Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
niedziela, 11 kwietnia 2010
sobota, 10 kwietnia 2010
"Śpieszmy się kochać ludzi"
Odeszli dziś ludzie, którzy bez wątpienia stanowili ważną część niewielkiej polskiej elity.
Prezydent RP - Lech Kaczyński, opozycjonista, solidarnościowy ekspert od prawa pracy; polityk, którego jeszcze do niedawna atakowano w niewyobrażalny i bezpardonowy sposób. To jednak nie czas i miejsce, by do ludzkiej słabości i małości dziś wracać. Chciałoby się wierzyć, że każdy ma prawo do zrozumienia swego błędu, żalu, skruchy i nawrócenia. To czas dla tych, którzy nie zdążyli pokochać, tak zwyczajnie, czysto po ludzku. Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć słów księdza Twardowskiego: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Ta tragedia to między innymi czas dla tych, którzy się nie śpieszyli i głęboko wierzę
w to, że zdążą teraz. Zdążą pokochać i zdolają zrozumieć swoją małostkowość.
Janusz Kochanowski - Rzecznik Praw Obywatelskich, znakomity prawnik, prawnik z powłania, jakże inny od tych, których zdarza nam się tak często spotykać na co dzień, prawnik rozumiejący i wskazujący nam, że prawo jest po to, by służyć ludziom, przede wszystkim tym najmniejszym, by ich chronić.
Władysław Stasiak - Szef Kancelarii Prezydenta RP. Pod maską chłodnego urzędnika państwowego, niedoskonale skrywajacy zwyklą życzliwość i uczciwość.
Nie sposób Wszystkich wymienić. Dzielenie ofiar wedle barw politycznych nie ma najmniejszego sensu. Wszystkim bez wątpienia należy się cześć i szacunek.
I znowu pozostaje kwestia wniosków, jakie z tej tragtedii wyciągniemy. Rzecz przecież nie w tym, by ustały spory polityczne. To jednak, co obserwowaliśmy w ostatnich latach było nie do zniesienia. Natężenie agresji, brutalności, cynizmu, braku jakichkolwiek reguł, wolt niemiłosiernych, brak kultury politycznej, osobistej, lojalności i życzliwości, skrajna nieufność, na niespotykaną wręcz skalę.
To chyba najwyższy czas, by się opamiętać. Nie na pokaz, nie na czas tragedii, nie na czas żałoby, nie kierując się emocjami, szczerą potrzebą chwili. Ale tak naprawdę, ze zrozumieniem, bez kalkulacji, by uczynić także nasze codzienne życie bardziej ludzkim, bo przecież nasze życie publiczne jest wiernym odbiciem naszych relacji codziennych.
W takich chwilach dziękuję Bogu za dar łaski wiary, choćby nawet bardzo ułomnej, niepewnej i tak często wahającej się.
I dziękuję Bogu za takich Przyjaciół, jak pewna Białorusinka, która dziś rano wysłała mi smsa następującej treści: "Usłyszałam wiadomość o samolocie i Katyniu. Nie mogłam powstrzymać łez. Jak wielki koszmar. Jak wielki smutek".
