poniedziałek, 22 lutego 2010

Polacy od Giedroycia i Polacy od Łukaszenki

Wiedza przeciętnego Polaka na temat Białorusi jest mniej więcej taka, jak na temat Burkina Faso. Każdy coś tam słyszał o Łukaszence, o prześladowaniu Polaków, i na tym ta wiedza się kończy. Chętnie wszystkich katolików utożsamiamy z Polakami. A w ekstremalnych przypadkach – jak to się zdarzyło pewnemu memu znajomemu – pytamy np. o to czy Białorusini wytworzyli jakąkolwiek kulturę wyższą. Do pracy w urzędach konsularnych wysyłamy czynowników nie znających języka białoruskiego, bo przecież sami Białorusini nie władają językiem białoruskim. Nic tylko pogratulować takiego myślenia, idącego bez wątpienia na rękę obecnemu reżimowi.

Mało kto w Polsce wie, że są na Białorusi środowiska żywo interesujące się tym, co się w Polsce dzieje, życzliwe Polscei Polakom. Gdzieś w tych okolicach umieściłbym białoruską opozycyjną gazetę "Nasza Niwa", która kilka dni temu opublikowała interesujący artykuł "Spróbujcie z nami powalczyć Polacy" autorstwa Zmiciera Pankavieca. Oto kilka fragmentów z tejże publikacji:

"Oficjalny Mińsk po raz kolejny poszedł na zaostrzenie stosunków z Warszawą. W centrum uwagi znów znbalazła się sytuacja ze Związkiem Polaków. Ta historia rozpoczęła się jeszcze pięć lat temu. 13 marca 2005 r. na zjeździe Związku na nowego przewodniczącego wybrana została młoda nauczycielka Andżelika Borys. Zastąpiła na tym stanowisku Tadeusza Kruczkowskiego. Wcześniej Kruczkowski wsławił się tym, że oznaczył liczebność Polaków na półtora miliona osób. To znaczy, że zaliczył do grona Polaków wszystkich katolików. Jednocześnie często używał zwrotu o "zewnętrznym wrogu" mając na myśli białoruski ruch odrodzeniowy. Mimo to działalność przewodniczącego o tak fundamentalnych poglądach była władzom białoruskim na rękę."

"Grupa z Andżeliką Borys była już zupełnie inną formacją. Ich poglądy w znacznej mierze ukształtowały się podwpływem redaktora paryskiej "Kultury" Jerzego Giedroycia. Giedroyć nie marzył o zwróceniu Grodna czy Lwowa Polsce. Polska, uważał redaktor, powinna być żywotnie zainteresowana tym, aby miasta te należały do zaprzyjaźnionych z Polskąpaństw. Naturalnie, nieobcymi dla nowego kierownictwa Związku Polaków, były idee demokracji i liberalizmu. Władzezdecydowały, że nie uznają zjazdu, na którym została wybrana Andżelika Borys. Ten moment należy uznać zachwilę nastąpienia rozłamu w organizacji."

Wracając jeszcze do naszej ignorancji odnośnie Białorusi, nigdy nie mogłem pojąć jak można uznawać siebie zaświadomego Polaka i jednocześnie z pewną protekcjonalnością odnosić się do Białorusinów, wszystkich białoruskich katolików z góry uznawać za etnicznych Polaków. Pewna znajoma Białorusinka wyznania katolickiego, mieszkająca w Mińsku przytaczała historię, kiedy podczas rozmowy telefonicznej z przedstawicielem pewnej polskiej organizacji z Polski jej interlokutor zaproponował niemal od razu, by przejść do tematu jej polskich korzeni, których ta nie miała.

