazane Litwie. W zamian za to, sowieci uzyskali zgodę na utworzenie trzech swoich baz na Litwie. Pozostałe ziemie województwa wileńskiego znalazły się w granicach ZSRR. 2 listopada 1939 roku Głębokie włączono w skład Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Ten stan rzeczy trwał jedynie do 15 czerwca 1940 roku, kiedy to oddziały Armii Czerwonej ponownie wkroczyły do Wilna i tym razem zajęły już całą Litwę.
Gdy wokół rozgrywała się wielka historia, w Adamowcach, dnia 31 stycznia 1940 r. (wedle dokumentów miało to miejsce dnia 30 stycznia) w domu Genowefy i Floriana na świat przyszła dziewczynka, poczęta jeszcze w wolnej Warszawie, na Woli zresztą, co nie pozostanie bez znaczenia dla dalszej opowieści. W tym momencie do akcji wkroczyła, niezawodna w takich sytuacjach, ciotka Marianna, która zadecydowała, że dziewczynka będzie nosiła imię Florentyna. A skoro ciotka tak postanowiła, to nikt nie mógł się jej sprzeciwiać. Imię stało się w późniejszym czasie przyczyną wielu udręk dziecka, i w przedszkolu, i w szkole, dopiero z wejściem w dorosłość przyjdzie pogodzenie się z nim. Tymczasem, w lutym 1940 roku dziecko zostało ochrzczone w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Okupacja sowiecka ze swoim terrorem szczęśliwie omijała Adamowce, lecz 2 lipca 1941 r. do Głębokiego wkroczyli Niemcy. Jednego okupanta zastąpił drugi. I mimo, że same Adamowce i ich mieszkańcy nie ucierpieli w sposób szczególny za pierwszego sowieta, to jeszcze długi czas po wojnie Genowefa będzie wspominać okrucieństwa jakich dopuścili się Rosjanie wobec więźniów przetrzymywanych w dawnym klasztorze Bazylianów w Berezweczu koło Głębokiego. Przed wojną na terenie klasztoru stacjonował Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza "Głębokie" i mieściła się placówka wywiadowcza KOP. W utworzonym więzieniu sowieci zgromadzili Polaków, Białorusinów, Litwinów, ale też obywateli innych państw nadbałtyckich. W nocy z 23 na 24 czerwca 1941 r., po ataku Niemców na ZSRR, obsługa więzienia wymordowała w wyjątkowo okrutny sposób około ośmiuset więźniów. Nazwa Berezwecze wśród miejscowej ludności budzić będzie odtąd grozę. Opowiadano o ludziach, których zamurowywano żywcem w zagłębieniach muru okalającego klasztor. Z tych, których nie zdołano uśmiercić w celach czy piwnicach, uformowano dwie kolumny. Jedną popędzono do stacji w Głębokim i wywieziono do Kujbyszewa, natomiast drugą skierowano w stronę Witebska, dołączono ją do grupy więźniów ewakuowanych z Litwy, a po przejściu mostu na Dźwinie, w okolicy wsi Taklinowo, rozstrzelano przy użyciu karabinów maszynowych. Szacuje się, że śmierć poniosło tam od 1 do 2 tysięcy osób.
Okupacja niemiecka, jako trwająca dłużej niż pierwsza sowiecka, przyniosła ze sobą pierwszą tragiczną śmierć do Adamowców. Stało się to zimowym wieczorem. Zasypaną miękkim śnieżnym puchem drogą od strony lasu sunęły cicho i wolno sanie wyładowane drewnem na opał. Na saniach siedziała około dwudziestoletnia dziewczyna, ubrana w ciepły kożuch, rozmawiała żywo z powożącym sanie ojcem, gdy niespodziewanie, jak się wydawało, gdzieś w oddali, rozpętała się strzelanina. Zabłąkana kula dosięgła jednak dziewczynę, ugodziła ją śmiertelnie w głowę. Prawdopodobnie doszło do wymiany ognia między Niemcami a sowieckim oddziałem partyzanckim. Ukochaną, dobrą córkę zrozpaczeni rodzice pochowali na starym cmentarzu wznoszącym się na górce na skraju wsi.
Z czasem w Adamowcach zaczęli się pojawiać uzbrojeni mężczyźni. Któregoś razu wtargnęli też do domu Floriana i Genowefy. Kazali Florianowi oddać między innymi buty. Gdy przyniósł im starą parę, oni na nie spojrzeli, a następnie ku zdumieniu - i Floriana i Genowefy - jeden z nich powiedział:
- Masz przecież nowe, z Warszawy, gdzie je schowałeś?! Dawaj tamte!
Nie było wyjścia, trzeba było je oddać. Skąd wiedzieli, że miał nowe buty, i że przywiózł je z Warszawy, tego nie sposób było ustalić.
Innym razem, do wsi wpadli niemieccy żołnierze. Przyjechali po młodych ludzi, którzy byli zdolni do pracy, by wywieźć ich na roboty przymusowe do Niemiec. Gdy wyprowadzano dorosłe już córki sąsiadów, stojący przy furtce żołnierz odszedł kilka kroków, odwrócił się i zaczął płakać, a widząc Genowefę, podszedł do niej i powiedział po polsku, że jest Ślązakiem, i ma córki w takim właśnie wieku, które zostały w rodzinnym domu.
W okolicy pojawiły się też oddziały litewskie współpracujące z Niemcami. Być może był to litewski batalion policji pomocniczej, być może tak zwani szaulisi. Szaulisami nazywano członków Związku Strzelców Litewskich, ochotniczej organizacji paramilitarnej powstałej jeszcze w sierpniu 1919 roku w Kownie. Niemcy wykorzystywali ich w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami sowieckimi i Armią Krajową. Litwini byli też obsadzani w lokalnej administracji cywilnej. Genowefa wspominała litewskiego urzędnika o imieniu Stanisław, który władał doskonale językiem polskim i był na tyle ludzki, że można było z nim w ważnych sprawach się porozumieć. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Floriana i Genowefy krowę, Stanisław pomógł ją odzyskać. Każde zwierzę w czasie okupacji było wszak na wagę złota, a krowy w szczególności.