niedziela, 4 kwietnia 2010
Różanystok, św. Jan Bosko, grodzisko i w zasadzie o tym, że nic nie dzieje się przez przypadek
Wokół teren pofałdowany, łagodne wzgórza, a za nimi kolejne, jeszcze wyblakłą zielenią zielone sosnowe zagajniki, ale też więcej niż na południe (o dziwo!) gajów liściastych, które nie miały jeszcze czasu, by się zazielenić. Strumyki, wąskie rzeczki. Za Czerwonką kończy się asfalt, a zaczyna bruk, pamiętający z pewnością XIX wiek. Po kilku kilometrach rozjazd w cztery strony świata - bądź tu człowieku mądry i wybierz! Droga na wprost wydaje się najciekawsza, ale po kilometrze, góra dwóch, przy zabudowaniach Sadowej, piaszczysty trakt się zwęża, staje się błotnisty i niknie gdzieś w kniei, już nie zagajniku, nie gaju, ale w najprawdziwszym lesie, będącym pozostałością dawnej Puszczy Grodzieńskiej albo Nowodwroskiej, któż by się połapał w tych XV czy XVI-wiecznych podziałach! Zawracamy! Przed domostwem mieszkańcy ze zdumieniem i zainteresowaniem przyglądają się przybyszom, którzy często tu się najwyraźniej nie trafiają. Wracamy do krzyżówki. Po drodze mijamy wysokiego mężczyznę, który wyruszył na świąteczny spacer z kilkuletni synkiem. Pytamy o drogę w lewo i prawo, gdzie jest bliżej do asfaltu? Choć właściwie czy zależy nam tak bardzo na tym asfalcie? Dowiadujemy się, że w lewo mamy Kopciówkę, a w prawo Jałówkę, i dalej Suchdolinę. Po krótkiej rozmowie życzymy sobie wesołch Świąt i na krzyżówce odbijamy w prawo. Asfaltu nie mamy, ale są za to pewnie XIX-wieczne "kocie łby". Droga pnie się łagodnie ku górze, po prawej stronie między sosnami dostrzegamy jakby sztucznie usypane wzgórze, decydujemy jednak, że zdążymy tu jeszcze wrócić, a teraz dalej przed siebie, bez określonego celu! Przestrzenie stają się jeszcze bardziej otwarte, wzgórz jakby mniej, więcej płaskiego terenu i mniej zagajników. Jałówka, Suchodolina, Brzozowa i znowu powrót na asfalt. W Brzozowej - ku naszemu wielkiemu zdumieniu -zauważamy drogowskaz do Różanegostoku! Aż się wierzyć nie chce, że to tu, że to już, że teraz, że tak blisko! Tylko 2 km!
Różanystok, niegdyś Krzywy Stok, na szlaku do Grodna, to między innymi tędy swoje rejzy do Wielkiego Księstwa Litewskiego odbywali Krzyżacy. W XVI osiadł tu jeden z dworzan królowej Bony - Scipion del Campo. Później majątek przechodzi we władanie Tyszkiewiczów - rodu pochodzenia z pewnością litewsko - rusińskiego. Szczęsny i Eufrozyna zamieszkali w drewnianym dworze. Którejś nocy przed obrazem Matki Bożej samoczynnie zapłonęła wielkim ogniem lampka. Od tej pory kronikarze zaczynają odnotowywać liczne cuda dziejące się za sprawą obrazu. Tyszkiewiczowie sprowadzają dominikanów, fundują klasztor i kościół. Wieże kościoła widoczne są już z daleka. Dziwny to widok, bowiem barokowa świątynia, której nie powstydziłoby się ani Wilno, ani Grodno, a Białystok mógłby o takiej tylko marzyć, wyrasta ni stąd, ni zowąd, wśród pól. W obecnym kształcie powstała w drugiej połowie XVIII wieku. Jedna wieża nieco niższa od drugiej. W czasie zaborów Rosjanie usiłowali zamienić ją w cerkiew, co też zresztą im się udało. W 1901 r. władze carskie sprowadziły tu prawosławne mniszki, z taką intencją, by kształciły nauczycielki do szkół w dawnej Guberni Grodzieńskiej. Z tej wyższej wieży, przy dobrej pogodzie widać podobno nieodelgłe Grodno. Na niewielkim skrawku przestrzeni nagromaodziły się liczne i wydawałoby się wzajemnie wykluczajace się style - wileński barok, rosyjska architektura sakralna murowana i drewniana, kilka domów drewnianych, kilka peerelowskich sześcianów, i bloki z wielkiej płyty będące pozostałością państwowego gospodarstwa rolnego. Architektura rosyjska - jak zwykle na tych terenach przysadzista, o licznych krągłościach, łagodnych łukach; takie budynki klasztorne można pewnie do dziś spotkać w niektórych miastach w Rosji.
