sobota, 31 sierpnia 2024

Błyski - część 23

Zygfryd będąc ciężko rannym, długo powracał do zdrowia w rycerskim obozie. W międzyczasie dotarły do niego wieści o wyroku wykonanym na jego żonie. Gdy powrócił do swojego zamku, zastał Golla z towarzyszami wyprawiajacego ucztę. Złoczyńca był przekonnany, że Zygfryd z wojny żywym nie wróci. Gdy hrabia wszedł do komnaty, zauważył wszystkie listy żony do niego pisane, które przechwycił Gollo, i z których żaden nie dotarł do Zygfryda, podobnie jak listy Zygfryda do Genowefy nie trafiły. Nabierając podejrzeń, gdy siedział pogrążony w żalu, do komnaty weszła wierna Berta, by przekazać mu list napisany przez Genowefę jeszcze w więzieniu. Dowiedziawszy się o tym wszystkim, co się rzeczywiście pod jego nieobecność wydarzyło, kazał skuć Golla i wtrącić do lochu. Popadłszy w smutek i rozpacz, hrabia szukał zapomnienia w polowaniach. W czasie jednego z nich rzucił się w pogoń za dziką zwierzyną. Zwierzę uciekając skryło się w jaskini Genowefy. Była to bowiem wierna łania, której mlekiem przez siedem lat żywiła się Genowefa i jej synek. Gdy hrabia wszedł do jaskini zobaczył postać ludzką, okropnie wymizerowaną, przypominającą bardziej zjawę, i pomyślał, że jest to miejsce śmierci jego żony, a on widzi jej ducha, lecz ona doń przemówiła i zapewniła, że nie jest zjawą, tylko jego żoną, którą on na śmierć skazał, choć ona była niewinna. Genowefa podeszła do Zygfryda, ujęła jego dłoń i wskazała na pierścień na jej palcu, który od niego otrzymała. Hrabia padł w końcu na kolana, zalał się łzami i jął ją prosić o przebaczenie. W odpowiedzi Genowefa rzekła, że się nigdy nań nie gniewała, bo wiedziała, że został oszukany. W międzyczasie z lasu powrócił Bolesty. Matka oznajmiła mu, że mężczyzna, który ich nawiedził jest jego ojcem. Radości ze spotkania nie było końca. Następnie wszyscy razem, łącznie ze świtą, udali się na zamek. Za lasem, przy drodze zebrały się już tłumy ludzi, jako że wieść o cudownym ocaleniu hrabiny rozeszła się lotem błyskawicy. W tym tłumie dali się też dostrzec dwaj pielgrzymi w długich płaszczach i z kosturami w dłoniach. Okazało się, że byli to dwaj niedoszli oprawcy Genowefy. Od razu przystąpili do błagania jej o wybaczenie, i opowiedzieli o tym, jak to po pozostawieniu jej w lesie, obawiając się gniewu Golla, udali się w długą pielgrzymkę do Ziemi Świętej, z której przed kilkoma dniami powrócili. Genowefa podziękowała im za ocalenie życia jej i synka. Gdy ten uroczysty orszak zbliżał się do zamku, uderzono we wszystkie dzwony, a rozrzewniony lud płakał z radości. Jedni wchodzili na dzrewa, inni na dachy, by tylko ujrzeć ukochaną panią. Za lektyką jechał konno hrabia, z drugiej strony wierny sługa Wolf, dalej podążali dwaj pielgrzymi, a między nimi obłaskawiona łania. Rycerze i służba poprzedzali lektykę, a część z nich zamykała ów radosny pochód. Stary sługa Wolf, nie zwlekając, wziął ze sobą kilku rycerzy, by powiadomić zbolałych rodziców Genowefy o jej cudownym odnalezieniu. W drodze najpierw spotkali biskupa Hidolfa, który udzielał ślubu Genowefie i Zygfrydowi, i razem udali się z dobrą nowiną na zamek starego ksiecia i księżnej. Rodzice co roku w kaplicy zamkowej czcili pamięć swej córki. Tego właśnie dnia biskup przyjeżdżał do pogrążonych w żałobie staruszków i odprawiał mszę za duszę zmarłej. Tym razem biskup przybył z twarzą jaśniejącą niebiańską radością i oznajmił cudowną wiadomość. Tuż po nim, do komnaty wkroczył Wolf, który głęboko skłoniwszy się, ze szczegółami opowiedział tę niezwykłą historię. Czym prędzej wszyscy udali się do Zygfrydsburga, by zobaczyć córkę i wnuka. Radosne powitanie we łzach wydawało się nie mieć końca. I wtedy biskup przypomniał słowa wypowiedziane w czasie ślubu o szczęściu, które zaczęło się od wielkich cierpień, tak jak wszelkie zbawienie na ziemi zaczynać się musi. Powiedział, że Bóg wszystkich zgromadził tu razem, aby radości nikomu nie brakowało, i by wszyscy swoje łzy na ofiarę dziękczynienia mogli złożyć. A Bóg zawsze zwykł czynić więcej niż obiecuje. Błogosławiony jest zaś ten, który wytrwa w dobrym, i gdy zostanie doświadczony, otrzyma koronę w niebie, jaką Bóg zapowiedział tym, którzy Go kochają.

Genowefa szybko wracała do sił, codziennie odwiedzali ją poddani, mieszkańcy zamku i okolicznych miejscowości. Sługa Wolf dbał o to, by przystęp do niej nie był wzbroniony najbiedniejszemu i najmniejszemu. Hrabina każdemu z odwiedzających potrafiła powiedzieć słów kilka, które ten następnie przez całe swoje życie, będąc już siwowłosym starcem, powtarzał swoim potomnym. Mówiła, że i oni na tym świecie wiele cierpieć muszą, że niejedna przykrość ich dotknęła i jeszcze dotknie, ale winni kochać Boga, w Nim pokładać jedynie nadzieję i nie poddawać się nigdy rozpaczy, bowiem tylko On może położyć kres ich wszystkim utrapieniom. A gdy już wszystko wydaje się stracone, tylko Bóg dopomóc może, i wszelkie zło zamienić w dobro. Nie powinni pragnąć wielkich bogactw, tylko poprzestawać na małym, gdyż i w stanie umiarkowania można być szczęśliwym, tak jak ona tego doświadczyła mieszkając w puszczy. Bo choć są ubogimi, mają więcej niż ona miała w lesie. Mają mieszkania, odzież, pościel, zimą ciepłą strawę i ciepłą izbę. Kto kocha Boga i ma Go w swoim sercu, ten ma w duszy niebo. Modlitwa zaś dodaje siły w znoszeniu wszelkich przeciwności i nigdy bezskuteczną nie bywa. Dobre sumienie jest natomiast największym skarbem, najpewniejszą pociechą w cierpieniach, w więzieniu, w chorobie i w śmierci.

A sprawca tych wszystkich nieszczęść, jakie spadły na hrabinę i jej synka, dworzanin Gollo, został skazany przez sąd na karę śmierci, jako haniebny potwarca, zdradziecki sługa i trzykrotny morderca. Miał być rozerwany czetrema końmi na cztery sztuki, lecz hrabia - za wstawiennictwej swej żony - darował mu życie, lecz nie miał prawa uwolnić go z lochu.
Zygfryd zadbał też o łanię - kazał jej wystawić przy pałacu piękną obórkę. Zwierzę kilka razy dziennie przychodziło do Genowefy, nie można jej było odpędzić dopóki choć na chwilę do komnaty swojej pani wpuszczona nie została. Jadła z rąk każdego, a dzieci dawały jej chleb, głaskały, zaś ich matki mawiały, że gdyby tej łani nie było, ich kochana pani i młody panicz musieliby niechybnie umrzeć na puszczy.

