piątek, 7 stycznia 2011

Święta razy dwa

Po wczorajszej Wigilii, dziś wyznawcy prawosławia obchodzą Święto Bożego Narodzenia. Zawsze z przyczyn zupełnie przyziemnych zazdrościłem kolegom i koleżankom, pochodzącym z rodzin mieszanych wyznaniowo, możliwości świętowania Bożego Narodzenia dwukrotnie, z ledwie dwutygodniowym odstępem. Najpierw Święta tak zwane katolickie, a tuż po nich prawosławne. W przypaku dzieci, to jest oczywiście szalenie sentymentlane i naiwne radowanie się, bardziej z prezentów, świętego Mikołaja, choinki, rodzinnej atmosfery, niż z narodzenia Jezusa, ale o to akurat do kogo, jak do kogo, ale do dzieci naprawdę nie sposób mieć pretensje. Z czasem, gdy stajemy się dojrzalsi, do Bożego Narodzenia podchodzimy dużo bardziej świadomie, by wchodząc wreszcie w dorosłość zdać sobie sprawę z tego, że jednak wciąż brakuje nam tej możliwości obchodzenia Świąt dwa razy, już nie dla prezentów, nie świętego Mikołaja, natomiast wciąż dla rodzinnej atmosfery, ale też przede wszystkim ze względu na sposobność uczestniczenia jednocześnie w dwóch różnych tradycjach. To jest chyba taki pełny ekumenizm oddolny w wydaniu, jak najbardziej praktycznym.

Tymczasem w tym roku, te dwie tradycje splotły mi się w nieco inny sposób. W dzień katolickiego Bożego Narodzenia, korzystając z czasu wolnego, mimo fatalnej pogody - było pochmurno i na dodatek snuła się gęsta mgła - wyruszyłem w stronę Rafałówki. Warunki na drodze uniemożliwiały jakąkolwiek dalszą podróż, a tu miałem w pigułce podlaskie knieje, wsie, przykryte śniegiem łąki i pola. Miejsce znane mi bardzo dobrze, z wypraw rowerowych, samochodowych, wyglądające urokliwie o każdej porze roku. Smukłe sosny, leśne piaszczyste drogi, zarośnięta szuwarami glinianka, w której kiedyś wiosennymi i letnimi wieczorami cudne koncerty dawały chóry żab - właściwie to owo kumkanie żab sprawiło, że poznałem to miejsce, bowiem ze względu na te żabie koncerty było to jedno z ulubionych miejsc taty, który przywoził tu całą rodzinę i nawet znajomych, by wszyscy mogli z nim dzielić tę jego "muzyczną pasję".

Tym razem las był przykryty grubą warstwą śniegu, zejście z drogi groziło zapadnięciem się co najmniej po kolana w śniegu. Z Protas do Rafałówki prowadzi wąska asfaltowa szosa, przecinająca ten niewielki kompleks leśny. Zjechaliśmy z niej w jedną z bocznych dróg, by choć trochę zaczerpnąć ożwywczego, leśnego powietrza. Las w tym miejscu jest przejrzysty, sosny rosną z dala od siebie, nie muszą konkurować o słońce, toteż nie są tak wysokie i smukłe, jak w innych jego częściach, ale nie są też karłowate, pnie mają grube, a konary rozłożyste, rozstawiły się między nimi także dostojne, ciemnozielone świerki, a niskie dęby i i bezlistne krzaki obgryzione były przez zające, które najwyraźniej stawały na łapkach, by sięgnąć do kory, jak najwyżej się tylko da. A poza tym śnieg, mgła, cisza i spokój.