Wnętrze kościoła jeszcze bardziej przypomina barokowe świątynie Wilna, tu nie widząc wokół pól, można się na chwilę zapomnieć i być święcie przekonanym, że za chwilę wyjdziemy na gwarne, urokliwe wileńskie uliczki na Starówce. Przestronna nawa główna, wysoko zawieszony strop, brakuje tylko tak charakterystycznego dla baroku przepychu, najwidoczniej nie udało się - po zniszczeniach poczynionych przez zaborcę - przywrócić świątyni dawnej świetności. A i obraz słynący cudami zniknął, i do dziś się nie odnalazł, wierni modlą się przed jego kopią. Orygniał wywiozły mniszki w 1915 r. w głąb Rosji, kiedy to władze carskie niemal wszystkich prawosławnych mieszkanców Podlasia ewakuowały w głąb Rosji. Rdzenni mieszkańcy powrócili po zakończeniu wojny, a rdzenni Rosjanie niekoniecznie, chyba że byli zmuszeni szukać schronienia przed barbarzyńskimi bolszewikami w wolnej już Polsce. Przez wysokie okna absydy wpadają do prezbiterium jasne smugi słonecznego światła. Delikatnie sączą się sprzyjając nastrojowi wyciszonej modlitwy. Kościół jest jeszcze pusty. Teraz już się zapomniałem całkowicie i mam wrażenie, że naprawdę jestem w Wilnie. To dokładnie ten sam wileński nastrój, spokój, zapach, barwy.
Po krótkiej modlitwie zwracam uwagę na plansze w nawie bocznej. Nigdy wcześniej ich tu nie widziałem. Część z nich poświęcona jest św. Janowi Bosko, część salezjanom, część historii kościoła. Święty jan Bosko, twórca zgromadzenia salezjanów w XIX wieku, osobiście miał uczyć rzemiosła, czytania, pisania chłopców z rodzin ubogich, oraz rodzin, które dziś nazwalibyśmy albo dyfukncyjnymi albo patologicznymi. Chciał chronić młodych ludzi przed industrialnym okrucieństwem i obojętnością swojej epoki. Opis na planszach jest na tyle sugestywny, że w połączeniu z architekturą i sączacymi się przez okna łagodnymi promieniami słońca, odnoszę wrażenie, jakbym przeniósł się w czasie i przestrzeni do północnych Włoch czasów Jana Bosko. Dalej czytam, że właśnie w północnych Włoszech wychowankami w kilku domach prowadzonych przez salezjanów byli także chłopcy z Polski. A więc nie tylko emigracja polityczna, za chlebem, ale także nazwijmy ją tak - emigracja miłosierdzia. Jakież było moje zdumienie, kiedy wyczytałem, że również kardynał August Hlond był wychowankiem jednego z takich domów - w Lombriasco. Obok, zdjęcie księcia Augusta Czartoryskiego - delikatne, łagodne rysy twarzy, uśmiechnięte usta, łagodne spojrzenie. Pierwsze zakłady salezjańskie na ziemiach polskich zaczęły powstawać za jego właśnie sprawą. To niesamowite uczucue peregrynacji w czasie i przestrzeni mija po kilku minutach, ale pozostawia niewiarygodne wręcz wrażenie, i to wszystko za sprawą wydawałoby się krótkiego opisu na niepozornych planszach! A obecnie salezjanie prowadzą dom dla młodzieży w Różanymstoku, w zabudowaniach poklasztornych. W kruchcie biorę ulotkę, by przekazać 1 % podatku na ten szczytny bez wątpienia cel.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy wzgórzu między Jałówką a Czerwonką. Wcześniej wydawało nam się, że między sosnami prześwituje coś na kształt średniowiecznego grodziska - sztucznie usypana góra na szczycie naturalnego wzniesienia. Miejsce idealne do celów obronnych i obserwacyjnych. A może to miejsce dawnego pogańskiego kultu? Pogaństwo trwało tu wszak co najmniej do XIV wieku. Toć to dawne ziemie jaćwieskie albo litewskie! Ścierały się tu bez wątpienia wpływy Bałtów od strony Augustowa, Ełku, Rajgordu, Sejn i Słowian od strony Grodna. Miejsce tajemnicze, tak, że wspinając się na jego szczyt i przedzierając między gałęziami sosen, między splecionymi konarami drzew liściastych, bezlistnymi kolczastymi krzewami malin, które drapiąc i kłując, pętają moje nogi, jakby wiernie strzegły jego tajemnicy. Grodzisk, kurhanów w tej okolicy jest wiele. Kto wie czy to nie jedno z takich właśnie miejsc? Nie odkryte jeszcze przez archeologów, przez mieszkańców zapomniane, a może i od miejscowych można byłoby się czegoś dowiedzieć, gdyby się tylko ktoś tu nadarzył? Regularny kształt, strome zobcza, wątpliwe by było to naturalne wzniesienie.