Nie wiemy jak długo żyła Genowefa. Gdy jej ziemski czas dobiegł końca, od mogiły skrapianej łzami męża, syna, poddanych, żadnym sposobem nie chciała się oddalić przywiązana łania. Nie tknęła przynoszonej jej paszy i po kilku dniach znaleziono ją nieżywą na grobie swojej pani. Hrabia kazał wystawić okazały nagrobek z białego marmuru, na którym u nóg Genowefy została wyobrażona jej wierna łania. W puszczy przy grocie, na prośbę Genowefy, pobudowano kaplicę, a z drugiej strony jaskini, gdzie płynął strumień stanął klasztor z pięknym ogrodem. Tysiące pielgrzymów ściągało do tego miejsca, a lud natychmiastowo okrzyknął zmarłą świętą. Po wielu latach zamek Zygfrydsburg popadł w ruinę, dziś już tylko jego szczątki widzieć można. A wszystko to się działo w okolicach miasta Koblencja.

Taką pokrzepiającą opowieść wyczytać można, tylko innymi słowami opisaną, z wiekowej książki "Opis życia Świętej Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu dla pobożnych ludzi", wydanej w Częstochowie w 1886 r. I tak też przedstawiają ją barwne, precyzyjne rysunki na obrazie przywiezionym przez dziadka Ksawerego z Wilna, który Genowefa postanowiła zabrać z Adamowców. Nie chciała się rozstawać ze swoją patronką, dzięki wstawiennictwu której odzyskała wzrok.

Był rok 1979, może 1980, ciepły, słoneczny, może wiosenny, a może letni dzień. Genowefa wzięła zwinięty w rulon żywot świętej, i z mieszkania na czwartym piętrzy przy ulicy Skłodowskiej, z trzyletnim, może czterolentim wnuczkiem, udała się do warsztatu oprawy obrazów, mieszczącego się w starej, odrapanej kamienicy na Piaskach. Ta kamienica, i ta ulica już nie istnieją, w ich miejscu stoją jedenastopiętrowe bloki, rozlokowały się betnowe parkingi, przeprowadzono asfaltowe uliczki, zniknął bruk, zniknęła samotnie stojąca kamienica, a ramy, w które obraz został oprawiony trwają do dziś, nieznacznie tylko nadkruszone.

CDN

piątek, 16 sierpnia 2024

Błyski - część 22

Gdzieś niedaleko Adamowców mieszkał mężczyzna, który miał żonę i dwójkę dzieci - chłopaka i dziewczynkę. Dorośli byli w wieku podobnym do Floriana i Genowefy, dziewczynka też, ale największy problem był z chłopakiem, bo Oswaldek był o kilka dobrych lat od niego młodszy. Miał wóczas lat 13, zaś różnica kilku lat w takim wieku jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka.

Genowefa miała wiele do stracenia i czasu coraz mniej. Zdecydowała się kupić dokumenty od tego mężczyzny poleconego jej przez sąsiadów. Lista do wywózki była pewna, imiona, nazwiska, daty urodzenia, ucieczka na własnych dokumentach nie wchodziła w rachubę, a schwytanie na podróży na nieswoich dokumentach wydawało się mniej prawdopodobne, choć nie pozbawione niebezpieczeństwa.

W międzyczasie nadeszły wieści do domu w Adamowcach, nie do Gieni i jej dzieci, lecz do Łucji, która jeszcze z nimi mieszkała. Łucja miała jedynego syna, mąż był słabego zdrowia i zmarł dość dawno. Syn Łucji został, jak wszyscy mężczyźni z okolicy, wysłany do wojska, i gdy jechał pociągiem, drewniana piętrowa prycza, na której na górze spał towarzysz podróży załamała się tak niefortunnie, że śpiący na niej żołnierz runął wraz z deskami na nieszczęśnika, przygniatając go śmiertelnie. Nie wiadomo kto był posłańcem tej złej nowiny, ale Florcia zapamiętała, że Łucja płakała nieustannie, dniami i nocami, tygodniami, a dziewczynka razem z nią.

Nie można już było dłużej zwlekać. Umowa repatriacyjna podpisana przez polskie władze z władzami ZSRR w lipcu 1945, gwarantowała osobom deklarującym narodowość polską, po spełnieniu określonych formalności, możliwość wyjazdu do Polski jeszcze w 1946 roku.

Konia, który bał się pociągów, zabrali sowieci jeszcze w lipcu 1944 r., w zamian zostawili wychudzoną szkapę. Trzeba ją było oddać sąsiadom. Ale krówkę koniecznie należało zabrać ze sobą. Genowefa pamiętała, by pokroić i zaszuszyć chleb, który w postaci sucharów na pewno przyda się w drodze. Ubrania, posrebrzany krucyfiks na wszelki wypadek ukryty w worku z mąką, obraz przedstawiający żywot świetej Genowefy, kupiony w Wilnie przez dziadka Ksawerego, gdy Gienia będąc dzieckiem nieszczęśliwie spałda z drabiny i tak fatalnie uderzyła głową w ziemię, że groziła jej trwała utrata wzroku. Ksawery załatwiając sprawy w Wilnie, nabył przy okazji obraz, który niczym współczesny komiks prezentował historię życia patronki dziecka, przywracającej wzrok niewidomym, i dziewczynka po pewnym czasie wzrok rzeczywiście odzyskała. Poplamiony, oprawiony wisi na ścianie do dziś, z napisem w prawym dolnym roku - "Dozwoleno Cenzuroju, gorod Warszawa, 26 Apriela 1893 god", i nieco wyżej tytuł już w języku polskim "Żywot św. Genowefy, czyli wzór ufności w Bogu", 13 starannie wykonanych, pobudzających wyobraźnię obrazków.