W drugiej natomiast części lasu, tej na południe od asfaltowej szosy, ku naszemu zdumieniu odkryliśmy kilkumetrowy drewniany krzyż - którego nigdy dotąd nie udało nam się dostrzec - odznaczajacy się swoją jasnobrązową barwą na tle białego, czystego śniegu. Gdy się do niego zbliżyliśmy, zauważyliśmy poprzeczną belkę charakterystyczną dla krzyży prawosławnych. Stoi on co prawda w odległości kilku metrów od leśnej drogi i kilkunastu od szosy, ale tej zimy, dotrzeć do niego wcale nie było tak łatwo, za sprawą wyjakowo grubej warstwy śniegu. By odczytać inskrypcję na tabliczce musiałem - schodząc z drogi - zapaść się po uda w śniegu, ale jednak było warto. "Krzyż ten został ufundowany, wykonany i ustawiony na historycznym i świętym miejscu przez Aleksego i Mirosławę Matwiejczuk - mieszkańców Supraśla, z drzewa ofiarowanego przez Nadleśnictwo Żednia. Żednia - Supraśl - Zwierki, dn. 2.V.2007 R." - tak brzmi napis na miedzianej tabliczce. Z początku zupełnie nie skojarzyłem odpowiednich faktów. Owszem, wiedziałem, że znajdujemy się w pobliżu Zwierek, a więc wsi, w której urodził się prawosławny święty - Młodzieniec Gabriel, zwany także Gabrielem Zabłudowskim. Znam też historię tego Świętego, ale byłem święcie przekonany, że jego ciało znaleziono w zuepłnie innym miejscu, sądziłem, że zostało ono porzucone w okolicach nieodległej wsi Łubniki, a więc w zupełnie przeciwnym kierunku. Dopiero w domu odszukałem na stronie internetowej prawosławnej parafii św. Mikołaja w Białymstoku artykuł zawierający informację także o owym krzyżu i wzmiankę o tym, że upamiętnia on miejsce znalezienia ciała świętego. Teraz już wszystko się zgadzało!

Wydaje się jednak, że informacja taka, powinna się również znaleźć na tabliczce. Inskrpycja, która została na niej umieszczona jest z pewnością czytelna dla osób wyznania prawosławnego, ale nie musi taką być dla licznych tutaj katolików, ale też sporej grupy protestantów, muzułmanów, czy osób niewierzących.

A w związku z tym, że wciąż mamy prawosławne Boże Narodzenie, chciałbym wszystkim swoim znajomym oraz nieznajomym osobm wyznania prawosławnego oraz pochodzącym z rodzin mieszanych wyznaniowo, a obchodzącym Święta dwukrotnie, życzyć spokojnych i prawdziwie radosnych Świąt!













środa, 5 stycznia 2011

Podlaska Milewszczyzna drugim Biskupinem?





























Białostocka "Gazeta Współczesna" dumnie donosi, że na Podlasiu szykuje się nam drugi Biskupin - w miejscu, w którym prawdopodobnie między XI a XIII w. istniało grodzisko założone przez Rusinów. Władze gminy Korycin chciałyby z owego średniowiecznego grodziska uczynić atrakcję turystyczną na skalę całego kraju, a może nawet Europy. Nie wiem czy inwestycja polegająca na zabudowaniu dawnego grodziska drewnianą palisadą, otoczenia go fosą, wzniesienia kilku chat z bali i bramy wjazdowej, została poprzedzona stosownymi badaniami, tj. czy inwestycja się zwróci, czy rzeczywiście ściągnie turystów, czy istnieje jeszcze jakiekolwiek zainteresowanie tego typu turystyką? Czy gmina będzie też w stanie pozyskać środki na promocję owego "drugiego Biskupina"?

Natomiast podchodząc do tematu skrajnie egoistycznie, wolałbym, by Milewszczyzna nie traciła swojego dotychczasowego charakteru, miejsca cichego, spokojnego, otoczonego aurą tajemnicy. To dawne grodzisko najpiękniej wygląda wybujałą, świeżą i soczystą wiosną oraz słonecznym latem. Do tej pory poza kilkoma wędkarzami, w ciszy łowiącymi ryby w płynącej u podnóża grodziska Kumiałce, pies z kulawą nogą tym miejscem się nie interesował, nawet pomimo tego, że w ruinach urokliwych zabudowań folwarcznych zorgnizowane zostało miejsce do biwakowania.

Wzgórze porośnięte wysokimi trawami, krzakami, drzewami owocowymi, będącymi pozostałościami starego sadu, tworzy malowniczą scenerię, żywo pobudzającą wyobraźnię. Zarośla są tak gęste, że z trudem można dotrzeć do miejsca, w którym kiedyś wznosiły się drewniane chaty, częstokół, i które tętniło życiem na miarę wschodniej, zapomnianej i niemal nieznanej wówczas Europy.

Gdyby jednak miało się okazać, że rzeczywiście owa inwestycja przyniosłaby wymierne korzyści i poprawiła sytuację finansową gminy Korycin, to cóż, może i warto wyzbyć się swoich egoistycznych zachcianek i sentymentów?