Wydaje się, że to automatyczne kojarzenie katolicyzmu z polskością, pokrzykiwanie o polskości ziem białoruskich, protekcjonalność wobec Białorusinów, jest na rękę przede wszystkim reżimowi. Łukaszence jest dużo wygodniej mieć wroga w postaci Polaków na Białorusi i tu w Polsce, którzy opowiadają o "zewnętrznym wrogu" wpostaci białoruskiego ruchu odrodzeniowego, o Polakach – katolikach, uważających, że polscy urzędnciy wcale niemuszą znać języka białoruskiego, bo przecież sami Białorusini rzadko kiedy nim władają, niż w postaci środowiska Andżeliki Borys, ludzi młodych, energicznych, wykształconych, władających znakomicie językiem białoruskim. Tych, którzy nie wierzą odsyłam do bloga Andrzeja Poczobuta – dziennikarza, członka Związku Polaków na Białorusi, zatrzymanego niedawno przez władze białoruskie. To środowisko można bez wątpienia określić, jako demokratów, którzy stoją na straży interesów mniejszości polskiej przy poszanowaniu praw Białorusinów do ich własnego państwa, ich kultury, narodowego języka. Ta grupa kojarzy mi sięnieodmiennie z międzywojennymi krajowcami, którym co prawda marzyło się wskrzeszenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale przede wszystkim zależało na zbudowaniu równorzędnych, partnerskich relacji z Litwinami i Białorusinami. Mam poczucie, że na Białorusi tworzy się coś pięknego – jakaś pokojowa synteza polskości i białoruskości, stanu, w którym światli i świadomi Białorusini nie uaptrują w Polsce i Polakach zagrożenia, a Polacy w pełni uznają prawo Białorusinów do własnej państwowości i tożsamości. Takie środowisko jest dla Łukaszenki wyjątkowo niezbezpieczne, bo nie dość, żenie poddaję się kontroli władz, jest rozsadnikiem dykatatury, to jeszcze przeczy negatywnemu stereotypowi Polaka, tworzy swego rodzaju alians białoruskich i polskcih sił demokratycznych nie mających nic wspólnego z nacjonalizmem żadnej ze stron; wymyka się starej, dobrej, sprawdzonej strategii wszelkcih opresywnych rządów, w myśl zasady "dziel i rządź".

Stąd też wydaje mi się, że każdy kto pokrzykuje o jakimś powrocie kresów do macierzy, kto lekceważąco odnosi się do białoruskich aspiracji państwowych, narodowościowych, kto w każdym katoliku widzi Polaka, staje się świadomym albo nieświadomym agentem FSB lub KGB, kto jak woli.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Styczniowe Wilno. Litewska droga do Wolności. Część 1


Miałem wtedy ledwie 15 lat, i czułem się na tyle bezpiecznie, że nie zdawałem sobie sprawy z grozy wydarzeń, które rozegrały się w odległości - w prostej linii - około 240 km od mojego rodzinnego miasta. Byłem święcie przekonany, że Polska odzyskała niepodległość w 1989 r., że jest już państwem na tyle niezależnym, demokratycznym i silnym, że nic złego wydarzyć się tu nie może. Czy można 15 - latkowi czynić jakikolwiek zarzut z jego bezmiernej naiwności?

Przerażające zdjęcia spod wieży telewizyjnej w Wilnie, barykady na ulicach styczniowego miasta, ludzie barbarzyńsko rozjechani przez sowieckie czołgi, barykady pod parlamentem, Gorbaczow krzyczący przed kamerą, że nigdy nie pozwoli Litwinom na oderwanie się od Związku Radzieckiego. Przeszywający dreszcz zgrozy przy jednoczesnym poczuciu, że u siebie jesteśmy już prawdziwie wolni i bezpieczni. Tylko tyle z tego czasu pamiętam, a historię Litwy zaczyłem odkrywać ledwie 2 lata temu.




Litewski parlament, w styczniu 1991 r. otoczony barykadą.



Oznaczenie miejsca, w którym wzniesiono barykadę (w pobliżu Parlamentu)



Kapliczka z czasu obrony niepodległości, za szklaną ścianą i zadaszeniem chroniącymi "pamiątki" z tego okresu, tuż przy Parlamencie.