Słońce jednak zaczyna się już chylić ku zachodowi, czas wracać, fotografuję owe "grodzisko" z góry, z dołu, z boku, rosnące na nim stare sosny, splecione konary drzew liściastych, a cała ta sceneria przypomina mi zdjęcia litewskich grodzisk, które pojawiały się w jednym z teledysków interesujacej litewskiej wokalistki - Ievy Narkute.
I tak oto podróż do Okopów zamieniła się w wyprawę do Różanegostoku, do Jana Bosko i kto wie -być może odkrycie grodziska, ale tego sam nijak nie stwierdzę!
sobota, 3 kwietnia 2010
Wielki Piątek
Dwie wieże widoczne ze wzgórza św. Rocha, wyglądają tak jakby zamykały najszerszą w mieście arterię, ale to tylko złudzenie, bo ona odbije później w prawo. Mają w sobie coś z baroku, łagodne, płynne linie okien, ale sama bryła to już jakby połączenie gotyku i romanizmu, czysty eklektyzm, jedank nie drążniący. Z bliska wieże tracą swoją "barokowość", nabierają za to smukłości. Od zachodu w ów barbakan wtula się drewniany dom z dwuspadowym dachem,
z dużym ogrodem i starym sadem, relikt starych Bojar, stawiający dumnie czoła najpierw wielkiej płycie, a później stylizowanym na pseudokamienice blokom szczelnie odgrodzonym od świata wysokim metalowym płotem. Wymuskane bloki z cegły to już inny świat, nieco pogardliwie odcinajacy się od bloków z wielkiej płyty, nielicznych kamienic z międzywojnia, z których większość i tak już unicestwił, nie wspominając już o drewnianych domach.
Wielka płyta nie pozstała jednak dłużna, w odruchu zemsty ustawiła swoją, zaspawaną, zupełnie nie majacą celu i sensu bramkę naprzeciw "ich" bramki, później powstała brama, ale tylko po to, by uniemożliwić, tym z "cegły" wyjazd przez własne podwórze. "Cegła" ulokowała się też na północ od wież, ale przegrywa z kretesem w starciu z nimi, wieże zdominowały wszystko wokół,
także "płytę"od wschodu. A "płyta" i "cegła" wyparły jeszcze bardziej na wschód karnie pnące się w szeregu na łagodnym zboczu tak zwane bloki zakładowe. Bez nadziei, bez balkonów, cóż zatem z tego, że z cegły, skoro rażące szarością niezmienną od lat, pięcioklatkowe, sprawiające wrażenie, jakby nic dobrego wydarzyć się tu już nigdy nie mogło.Po drugiej stronie ulicy rozlokowały się tajemnicze i na swój sposób naprawdę urokliwe hale produkcyjne, bezużyteczne torowiska, i niestety szpetne budynki biurowe "Uchwytów", niegdyś matecznika miejscowej "Solidarności", dopóki ta nie rozmieniła się na drobne.
W przeciwieństwie do nowych bloków z cegły, te starsze mają przynajmniej przestronne podwórka z placami zabaw i drzewami owcowymi, na których od dłuższego czasu nikt nie widział rozkrzyczanych, radosnych gromadek dzieciaków. Ich mieszkańcy to w przeważającej mierze ludzie starsi, przygarbieni, schorowani, młodych tu się raczej nie widuje, a ci starsi jakby mniej szcześliwi niż ich rówieśnicy z płyty czy nowej cegły. Różnice między nimi są dostrzegalne na pierwszy rzut oka. "Barbakan" to jedyne miejsce, w którym mają szansę naprawdę się spotkać. W nim nawet codzienne zgorzknienie - tak odmiennie wymalowane na ich twarzach, u tych pierwszych z domieszką złości albo bezradności, u tych drugich jakby
lekiego cynizmu - ustępuje miejsca jakiejś namiastce radości, wynikajacej ze świadomego czy podświadomego poczucia bycia razem.