Obawiałbym się tylko jednego, a mianowicie tego, że owa rekonstrukacja, tak jak została przedstawiona na ilustracji w "Gazecie Współczesnej" będzie bardziej przypominać gród zbójcerzy z "Kajka i Kokosza", niż średniowieczne grodzisko. Poza tym wszelkie rekonstrukcje mają z reguły to do siebie, że brakuje im ducha epoki, którą imitują, a w tym przypadku jednym duchem, jaki się może wraz z nowym grodziskiem pojawić jest jedynie duch komercji.

Warto może w tym miejscu przypomnieć, że Litwini, którzy swoją pierwszą stolicę umiejscawiają w malowniczym Kiernave nie zabudowali kompleksu dawnych grodzisk palisadami, chatami w stylu iście disneyowskim, lecz tuż obok wznieśli nowoczesne muzeum, prezentujące historię miejsca i znaleziska archeologiczne. Może i w tym naszym "zagłębiu grodziskowym" (Milewszczyzna, Aulakowszczyzna, Zamczysk i Trzcianka), warto byłoby pomyśleć o udostępnieniu owych grodzisk ewentualnym turystom i wybudowaniu muzeum prezentujacego złożoną i wielce interesującą historię tych ziem, np. w Korycinie?

***Wcześniej o Milewszczyźnie pisałem także tutaj.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Historia jednego krzyża

Leniwe, zimowe, niedzielne popołudnie, blade słońce świecące prosto w oczy, pola przykryte cienką już warstwą śniegu, a do tego sącząca się z głośników melancholijna muzyka z Wysp Zielonego Przylądka. Aż się wierzyć nie chce, że to afrykańskie blues'owanie przypominające momentami fado, tak idealnie współgra z otaczającym krajobrazem, łagodnymi pagórkami, sosnowymi zagajnikami, rozrzuconymi w dolinach pojedynczymi drewnianymi domami.

Wzgórze, do którego zmierzamy znajduje się mniej więcej w połowie drogi między Jasionówką a Dobrzyniówką. Na jego szczycie nie sposób nie zauważyć białego kamiennego krzyża wyglądającego, jak nagrobek, albo przydrożna kapliczka. Wydawałoby się, że jest to miejsce jakich dziesiątki, jeśli nie setki w okolicy. Nasłoneczniony pagórek, porośnięty sosnami, tuż za krzyżem pozostałości zabudowań, ledwie dostrzegalnych pod zeschniętą trawą, którą odsłonił topniejący śnieg. Na południe od wzgórza w odległości kilometra, może dwóch, wyraźnie rysuje się ciemna plama puszczy. W pobliżu żadnych zabudowań, ani żywej duszy. Raz zdarzyło się nam, że z leśnej drogi, ni stąd, ni zowąd wyjechał czerwony jeep cherokee, za kierownicą i obok na miejscu pasażera, siedziały dwie dziewczyny, sprawiające wrażenie, jakby nad ranem wyruszyły z Warszawy gdzieś na wschód, zagubiły się, a wczesnym popołudniem odnalazły się na leśnej drodze w pobliżu Jasionówki. Przyglądały nam się przez szyby nie mniej zdumione niż my. Długie, modnie ścięte włosy, dostrzegalny make-up, wyglądały bardziej jak modelki z okładki "Cosmpolitan" niż córki miejscowych gospodarzy. To naprawdę niecodzienny widok na podlaskiej wsi, chyba, że tak zwani miastowi wyprowadzą się na wieś, bądź po latach ktoś wróci z USA, lub przyjedzie na urlop na Święta z Dublina lub Londynu. Nawet nam przez myśl nie przeszło, by próbować je zatrzymać i pytać o historię owego krzyża z wygrawerowaną inskrypcją: "S + P STANISŁAW BORYS ŻYŁ LAT 22. ZGINOŁ TRAGICZNĄ ŚMIERCIĄ W 1941 R. PROSZĘ O 3 Z M." (zapis oryginalny).