Zdjęcia osób, które zginęły 13 stycznia 1991 r na ulicach Wilna, m. in. w czasie obrony wieży telewizyjnej. Spojrzenie prosto w twarze tych odważnych osób uzymsławia całą tragedię krwawych styczniowych wydarzeń. Najbardziej zapada mi w pamięć oblicze młodej, pięknej Lorety Asanaviciute (1967 - 1991).



Pozostałości barykady z 1991 r.
 

niedziela, 31 stycznia 2010

Kopisk - wiosna 2009 r. Puszcza Knyszyńska 1

Kopisk, jedna z najbardziej urokliwych wiosek w sercu Puszczy Knyszyńskiej. Położona na rozległej polanie, niedaleko Rezerwatu Krzemianka, w którym pod koniec lat 80-tych odkryto kompleks prehistorycznych kopalni krzemienia. Któregoś razu pewien leśnik spacerując po Puszczy natknął się na krzemienie kształatami przypominające toporki tudzież inne narzędzia, zawiadomił archeologów z Warszawy, ci wkrótce rozpoczęli badania archeologiczne i w ten sposób o Krzemiance zrobiło się głośno.




















 

sobota, 23 stycznia 2010

Murad Mazaev - czeczeński reżyser w białoruskim "Arche"

Frustrujący brak czasu, im go mniej, tym większa złość, tym większa presja, przymus, natręctwo, by tylko coś przeczytać, by zajrzeć na blogi przyjaciół z Polski, Białorusi, Słowacji, Rosji, Łotwy, by spotkać się z kimś znajomym w rzeczywistości niewirtualnej, by mieć choć chwilę dla siebie. Łapczywe chwytanie chwil.

W jednym z takich przerywników zaglądam na stronę białoruskiego czasopisma "Arche", kilkam na wywiad z czeczeńskim reżyserem Muradem Mazaevym. Krótka notka biograficzna - urodził się w Groznym, studiował na Uniwersytecie Czeczeńskim w Groznym na wydziale filologii, później na Uniwersytecie Gruzińskim Teatru i Kina, jeszcze później udział w pierwszej wojnie czeczeńskiej (zima 1994 r.), powrót do Tibilisi, następnie druga wojna czeczeńska, kolejny powrót do Tibilisi w 2001 r., obecnie na emigracji.

Krótka historia z okresu gruzińskiego dająca jakiś fragmentaryczny obraz tego ciekawego kraju: "Przez pewien czas nosiłem brodę i gruzińską narodową czapkę, wielu myślało, że jestem mnichem. Miejscowi opłacali za mnie bilety w środkach publicznego transportu, a kiedy jechałem samochodem to nawet policjanci - "gaiszniki" pokazywali, byśmy jechali bez zatrzymywania się i sprawdzania."

O jednym ze swoich filmów w sposób wybijający czytającego z dobrego samopoczucia: "Scenariusz filmu "Granice" opowiada o Ukraińcu, choć w zasadzie niekoniecznie, bo to może być też i o Białorusinie, który na skutek pewnego zbiegu okoliczności w poszukiwaniu swojego brata trafia do Czeczenii w czasie działań zbrojnych. To człowiek, który ląduje za granicą, za którą obowiązują zupełnie inne prawa, a śmierć jest zjawiskiem codziennym, gdzie człowiek uświadamia sobie, że jego wyobrażenia o samym sobie w najmniejszym stopniu nie odpowiadają rzeczywistości." Zwłaszcza to ostatnie zdanie burzy spokój czytelnika. W swoim zadufaniu, tak zwanym budowaniu zintegrowanego obrazu własnej osoby, w zuchwałym przekonaniu o uporządkowaniu swojego życia, często zapominamy, jak rzadko stajemy wobec sytuacji granicznych, w których tak naprawdę mamy jedyną szansę zweryfikwoać własne wyobrażenie o sobie z rzeczywistym stanem rzeczy.