Tymczasem pierwsze bomby spadły na Warszawę 1 września, około 5.00 rano. Jednym z pierwszych zbombardowanych budynków był blok na Kole przy ulicy Obozowej 76, na Kolonii Towarzystwa Osiedli Robotniczych im. Stefana Żeromskiego, powstałej w latach 1935-1938. TOR był instytucją powołaną przez ówczesny rząd w celu budowy tanich mieszkań dla warszawskich robotników. I tu rzeczywiście mieszkali robotnicy. Tego dnia w gruzach zbombardowanego bloku zginęło 14 osób. Nie mniej dramatyczne sceny, rozegrały się niedaleko tego miejsca, tuż przy ulicy Ostroroga. 14 września, obrazy tak dobrze znane z fotografii Juliena Bryana. Niemieckie samoloty nadleciały w czasie, gdy kobiety wykopały w polu ziemniaki, na w pełni otwartej przestrzeni. Po zrzuceniu bomb na pobliskie budynki, samoloty zawróciły i z pokładowych karabinów zaczęły ostrzeliwać pracujące w polu osoby cywilne. Nawracały kilkakrotnie, zataczały koła nisko nad polem, a ich załogi strzelały do całkowicie bezbronnych, przerażonych ludzi. Po chwili, na miejscu pozostały dwa zakrwawione, nieruchome ciała. Na jednej z fotografii, przy martwej kobiecie, siedzi wystraszony chłopak, sprawiający wrażenie jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co się przed chwilą wydarzyło. Na drugiej fotografii szczupła dziewczynka o blond włosach, klęczy nad leżącą, zesztywniałą starszą siostrą, dłonie ma złożone, usta otwarte jakby przemawiała do nieżyjącej i rozpaczliwie płacze, w tle widać drzewa i mur cmentarny.
8 września pod stolicą pojawiły się pierwsze oddziały Wehrmachtu. Żołnierze niemieccy zajęli Okęcie wraz z lotniskiem, a następnie zaatakowali pozycje wojsk polskich na Woli i Ochocie. Szturm zakończył się niepowodzeniem, podobnie jak i druga próba podjęta 9 września. Pod osłoną nocy z 8 na 9 września, nieopodal Fabryki Przetworów Chemicznych „Dobrolin” mieszczącej się przy ulicy Wolskiej 157/159, na rozkaz dowódcy 8 kompanii 40 Pułku Piechoty Dzieci Lwowskich porucznika Zdzisława Pacaka-Kuźmirskiego, ustawiono wzdłuż barykady, składającej się z dwóch przewróconych tramwajów, 100 beczek z łatwopalną i silnie drażniącą terpentyną, usunięto z okolic bronionego odcinka i pobliskich domów mieszkalnych wszelkie materiały łatwopalne, zabezpieczono także workami z piaskiem dojścia do znajdujących na terenie przedsiębiorstwa podziemnych zbiorników z terpentyną. I kiedy 9 września niemiecka kolumna czołgów i samochodów pancernych zbliżyła się do barykady, polscy obrońcy otworzyli ogień. Eksplodujące beczki z terpentyną wywołały ogromny pożar, który ogarnął niemal 100-metrowy odcinek ulicy. Walka zakończyła się po 45 minutach, Niemcy ponieśli poważne straty i byli zmuszeni do wycofania się.
Jednakże 15 września stolica została okrążona przez wojska niemieckie. Tego też dnia przebywający pod Warszawą Adolf Hitler wydał rozkaz ostrzelania Zamku Królewskiego, aby złamać opór obrońców. W kolejnych dniach siły polskie zostały wzmocnione przez część oddziałów Armii „Poznań” i „Pomorze” pod dowództwem gen. Tadeusza Kutrzeby, którym udało się przebić do Warszawy po bitwie nad Bzurą.
25 września Luftwaffe przeprowadziło nalot dywanowy na stolicę, zrzucając 560 ton bomb burzących i 72 tony bomb zapalających. Bombardowanie trwało od godziny 7.00 aż do zmroku. Tego dnia ponownie ucierpiało wspomniane Osiedle TOR przy ulicy Obozowej. Śmierć poniosło 16 jego mieszkańców. A następnego dnia oddziały niemieckie przystąpiły do generalnego szturmu na miasto. Nie przyniósł on co prawda większych sukcesów, jednak w związku z brakiem wody, żywności, amunicji oraz ciężkim położeniem ludności cywilnej, dowództwo obrony Warszawy postanowiło zaprzestać dalszego oporu.
28 września został podpisany akt kapitulacji. Niemcy wkroczyli do Warszawy 30 września, a 5 października Adolf Hitler przyjął w Alejach Ujazdowskich defiladę wojsk niemieckich. Podczas trzech tygodni walk, poległo 2 tysiące żołnierzy polskich, 16 tysięcy żołnierzy odniosło rany, straty wśród ludności cywilnej sięgnęły 10 tysięcy zabitych i około 50 tysięcy rannych; zniszczeniu uległo 10% zabudowy miasta.
Natomiast 17 września oddziały sowieckie weszły do Głębokiego, a wieczorem 19 września, po krótkiej obronie, zajęły Wilno. Na mocy podpisanego 10 października 1939 roku przez ZSRR i Litwę porozumienia o wzajemnej pomocy Wilno wraz z wąskim pasmem zachodniej części Wileńszczyzny zostały przekazane Litwie. W zamian za to, sowieci uzyskali zgodę na utworzenie trzech swoich baz na Litwie. Pozostałe ziemie województwa wileńskiego znalazły się w granicach ZSRR. 2 listopada 1939 roku Głębokie włączono w skład Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Ten stan rzeczy trwał jedynie do 15 czerwca 1940 roku, kiedy to oddziały Armii Czerwonej ponownie wkroczyły do Wilna i tym razem zajęły już całą Litwę.