Nie pamiętam, za którym razem, może za trzecim, może czwartym, natknęliśmy się w tym miejscu na dwóch mężczyzn o zaczerwienionych od mrozu i wiatru, czerstwych twarzach, przybijających do jednej z sosen tabliczkę z napisem: "Proszę nie wyrzucać śmieci". Okazało się, że owi mężczyźni byli leśnikami, chętnie nawiązali rozmowę, ale sprawiali wrażenie ostrożnych i ważących każde słowo. Gdy padło z naszej strony pytanie dotyczące krzyża, jeden z nich najwyraźniej się ożywił i oznajmił, że jest to miejsce, w którym zginął jego stryjeczny dziadek. Został zastrzelony tuż przed atakiem Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 r. Wracał pieszo od strony Dobrzyniówki, miał wetknięty za pas pistolet, ukryty pod koszulą, na wzgórzu stał akurat sowiecki gazik, a w nim i tuż obok niego kręcili się albo krasnoarmiejcy, albo enkawudziści, obserwowali okolicę z dogodnego miejsca widokowego. Mężczyzna, będący członkiem ruchu oporu, wówczas jeszcze Związku Walki Zbrojnej, spostrzegłszy ich, zaczął najprawdopodobniej uciekać. A może postanowił wyrzucić w zboże zatkniętą za pasek broń, i któryś z krasnoarmiejców to zauważył? Tego nie dowiemy się już nigdy. Jedno jest pewne, zwłoki zabitego młodego mężczyzny, zostały dosłownie wrzucone do gazika i wywiezione do siedziby NKWD w nieodległej Sokółce. Do dziś nie jest znane miejsce ich spoczynku.

- A mój dziadek dowiedziawszy się, co się wydarzyło, przybiegł tak szybko, jak tylko mógł, by z miejsca, w którym zastrzelono jego brata, zebrać ziemię nasiąkniętą krwią, zakrwawione patyki, i włożyć je do skleconej naprędce drewnianej skrzyneczki, a następnie zakopać w tym miejscu, w którym obecnie stoi krzyż. A dziadka stryjecznego zastrzelono tam po drugiej stronie, gdzie ustawiony jest ten żeliwny krzyż. - opowiadał leśnik.

W drodze powrotnej nie sposób było uniknąć refleksji, co jesteśmy winni takim partyzantom, jak Stanisław Borys? Słowa i frazy takie, jak patriotyzm, oddanie życia za ojczyznę, szybko się w naszej rzeczywistości zdewaluowały, a niemal wszystkie debaty poświęcone tej tematyce wydają się jałowe, schematyczne i nie dające żadnych konkretnych odpowiedzi. Propozycja, by nowoczesny patriotyzm polegał li tylko na płaceniu podatków, wydaje się być kompletnym nieporozumieniem - jak bowiem za czyn patriotyczny można uznać obowiązek nałożony prawem? Czy współczesny heroizm - jak proponują inni - może polegać na pracy ponad siły, a niekiedy i ludzkie możliwości w międzynarodowych korporacjach oraz sieciach handlowych? Czy może nim być działalność polityczna w rzeczywistości, w której nadrzędność interesu partyjnego, lawirowanie między grupami interesu, zastąpiły tworzenie realnego dobra wspólnego? Mimo wszystko jednak wydaje się że, dopóki jeszcze nie cała sfera publiczna została zawłaszczona przez partie polityczne, to wciąż istnieją płaszczyzny działania, na których wykształcenia, wiedza i zdolności mogą być wykorzystane pod podejmowania aktywności motywowanej nie tylko interesem własnym, ale przede wszystkim chęcią i umiejętnością szerszego spojrzenia na świat.
