Wreszcie o islamie: "W przeważającej większości dla niemuzułmanów islam kojarzy się z terroryzmem, zacofaniem, prześladowaniem kobiet i innymi negatywnymi rzeczami. Jednak tak naprawdę, takich praw, jakie ma muzułmanka, nie mają żadne inne kobiety na całym świecie. Oprócz tego, islam w swoim czasie dał potężny bodziec rozowjowi nauki i nie tylko." Można z pewnością dyskutować o tej rzekomo wyjątkowej pozycji kobiety w świecie islamu, ale co do owego bodźca wątpliwości mieć nie można.

Wreszcie komentarz do pojawiających się co jakiś czas w mediach tak zwanych mainstreamowych zapewnień o stabilizacji sytuacji na północnym Kaukazie, zwłaszcza w Czeczenii: "Co do przyszłości Czeczenii, to myślę, że ona zależy od tego, czym zakończy się opór, który wciąz ma tam miejsce. To, co się teraz odbywa na Północnym Kaukazie, nazwałbym pełnym bezprawiem, w którym życie nic nie kosztuje."

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Nagual - białoruskie granie

Przeczucie mnie nie myliło. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, okropny zimowy dzień, pod wieczór zaczyna padać marznący deszcz, najpierw drobinki czstego lodu tłuką w okna, a później czuję je na swojej twarzy. Przed godziną 17 stajemy przed sceną. Przeczucie, o którym mowa na początku podpowiadało mi, że zespół młodych sympatycznych ludzi z Białorusi o nazwie - Nagual, może być najbardziej interesującą grupą tego dnia. Gitara, gitara basowa, perkusja, bębny, cymbały, klarnet, kolorowe stroje, co najmniej dwóch panów wyglądających jak rastamani. Zaczynają grać, ostro, pankowo, rave'owo, trochę w tym folku, etno, dance, transu, słowem interesujące brzmienie. Że muzyka białoruska jest wyjątkowo świeża, żywa, poszkująca i niezmiernie ciekawa miałem okazję przekonac się słuchając białoruskich stacji radiowych w czasie wojaży po Litwie. Podczas podróży po Podlasiu  chętnie natomiast słucham Radia Racja, które w samochodzie odbieram jeszcze do Łomży. Słuchając Radia Racja odnoszę wrażenie, że mogłoby ono grać cały dzien muzykę białoruską i repertuar nie zostałby wyczerpany, nie wiem czy byłboy to możliwe z polską muzyką. Pomiajm już to, że złapanie itneresującego polskeigo radia graniczy z cudem. RMF FM, Zet, ESKA, ESKA ROCK, i tym podobne brzmią niemal identycznie, te same zdarte hity, nieciekawy pop, pseudo rock, nudny dance, drętwe gadki i żarty prowadzących, sensacyjne newsy, muzyki dobrej jak na lekarstwo, w zasadzie w ogóle się nie trafia. Klasę trzyma jeszcze Trójka, Radio Euro - ale to akurat nie wszędzie ma zasięg.

Wracając do występu zespołu Nagual - młodzi ludzie zaczynają ostro, tanecznie, z każdą minutą rozgrzewając publiczność coraz bardziej, pod sceną formuje się nawet grupa tańczących, mnie z kolegą aż korci, by się do nich dołączyć, ale 33 - latkowie, to już przecież staruszkowie, którzy do obijających się nastolatków i dwudziestokilkulatków już raczej nie dołączą. Te czasy minęły bezpowrotnie, a szkoda, wielka szkoda...

Informacja ze strony zespołu: "Pierwsze o czym chciałoby się wspomnieć, to zmiany w muzyce: drive, trans, taneczne rytmy, połączenie world music z pierwotną energią punka, to jest od kameralnej etno - awangardy przeszliśmy do błotnego, bagiennego punka. (...) Dlaczego bagienny punk? Po długich rozważaniach wydaje się nam, że korzenie naszej muzyki tkwią w bagnach. Bagno to taka bezdenna siła, gęsta i bajkowa. W naszej świadomości, we krwi wiele bagna. Ciągnie nas na nie szczególnie jesienią tak, jak ptaki odlatujące na południe.