Gdy wokół rozgrywała się wielka historia, w Adamowcach, dnia 31 stycznia 1940 r. (wedle dokumentów miało to miejsce dnia 30 stycznia) w domu Genowefy i Floriana na świat przyszła dziewczynka, poczęta jeszcze w wolnej Warszawie, na Woli zresztą, co nie pozostanie bez znaczenia dla dalszej opowieści. W tym momencie do akcji wkroczyła, niezawodna w takich sytuacjach, ciotka Marianna, która zadecydowała, że dziewczynka będzie nosiła imię Florentyna. A skoro ciotka tak postanowiła, to nikt nie mógł się jej sprzeciwiać. Imię stało się w późniejszym czasie przyczyną wielu udręk dziecka, i w przedszkolu, i w szkole, dopiero z wejściem w dorosłość przyjdzie pogodzenie się z nim. Tymczasem, w lutym 1940 roku dziecko zostało ochrzczone w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Okupacja sowiecka ze swoim terrorem szczęśliwie omijała Adamowce, lecz 2 lipca 1941 r. do Głębokiego wkroczyli Niemcy. Jednego okupanta zastąpił drugi. I mimo, że same Adamowce i ich mieszkańcy nie ucierpieli w sposób szczególny za pierwszego sowieta, to jeszcze długi czas po wojnie Genowefa będzie wspominać okrucieństwa jakich dopuścili się Rosjanie wobec więźniów przetrzymywanych w dawnym klasztorze Bazylianów w Berezweczu koło Głębokiego. Przed wojną na terenie klasztoru stacjonował Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza "Głębokie" i mieściła się placówka wywiadowcza KOP. W utworzonym więzieniu sowieci zgromadzili Polaków, Białorusinów, Litwinów, ale też obywateli innych państw nadbałtyckich. W nocy z 23 na 24 czerwca 1941 r., po ataku Niemców na ZSRR, obsługa więzienia wymordowała w wyjątkowo okrutny sposób około ośmiuset więźniów. Nazwa Berezwecze wśród miejscowej ludności budzić będzie odtąd grozę. Opowiadano o ludziach, których zamurowywano żywcem w zagłębieniach muru okalającego klasztor. Z tych, których nie zdołano uśmiercić w celach czy piwnicach, uformowano dwie kolumny. Jedną popędzono do stacji w Głębokim i wywieziono do Kujbyszewa, natomiast drugą skierowano w stronę Witebska, dołączono ją do grupy więźniów ewakuowanych z Litwy, a po przejściu mostu na Dźwinie, w okolicy wsi Taklinowo, rozstrzelano przy użyciu karabinów maszynowych. Szacuje się, że śmierć poniosło tam od 1 do 2 tysięcy osób.
Okupacja niemiecka, jako trwająca dłużej niż pierwsza sowiecka, przyniosła ze sobą pierwszą tragiczną śmierć do Adamowców. Stało się to zimowym wieczorem. Zasypaną miękkim śnieżnym puchem drogą od strony lasu sunęły cicho i wolno sanie wyładowane drewnem na opał. Na saniach siedziała około dwudziestoletnia dziewczyna, ubrana w ciepły kożuch, rozmawiała żywo z powożącym sanie ojcem, gdy niespodziewanie, jak się wydawało, gdzieś w oddali, rozpętała się strzelanina. Zabłąkana kula dosięgła jednak dziewczynę, ugodziła ją śmiertelnie w głowę. Prawdopodobnie doszło do wymiany ognia między Niemcami a sowieckim oddziałem partyzanckim. Ukochaną, dobrą córkę zrozpaczeni rodzice pochowali na starym cmentarzu wznoszącym się na górce na skraju wsi.
Z czasem w Adamowcach zaczęli się pojawiać uzbrojeni mężczyźni. Któregoś razu wtargnęli też do domu Floriana i Genowefy. Kazali Florianowi oddać między innymi buty. Gdy przyniósł im starą parę, oni na nie spojrzeli, a następnie ku zdumieniu - i Floriana i Genowefy - jeden z nich powiedział:
- Masz przecież nowe, z Warszawy, gdzie je schowałeś?! Dawaj tamte!
Nie było wyjścia, trzeba było je oddać. Skąd wiedzieli, że miał nowe buty, i że przywiózł je z Warszawy, tego nie sposób było ustalić.
Innym razem, do wsi wpadli niemieccy żołnierze. Przyjechali po młodych ludzi, którzy byli zdolni do pracy, by wywieźć ich na roboty przymusowe do Niemiec. Gdy wyprowadzano dorosłe już córki sąsiadów, stojący przy furtce żołnierz odszedł kilka kroków, odwrócił się i zaczął płakać, a widząc Genowefę, podszedł do niej i powiedział po polsku, że jest Ślązakiem, i ma córki w takim właśnie wieku, które zostały w rodzinnym domu.
W okolicy pojawiły się też oddziały litewskie współpracujące z Niemcami. Być może był to litewski batalion policji pomocniczej, być może tak zwani szaulisi. Szaulisami nazywano członków Związku Strzelców Litewskich, ochotniczej organizacji paramilitarnej powstałej jeszcze w sierpniu 1919 roku w Kownie. Niemcy wykorzystywali ich w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami sowieckimi i Armią Krajową. Litwini byli też obsadzani w lokalnej administracji cywilnej. Genowefa wspominała litewskiego urzędnika o imieniu Stanisław, który władał doskonale językiem polskim i był na tyle ludzki, że można było z nim w ważnych sprawach się porozumieć. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Floriana i Genowefy krowę, Stanisław pomógł ją odzyskać. Każde zwierzę w czasie okupacji było wszak na wagę złota, a krowy w szczególności.
piątek, 2 sierpnia 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 17 - duchowa opiekunka - hrabina Zabiełło
Nie wiadomo, jak do tego doszło, w jakich okolicznościach, ale wiadomo, że Genowefa, aby wspomóc męża, zyskała dorywczą pracę w charakterze służącej u hrabiny Zabiełło. Nazwisko wskazywałoby na litewskie, kresowe korzenie arystokratki, której imię zatarło się we wspomnieniach, ale nie pewne zdarzenia i fakty, które przetrwały w opowieściach i to one miały największe znaczenie. Hrabina Zabiełło, którą Genowefa wspominała z wielką rewerencją, i która była dla młodej dziewczyny z Wileńszczyzny, kimś znacznie więcej niż tylko pracodawcą. Może zadecydowało tym pochodzenie obu kobiet z Kresów. A może hrabina była przekonana, że ma do wykonania pewną misję wobec tych, których los umieścił w hierarchii społecznej niżej od niej, i że ona, jako osoba poniekąd uprzywilejowana, winna przekazać choćby cząstkę tego, co przynależało do niej z racji zgromadzonego na przestrzeni wieków - przez jej przodków - kapitału, nie tyle materialnego, co przede wszystkim umysłowego i duchowego, tym, których los tak obficie nie obdarował. Może była przeświadczona, że jej pozycja społeczna rodzi nade wszystko określone zobowiązania, a nie jest tylko czymś statycznym, co ma łechtać ego i zaspokajać poczucie bycia kimś lepszym, i co należy jedynie przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza oraz konsumować, nie zaprzątając sobie głowy tym, co nie tak udane.