Wedle legendy w Niderlandach żył pewien brabancki książę, cieszący się powszechnym szacunkiem i miłością z powodu wielkich swoich cnót. Miał nie mniej cnotliwą i bogobojną małżonkę. I oboje ci zacni małżonkowie mieli córkę, jedynaczkę, o imieniu Genowefa, którą kochali nad życie. Dziewczynka wykazywała niezwykłą bystrość umysłu i szlachetne serce pełne miłości bliźniego. Gdzie tylko widziała nędzę lub chorobę, spieszyła z pomocą, dzieląc się własnymi sukienkami, udzielając pieniężnego wsparcia z funduszów, jakimi obdarzali ją rodzice na zakup strojów. Rano i wieczorem biegała do chorych. Pewnego razu, ojciec Genowefy znalazł się w niebezpieczeństwie utraty życia, ze wszystkich stron otoczyły go nieprzyjacielskie wojska, a ocalony został dzięki pomocy walecznego hrabiego Zygfryda. Stary książę, powodowany wdzięcznością, po zakończeniu wojny, zaprosił dzielnego rycerza do swojego zamku, a poznawszy go bliżej umiłował go szczerze i dał mu Genowefę za żonę. Ślubu młodej parze udzielił sędziwy i poważny starzec, bogobojny biskup Hidolf, który błogosławiąc młodą parę, niczym prorok Symeon przepowiedział, że ich życie nie będzie usłane różami. Po ślubie młodzi odjechali do zamku Zygfryda, postawionego na wyniosłej skale. Nie dane jednak było małżonkom długo cieszyć się szczęściem. Maurowie z Hiszpanii wkroczyli do Francji. Hrabia Zygfryd został powołany do królewskiego obozu. Zostawszy sama, Genowefa wzywała na zamek wszystkie dziewczęta z okolicznych włości, uczyła je szycia i przędzenia. Podobnie jak w dzieciństwie, nadal była opiekunką ubogich i sierot. Nie było biednego, który by nie doznał od niej pomocy, nie było chorego, któremu by nie przyniosła lekarstwa. Tymczasem rządca zamku, którego hrabia mianował zastępcą pod swoją nieobecność, niejaki Gollo, człowiek przebiegły, umiejący każdego zjednać gładkimi słowy, w kilka dni po oddaleniu się hrabiego, przybrał postać samowładnego pana. A jeśli ktoś nie zaskarbił sobie jego względów, tego krzywdził niemiłosiernie. Początkowo wobec pani zamku okazywał najgłębsze uszanowanie, lecz z czasem ośmielił się wyjawić jej swą miłość, którą ona, wierna swej przysiędze, ze zgrozą i oburzeniem odrzuciła. Zawiedziony w swych nadziejach, gwałtowną namiętność zamienił w zemstę i poprzysiągł jej zgubę. Genowefa, przewidując grożące jej niebezpieczeństwo, napisała do męża list z gorącą prośbą, by oddalił z zamku rządcę. List miał dostarczyć wierny sługa Zygfryda - Drako, lecz gdy Gollo się o tym dowiedział, wpadł do komnaty, w której Genowefa przekazywała Drakowi list, i przeszył wiernego sługę mieczem. Wielkie poruszenie wszczęło się na zamku, służba zbiegła się w komnacie, w której leżała zemdlona hrabina i zbroczony krwią sługa. Rządca wykorzystując sytuację począł rzucać na Genowefę najgorsze potwarze. Po czym wziął list hrabiny, napisał swój własny, w którym przedstawił ją jako wiarołomną. Wysłał go czym prędziej przez umyślnego, a hrabinę wtrącił do więzienia. Genowefa została zamknięta w ciemnym lochu w baszcie zamku. Przez kilka miesięcy trwała uwięziona w kamiennej celi. Nikt nie mógł jej odwiedzać, sam tylko Gollo od czasu do czasu do niej przychodził i namawiał do złamania przysięgi małżeńskiej, lecz ona mu odpowiadała, że woli, by ludzie mieli ją za występną niż by miała rzeczywiście przez zbrodnię ocalić swe życie. Tymczasem jej cierpienia powiększyły się, bowiem w krótkim czasie po wyjeździe męża, okazało się, że zostanie matką. Wkrótce urodziła w więzieniu syna, którego od razu poświęciła i oddała Bogu, wzięła kubek z wodą, polała nią dziecko i chrzcząc w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego nadała mu imię Bolesty, jako że wśród łez i bólu przyszedł na świat. Którejś nocy ktoś zastukał w okienko celi. Okazało się, że była to Berta, córka dozorcy więzienia, którą Genowefa jeszcze do niedawna czule pielęgnowała. Ostrzegła panią, że rządca wydał na nią i na dziecko wyrok śmierci, zapytała też, czy mogłaby jej w jakiś sposób pomóc. Genowefa poprosiła o światło, papier, atrament i pióro. Gdy otrzymała to, o co prosiła, napisała list do męża. W liście tym żegnając się z nim, dowodziła swej niewinności, prosiła by powiadomił o jej losie jej rodziców, by nie zabijał złoczyńcy Golla, poświadczała też, że jego poczciwy sługa Drako w niczym nie zawinił i do końca pozostał najwierniejszym, wzywała by zaopiekował się jego żoną i dziećmi, oraz by nagrodził Bertę, która ten list mu dostarczyła, jako, że ona jedna jedyna jej nie opuściła. Gdy tylko oddała przez okienko list Bercie, otworzyły się drzwi celi i weszli do niej dwaj uzbrojeni pachołkowie. Jeden z nich trzymał zapaloną pochodnię, a drugi odsłonięty miecz. Nakazali kobiecie wziąć dziecko i podążać za nimi. Szli długim ciemnym korytarzem, wydającym się nie mieć końca. Wreszcie dotarli do okutych żelazem drzwi, otworzyli je z trudem i znaleźli się na dworze. Była już późna noc, niebo iskrzyło się miriadami gwiazd. Wokół była ciemna knieja, rosły świerki i ponure jodły. Mężczyzna z mieczem kazał jej oddać dziecię. Genowefa błagała ich, by ocalili życie dziecku, a zabili tylko ją. Na to jeden z pachołków rzekł do drugiego, by darować życie pani, która tyle dobra i im przecież wyświadczyła. Ostatecznie obaj zdecydowali, że oszczędzą życie nie tylko dziecku, ale też hrabinie, a jako potwierdzenie dokonanej zbrodni - na żądanie Golla - zamiast języka pani, przyniosą ucięty język psa. Kobieta miała im jedynie przysiąc, iż nigdy nie opuści puszczy, do której ją przywiedli. Jak postanowili, tak też uczynili. Genowefa z dzieckiem usiadła pod rozłożystą sosną. W wierzchołkach drzew zaczął złowrogo szumieć wiatr, pohukiwały sowy i słychać było w oddali wycie wilków. Genowefa w żarliwej modlitwie oddała się pod opiekę Bogu. Zaczął padać deszcz ze śniegiem i wiać mroźny wiatr od wschodu. Wyptrywała jakiegoś schronienia i owoców zdatnych do spożycia. W końcu udało jej się znaleźć przyjazną i zaciszną dolinę, a w skale nieopdal wejście do niedużej jaskini. Przy skale wytryskiwało czyste jak kryształ źródło. Genowefa ukękła i jęła prosić Boga o pomoc. Gdy tak trwała na modlitwie, zaszeleściły zeschnięte gałązki i liście zaściełające ziemię, a przed otworem jaskimi stanęła dorodna łania. Z początku przyglądała się kobiecie i jej dziecku uważnie, aż w końcu do nich podeszła i poczęła ich obwąchiwać. A kiedy Genowefa podała jej pęk suchej trawy, łania nie uciekła, lecz zjadła trawę i pozwoliła się wydoić. Mlekiem łani matka nakarmiła dziecię i sama się nim również pożywiła. Okazało się, że owa jaskinia była legowiskiem zwierzęcia, które ocaliło życie obojgu. Z mchu kobieta wyszykowała posłanie sobie i dziecięciu, gałęzią jodły zasłoniła wejście do jaskini, by ochronić się od wiatru, a łania swoim oddechem ogrzewała jaskinię. Z dwóch patyków Genowefa związała krzyż, przed którym się kilka razy dziennie modliła. Wierna łania, która jej odtąd już nie opuszczała, leżała u nóg swojej pani. I tak mijały lata, zimy, wiosny i jesienie. Chłopczyk, rósł, żywiąc się ziołami, korzonkami, mlekiem i wodą, zaczął też wypowiadać pierwsze słowa, w tym po raz pierwszy powiedział "Mama". Siedem lat żyli w tej przepastnej kniei, aż w końcu Genowefa poważnie zachorowała. Szykując się do odejścia z tego świata, opowiedziała synkwoi całą ich historię, pouczyła go, że gdy ona umrze, on będzie musiał iść trzy dni i trzy noce, aż wyjdzie z puszczy na wielką równinę, na której będzie stał zamek jego ojca. Oddała mu swój pierscień, który posłuży jako potwierdzenie tego, że chłopak jest synem jej i Zygfryda. Gdy matka tak leżała nieprzytomna, chłopiec prosił Boga, by przywrócił ją do życia...

poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Błyski - część 21

Front, który się przetoczył przez okolice Adamowców, pozostawił kilka rodzin bez dachu nad głową. Mieszkańcom Adamowców życie ocaliły wspomniane ziemianki przy wzgórzu cmentarnym, ale spłonęło kilka domów, w tym co najmniej jeden w Adamowcach, i jak zwykle, przy oakzji każdej wojny, płonęły pobliskie Murzy leżące na szlaku, którym ciągnęły różnorakie armie. W Adamwocach spłonął dom Łucji. Jej syn, tak jak wszyscy mężczyźni ze wsi w wieku poborowym, otrzymał wezwanie do wojska, i pojechał na wschód, a Łucja trafiła do domu Genowefy i Floriana. Miejsca w nim było wystarczająco dużo, by dać też schronienie pogorzelcom z Murz - dwóm dorosłym już siostrom, z których jedna wyciągnęła z pogorzeliska maszynę do szycia, a że była krawcową, to uczyniła z niej użytek i szyła ubrania na sprzedaż. Dzięki niej Florcia dostała swoją pierwszą pluszową lalkę, uszytą na tejże maszynie.

Gdy mężczyźni wyruszyli na wschód, we wsi pojawił się tajemniczy Serafin z żoną i dziećmi. Mieszkańcy Adamowców nazywali go szalonym Serafinem, ponieważ gdy zapadał zmierzch, okrywał się białym prześcieradłem, brał w dłoń świecę i w takim przebraniu biegał po wsi. Nie wszyscy mieszkańcy uwierzyli w jego szaleństwo, wielu odnosiło się doń podjerzliwie, widywano go bowiem nie tylko biegającego drogą, po ogrodach, sadach, łąkach i polach, ale też wystajacego pod otwartymi oknami i nasłuchującego, o czym się w domach wieczorami rozmawia. Na tych terenach zainstalowała się już władza sowiecka. Takich Serafinów rozrzuconych po różnych miejscowościach, zajętych przez Armię Czerwoną, były już zapewne setki, jeśli nie tysiące. We wsi zaczęły też znikać między innymi kury. Gdy któregoś razu w rozmowie z Serafinem Genowefa złościła się na kradzież kury z ich podwórka, Serafin tylko spokojnie słuchał i w końcu powiedział:

- Jeśli ktoś wziął i zjadł, to niech mu będzie tylko na zdrowie.

Władza sowiecka dość prędko przeszła do wprowadzania swoich porządków. Adamowce zaczął nawiedzać priedsedatiel tworzących się kołchozów. Bardziej przypominał komisarza NKWD, w skórzanym płaszczu, z pistoletem zatkniętym za pas, w charakterystycznej czapce enkawudzisty. Nachodził mieszkańców w domach i nakazł przepisywać się na wszelkie narodowości - litewską, białoruską, żydowską, tatarską, rosyjską, byle nie polską. Początkowo zachęcał, z czasem stawał się coraz bardziej stanowczy, aż w końcu w sposób otwarty zaczął grozić. W czasie jednej z takich wizyt, gdy zrobiło się już ciemno, wpadł do domu Genowefy. Dzieci szykowały się do snu. W kuchni krzątała się jeszcze Gienia. Nie pukając, otworzył drzwi, wpadł jak do siebie do domu, zawsze w tej samej sprawie. Był już natarczywy i agresywny. Gdy spotkał się z kolejną odmową ze strony Genowefy, wyjął zza skórzanego pasa pistolet, zamachnął się nim i wykrzyknął:

- Ty polackaja morda, ja tiebia ubiju!

Zachowania dziecięce są częstokroć nieprzewidywalne. To mógł być rok 1945, a może już 1946, Florcia mogła mieć 5, a może już 6 lat. Wystraszona, gdy zobaczyła jak ten wielki meżczyzna z pistoletem w dłoni zamachnął się na mamę, wybiegła w te pędy z łóżeczka, ominęła odzianą w skórę złowrogą postać, przylgnęła mocno do mamy, objęła ją z całych sił za nogi, zalała się łzami i wykrzyknęła w odpowiedzi:

- Nie dam mamy!

Wściekły priedsediatiel tylko zaklął siarczyście, i dosłownie wybiegł w domu, trzaskając drzwiami tak mocno, że o mały włosy nie wypadły razem z futryną.

Ale myliłby się ten, kto by sądził, że najścia się skończyły. Genowefa, nie chcąc się przepisywać na inną narodowość, w tych dniach, kiedy ów funkcjonariusz sowieckiego systemu nawiedzał Adamwoce, uciekała z domu. Nocowała na cmentarzu, w stogach siana, pod które nad ranem podchodziła woda z rzeki. Pamiątką po tych nocach stały się bóle reaumatyczne, a z czasem choroby układu krążenia, kilkadziesiąt lat później jeden udar, drugi udar, częsciowy paraliż, aż w końcu przedwczesna śmierć. Ale teraz powstawało wrażenie, że pętla wokół rodziny zaciska się coraz silniej, że tu jednak Polski już nie będzie, aż w końcu czarę goryczy dopełniła wiadomość, jaką przekazały Gieni jakieś dalekie kuzynki, pracujące w miejscowej administracji, że ona i jej dzieci znajdują się na liście osób przeznaczonych do wywiezienia w głąb ZSRR. A przyczyną tego miał być donos, że Florian ubrany w garnitur i kapelusz, wraz z rodziną, jeździł bryczką na niedzielne msze do kościoła. To wystarczyło, by być wywiezionym w nieznane. Trzeba już było zacząć działać konkretnie, nocne ucieczki na cmentarz, nocowanie na polach, nie mogły być rozwiązaniem.

sobota, 10 sierpnia 2024

Błyski - część 20

Czas nie sprzyjał snuciu planów na przyszłość. Codzienny rytm wyznaczały prace w gospodarstwie, zlecenia na prace stolarskie, zabawy z dziećmi, wspólne niedzielne wyprawy do kościoła w Udziale, skromną bryczką, Florian w garniturze i kapeluszu, Genowefa w odświętnej sukience. Do bryczki zaprzężony ulubiony koń Floriana, tylko jego słuchał i jemu się podporządkowywał, na co dzień łagodny jak baranek, choć miał jedną słabość, a mianowicie bał się pociągów, i przed przejazdem kolejowym, zawsze, gdy nadjeżdżała lokomotywa, narowił się, stawał dęba, a wtedy jedynie Florian był w stanie nad nim zapanować.