Mamy i ojcowie rodzili nas, a babcie i dziadkowie prowadzali do lasu, uczyli jak odróżnić pomidora od ogórka, i jak nie spaść z ogona ducha bagien, dlatego nasza pieśń potrafi latać. I wszyscy oni uczyli nas kochać.

Sami wymyślamy nasze pieśni i robimy taki folklor, jaki nam wychodzi, ale nie bez udziału światowego dziedzictwa. Mamy jednak swój własny język, zrozumiały bez konieczności tłumaczenia. Tak - mówią - śpiewa serce, śpiewa flora i fauna."

Muzycy nie tylko tworzą interesującą muzykę, ale też znakomicie poruszają się na scenie. Tańczący klarnecista, tańcząca od czasu do czasu sympatyczna cymbalistka i radosny wokalista wprowadzają taką atmosferę, że nawet pomimo paskudnej pogody - marznący deszcz przeszedł w międzyczasie w deszcz ze śniegiem - sami odczuwamy nieprzepartą potrzebę tańca. Wokalista w przerwach między utworami zachęca tych, któzy jeszcze nie dołączyli do skaczącej pod sceną grupy młodych ludzi, do tańca, bez większego jednak efektu.

Z każdym utworem w muzyce pojawia się coraz wyraźniejszy bit, więcej transu, cymbały stają się coraz dźwięczniejsze; pobrzmiewają w niej momentami echa białoruskiej muzyki ludowej, gitarowe riffy przypomniają nieco litewski zespół Żalvarinis, kolega doszukuję się w nich wpływów Red Hot Chili Peppers.

Występ nie trwał dłużej niż 45 minut, wlał jednak w nas tyle energii, że czuję ją w sobie jeszcze dziś.





piątek, 25 grudnia 2009

Krótka Bożonarodzeniowa podróż

Deszczowe Boże Narodzenie, leje jak z cebra, na plus trzeba zaliczyć mimo wszystko to, że jest ciepło, a deszcz przypomina bardziej deszcz wiosenny niż późnojesienny. Termometr wskazuje niemal 9 stopni Celsjusza. Mam w zasadzie dwie drogi do wyboru - na północ bądź na południe, dwa moje ulubione kierunki. Północ urzekała mnie około dwóch lat temu swoim litewskim krajobrazem i nastrojem - pofałdowany melancholijnie teren, Puszcza Knyszyńska, sosnowe zagajniki w dolinach i na szczytach łagodnie wznosących się i opodających wzgórz, drewniana w większości zabudowa wsi - zgrabne, przytulne domki o dwuspadowych dachach, niektóre jeszcze ze zdobieniami, w których etnografowie doszukaliby się pewnie wpływów litewskich. Starsi mieszkańcy tych wiosek do tej pory władają białoruskim dialektem, ale mało prawdopodbnym jest to, że do przybyszów z miasta odważą się przemówić w tym języku, co innego w gronie rodzinnym, bliskich osób, sąsiadów. Wioski wyłącznie katolickie - w przeciwieństwie do kierunku południowego. Przy drogach kilkumetrowe smukłe, niekiedy zmurszałe drewniane krzyże, czasem krzyże żeliwne wieńczące kamienne kapliczki.