czwartek, 23 grudnia 2010

Ot taka sobie przedświąteczna historia

Gorączka przedświątecznych zakupów trwajaca już od co najmniej dwóch tygodni, tłumy ludzi, klaustrofobiczne parkingi zatłoczone do granic możliwości, a nawet ponad ich granice, stanie w korku na podziemnym parkingu to wielce wątpliwa przyjemność, zwłaszcza jeśli się nie ma pod ręką żadnej książki, czasopisma czy gazety. Galerie stały się w B. jedynymi przestrzeniami publicznymi, w których mieszkańcy miasta mają możliwość spotykania zupełnie nieznanych im osób, ednak owe "spotkania" nawiązywaniem nowych kontaktów nie mogą się kończyć w żaden sposób, nie jesteśmy społeczeństwem otwartym, komunikatywnym, z łatwością nawiązującym znajomość z drugim, nieznajomym człowiekiem. Dotkliwie daje się we znaki brak przestrzeni publicznych stwarzających możliwość takiego spotkania, zwłaszcza zimą. Ciepłą wiosną, słonecznym latem, wczesną złotą jesienią sprzyjać może temu co najwyżej rzeczywiście rozległy i piękny park. Centrum miasta w okolicach Ratusza, jeszcze nie tak dawno tętniące życiem, teraz bez względu na porę dnia i roku wygląda, jak po wybuchu bomby atomowej, z wyjątkiem dni, kiedy odbywają się na placu ratuszowym koncerty, wówczas rzeczywiście nie sposób tam wcisnąć nawet szpilki. Jednak jeszcze około 2 czy 3 lat temu siedząc przy stoliku w ogródku Astorii i rozmawiając ze znajomym, spoglądaliśmy chciwie na przesuwajace się bez chwili wytchnienia samochody, jaące od strony kościoła farnego, przecinające ulicę Sienkiewicza, Rynek Kościuszki, i dalej sunące w stronę kościoła św. Rocha. Nawet te korki miały swój urok, dawały wrażenie życiodajnego pulsu miasta, do tego jeszcze tłumy ludzi wracające z pracy, śpieszące dokądś, rozradowani, żywi i głośni licealiści oraz studenci, tłum sączący się ze wszystkich stron, dający ułudę bytności w wielkim mieście. Teraz całe życie przeniosło się do raczej do tandetnych galerii, w których nie sposób nawet usiąśc w cichym, spokojnym miejscu, nie mówiąc już o zjedzeniu czegoś smacznego, wszystko jest plastikowe w smaku. Galeriowe kina grają wyłącznie amerykański chłam, albo nudne, jak flaki z olejem polskie komedie, już nawet nie wiem czy romantyczne, czy na topie znalazły się już jakieś inne. Miejskie kafejki czy puby, przypominają dużo bardziej piwożłopnie, żadna z nich nie ma wyrazistego stylu, charakterystycznego tylko dla niej, niepowtarzalnego, niczym nie próbuje się odróżnić od innych, odnoszę wręcz wrażenie, że za wszelką cenę starają się do siebie upodobnić, tak jakby ich właściciele przeprowadzili jakieś badania co do estetycznych i alkoholowych preferencji swoich potencjalnych klientów. Podobnie wszak planowane są przestrzenie galerii, liczą się nie pomysły architekta, ale oczekiwania i gusty maswoego klienta. Galerie są projektowane z myślą o nich właśnie. Średniowiecze pozostawiło po sobie gotyckie katedry, XVII i XVIII wiek barokowe kościoły i pałace, wiek XIX kamienice czynoszowe, mieszczańskie i pałacyki fabrykantów (bez względu na ich walory estetyczne), a my pozostawimy kawałki blachy i pustaków, z których za niecałe 100 lat nie pozostanie kamień na kamieniu. Zreszta tak też są pewnie budowane, by szybko móc je zwinąć i wraz ze zmianą upodobań klientów wznieść nowe, pewnie równie koszmarne budowle.

Uszczęśliwony zakońcoznymi zakupami, głodny niczym wilk, bo galeriowe fastfoody niczym nie są w stanie skusić, przy drzwiach wyjściowych na podziemny parking, wypatruję stoisko z piewczywem francuskim, od którego bije zapach słodkich moreli, wiśni i nie wiadomo czego jeszcze. Podchodzę, śliczna i sympatycznie wyglądajaca dziewczyna informuje mnie, że w tej chwili nie może mi niczego sprzedać, ponieważ ma przerwę i wskazuje tabliczkę informującą o chwilowym wstrzymaniu sprzedaży. Pytam więc kiedy będę mógł wrócić, odwraca się i z szerokim uśmiechem oznajmia mi, że w związku z tym, iż jestem miły, sprzeda mi to na co mam ochotę. Uświadamiam sobie z całą mocą ludzką potrzebę bycia docenionym , szanowanym, traktowanym z powagą i życzliwością. Słowem, potrzebę kultury osobistej na co dzień. Strasznie się ona zdewaluowała ostatanimi czasy, a nawiązanie do niej w rozmowie może wywołać co najwyżej uśmiech politowania, a w skrajnych przypadkach posądzenie o bycie ciężkim frajerem. Dostaję swoją wymarzoną bułkę z dżemem morelowym, dziewczyna się uśmiecha i oboje chyba dostajemy wspaniały świąteczny prezent.

Wydaje się, że jesteśmy na takim etapie zwykłych, codziennych relacji międzludzkich, że jedną rzeczą, jakiej oczekujemy w takim powierzchownym kontakcie jest zwykła ludzka życzliwość. Rzeczywiście codzienne obserwacje ludzkich zachowań w sklepie, na ulicy, w autobusie, nie napawają optymizmem. Najbardziej dotkliwie muszą to odczuwać pracownicy wszelkich super czy hieprmarketów, narażeni bezpośrednio na razy i ciosy ze strony nie tylko swoich menedżerów, ale przede wszystkim sfrustrowanych klientów.

Las Bielański - wspomnienia rodzinne

Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...