A dziś, jak co roku wielkopiątkowa wieczorna modlitwa, przy wytłumionych dyskretnie światłach. Atmosfera skupienia, cichej modlitwy. Niewysoko zawieszony strop stylizowany na strukturę kryształu, smukłe okna o ostrych łukach, przestronna nawa, kaplica boczna z grobem Chrystusa. I ta cudna świadomość, że w byciu razem i w cichej modlitwie wszyscy bez wyjątku stanowimy jedno. Starsza kobieta w kraciastej grubej kurtce, czarnych spodniach, moherowym berecie, w okularach z grubymi szkłami, mąż, żona i nastoletnia córka - rodzina z tego "lepszego świata", około trzydzistoletni mężczyzna w czarnej skórze, z wyżelowanymi włosami, dziadek o rozwichrzonych, siwych włosach, który z trudem dokuśtykał do ławki w kaplicy, trzy około dwudziestoletnie dziewczyny w skupieniu klęczące w nawie głównej, nobliwie
wyglądający mężczyzna w gustownej jesionce; drzwi do "Barbakanu" co raz się otwierają i zamykają.
sobota, 27 marca 2010
U siostry Faustyny na Antokolu
Antokol, majowe intensywne słońce, zapach budzących się do życia sosen z antokolskich wzgórz. Kluczymy wąskimi uliczkami prowadzącymi od cmentarza, na którym pochowano ofiary litewskiej walki o niepodelgłość w styczniu 1991 r. Jedna z nich prowadzi w dół, między niezbyt ciekawą zabudową domków jednorodzinnych, gdzieś jakby w stronę kościoła świętych Piotra i Pawła. Czujemy jednak, że się pogubiliśmy. Przy parkingu koło jednej z bram wejściowych na cemntarz, stoi wysoka, szczupła dziewczyna o rozwianych, falujących bujnych blond włosach. Zamyka samochód, a jej rodzice czekają z kwiatami. Zatrzymujemy się i pytamy o dom, w którym mieszkała św. Faustyna. Rozmawiamy w języku rosyjskim, wyciągam przewodnik, odczytuję nazwę Grybo Gatve 29 a. Dziewczyna o domu, który przed wojną mieścił klasztor, nie słyszała, ale tłumaczy nam jak dojechać do Grybo Gatve. Usiłuje nas jednocześnie przekonać, że sami nie damy sobie rady i proponuje, że pojedzie z nami, by wskazać nam poszukiwaną ulicę, a później sama wróci pieszo, bo to przecież niedaleko; tyle że jadąc samochodem jednokierunkowymi uliczkami trzeba nadłożyć nawet kilka kilometrów, a ona wróci spacerem, bo w prostej linii to nie więcej niż 500 metrów. Rzuca kilka słów rodzicom w języku litewskim, ci uśmiechają się życzliwie, kiwają głowami i udają się w stronę bramy cmentarnej.
Rzeczywiście, samochodem zatacza się koło, na dodatek po drodze mnóstwo świateł, rozmawiamy z naszą przewodniczką w języku, który wydaje się nam być językiem rosyjskim, o bez wątpienia polskim akcencie. Wreszcie odbijamy na entych już światłach w prawo. Na następnym skrzyżowaniu Litwinka wskazuje nam drogę w lewo, a sama chce wysiąść i pójść w prawo. Nie godzimy się jednak, by wracała pieszo. Wiemy już jak tu dojechać, odwozimy naszą wybawicielkę, a sami robimy pętlę jeszcze raz.