W pierwszej kolejności wyposażyła Genowefę w elegancką sukienkę, pantofle, rękawiczki, lecz to akurat zwykłe technikalia, jedynie strój roboczy, który należało przyodziewać w czasie obsługi przyjęć odbywających się w domu hrabiny. Najważniejsze było to, że traktowała dwudziestokilkuletnią dziewczynę niemal jak własną córkę, z troską i niezwykłą serdecznością. Dbała o jej edukację i uwrażliwiała na wartość wiedzy oraz konieczność nieustającej nauki, lubiła z nią rozmawiać, dzieliła się opowieściami o losach swoich i swojej rodziny, która w czasie rewolucji bolszewickiej znalazła się na terenach rdzennie rosyjskich, objętych walkami rewolucyjnymi, niejako w oku cyklonu. Była osobą wierzącą i wątki wiary przewijały się w jej opowiadaniach. Można powiedzieć, że był to epizod w życiu Genowefy, jednak sam fakt, że wielokrotnie ciepło wspominała swoją duchową opiekunke, wskazywałby na to, że było to doświadczenie mocno ją formujące, budujące wiarę w człowieka. Zapamiętała również, że syn hrabiny – Stanisław Zabiełło – był polskim dyplomatą. Dziś wiemy, że w czasie wojny pełnił funkcję przedstawiciela rządu RP na uchodźstwie we Francji Vichy i prowadził jedną z najodważniejszych akcji zainicjowanych przez polskich dyplomatów na rzecz ratowania Żydów, i setki, a może nawet tysiące osób, zawdzięczają mu życie. Prowadzone przez niego biura dostarczały osobom narodowości żydowskiej sfałszowane dokumenty potwierdzające ich chrześcijańskie lub aryjskie pochodzenie, zdobywały wizy na wyjazd z Francji do państw Ameryki, Azji i Afryki, a nawet pomagał uwolnić żydowskich więźniów zatrzymanych przez francuską policję. Tak pisał o nim izraelski dziennik „Israel Hayom”. W 1942 r. polski dyplomata został zaaresztowany przez gestapo, a następnie trafił do obozów koncentracyjnych w Buchenwaldzie, Mittelbau-Dora i Bergen Belsen. Przeżył wojnę i w 1947 r. powrócił do Polski i podjął pracę w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Chciałoby się powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wątpliwości być nie może, że te piękne ideały zaszczepiła w synu matka, która również pięknie żyła.
W pierwszej kolejności wyposażyła Genowefę w elegancką sukienkę, pantofle, rękawiczki, lecz to akurat zwykłe technikalia, jedynie strój roboczy, który należało przyodziewać w czasie obsługi przyjęć odbywających się w domu hrabiny. Najważniejsze było to, że traktowała dwudziestokilkuletnią dziewczynę niemal jak własną córkę, z troską i niezwykłą serdecznością. Dbała o jej edukację i uwrażliwiała na wartość wiedzy oraz konieczność nieustającej nauki, lubiła z nią rozmawiać, dzieliła się opowieściami o losach swoich i swojej rodziny, która w czasie rewolucji bolszewickiej znalazła się na terenach rdzennie rosyjskich, objętych walkami rewolucyjnymi, niejako w oku cyklonu. Była osobą wierzącą i wątki wiary przewijały się w jej opowiadaniach. Można powiedzieć, że był to epizod w życiu Genowefy, jednak sam fakt, że wielokrotnie ciepło wspominała swoją duchową opiekunke, wskazywałby na to, że było to doświadczenie mocno ją formujące, budujące wiarę w człowieka. Zapamiętała również, że syn hrabiny – Stanisław Zabiełło – był polskim dyplomatą. Dziś wiemy, że w czasie wojny pełnił funkcję przedstawiciela rządu RP na uchodźstwie we Francji Vichy i prowadził jedną z najodważniejszych akcji zainicjowanych przez polskich dyplomatów na rzecz ratowania Żydów, i setki, a może nawet tysiące osób, zawdzięczają mu życie. Prowadzone przez niego biura dostarczały osobom narodowości żydowskiej sfałszowane dokumenty potwierdzające ich chrześcijańskie lub aryjskie pochodzenie, zdobywały wizy na wyjazd z Francji do państw Ameryki, Azji i Afryki, a nawet pomagał uwolnić żydowskich więźniów zatrzymanych przez francuską policję. Tak pisał o nim izraelski dziennik „Israel Hayom”. W 1942 r. polski dyplomata został zaaresztowany przez gestapo, a następnie trafił do obozów koncentracyjnych w Buchenwaldzie, Mittelbau-Dora i Bergen Belsen. Przeżył wojnę i w 1947 r. powrócił do Polski i podjął pracę w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Chciałoby się powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wątpliwości być nie może, że te piękne ideały zaszczepiła w synu matka, która również pięknie żyła.
niedziela, 28 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 16 - na warszawskiej robotniczej Woli
Z tego niedługiego okresu warszawskiego do dziś pozostało kilka fotografii. Najpierw pokonały drogę z Warszawy do Adamowców, następnie z Adamowców do Białegostoku, i w końcu z Białegostoku powróciły do Warszawy. Historia zatoczyła pełne koło, a wraz z nią i te zdjęcia. Z jednej z nich spogląda na nas lekko łobuzerskim spojrzeniem cztero, może pięcioletni chłopak, siedzi pewnie na koniu, w krótkich spodenkach, bluzie, będącej częścią munduru ułana z czasów Księstwa Warszawskiego, na głowie ma czako, w prawej dłoni dzierży drewniany karabin, lewą trzyma wodze, a w tle widać dwa dość spore budynki – w tym z lewej strony dostrzegalne są trzy kondygnacje, na parterze wysokie podłużne okna, na drugim i trzecim piętrze okna nieco mniejsze, i na trzeciej kondygnacji budynek się urywa, a trochę bardziej w głębi, z prawej strony, pięciopiętrowa kamienica, na jej piętrach drugim, trzecim i czwartym widoczne są balkony, zaś dolną jej część zasłania nieznajomy chłopak stojący na trawie, w trzewikach, getrach, krótkich spodniach i białej koszuli wpuszczonej w spodnie, w fikuśnym nakryciu głowy, i patrzy prosto w obiektyw z zaciekawieniem. Przyglądając się tej fotografii, mam wrażenie jakbym już kiedyś widział te budynki na innych zdjęciach przedstawiających międzywojenną Warszawę. Być może jest to Mokotów, może okolice Pól Mokotowskich. Na drugiej fotografii Oswaldek siedzi - dla odmiany - na słoniu, w krótkich spodenkach, w bluzie z białym kołnierzem, z prawej strony stoi Florian, w eleganckim trzyczęściowym garniturze, białej koszuli, pod krawatem, i w kapeluszu, a w tle za nimi widoczne jest wysokie, rozłożyste drzewo. I zachowała się jeszcze trzecia fotografia - wykonana już w atelier, na tle tapety z kwiatami i fragmentem jakiegoś pałacu - na pierwszym planie na trzykołowym rowerku siedzi chłopczyk w marynarskiej bluzie, krótkich spodenkach, z dłuższą grzywką i krótko przystrzyżonymi włosami, z jego lewej strony stoi Genowefa, w czarnej sukience do połowy łydki, z białym fantazyjnym kołnierzem układającym się płatki kwiatu, w białych rękawiczkach i kapelusiku, a z prawej strony - Florian, również w trzyczęściowym garniturze jasnego koloru, spodnie zaprasowane na kant, biały kołnierz koszuli, krawat w paski, i delikatnie przekrzywiony kapelusz.