Wyjazd z Białegostoku tuż za "Wikingiem" może z powodzeniem stanowić wizytówkę regionu, oddany ledwie kilka dni temu do użytku. Solidna dwupasmówka, niemal jak droga ekspresowa, rozjazdy, mosty, i tak aż lub tylko do Katrynki. Dalej już ta sama asfaltówka co przed laty, o wyżłobionych koleinach, którą dziś wyjątkowo fatalnie się jedzie - w zagłębieniach hektolitry wody, którą wzbijają jadące z naprzeciwka tiry, jedynym wyjściem pozostaje włączenie największej prędkości wycieraczek. W Puszczy zalega jeszcze śnieg, szary, brudny, sukcesywnie topinoy przez ciepły deszcz. Próbuję odbić w drogę do Kopiska, ale ta wygląda jak szklanka - śniegu na niej co prawda nie ma, ale lód się jeszcze nie rozpłynął. Postanawiam jechać dalej na północ. Tu puszcza wita mnie mgłą gęstą i białą jak mleko, nie widać nie tylko jadących z naprzeciwka samochodów, ale także wierzchołków drzew. Za Przewalanką puszcza się kończy. Korci mnie, by pojechać do Korycina, ale to jednak prawie 40 km od Białegostoku, a chcę jeszcze wrócić za widna. Dojeżdzam do drogi na Brody, ta jest jednak również oblodzona. Chciałem dojechać do wsi znanej mi w zasadzie tylko i wyłącznie z pewnej rozmowy telefonicznej z mamą niepełnosprawnego chłopca, utrzymującego kontakt ze światem głównie za pośrednictwem Internetu. Rzadko zdarza się spotykać ludzi tak dobrych, troskliwych i pogodzonych z losem, jak ta kobieta. Dobroć, opiekuńczość, ciepło płynęły z każdego wypowiedzianego przez nią słowa, jak balsam dla duszy. Nie ma jednak rady, ze względu na gładki lód jestem zmuszony zawrócić. Cofam się nieco w stronę Białegostoku, w prawo droga prowadzi do Jasionówki przez Dobrzyniówkę, wąska asflatówka, ale bez śniegu i nie oblodzona. Dopiero w sosnowym zagajniku pojawia się ubity śnieg, który do końca nie roztajał. Nie ma jednak meijsca do nawrócenia, trzeba jechać dalej, lasek zaraz się kończy, na wzniesieniu przede mną widnieją zabudowania Dobrzyniówki, malutkiej, urokliwej wioski. Zanim do niej dojadę moją uwagę przykuje żeliwny krzyż wieńczący kamienny postument. Kapliczka stoi w odległości około 10 metrów od szosy, w szczerym polu, nie na rozstaju dróg, nie na skrzyżowaniu, lecz w polu. Bez wątpienia musi coś upamiętniać. Wysiadam z samochodu, podchodzę bliżej, oglądam ją z każdej strony, kamienny postument jest mokry, trudno się na nim dopatrzeć jakichkolwiek inskrypcji, żadnych zagłębień, żadnych żłobień - możliwe, że zostały zatarte przez deszcze, śniegi, słońce i wiatry. Dziś się niczego o kapliczce nie dowiem, ale postanawiam tu wrócić jeszcze wielokrotnie. W strugach ciepłego deszczu, zanim wsiądę do samcohodu wykonuję jeszcze kilka telefonów z zaległymi życzeniami. Aż się nie chce wracać do domu, mimo paskudnej przecież pogody. Ludzie z przejeżdżajacych samochodów przypatrują mi się ze zdziwieniem. Czas jednak na powrót. Ostatni rzut oka na piaskową drogą umykającą w stronę sosonowego zagajnika, prowadzącą nie wiadomo dalej dokąd. A w samochodzie przez przypadek trafiam w "Trójce" na koncert Kasi Pumy Piaseckiej wykonującej przepiękne kolędy i pastorałki. Słowem rewelacja! Nie śpiewałem wczoraj kolęd z rodziną, to dziś śpiewam je sam w samochodzie.

Jedyną jaką udało mi się znaleźć na youtube dzielę się poniżej:



"Boże Narodzenie - święto pokoju? Nic podobnego!"