Pewnego dnia mała Florcia stała się przyczyną poruszenia we wsi i ogromnego niepokoju rodziców. Dzień był letni, długi, i w czasie, gdy Florian pracował w polu, a Genowefa wyszła do ogrodu, dziecko zniknęło z domu. Gdy matka wróciła z ogrodu, po dziecku nie było śladu, wołała, zaglądała do izb, wybiegła na dwór, do sąsiadów, ale dziewczynki nikt nie widział. W poszukiwania dziecka zaangażowała się cała wieś. Gdy w międzyczasie Florian wrócił z Oswaldkiem do domu, do akcji wkroczył ulubieniec chłopaka – Misiek. Stanął przed łóżkiem rodziców i zaczął szczekać, i za żadne skarby nie chciał od niego odejść, przywoływany przez Floriana. W końcu zwierzak usiłował wejść pod łóżko, i gdy tak usilnie i coraz głośniej ujadał, Oswaldek nachylił się, by zobaczyć co uwagę jego podopiecznego tak pochłonęło, że nie dawał się przekonać, by wyjść na dwór. I wtedy jego oczom ukazał się taki oto widok – śpiąca sobie spokojnie jakby nigdy nic młodsza siostra, nie reagująca na panujący w izbie hałas.

- Tato, tato! Ona tu jest, śpi pod łóżkiem!

Tuż po cudownym odnalezieniu, do domu wróciła zrezygnowana i zafrasowana Genowefa, dziwiąc się wesołej atmosferze, jaką w nim zastała. Po chwili zauważyła córeczkę, całą i zdrową, z poważną miną coś wyjaśniającą rozbawionemu tacie. Okazało się, że dziewczynka z jakiegoś powodu obraziła się na rodziców, i postanowiła dać im nauczkę i schowała się pod łóżkiem, ale nie przypuszczała, że w międzyczasie jej się przyśnie. I zagadka zaginięcia sama się rozwiązała. Realizacja planu nie przebiegła co prawda zgodnie z zamierzeniami, wymknęła się nieco spod kontroli, ale że finał był szczęśliwy to rodzice podeszli do całej sprawy ze zrozumieniem.

Tymczasem zbliżał się front. Na początku lipca 1944 roku oddziały Armii Czerwonej wkroczyły do Głębokiego. Mieszkańcy Adamowców, nauczeni już niejednym wojennym doświadczeniem, postanowili zawczasu przygotować nieopodal wzgórza cmentarnego ziemianki, w których mogliby się schronić, gdyby walki toczyły się w pobliżu wsi. I nie mylili się, kule i pociski przelatywały nad wsią, a owe naprędce wykonane schronienia ocaliły im życie. Nie trwały na szczęście długo.

Po przejściu frontu nastały nowe porządki. Pojawiła się sowiecka władza, która mieszkańców tych ziem postrzegała jako obywateli ZSRR. Wszak jeszcze za tak zwanego pierwszego sowieta, w dniach 26-28 października 1939 r. we Lwowie obradowało Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Ukrainy, a w dniach 28-30 października 1939 r. w Białymstoku obradowało Zgromadzenie Ludowe Zachodniej Białorusi. Gremia te najpierw uchwaliły ustanowienie władzy sowieckiej na terenach zajętych we wrześniu 1939 r. przez wojska radzieckie, a następnie przyjęły deklaracje do Rady Najwyższej ZSRS, zawierające żądania włączenia tych terenów do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Rada Najwyższa ZSRS dekretem z dnia 1 listopada 1939 r. włączyła południowo-wschodnie województwa II RP do USRS, a 2 listopada 1939 r. województwa północno-wschodnie do BSRS. Delegaci do tych zgromadzeń zostali wybrani w pseudowyborach, które odbyły się 22 października 1939 r. pod całkowitą kontrolą Moskwy, a głosy można było oddawać jedynie na kandydatów wspieranych przez sowietów. Konsekwencją tych działań było już tylko przyjęcie dekretu 29 listopada 1939 r. przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRS „o nabyciu obywatelstwa ZSRS przez mieszkańców zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej”. Zgodnie z jego postanowieniami obywatele polscy, którzy znajdowali się na terenach zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi – jak władze komunistyczne nazywały zajęte polskie terytoria – w momencie włączenia tych regionów do ZSRS automatycznie stawali się obywatelami ZSRS. W ten sposób kilkanaście milionów obywateli polskich, wbrew swojej woli, otrzymało obywatelstwo radzieckie. A w rezultacie, jako nowi obywatele ZSRS, mężczyźni mieli obowiązek służby wojskowej w Armii Czerwonej. Tak też się stało i na Wileńszczyźnie. Mieszkańcy Adamowców płci męskiej otrzymali powołania do radzieckiego wojska.

Nadszedł zatem czas rozstania. Ten dzień Florcia zapamiętała doskonale na całe życie, choć miała wówczas zaledwie 4 lata. Scena pożegnania z ukochanym tatą na stacji kolejowej wyryła się aż zanadto wyraźnie w jej pamięci. Wtuliła się mocno w ojca, którego koszula stała się mokra od łez dziecka. Florian wsiadając do pociągu, odwrócił głowę, by ukryć swoje z kolei łzy. Przed odjazdem pociągu wychylił się, by po raz ostatni spojrzeć na Genowefę, Florcię i Oswaldka.

Znacznie później dowiedzieli się, że Florian i jego brat Jan trafili do miejscowości Gorochowieckije Łagieria, w głębi Rosji. Wysłano tam mężczyzn z okolic Głębokiego, Postaw, Brasławia. Opowiedział im o tym pan Pietuszko, pochodzący z okolic Brasławia, który zaprzyjaźnił się z Florianem i Janem. Mężczyźni, po dłuższym pobycie we wspomnianych Gorochowieckich Łagieriach otrzymali co prawda polskie mundury, ale szkolili ich rosyjscy oficerowie. W sowieckim duchu, na sowiecką modłę, dowództwo przyjęło, że przybyli są plastyczną masą, którą można dowolnie kształtować i lepić z niej sowieckiego człowieka. Te ich wyobrażenia spotkały się jednakże od samego początku ze zdecydowanym oporem. Twórcy nowego człowieka, jego formowanie rozpoczęli od narzucenia zakazu porannej modlitwy. Zabronili przyszłym żołnierzom wykonywania pieśni "Kiedy ranne wstają zorze". Gdy mężczyźni w odpowiedzi na to posunięcie odmówili wyjścia na poranny apel, jeden z rozhisteryzowanych sowieckich politruków, rozwścieczony, purpurowy ze złości, zaczął biegać po obozie z pistoletem, wymachiwać nim i krzyczeć, że miateżników ubijet! Nie wywarło to jednak na zdeterminowanych przybyszach z Wileńszczyzny najmniejszego wrażenia. W końcu ktoś poszedł po rozum do głowy, uciszono rozgrzanego politruka i zapewne w obawie przed możliwym większym buntem, by przełamać sytuację patową naczalstwo ustąpiło i przywróciło możliwość porannej modlitwy i śpiewania pieśni „Kiedy ranne wstają zorze”.

piątek, 9 sierpnia 2024

Błyski - część 19

Florentyna kiedy już była dorosła często śniła ten sam sen. Wracał do niej z tymi samymi barwami, miejscami, zdarzeniami, z każdym drobnym szczegółem i nastrojem. Pojawiało się w nim duże miasto, widziane z początku z lotu ptaka, o gęstej zabudowie, spowite dymami, w czarno-szarej tonacji, wyludnione i złowrogie. Następnie schodziła w nim po stopniach schodków z ganku drewnianego domu, wchodziła w te duszne opary, wypalone ulice, a po chwili ponownie widziała całe kwartały tego miasta z góry. Sen, który nie przynosił ukojenia, a jedynie niepokój i niezrozumienie. Dopiero z czasem zniknie i już nie wróci.