Po kilku minutach, wracamy do skrzyżowania, na którym mamy skręcić w lewo. Tu zaczyna się już postsowieckie osiedle. Jak na blokowisko jednak nie wygląda najgorzej, niska, co najwyżej 4 – piętrowa zabudowa. Bloki zbudowane są z cegieł, nie z płyty, wokół dużo zieleni i przestrzeni. Spore parkingi, przestronne place zabaw, trawniki, mnóstwo dorodnych brzóz, gdzieniegdzie kasztany, lipy, drzewa owocowe. Dużo lepiej wygląda to blokowisko niż nowe osiedla wznoszone przez deweloperów w Białymstoku, na których nie ma miejsca na parkingi, na palce zabaw, na jakąkolwiek zieleń. Ziemia jest w cenie, im gęstsza zabudowa, im mniej przestrzeni na place zabaw, parkingi, tym większy zysk.
Parkujemy pod jednym z takich bloków. Z otwartego okna na parterze dobiega kojący chillout, może nieco za głośny, ale jeszcze do zniesienia. Wokół jednak same bloki, a numeracja się zgadza, gdzieś tu powinna być Grybo gatve 29 a. Na placach zabaw same radośnie rozkrzyczane dzieciaki. Wreszcie od strony skrzyżowania zmierza w naszą stronę około 50 – letnia kobieta. Podchodzimy z przewodnikiem, z którym nie rozstajemy się ani na chwilę, pytamy o dom numer 29 a, także oczywiście w języku rosyjskim. Z początku kobieta nieco nieufnie kiwa głową, że jesteśmy we właściwym miejscu, tyle, że my wciąż nie widzimy dawnego klasztoru. W międzyczasie kobieta odchodzi, ale po chwili namysłu wraca i prosi byśmy udali się za nią. Prowadzi nas w stronę bloku, mijamy żywopłot, jakąś pordzewiałą siatkę i naszym oczom ukazuje się drewniany, szarawy dom, z czerwonym dachem. Przysłonięty od strony ulicy przez budynek przedszkola, dlatego go nie dostrzegliśmy, otoczony zieleniącymi się drzewami, placem zabaw z wydeptaną przez dzieciaki trawą. Są godziny popołudniowe, wokół budynku biegają głośne grupki maluchów. Sami czujemy się jak sztubacy, wchodząc na teren przedszkola przez dziurę w siatce.
A więc to tak wygląda to miejsce! To właśnie tu, będąc w Wilnie, mieszkała siostra Faustyna. Rozkrzyczane radośnie dzieciaki, na prawo widok na czteropiętrowy blok o dużych oknach, z początku lat 80-tych pewnie, drabinki, kosz, drewniana zjeżdżalnia przykryta stożkowym daszkiem, huśtawki. Aż chce się wrócić do czasów dzieciństwa. Słowem klimat radości, nadziei, poczucia pełnej wolności.
Sam dom przypomina mi nieco kaplicę przy ul. Poleskiej, przy której przez pewien czas, po przyjeździe z Wilna do Białegostoku, mieszkał ks. Sopoćko. Istnieją nawet jakieś podobieństwa w krajobrazie, w nastroju, nawet w otoczeniu. Tu przedszkole, przy Poleskiej szkoła, tu i tam 4-piętrowe bloki, te jednak wizualnie nieco znośniejsze niż w Białymstoku. Jestem ciekaw na ile kaplica przy Poleskiej sprawiała, że ks. Sopoćko czuł się, jak u siebie w domu? Jeszcze wtedy, gdy przy niej zamieszkał, nie było przecież tych szpetnych peerelowskich bloków, nie było szkoły, za to wokół same ogrody i drewniane domki o dwuspadowych dachach, kryte czerwoną dachówką, niemal jak w Wilnie.