Są takie słowa, takie zdania, takie teksty, takie wiersze, książki, opowiadania, artykuły, za sprawą których mamy wrażenie, że gdzieś tam w naszej głowie otwierają się kolejne drzwi do zrozumienia świata i człowieka. I choć gorzko one brzmią, to czytając je mamy poczucie szcęścia, że nie jesteśmy sami, nie jesteśmy jedynymi, którzy nawet przez najczarniejszy smutek i gorycz uzyskują klucz do uporządkowania gdzieś tam w swoim wnętrzu postrzeganego świata, nadania mu znaczenia i wyrwania się z bezsensu.

Poniżej zamieszczam jeden z takich tekstów, na który się natknąłem właśnie dziś w słowackim tygodniku "Tyżdeń"(www.tyzden.sk):

"Boże Narodzenie - Święto pokoju? Nic podobnego!" Juraj Kušnierik
"Aby nie doszło do nieporozumienia: rodzina jest rzeczą cudowną i ważną, a pokoju nigdy dość. Jak się te dwie rzeczy ze sobą połączą, chociaż na kilka dni w pokojowym rodzinnym współżyciu, to jest to piękne i pełne sensu. A jeśli jeszcze to nastąpi w Boże Narodzenie, to jest wspaniale.

Ale Boże Narodzenie nie jest Swiętem ani rodziny ani pokoju.

Boże Narodzenie jest świętem człowieka, który nie jest pewny czy to, co robi ma sens, któremu wszystko rozpada się w rękach, a on nie wie, co z tym począć. I na przekór wszystkiemu wierzy, że wydarzy się cud i ktoś się do niego uśmiechnie i powie mu: "Dobrze to robisz".

Boże Narodzenie jest świętem ludzi, któzy czekają w strachu i bólu w salach szpitalnych, ludzi, którzy chiceliby być szczęśliwi i spokojni, ale sami zdają sobie sprawę z tego, że świat, w którym się czuli jak w domu, oddala się od nich. A pragną tego, by ból nie był jedyną drogą i aby śmierć nie miała ostatniego słowa.

Boże Narodzenie jest świętem ludzi nie mających domu, poniewierających się po ulicach Bratysławy, którzy by chcieli już raz na zawsze obudzić się w cieple Domu.

Boże Narodzenie jest świętem niespokojnych głupców, którzy stale czegoś szukają, a przy tym wszystko szybko tracą. I dopiero wtedy, gdy są sami i nikt im się nie przygląda, w ciszy przyznają się przed sobą samymi, że chcieliby już raz na zawsze przestać szukać, a zacząć znajdywać.

Boże Narodzenie jest świętem uciekinierów, świętem tych, którzy chcieliby być pełni pokoju i szczęścia, ale narodzili się w niewłaściwym czasie i niewłaściwym miejscu. I już niemal wcale nie wierzą w to, że coś takiego jak "właściwe miejsce" w ogóle istnieje.

Boże Narodzenie jest świętem tych, którzy boleją nad śmiercią najbliższych i szalenie pragną, aby śmierć z kosą nie miała ostatniego słowa.

Boże Narodzenie jest świętem Maryi, której nikt nie chciał uwierzyć, że ojcem jej dziecięcia jest Bóg, i jest świętem Józefa, któy nie ptorafi jej zapewnić godnego miejsca na poród.

Boże Narodzenie jest świętem trzech mędrców, którzy porzucili wszystko i sami nie wiedząc dobrze w jakim celu, udali się za gwiazdą.

Boże Narodzenie jest świętem niewiniątek, które giną w Betlejem i jego okolicach, których matki popadają w depresję, a ojcowie grożą niebu.

Boże Narodzenie jest świętem ciemności, pośród której nieoczekiwanie zaczyna jaśnieć światło.

Boże Narodzenie jest świętem lęku, któy śni o pokoju.

Boże Narodzenie jest świętem świata, dla którego rodzi się bezbronne dziecię, aby go trzydzieści lat później swoją śmiercią ocalić.

Błogosławionych świąt!"

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...