A tymczasem dziecko rosło, nie mając świadomości tego wszystkiego, co dzieje się gdzieś poza jego bliskim i bezpiecznym światem. Kochający rodzice, opiekuńczy brat, cisza, spokój niewielkiej wsi, łagodnie zmieniające się pory roku. Gdy miała już kilka lat, najlepszymi towarzyszami zabaw okazały się być kurczaczki, małe gąski i kaczuszki. Można je było wpakować do pozostawionego w kuchni przez mamę durszlaka i nosić po podwórku, ale najlepiej było z nim pójść nad niewielki staw, tuż przy wzgórzu, na którym rozłożył się stary cmentarz. Te żywe zwierzątka, lepsze bez wątpienia niż pluszowe zabawki, pilnowały się dziewczynki, jak swojej mamy, a obecność nawet tak niewielkiego człowieka gwarantowała im bezpieczeństwo i ochronę przed krążącymi w pobliżu jastrzębiami, myszołowami czy kaniami. Gdy w końcu mama zauważyła, że znika durszlak i do jakich celów jest używany, zaczęła go zawieszać na kołku nieco wyżej, by dziecko nie mogło doń sięgnąć, ale że dziecięcia pomysłowość nie zna granic, a w kuchni czy w izbie obok stał stołek, to dziewczynka przystawiała go do ściany, stawała na nim i na palcach, z trudem, ale dosięgła tego tak niezbędnego jej narzędzia. I durszlak znowu mógł służyć celom, do których co prawda nie został stworzony, lecz pasował idealnie. I znowu można było doń spakować stadko kurczaczków, gąsek, kaczuszek, i starym już zwyczajem udać się z tym całym towarzystwem nad staw. Zabawa przednia.

Oswaldek był ulubieńcem Miśka, rudego pieska, który z daleka wyglądał jak lisek, i którego mieszkańcy Adamowców częstokroć z lisem mylili, gdy biegał gdzieś po polach za chłopakiem. To był duet nierozłączny. Niestety, którejś zimy, Misiek nie zdążył po jednej z samodzielnych wypraw schronić się do domu przed wilkami. Miał w tym celu wydrążony specjalny otwór w drzwiach. Po kilku dniach, na polu znaleziono pozostałe po nim łapy i rudy ogon. Rozpacz w domu była wielka.

Jesienne i zimowe wieczory w Adamowcach nie były w żadnym calu monotonne. W domu Genowefy i Floriana stała maszyna do gręplowania wełny. Schodziła się zatem u nich znaczna część kobiet ze wsi. Przy rozplątywaniu i czyszczeniu włókien, kobiety snuły iście mickiewiczowskie ballady i romanse. O pobliskim jeziorze, w którym pewnej zimy miał zatonąć cały orszak weselny. Pod saniami załamał się lód, gdy weselnicy zapragnęli skrócić drogę z kościoła do wsi. A nocami wydobywał się z głębi wody dźwięk dzwonków przy końskich uprzężach. Z kolei przy drodze tuż za wsią, na skraju lasu, o zmierzchu, wracający z miasteczka czy sąsiednich wsi słyszeli wyraźnie płacz dziecka. Trzeba było dopiero sprowadzić księdza, by temu jakoś zaradzić. Ksiądz przybył, stanął z kropidłem, odmówił modlitwę, pokropił miejsce, w którym płacz słyszano, i wypowiedział słowa:

- Jak pan, niech będzie Jan. Jak panna, niech będzie Anna.

I od tej pory płacz ustał. A to o ognikach snujących się na bagnach, a więc na pewno o duszach, co potrzebowały modlitwy.

Za wsią, między kilkoma pagórkami, rozpościerały się bagna. One również były doskonałym miejscem do dziecięcych eskapad. Mała Florcia skacząc z kępki turzycy na drugą kępkę, bała się, by jej stopa nie ześlizgnęła się do rudawej wody, jako żywo przypominającej ludzką krew. Dorośli opowiadali o kurhanie, w którym spoczywali napoleońscy żołnierze polegli w czasie bitwy, która miała się tu rozegrać po niesławnym odwrocie niezwyciężonej armii spod Moskwy. Od czasu do czasu ktoś w czasie prac polowych wyorywał z ziemi szczątki oręża. Dziewczynce wydawało się zatem, że jak jej stopa osunie się do wody, to umoczy ją w ludzkiej krwi, a jeszcze nie daj Boże, jakaś niewidzialna ręka pochwyci ją i wciągnie do bagna.

Najmilsze były dziecku spacery z mamą. Zwłaszcza wtedy, gdy mogły przejść obok wielkiego kamienia na skraju wsi, co to rozłożył się na łące tuż przy piaszczystej drodze. Za każdym razem, gdy trzymając mamę za rękę, zbliżała się do głazu, widziała siedzące na nim dziecko, z jasną dłuższą czupryną, w błękitnej sukience, które przyglądało się małej Florci przyjaźnie z zaciekawieniem. Gdy zrównywały się z kamieniem, dziecko znikało, ale tylko na chwilę, bo gdy kamień już minęły, ono znowu już na nim siedziało i wpatrywało się w dziewczynkę. Florcia odwracała głowę, przyglądała mu się, a ono wodziło za nią łagodnym, czułym spojrzeniem, bez słów. Nie towarzyszył tym spotkaniom nigdy lęk, i nie było to zdarzenie jednokrotne, kilkukrotne, ale niezliczoną ilość razy się powtarzające.

Mimo czasu wojny, było to za sprawą rodziców, dzieciństwo dobre, pełne pokoju, rodzinnej miłości, zwyczajnych dziecięcych zabaw, jeszcze przeważnie spokojnych dni i nocy, upływających wolno i pod osłoną sił innych niż ziemskie.

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

Błyski - część 18

Wczesne lato 1939 roku. Nie wiadomo co konkretnie zadecydowało o tym, że Genowefa i Florian postanowili wyjechać do Adamowców. Pewne fakty wskazywałyby na to, że zamierzali do Warszawy jeszcze wrócić.

Tymczasem pierwsze bomby spadły na Warszawę 1 września, około 5.00 rano. Jednym z pierwszych zbombardowanych budynków był blok na Kole przy ulicy Obozowej 76, na Kolonii Towarzystwa Osiedli Robotniczych im. Stefana Żeromskiego, powstałej w latach 1935-1938. TOR był instytucją powołaną przez ówczesny rząd w celu budowy tanich mieszkań dla warszawskich robotników. I tu rzeczywiście mieszkali robotnicy. Tego dnia w gruzach zbombardowanego bloku zginęło 14 osób. Nie mniej dramatyczne sceny, rozegrały się niedaleko tego miejsca, tuż przy ulicy Ostroroga, 14 września, znane tak dobrze z fotografii Juliena Bryana. Niemieckie samoloty nadleciały, gdy kobiety kopały w polu, na otwartej przestrzeni, ziemniaki. Po zrzuceniu bomb na pobliskie budynki, samoloty zawróciły i z pokładowych karabinów zaczęły ostrzeliwać pracujące w polu osoby cywilne. Nawracały kilkakrotnie, zataczały koła nisko nad polem, a ich załogi strzelały do całkowicie bezbronnych, przerażonych ludzi. Na miejscu pozostały dwa zakrwawione, nieruchome ciała. Na jednej z fotografii, przy martwej kobiecie, siedzi wystraszony chłopak, sprawiający wrażenie jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co się przed chwilą wydarzyło. Na drugiej fotografii szczupła dziewczynka o blond włosach, klęczy nad zastrzeloną starszą siostrą, dłonie ma złożone, usta otwarte jakby przemawiała do nieżyjącej i płacze, w tle widać drzewa i mur cmentarny.