To co może się wydawać nie najlepszym miejscem do życia, fabryczna, trochę chaotyczna i nie należąca do najbezpieczniejszych Wola, w opowieściach Genowefy malowała się jako miejsce dające poczucie zakotwiczenia w spokojnej przystani. Można byłoby zakładać, że dużo bardziej przyjazne, ciche, a więc lepsze do życia były dalekie niewielkie Adamowce, zanurzone w litewskim, czy jak ktoś woli - białoruskim krajobrazie, z niewysokimi wzniesieniami, przepastnymi kniejami, rozegłymi polami i łąkami, przetykanymi urokliwymi jeziorami. A jednak czy pewna historia się w określony sposób nie powtarza? Obecne północno-wschodnie tereny, z otwartymi przestrzeniami, zapierającymi dech w piersiach, z malowniczymi wzniesieniami Wysoczyzny Białostockiej, Wzgórz Sokólskich, pagórkami Suwalszczyzny, Podlasia Nadbużańskiego, tak odmiennymi od dość monotonnych, choć też nie pozbawionych swoistego uroku, mazowieckich równin, wyludniają się podobnie. Tym razem niemała część ich mieszkańców ciągnie już nie tylko do Warszawy, czy mitycznych Stanów Zjednoczonych, które jakby coraz bardziej traciły swój powab, ale rozlewa się po całej Europie, która też już nie wydaje się być tak atrakcyjną, jak jeszcze na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wróćmy jednak do przedwojennej Warszawy. W czasie, gdy Florian pracował w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się domem. Ktoś musiał opiekować się żywym jak srebro chłopakiem. Pewnego razu, gdy wróciła z Oswaldkiem z zakupów i spaceru, po mieszkaniu kręcił się jakiś nieznajomy mężczyzna o zakapiorskim wyglądzie. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, oprych rozwścieczony odepchnął młodą kobietę z dzieckiem, wybiegł na klatkę schodową, zbiegł czym prędzej po schodach i zniknął gdzieś w plątaninie wolskich uliczek. Zaskoczona i wystraszona Gienia nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Gdy się otrząsnęła, sprawdziła czy z mieszkania nic nie zniknęło. Tak naprawdę niewiele można byłoby z niego ukraść, ale jakąś skromną biżuterię czy zaskórniaki mógłby zabrać. O zdarzeniu tym opowiedziała sąsiadce. I jeszcze tego samego dnia podszedł do niej pewien dwudziestokilkuletni chłopak, mieszkaniec tej samej kamienicy, i powiedział:
- Pani Szpakowa, następnym razem, jak ktoś będzie się kręcił po pani po mieszkaniu, to niech pani woła i krzyczy, a my już będziemy wiedzieli, co mamy robić.
Ten młodzieniec nie pracował, choć nigdy nie brakowało mu środków do życia. Na Woli, jak powszechnie wiadomo, nie wszyscy utrzymywali się z ciężkiej, uczciwej pracy, lecz warto odnotować, że spora część osób z półświatka kierowała się jednak swoistym kodeksem honorowym, a sąsiadowi, wiadomo, w potrzebie zawsze należało pomóc.
W opowieściach Genowefy o Warszawie pojawiał się kościół na ulicy Karolkowej. Świątynia wybudowana w latach 1931 - 1933, w stylu modernistycznym. Gdy trafiłem doń po raz pierwszy jesienią 2014 roku, kiedy to wyruszyłem na pierwszy w moim życiu długi spacer po Woli, ulicą Wolską, Karolkową, Okopową, Żytnią, wieczorową porą, nie mając świadomości, że ta współczesna Wola, mimo że nie mająca wiele wspólnego z Wolą przedwojenną, w pewnych miejscach, o pewnej porze, do miejsc najbezpieczniejszych w stolicy nie należy, poczułem się tak, jakbym trafił do miejsc, które już poniekąd znałem. Zwłaszcza w murach kościoła św. Klemensa Hofbauera momentalnie ogarnęło mnie uczucie wewnętrznego pokoju. Prostota i surowość wnętrza, a jednocześnie wrażenie ciepła domowego ogniska. Dopiero, gdy wróciłem do Białegostoku, mama uświadomiła mi, że ów kościół na Karolkowej często powracał w opowieściach babci. Te same mury, ten sam układ, i choć w czasie Powstania Warszawskiego kościół został zbombardowany, to przed pożarem ochroniła go nowoczesna konstrukcja, ogień bowiem nie uszkodził żelbetonowego stropu i nie zniszczył wnętrza. Natomiast w dniu 6 sierpnia 1944 roku Niemcy zamordowali na ulicy Wolskiej trzydziestu ojców, braci i kleryków mieszkających w klasztorze redemptorystów mieszczącym się przy kościele. Kolejne świadectwo Rzezi Woli, uświadamiające jaki los mógłby spotkać Genowefę i Floriana z dziećmi, gdyby czas wojny przyszło im spędzić w Warszawie. Tymczasem w tych murach świątyni, jakby trwały szepty modlitw zanoszonych i przez Genowefę, zapisały się w przestrzeni nawy na stałe, wraz z modlitwami wypowiadanymi przez tych, którzy na czas wojny tu pozostali i nie mieli szans jej przetrwać.
