piątek, 11 marca 2016

Las Bacieczki

Kilkanaście minut jazdy autem z centrum miasta, na rowerze można tu dotrzeć w ciągu 3o minut, szeroka leśna droga dziurawa jak sito, ze stojącymi głębokimi kałużami, wyboista, mokre, ciemno brązowe pnie sosen. Po raz pierwszy dotarłem do tego lasu latem, około kilkunastu lat temu, w słoneczny, ciepły dzień, pamiętam, że sosny rozświetlone popołudniowym słońcem przybrały wówczas bursztynową barwę, wokół panowała cisza, spokój, nie dochodził tu wtedy szum ruchliwej dwupasmówki do Warszawy. Las wydawał się piękny, tak jak Pietrasze, choć stanowiący jedynie jego skrawek, rozłożony na ternie łagodnie pofałdowanym, bez pietraskiego rozmachu, z niższymi pagórkami, mniejszą plątaniną dróg, ścieżek i leśnych zakątków. Teraz tą leśną drogą kursuje sporo samochodów. Niedaleko rozłożyło się osiedle szeregówek i dość nowych bloków. Nie przypominam też sobie takiego syfu, jaki zastaliśmy tym razem. Butelki po wódce, po piwie, puszki, plastikowe butelki, puszki, całe sterty, regularne wysypisko śmieci. Sporo dołów i sztucznie usypanych górek porośniętych mchem. Może z nich ekshumowano rozstrzelanych i szczątki zakopano w jednej mogile. Wygląda to dość dziwacznie. Jakby spory fragment lasu został przekopany, a górki piasku pozostawione, by spokojnie zarastały nowymi sosnami, krzakami i mchem. A to wszystko poprzetykane śmieciami. Górami śmieci. Podobno w Europie rozpoczęła się inwazja nowych barbarzyńców. A kim się ci, którzy te hałdy śmieci tu zwieźli? Śmietnisko podchodzi pod samo miejsce straceń, ogrodzone niską siatką, z rzeźbą przedstawiającą rozstrzelanego człowieka, leżącego na ziemi, z twarzą wykrzywioną grymasem bólu, lewym policzkiem przylegającą do ziemi. Tablica z ledwie widoczną inskrypcją - szara, takie też litery, po deszczu prawie w ogóle niewidoczne. Nikt nie pomyślał, by były widoczne, bo i po co, kto tu niby zagląda? Raz w roku należy odbębnić uroczystość, może wciągnąć flagi na maszt, złożyć wieńce, zapalić znicze i czmychnąć do urzędu. W tej marcowej szarości miejsce wyjątkowo ponure, choć sosnowy las pełen uroku. Dziwny kontrast, taki sam jak w lesie na Pietraszach, przy miejscu straceń około 6000 Żydów i podobno 100 Polaków oraz Białorusinów. Z tablicy z trudem odczytuję informację o trzech tysiącach rozstrzelanych w latach 1941 - 1944. Trudno znaleźć w Internecie jakieś sensowne, naprawdę sensowne informacje o dokonanej tu zbrodni, poza tymi, że Niemcy mieli rozstrzeliwać w lesie bacieczkowskim przede wszystkim przedstawicieli białostockiej inteligencji.

Im dłużej stoimy tym bardziej uderza kontrast malowniczych sosen na łagodnie falującym terenie z ciężką, przygniatającą atmosferą miejsca. Las ten najprawdopodobniej wyglądał tak samo w latach 1941 - 1944, gdy rozlegały się w nim serie strzałów. Niewysokie sosny z pniami barwy bursztynowej, charakterystyczny, kojący ich zapach, prześwitujące między nimi promienie słońca i trzask broni maszynowej rozlegający się raz po raz. Być może dźwięk tych strzałów był słyszalny w pobliskich Starosielcach. Teraz ciszę mącą jedynie przejeżdżające tędy samochody, co biorąc pod uwagę stan tej leśnej drogi, wydaje się nie lada wyczynem, i ci, którzy zwożą tu te wszystkie śmieci, najprawdopodobniej z pobliskich szeregówek, a może i z osiedla domów jednorodzinnych w Bacieczkach. Znak czasów, nowoczesnej Polski - własny dom, dwa SUV-y na podwórku i oszczędności na śmieciach, bo już nie na chlaniu, sądząc po ilości wyrzuconych butelek po wódkach i piwie. Smutny obrazek, prochy dawnych mieszkańców Białegostoku przemieszane z tym całym plastikowo-szklanym syfem. I 100 metrów dalej nowy Białystok, być może pełen frazesów o patriotyzmie i patriotach, albo obwieszony szalikami Jagi, albo pławiący się w domowych imprezach, grillach suto zakrapianych wódą i ohydnej jakości piwem, ale dobrym, bo z reklamy. Las jako śmietnik to naprawdę znak naszych czasów. Na wschód, na południe, na zachód, na północ od Białegostoku, przy każdej wiosce, w każdym malowniczym lesie istne hałdy śmieci. Barbarzyńcy naprawdę już tu są, od dawna.