8 września pod stolicą pojawiły się pierwsze oddziały Wehrmachtu. Żołnierze niemieccy zajęli Okęcie wraz z lotniskiem, a następnie zaatakowali pozycje wojsk polskich na Woli i Ochocie. Szturm zakończył się niepowodzeniem, podobnie jak i druga próba podjęta 9 września. Pod osłoną nocy z 8 na 9 września, nieopodal Fabryki Przetworów Chemicznych „Dobrolin” mieszczącej się przy ulicy Wolskiej 157/159, na rozkaz dowódcy 8 kompanii 40 Pułku Piechoty Dzieci Lwowskich porucznika Zdzisława Pacaka-Kuźmirskiego, ustawiono wzdłuż barykady, składającej się z dwóch przewróconych tramwajów, 100 beczek z łatwopalną i silnie drażniącą terpentyną, usunięto z okolic bronionego odcinka i pobliskich domów mieszkalnych wszelkie materiały łatwopalne, zabezpieczono także workami z piaskiem dojścia do znajdujących na terenie przedsiębiorstwa podziemnych zbiorników z terpentyną. I kiedy 9 września niemiecka kolumna czołgów i samochodów pancernych zbliżyła się do barykady, polscy obrońcy otworzyli ogień. Eksplodujące beczki z terpentyną wywołały ogromny pożar, który ogarnął niemal 100-metrowy odcinek ulicy. Walka zakończyła się po 45 minutach, Niemcy ponieśli poważne straty i byli zmuszeni wycofać się.

Jednakże 15 września stolica została okrążona przez wojska niemieckie. Tego też dnia przebywający pod Warszawą Adolf Hitler wydał rozkaz ostrzelania Zamku Królewskiego, by złamać opór obrońców. W kolejnych dniach siły polskie zostały wzmocnione przez część oddziałów Armii „Poznań” i „Pomorze” pod dowództwem gen. Tadeusza Kutrzeby, którym udało się przebić do Warszawy po bitwie nad Bzurą.

25 września Luftwaffe przeprowadziło nalot dywanowy na stolicę, zrzucając 560 ton bomb burzących i 72 tony bomb zapalających. Bombardowanie trwało od godziny 7.00 aż do zmroku. Tego dnia ponownie ucierpiało wspomniane Osiedle TOR przy ulicy Obozowej. Śmierć poniosło 16 jego mieszkańców. A następnego dnia oddziały niemieckie przystąpiły do generalnego szturmu na miasto. Nie przyniósł on co prawda większych sukcesów, jednak w związku z brakiem wody, żywności, amunicji oraz ciężkim położeniem ludności cywilnej, dowództwo obrony Warszawy postanowiło zaprzestać dalszego oporu.

28 września został podpisany akt kapitulacji. Niemcy wkroczyli do Warszawy 30 września, a 5 października Adolf Hitler przyjął w Alejach Ujazdowskich defiladę wojsk niemieckich. Podczas trzech tygodni walk, poległo 2 tysiące żołnierzy polskich, 16 tysięcy żołnierzy odniosło rany, straty wśród ludności cywilnej sięgnęły 10 tysięcy zabitych i około 50 tysięcy rannych; zniszczeniu uległo 10% zabudowy miasta.

Natomiast 17 września oddziały sowieckie weszły do Głębokiego, a wieczorem 19 września, po krótkiej obronie, zajęły Wilno. Na mocy podpisanego 10 października 1939 roku przez ZSRR i Litwę porozumienia o wzajemnej pomocy Wilno wraz z wąskim pasmem zachodniej części Wileńszczyzny zostały przekazane Litwie. W zamian za to, sowieci uzyskali zgodę na utworzenie trzech swoich baz na Litwie. Pozostałe ziemie województwa wileńskiego znalazły się w granicach ZSRR. 2 listopada 1939 roku Głębokie włączono w skład Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Ten stan rzeczy trwał jedynie do 15 czerwca 1940 roku, kiedy to oddziały Armii Czerwonej ponownie wkroczyły do Wilna i tym razem zajęły już całą Litwę.

Gdy wokół rozgrywała się wielka historia, w Adamowcach, dnia 31 stycznia 1940 r. (wedle dokumentów miało to miejsce dnia 30 stycznia) w domu Genowefy i Floriana na świat przyszła dziewczynka, poczęta jeszcze w wolnej Warszawie, na Woli zresztą, co nie pozostanie bez znaczenia dla dalszej opowieści. W tym momencie do akcji wkroczyła, niezawodna w takich sytuacjach, ciotka Marianna, która zadecydowała, że dziewczynka będzie nosiła imię Florentyna. Skoro ciotka tak postanowiła, to nikt nie mógł się jej sprzeciwiać. Imię stało się w późniejszym czasie przyczyną wielu udręk dziecka, i w przedszkolu, i w szkole, dopiero z wejściem w dorosłość przyjdzie pogodzenie się z nim. Tymczasem, w lutym 1940 roku dziecko zostało ochrzczone w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Okupacja sowiecka ze swoim terrorem szczęśliwie omijała Adamowce, lecz 2 lipca 1941 r. do Głębokiego wkroczyli Niemcy. Jednego okupanta zastąpił drugi. I mimo, że same Adamowce i ich mieszkańcy nie ucierpieli w sposób szczególny za pierwszego sowieta, to jeszcze długi czas po wojnie Genowefa będzie wspominać okrucieństwa jakich dopuścili się Rosjanie wobec więźniów przetrzymywanych w dawnym klasztorze Bazylianów w Berezweczu koło Głębokiego. Przed wojną na terenie klasztoru stacjonował Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza "Głębokie" i mieściła się placówka wywiadowcza KOP. W utworzonym więzieniu sowieci zgromadzili Polaków, Białorusinów, Litwinów, ale też obywateli innych państw nadbałtyckich. W nocy z 23 na 24 czerwca 1941 r., po ataku Niemców na ZSRR, obsługa więzienia wymordowała w wyjątkowo okrutny sposób około ośmiuset więźniów. Nazwa Berezwecze wśród miejscowej ludności budzić zaczęła w pełni uzasadnioną grozę. Opowiadano o ludziach, których zamurowywano żywcem w zagłębieniach muru okalającego klasztor. Z tych, których nie zdołano uśmiercić w celach czy piwnicach, uformowano dwie kolumny. Jedną popędzono do stacji w Głębokim i wywieziono do Kujbyszewa, natomiast drugą skierowano w stronę Witebska, dołączono ją do grupy więźniów ewakuowanych z Litwy, a po przejściu mostu na Dźwinie, w okolicy wsi Taklinowo, rozstrzelano przy użyciu karabinów maszynowych. Szacuje się, że śmierć poniosło tam od 1 do 2 tysięcy osób.