To co może się wydawać nie najlepszym miejscem do życia, fabryczna, trochę chaotyczna i nie należąca do najbezpieczniejszych Wola, w opowieściach Genowefy malowała się jako miejsce dające poczucie zakotwiczenia w spokojnej przystani. Można byłoby zakładać, że dużo bardziej przyjazne, ciche, a więc lepsze do życia były dalekie niewielkie Adamowce, zanurzone w litewskim, czy jak ktoś woli - białoruskim krajobrazie, z niewysokimi wzniesieniami, przepastnymi kniejami, rozegłymi polami i łąkami, przetykanymi urokliwymi jeziorami. A jednak czy pewna historia się w określony sposób nie powtarza? Obecne północno-wschodnie tereny, z otwartymi przestrzeniami, zapierającymi dech w piersiach, z malowniczymi wzniesieniami Wysoczyzny Białostockiej, Wzgórz Sokólskich, pagórkami Suwalszczyzny, Podlasia Nadbużańskiego, tak odmiennymi od dość monotonnych, choć też nie pozbawionych swoistego uroku, mazowieckich równin, wyludniają się podobnie. Tym razem niemała część ich mieszkańców ciągnie już nie tylko do Warszawy, czy mitycznych Stanów Zjednoczonych, które jakby coraz bardziej traciły swój powab, ale rozlewa się po całej Europie, która też już nie wydaje się być tak atrakcyjną, jak jeszcze na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wróćmy jednak do przedwojennej Warszawy. W czasie, gdy Florian pracował w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się domem. Ktoś musiał opiekować się żywym jak srebro chłopakiem. Pewnego razu, gdy wróciła z Oswaldkiem z zakupów i spaceru, po mieszkaniu kręcił się jakiś nieznajomy mężczyzna o zakapiorskim wyglądzie. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, oprych rozwścieczony odepchnął młodą kobietę z dzieckiem, wybiegł na klatkę schodową, zbiegł czym prędzej po schodach i zniknął gdzieś w plątaninie wolskich uliczek. Zaskoczona i wystraszona Gienia nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Gdy się otrząsnęła, sprawdziła czy z mieszkania nic nie zniknęło. Tak naprawdę niewiele można byłoby z niego ukraść, ale jakąś skromną biżuterię czy zaskórniaki mógłby zabrać. O zdarzeniu tym opowiedziała sąsiadce. I jeszcze tego samego dnia podszedł do niej pewien dwudziestokilkuletni chłopak, mieszkaniec tej samej kamienicy, i powiedział:
- Pani Szpakowa, następnym razem, jak ktoś będzie się kręcił po pani po mieszkaniu, to niech pani woła i krzyczy, a my już będziemy wiedzieli, co mamy robić.
Ten młodzieniec nie pracował, choć nigdy nie brakowało mu środków do życia. Na Woli, jak powszechnie wiadomo, nie wszyscy utrzymywali się z ciężkiej, uczciwej pracy, lecz warto odnotować, że spora część osób z półświatka kierowała się jednak swoistym kodeksem honorowym, a sąsiadowi, wiadomo, w potrzebie zawsze należało pomóc.
W opowieściach Genowefy o Warszawie pojawiał się kościół na ulicy Karolkowej. Świątynia wybudowana w latach 1931 - 1933, w stylu modernistycznym. Gdy trafiłem doń po raz pierwszy jesienią 2014 roku, kiedy to wyruszyłem na pierwszy w moim życiu długi spacer po Woli, ulicą Wolską, Karolkową, Okopową, Żytnią, wieczorową porą, nie mając świadomości, że ta współczesna Wola, mimo że nie mająca wiele wspólnego z Wolą przedwojenną, w pewnych miejscach, o pewnej porze, do miejsc najbezpieczniejszych w stolicy nie należy, poczułem się tak, jakbym trafił do miejsc, które już poniekąd znałem. Zwłaszcza w murach kościoła św. Klemensa Hofbauera momentalnie ogarnęło mnie uczucie wewnętrznego pokoju. Prostota i surowość wnętrza, a jednocześnie wrażenie ciepła domowego ogniska. Dopiero, gdy wróciłem do Białegostoku, mama uświadomiła mi, że ów kościół na Karolkowej często powracał w opowieściach babci. Te same mury, ten sam układ, i choć w czasie Powstania Warszawskiego kościół został zbombardowany, to przed pożarem ochroniła go nowoczesna konstrukcja, ogień bowiem nie uszkodził żelbetonowego stropu i nie zniszczył wnętrza. Natomiast w dniu 6 sierpnia 1944 roku Niemcy zamordowali na ulicy Wolskiej trzydziestu ojców, braci i kleryków mieszkających w klasztorze redemptorystów mieszczącym się przy kościele. Kolejne świadectwo Rzezi Woli, uświadamiające jaki los mógłby spotkać Genowefę i Floriana z dziećmi, gdyby czas wojny przyszło im spędzić w Warszawie. Tymczasem w tych murach świątyni, jakby trwały szepty modlitw zanoszonych i przez Genowefę, zapisały się w przestrzeni nawy na stałe, wraz z modlitwami wypowiadanymi przez tych, którzy na czas wojny tu pozostali i nie mieli szans jej przetrwać.