Nastrój spokoju, harmonii utrzymuje się, i nie chcemy wracać. Nie ma turystów, nie ma tłumów, naturalne życie wileńskiego blokowiska z taką perełką między blokami. Mija już niemal rok, a mam wrażenie, że byłem tam ledwie dwa, trzy miesiące temu.
wtorek, 16 marca 2010
Rekolekcje
Kościół św. Rocha, jedno z najbardziej mistycznych miejsc w mieście. Z wałów roztacza się za dnia zapierający dech w piersiach widok na ciemniejący na horyzoncie las Pietrasze, a nijakie na co dzień miasto nabiera cech zupełnie nierealnych. Smukła, sięgająca nieba wieża, zwarta bryła naśladująca strukturę kryształu. Perełka architektury modernistycznej, której budowę rozpoczęto jeszcze w latach 20-tych ubiegłego wieku. Projekt wyszedł spod ręki wybitnego architekta Oskara Sosnowskiego. Wnętrze nigdy mnie nie zachwycało, białe, za jasne, nie sprzyjające skupieniu, rozpraszające. Aż do wczoraj. Nawa główna pogrążona w półmroku, gra wielobarwnych świateł, rzucanych to na chór, to na rzeźby, gzymsy, filary, zgromadzonych wiernych, unoszących się i opadających raz miarowo, raz gwałtownie. Pod ołtarzem kłębił się już tłum, niektórym udało się nawet wejść na chór. Większość stanowią ludzie młodzi, sporo także 30 i 40 – latków.
Jestem spóźniony niemal godzinę. 2 Tm 2,3 zaczął grać o 20.30. Pierwsze dźwięki słyszę już na schodach opasujących wzgórze. Koncert jest oczywiście grany na instrumentach akustycznych, ale muzyka rozbrzmiewa w każdym zakątku przestronnej nawy, szczelnie wypełnia całe jej wnętrze. Pobrzmiewają w niej dźwięki raz to starożytnego Izraela, raz muzyki średniowiecznej, ale głównie mocnego rocka; skrzypce, saksofon, gitary akustyczne, instrumenty perkusyjne. Głosy kobiece i męskie. Brzmienie i nastrój takie, że łzy mimowolnie napływają do oczu, a całe ciało przeszywają dreszcze. Najprawdziwsze misterium we wznoszącej się ku niebu cząstce kryształu. Muzyka tworząca realną komunię na co dzień zupełnie obcych sobie osób, czyniąca miasto ludzi, których nic nie łączy, którzy nie potrafią bądź nie chcą wyrwać się ze swojego strachu i obojętności, by budować zupełnie bezinteresowne więzi, miastem ludzi sobie bliskich i stanowiących niemal jedno. Taka atmosfera musiała panować w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich. W postnowoczesnej epoce to prawdziwy skarb, zwłaszcza w mieście, które szuka swojej tożsamości i wciąż nie może jej znaleźć.
Niby zwyczajna eklektyczna muzyka, jakiej niemało, gdzieś ktoś napomknął – tani chwyt marketingowy, ale w rzeczywistości z atmosfery, z wyrazów twarzy, gestów ludzi zgromadzonych w „Rochu”, wynikało, że coś jednak dużo więcej. Kwestia jak zechcemy spożytkować tę energię i czy w ogóle zechcemy?
wtorek, 9 marca 2010
Podróż na północ
Niedzielna podróż, pewnie podświadomie na północ, w stronę Wilna. Nowa dwupasmówka kończy się już przed Katrynką. Tuż po przejechaniu wiaduktu nad torami dawnej kolei petersbursko - paryskiej, wycięte szerokie pasy starych sosen, po obu stronach wąskiej szosy, niedoszłej Via Baltica, droga dziurawa jak sito, w dni powszednie bez ustanku suną tędy ciężkie i ogromne Tiry, w stronę Bałtów i Estów, a może i jeszcze dalej. Tuż przed "Wikingiem" otwiera się prawdziwa, zapierająca dech w piersiach przestrzeń, dolina Supraśli, niegdyś Sprząśli, na horyzoncie czernieje Puszcza Knyszyńska. Wydobywamy się z ciemnego lasu Pietrasze po prawej i rezerwatu Antoniuk gdzieś po lewej, na zalane słońcem otwarte łagodne wzgórza. Latem wzdłuż tej leśnej drogi intensywnie pachną akacje, prawie tak jak na Węgrzech, przy granicy z Ukrainą.