Okupacja niemiecka, jako trwająca dłużej niż pierwsza sowiecka, przyniosła ze sobą pierwszą tragiczną śmierć do Adamowców. Stało się to zimowym wieczorem. Zasypaną miękkim śnieżnym puchem drogą od strony lasu sunęły cicho i wolno sanie wyładowane drewnem na opał. Na saniach siedziała około dwudziestoletnia dziewczyna, ubrana w ciepły kożuch, rozmawiała żywo z powożącym sanie ojcem, gdy niespodziewanie, jak się wydawało, gdzieś w oddali, rozpętała się strzelanina. Zabłąkana kula dosięgła jednak dziewczynę, ugodziła ją śmiertelnie w głowę. Prawdopodobnie doszło do wymiany ognia między Niemcami a sowieckim oddziałem partyzanckim. Ukochaną, dobrą córkę zrozpaczeni rodzice pochowali na starym cmentarzu wznoszącym się na górce na skraju wsi.

Z czasem w Adamowcach zaczęli się pojawiać uzbrojeni mężczyźni. Któregoś razu wtargnęli też do domu Floriana i Genowefy. Kazali Florianowi oddać między innymi buty. Gdy przyniósł im starą parę, oni na nie spojrzeli, a następnie ku zdumieniu - i Floriana i Genowefy - jeden z nich powiedział:

- Masz przecież nowe, z Warszawy, gdzie je schowałeś?! Dawaj tamte!

Nie było wyjścia, trzeba było je oddać. Skąd wiedzieli, że miał nowe buty, i że przywiózł je z Warszawy, tego nie sposób było ustalić.

Innym razem, do wsi wpadli niemieccy żołnierze. Przyjechali po młodych ludzi, którzy byli zdolni do pracy, by wywieźć ich na roboty przymusowe do Niemiec. Gdy wyprowadzano dorosłe już córki sąsiadów, stojący przy furtce żołnierz odszedł kilka kroków, odwrócił się i zaczął płakać, a widząc Genowefę, podszedł do niej i powiedział po polsku, że jest Ślązakiem, i ma córki w takim właśnie wieku, które zostawił w rodzinnym domu.

W okolicy pojawiły się też oddziały litewskie współpracujące z Niemcami. Być może był to litewski batalion policji pomocniczej, być może tak zwani szaulisi. Szaulisami nazywano członków Związku Strzelców Litewskich, ochotniczej organizacji paramilitarnej powstałej jeszcze w sierpniu 1919 roku w Kownie. Niemcy wykorzystywali ich w akcjach przeciw ludności polskiej i żydowskiej, w walkach z partyzantami sowieckimi i Armią Krajową. Litwini byli też obsadzani w lokalnej administracji cywilnej. Genowefa wspominała litewskiego urzędnika o imieniu Stanisław, który władał doskonale językiem polskim i był na tyle ludzki, że można było z nim w ważnych sprawach się porozumieć. Gdy któregoś razu Niemcy zarekwirowali z gospodarstwa Floriana i Genowefy krowę, Stanisław pomógł ją odzyskać. Każde zwierzę w czasie okupacji było wszak na wagę złota, a krowy w szczególności.

piątek, 2 sierpnia 2024

Błyski - część 17

Genowefa, aby wspomóc męża, znalazła dorywczą pracę jako służąca u hrabiny Zabiełło. Nazwisko wskazywałoby na litewskie, kresowe korzenie arystokratki, której imię zatarło się we wspomnieniach, ale nie pewne zdarzenia i fakty, które przetrwały w opowieściach. Hrabina Zabiełło, którą Genowefa wspominała z wielką rewerencją, i która była dla młodej dziewczyny z Wileńszczyzny, kimś znacznie więcej niż pracodawcą. Może zadecydowało tym pochodzenie obu kobiet z Kresów. A może hrabina była przekonana, że ma do wykonania pewną misję wobec tych, których los umieścił w hierarchii społecznej niżej od niej, i że ona, jako osoba poniekąd uprzywilejowana, winna przekazać choćby cząstkę tego, co przynależało do niej z racji zgromadzonego na przestrzeni wieków - przez wielu jej przodków - kapitału, nie tyle materialnego, co przede wszystkim umysłowego i duchowego, tym, którzy takiego szczęścia nie mieli. Może była przeświadczona, że jej pozycja społeczna rodzi nade wszystko pewne zobowiązania, a nie jest tylko czymś statycznym, co daje poczucie bycia wyżej, co należy jedynie przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza i konsumować, nie zaprzątając sobie głowy światem, który może i nie został najsprawiedliwiej urządzony, ale trwa i tak właściwie to ma się nie najgorzej.

W pierwszej kolejności wyposażyła Genowefę w elegancką sukienkę, pantofle, rękawiczki, lecz to akurat zwykłe technikalia, jedynie strój roboczy, który należało przyodziewać w czasie obsługi przyjęć odbywających się w domu hrabiny. Najważniejsze jednak było to, że traktowała dwudziestokilkuletnią dziewczynę niemal jak swoją córkę, z troską i niezwykłą serdecznością. Dbała o jej edukację i uwrażliwiała na wartość wiedzy oraz konieczność nieustającej nauki, lubiła z nią rozmawiać, dzieliła się opowieściami o losach swoich i swojej rodziny, która w czasie rewolucji bolszewickiej znalazła się na terenach rdzennie rosyjskich, objętych walkami, niejako w oku cyklonu. Była osobą głęboko wierzącą i nie ukrywała swojej bliskiej relacji z Bogiem. Można powiedzieć, że był to epizod w życiu Genowefy, ale sam fakt, że ciepło wspominała swoją mentorkę do końca swoich dni, wskazywałby na to, że było to doświadczenie mocno ją formujące, budujące wiarę w ludzi. Zapamiętała również, że syn hrabiny – Stanisław Zabiełło – był polskim dyplomatą. Dziś wiemy, że w czasie wojny pełnił funkcję przedstawiciela rządu RP na uchodźstwie we Francji Vichy i prowadził jedną z najodważniejszych akcji zainicjowanych przez polskich dyplomatów na rzecz ratowania Żydów, i setki, a może nawet tysiące osób, zawdzięczają mu życie. Prowadzone przez niego biura dostarczały osobom narodowości żydowskiej sfałszowane dokumenty potwierdzające ich chrześcijańskie lub aryjskie pochodzenie, zdobywały wizy na wyjazd z Francji do państw Ameryki, Azji i Afryki, a nawet pomagały uwolnić żydowskich więźniów zatrzymanych przez francuską policję. Tak pisał o nim izraelski dziennik „Israel Hayom”. W 1942 r. polski dyplomata został zaaresztowany przez gestapo, a następnie trafił do obozów koncentracyjnych w Buchenwaldzie, Mittelbau-Dora i Bergen Belsen. Przeżył wojnę i w 1947 r. powrócił do Polski i podjął pracę w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Chciałoby się powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wielce możliwe, że te piękne ideały zaszczepiła w synu matka, która również pięknie żyła.

Błyski - część 40

Drewniany kościółek na niewielkim wzniesieniu, z dwiema niewysokimi wieżami, od frontu pojedyncze sosny, wolnorosnące, w swoich kształach sw...