poniedziałek, 22 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 15 - przyjazd do Warszawy, robotnicza Wola
Zawieruchę wojenną przetrwała książeczka ubezpieczeniowa Floriana, wydana w 1936 roku, z wpisanymi do niej dwoma adresami zamieszkania, pierwszym przy ulicy Towarowej 33, i drugim przy Placu Kazimierza Wielkiego. Warszawska robotnicza Wola. A więc kuzyni pomogli znaleźć pracę i mieszkanie. Genowefa i Florian, z trzyletnim synkiem, nie musieli wyruszać w ciemno do stolicy. Z Adamowców do Warszawy jest ponad 600 kilometrów. Wyprawa z tego odległego zakątka była w tamtych czasach przedsięwzięciem logistycznie skomplikowanym. Z rozległych, falujących krajobrazów północno-wschodniej Wileńszczyzny, z pól, łąk, lasów, jezior, do fabrycznej, robotniczej dzielnicy - warszawskiej Woli. Nieopodal słynnego Kercelaka z labiryntem ścieżek między drewnianymi straganami, przekrzykującymi się przekupkami i przekupniami, tłumami kupujących, a też przedstawicielami kryminalnego półświatka. Gmachy fabryk, ogromnych, średnich i malutkich; skromne zakłady rzemieślnicze; kominy potężne, sięgające nieba i niższe, kamienice czynszowe, kilkupiętrowe, a między nimi i niska, parterowa zabudowa, tu kino, tam knajpa, szpitale, kościół w stylu neogotyckim, modernistycznym, cerkiew prawosławna. Istna różnorodność wszystkiego wokół, momentami ocierająca się o chaos. Łoskot pędzących tramwajów, przejeżdżające dość szerokimi ulicami automobile, wozy konne, gwar tłumów przemykających chodnikami, robotnicy śpieszący do fabryk na pierwszą, drugą zmianę, nad ranem, wieczorem, w nocy. Dym wydobywający się z kominów, jazgotliwa zajezdnia tramwajowa, okrągłe monumentalne budynki z czerwonej cegły należące do Gazowni Warszawskiej. Wschody i zachody słońca zza kominów i fabrycznych dachów, i jasne słoneczne światło sączące się zza zasłony dymów, pyłu i wzbijanego kurzu, z dostrzegalnymi skrawkami błękitnego nieba i białych obłoków. W tej mieszaninie szarości, hałasu, bogactwa i nędzy, ludzkiej wytrwałości, cierpliwości, szlachetności i upadku, a czasem nawet plugastwa wszelakiego, trzeba było zbudować dom już nie z kamienia czy drewna, ale przystań dla ducha, przestrzeń, do której po znojnej pracy będzie się wracać z prawdziwą ulgą i radością w sercu.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do skrawków informacji związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych po innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym - przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę - mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że miał być to powrót tymczasowy, Warszawy nie zamierzali opuścić na zawsze. Jaki byłby ich los, gdyby jednak z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, w gronie ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w Adamowcach, w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być państwem silnym militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, wróćmy do pięknego lata roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
sobota, 20 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 14 - na świat przychodzi Oswaldek
Rok 1932 minął pod znakiem wznoszenia nowej siedziby w Adamowcach. Zdobienia nad oknami, z motywami roślinnymi, geometrycznymi, okiennice, wykonał samodzielnie Florian. Wiosną 1933 roku, w nowym domu na świat przyszedł chłopak. Specjalistką od nadawania imion w rodzinie Szpaków była ciotka Marianna, która długie lata spędziła jako guwernantka w Petersburgu. Była oczytana głównie we francuskiej i niemieckiej literaturze romantycznej, i za jej to sprawą przypadło chłopakowi imię Oswald. Starsza już kobieta postrzegała siebie jako damę, na przestrzeni kilkudziesięciu lat przesiąkła wielkomiejską atmosferą, a gdy dodać do tego tak hołubioną w rodzinie Szpaków opowieść o wspomnianym przodku, mającym być medykiem w armii napoleońskiej, to naturalną konsekwencją takiego nagromadzenia "zaszczytów", musiało stać się przekonanie, że dzieci nie mogły nosić pospolitych imion, musiały się czymś wyróżniać. Współcześnie takie przekonania też nie powinny zadziwiać, pod tym także względem natura ludzka, jak się okazuje, w dużych liczbach, jest niezmienna i objawia się między innymi w takich drobnostkach, nawet jeśli – teoretycznie - żyjemy bardziej egalitarnych czasach.
Oswaldek przyszedł na świat dorodny i zdrowy. Radość w domach Szpaków i Bochanów była wielka. Chłopaka ochrzczono w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Rósł jak na drożdżach, był żywy, pełen energii, ruchliwy, miał ciemne włosy, jasną cerę i niebieskie oczy.
Czasy stawały się jednak coraz bardziej niespokojne. Skutki Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933 dotarły i na Wileńszczyznę, choć i przed jego nastaniem tereny te do najłatwiejszych nie należały. Nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, a jednak życie godne, choć skromne można wieść tu było. Piękno natury, krajobrazu kontrastowało z większą lub mniejszą biedą znacznej części mieszkańców. Zabory nie tak dawno się skończyły, a bycie częścią imperium carskiego, tą buntowniczą, o silnych polskich wpływach, wiązało się z zapóźnieniem gospodarczym, będącym skutkiem odgórnego tłumienia wszelkiej inicjatywy, rozwoju, karą za niewdzięczność wobec cara. Obecnie, bliskość granicy ze Związkiem Radzieckim również nie sprzyjała rozwinięciu skrzydeł. Niemal odwieczne przekleństwo polskiej ściany wschodniej. Drobne rzemiosło i handel w miasteczkach, znaczna część ludności utrzymująca się z rolnictwa, brak rozwiniętego przemysłu, rzutowały na sytuację ekonomiczną całego regionu. Jedna rodzina z Adamowców sprzedała już swoje gospodarstwo i jako pierwsza ze wsi wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia do Stanów Zjednoczonych. Florian i Genowefa również poważnie rozważali taką możliwość. Marzyli o większej rodzinie, ale ich pomysł ewentualnego wyjazdu nie przypadł do gustu ani Mojżeszowi i Józefie, ani dziadkowi Ksaweremu i braciom Gieni, a i oni sami nie byli do niego przekonani. Postanowili więc pozostać w kraju. Uznali, że wspólnymi siłami podołają wszelkim trudnościom, i jeśli nie tu w Adamowcach czy w Krukowszczyźnie, to przecież jacyś kuzyni wyjechali do Warszawy i w ostateczności pomogą im znaleźć jakąś solidną pracę w stolicy. Do Wilna Genowefa wyjechać nie chciała. O mieście tym, tak z jednej strony umiłowanym ze względu na Matkę z Ostrej Bramy czy Kalwarię Wileńską, dobrego zdania nie miała. Lubiła odwiedzać Matuchnę Najświętszą, co w Ostrej świeci Bramie, kochała kalwaryjskie ścieżki, wijące się na lesistych wzgórzach, ale pracy i życia sobie w Wilnie nie wyobrażała. Za to sława Warszawy jako miasta przyjaznego, otwartego na przybyszów, którego mieszkańcy - jak mawiała Gienia - nikomu zginąć nie dadzą, dotarła i na te odległe rubieże. Oboje zatem mieli twardy orzech do zgryzienia – czy zostać w Adamowcach, czy może jednak wyruszyć do stolicy?
Oswaldek przyszedł na świat dorodny i zdrowy. Radość w domach Szpaków i Bochanów była wielka. Chłopaka ochrzczono w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Rósł jak na drożdżach, był żywy, pełen energii, ruchliwy, miał ciemne włosy, jasną cerę i niebieskie oczy.