A teraz otwiera się krajobraz litewski, północny, z postrzępionymi wierzchołkami ponad stuletnich świerków i sosen na styku z niebem. Opuszczamy się w dół, by za chwilę wspinać się łgodnie w górę. Jurowce. Baradziej już dzielnica, przedmieście Białegostoku niż dawna, prawdziwa wieś z drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach, z ogrodami gorzko pachnącymi ziołami. Wieś przedzielona barierami dzwiękochłonnymi, zza których wyłaniają się w większości murowane potworki. Śliczne dziewczyny o malinowych ustach czekajace na autobus do miasta, ale to nie rodowite mieszkanki wsi, to dziewczyny "miastowe", jadące do którejś z knajpek w mieście, córki przedstawicieli nieśmiało zaryswoującej się wschodniej klasy średniej. Bujne, falujące, kasztanowe włosy rorzucone zalotnie i niedbale, uśmeichnięte, pewne swojej wartości, raczej miłe. Za Jurowcami zaczyna się już prawdziwa Puszcza. Miejsce, w którym był kiedyś grób partyzanta, któremu nie udało się uciec przed Niemcami, chyba zostało zrównane z ziemią. Miałem może 4 lata, gdy zbierając poziomki z rodzicami, natknęliśmy się na skromny drewniany krzyż zatopiony w liściach paproci i krzakach poziomek w starym sosnowym lesie. Dopiero dużo później napotkana przypadkowo starsza kobiecina opowiedziała nam historię nieszczęsnego partyzanta. Czy ktokolwiek się pofatygował, by przenieść kości nieszczęśnika gdzieś na cmentarz czy krzyż usunięto, a grób zalano asfaltem?
Za Katrynką wiatrołomy na bagnach wzdłuż drogi w tym miejscu na grobli. Później Rybniki, w których ubiegłej wiosny podczas wycieczki rowerowej rodowity mieszkaniec wioski oferował nam zupełnie bezinteresownie swój czas i wiedzę, i chciał nas prowadzić do miejsc, w których ginęli żołnierze AK. Było już jednak późno, umówiliśmy się na inny termin.
Dalej już tylko Przewalanka na skraju Puszczy i znowu otwarta przestrzeń, zalane słońcem łagodne wzgórza, bielone murowane kapliczki przy polnych drogach, odchodzących od ruchliwej ponad miarę szosy. Zjeżdżamy w lewo, na zachód, w stronę Jasionówki, przez położoną na stoku wzgórza Dobrzyniówkę, kilomter może dwa za wioską, na skraju lasu dostrzegamy murowaną kapliczkę zwieńczoną krzyżem. Inskrpypcja informuje, że w tym miejscu zginął śmiercią tragiczną w 1941 r. Stanisław Borys, 22 - letni chłopak, który prosi o trzy Zdrowaś Mario. Nad inskrypcją zdjęcie - pogodna, pociągła twarz młodego mężczyzny o dużych, ufnych oczach. Miejsce tajemnicze, otulone starymi sosnami, ze wzgóza roztacza się widok na skraj Puszczy i nieodległą wieś o nazwie Kujbiedy. Zza wierzchołka wzgórza unosi się dym z komina. Niemal naprzeciw kapliczki, po drugiej stronie wąskiej asfaltowej drogi, na skraju pola stoi niemal dwumterowy żeliwny krzyż na kamiennym postumencie z łacińską inskrypcją: "O crux ave spes unica salve nos ab omni malo", pod nią data - 1907.
A w drodze powrotnej już tylko kojące granie Marcina Kydryńskiego, kojarzące mi się nieodmiennie z odkrywanymi w ubiegłym roku średniowiecznymi grodziskami Bałtów albo Słowian w nieodelgłej Aulakowszczyźnie, Milewszczyźnie czy Trzciance. Kto by przypuszczał, że te pofałdowane łagodnie krajobrazy, sosnowe zagajniki będą tak zgodnie współbrzmieć z fado, z muzyką z Somalii, Wysp Zielonego Przylądka. Ten sam spokój, ta sama melancholia, ta sama nadzieja.
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...