Czasy stawały się jednak coraz bardziej niespokojne. Skutki Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933 dotarły i na Wileńszczyznę, choć i przed jego nastaniem tereny te do najłatwiejszych nie należały. Nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, a jednak życie godne, choć skromne można wieść tu było. Piękno natury, krajobrazu kontrastowało z większą lub mniejszą biedą znacznej części mieszkańców. Zabory nie tak dawno się skończyły, a bycie częścią imperium carskiego, tą buntowniczą, o silnych polskich wpływach, wiązało się z zapóźnieniem gospodarczym, będącym skutkiem odgórnego tłumienia wszelkiej inicjatywy, rozwoju, karą za niewdzięczność wobec cara. Obecnie, bliskość granicy ze Związkiem Radzieckim również nie sprzyjała rozwinięciu skrzydeł. Niemal odwieczne przekleństwo polskiej ściany wschodniej. Drobne rzemiosło i handel w miasteczkach, znaczna część ludności utrzymująca się z rolnictwa, brak rozwiniętego przemysłu, rzutowały na sytuację ekonomiczną całego regionu. Jedna rodzina z Adamowców sprzedała już swoje gospodarstwo i jako pierwsza ze wsi wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia do Stanów Zjednoczonych. Florian i Genowefa również poważnie rozważali taką możliwość. Marzyli o większej rodzinie, ale ich pomysł ewentualnego wyjazdu nie przypadł do gustu ani Mojżeszowi i Józefie, ani dziadkowi Ksaweremu i braciom Gieni, a i oni sami nie byli do niego przekonani. Postanowili więc pozostać w kraju. Uznali, że wspólnymi siłami podołają wszelkim trudnościom, i jeśli nie tu w Adamowcach czy w Krukowszczyźnie, to przecież jacyś kuzyni wyjechali do Warszawy i w ostateczności pomogą im znaleźć jakąś solidną pracę w stolicy. Do Wilna Genowefa wyjechać nie chciała. O mieście tym, tak z jednej strony umiłowanym ze względu na Matkę z Ostrej Bramy czy Kalwarię Wileńską, dobrego zdania nie miała. Lubiła odwiedzać Matuchnę Najświętszą, co w Ostrej świeci Bramie, kochała kalwaryjskie ścieżki, wijące się na lesistych wzgórzach, ale pracy i życia sobie w Wilnie nie wyobrażała. Za to sława Warszawy jako miasta przyjaznego, otwartego na przybyszów, którego mieszkańcy - jak mawiała Gienia - nikomu zginąć nie dadzą, dotarła i na te odległe rubieże. Oboje zatem mieli twardy orzech do zgryzienia – czy zostać w Adamowcach, czy może jednak wyruszyć do stolicy?
czwartek, 18 lipca 2024
Błyski. Historia Rodzinna. Część 13 - ślub Genowefy i Floriana
Oświadczyny okazały się być nie takimi przerażającymi jak się obojgu wydawało. Dziadek Ksawery, Mojżesz i Józefa przypadli sobie od razu do gustu. Istniało między nimi jakieś podobieństwo, zauważalne już na pierwszy rzut oka. Florian przezwyciężył swoje stremowanie i z początku, może nieco nieporadnie, wypowiedział te najważniejsze - jak dotąd - w swoim życiu słowa, w których prosił opiekunów o rękę swojej wybranki. Głos mu drżał, nogi się trzęsły niemiłosiernie, nie wiedział co zrobić z dłońmi. Widział przed sobą ledwie kilka osób, co do których nie miał pewności, czy aby na pewno są mu życzliwe. To trudne do ukrycia zdenerwowanie miało jednak swoją dobrą stronę. W sposób niezamierzony przydało mu tylko wiarygodności i wzbudziło nawet sympatię braci, którzy nabrali już pewności, że nie mają do czynienia z jakimś niewydarzonym fircykiem. Słowem, pierwsze lody zostały przełamane. Gdy oświadczyny zostały przyjęte, rozmowa momentalnie potoczyła się swobodnym, żwawym strumieniem. I z taką łatwością płynęła, że dopiero, gdy słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, przypomniano sobie, że może warto przejść już do konkretów co do ślubu i wesela. Ustalono, że weselisko odbędzie się w domu Szpaków w Adamowcach. Sporych rozmiarów izby i podwórze pomieszczą i bliższą i dalszą rodzinę, sąsiadów, i przyjaciół. A o właściwą pogodę zadba już święty Justyn.
Ślub się odbył w kościele świętej Anny w Mosarzu. Święty Justyn rzeczywiście się spisał i zapewnił idealną na taki dzień aurę. Od chwili przysięgi złożonej przed ołtarzem rozpoczął się nowy etap w życiu Genowefy i Floriana, pełen nadziei i szczęścia z założonej właśnie rodziny. Mojżesz i Józefa, nie zwlekając, wydzielili w Adamowcach miejsce pod budowę nowego domu. Chętnych do pomocy przy jego wznoszeniu nie brakowało. Mojżesz, Jan, dziadek Ksawery wciąż jeszcze pełen zapału i energii, a także Justyn, Adolf i Władysław, zobowiązali się tak organizować sobie czas, by Florian mógł na nich liczyć. A zanim powstanie nowe domostwo, miejsca u Mojżesza i Józefy nowożeńcom nie zabraknie.
Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele obu rodzin, zgodnie zauważali, że przedstawiciele tych już niejako połączonych rodów nie mogli się lepiej do siebie dopasować pod każdym niemal względem. A to miało być najlepszą rękojmią dobrego przyszłego życia.
Ślub się odbył w kościele świętej Anny w Mosarzu. Święty Justyn rzeczywiście się spisał i zapewnił idealną na taki dzień aurę. Od chwili przysięgi złożonej przed ołtarzem rozpoczął się nowy etap w życiu Genowefy i Floriana, pełen nadziei i szczęścia z założonej właśnie rodziny. Mojżesz i Józefa, nie zwlekając, wydzielili w Adamowcach miejsce pod budowę nowego domu. Chętnych do pomocy przy jego wznoszeniu nie brakowało. Mojżesz, Jan, dziadek Ksawery wciąż jeszcze pełen zapału i energii, a także Justyn, Adolf i Władysław, zobowiązali się tak organizować sobie czas, by Florian mógł na nich liczyć. A zanim powstanie nowe domostwo, miejsca u Mojżesza i Józefy nowożeńcom nie zabraknie.
Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele obu rodzin, zgodnie zauważali, że przedstawiciele tych już niejako połączonych rodów nie mogli się lepiej do siebie dopasować pod każdym niemal względem. A to miało być najlepszą rękojmią dobrego przyszłego życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...