Przedwojenni nauczyciele, urzędnicy, rzemieślnicy, robotnicy, których prochy kryje leśny żółty piasek, zrobili miejsce nowym Polakom, nie potrafiącym nawet uszanować ich miejsca spoczynku, nie interesującym się niczym poza czubkiem swojego nosa. A gdyby tak zamiast rekonstrukcyjnych zabaw, składania dziesiątków wieńców pod Piłsudskim, zakasać rękawy i wysprzątać las w Bacieczkach, bez obecności kamer, albo z nimi, zresztą dlaczego zamiast, może zwyczajnie połączyć jedno z drugim?

niedziela, 26 lipca 2015

Sokółka

Sokólszczyzna, najciekawsza część Podlasia, ostatni prawdziwy skrawek Wielkiego Księstwa Litewskiego. Sama Sokółka ze swoją senną, niedzielną atmosferą, aleją kasztanową na ulicy Polnej, intrygująca kolonią domów na ulicy Kasztanowej; urokliwe drewniane domki w otoczeniu przestronnych ogrodów; wąskie dwukondygnacyjne kamieniczki na łagodnych, zielonych wzgórzach, zielonych, bo niestłamszonych doszczętnie betonem; wąskie przesmyki między równie wąskimi kamieniczkami, pamiętającymi jeszcze przedwojennych mieszkańców miasteczka; i schowane przy nich podwórza z niewielkimi ogrodami, zachowała w sobie jako bodaj ostatnie miasteczko coś z ducha tego federacyjnego tworu.

Kościół św. Antoniego Padewskiego z magnetyzującymi freskami. Pokorny i łagodny Jezus w otoczeniu zieleni pól i drzew, idealnie wpisany w podsokólski krajobraz, równie łagodny, falujący, kojąco zielony. Skrawki ulicy Ściegiennego, Sikorskiego, Polnej, Kasztanowej, Witosa, Mickiewicza, przywodzące na myśl swoją atmosferą, łagodnie rozproszonym słońcem, bujną, soczystą zielenią, zapachem, drewnianą zabudową fragmenty samego Wilna z Zarzecza, okolic cmentarza na Rossie, Zwierzyńca. Wiśnie, kasztany, bursztynowe sosny i miodowe lipy przy szkole. Sokółka - Wilno. Zupełnie nieprzystające porównanie, bez zachowania proporcji, a jednak istnieje wychwytywalne podobieństwo. Kto wie, czy za 100, 200 lat Sokółka nie rozrośnie się do rozmiarów Wilna? Krajobraz, ukształtowanie terenu, barwa i intensywność słonecznego światła, drewniana zabudowa, zieloność, jedyne co - wydaje się - może je teraz łączyć, gdyby nie najważniejsze - typy ludzkie, z jakimiś charakterystycznym rysem litewskiego wyciszenia, spokoju, łagodności. Dziewczyny przemierzające ulice obu miast, o długich, bujnych brązowych bądź czarnych włosach i raczej jasnej, a jednocześnie ciepłej karnacji, delikatne, smukłe, piękne. Podobne typy ludzkie spotkać można jeszcze bliżej Grodna, bo w kościele w Różanymstoku, gdzie jeszcze czasem po zakończonej niedzielnej mszy w małych grupkach rozbrzmiewa białoruska mowa, choć władający nią tak, by jej zapewne nie nazwali. Ogromna barokowa świątynia zagubiona wśród pól, samotna, historia nie dała najmniejszych szans Różanemustokowi na rozwinięcie skrzydeł, stolica duchowa północno wschodniej Sokólszczyzny. Sokólszczyzny, której duchem dużo bliżej do Grodna niż nadętego, lecz bez duszy i tożsamości Białegostoku.

Święty Antoni Padewski, od kilku lat miejsce docelowe licznych pielgrzymek, już nie tylko z całej Polski. I niezwykła atmosfera niedzielnej Mszy w kościele z 1848 r. Niezbyt wysoko zawieszone sklepienie, witraże w oknach od północnej strony, wspomniane już freski. Łagodna Matka Boska w lewej nawie, z rozpuszczonymi blond włosami - "Jam jest niepokalane poczęcie", o wielkich, pełnych pokoju oczach. Licznie zgromadzeni wierni, modlący się głośno i pokornie, silnie odczuwana jedność, gotowość i potrzeba przemiany, otwarcia, uwolnienia.

Po zakończonej Mszy pozostają pielgrzymi, świątynia opustoszawszy oferuje wiele miejsc do wyciszonej medytacji. Dwudziestoparoletni chłopak, poruszający się o kulach, w spodniach panterkach, i towarzysząca mu śliczna dziewczyna, o bujnych, długich czarnych włosach, energiczna, silna, zdecydowana, wierząca nie mniej niż on w uzdrowienie. Jakaś grupka robiąca zdjęcia niczym grupa japońskich turystów, fotografująca wszystko po kolei. Po kilkunastu minutach pozostają najbardziej wytrwali. Cisza i wewnętrzny pokój.

niedziela, 21 czerwca 2015

Miasto bez wielkich zbrodni

Miasto apartamentowców, galerii, i wciąż wielkich kompleksów, choć teraz zręcznie opakowanych, już nie wiejskich, tylko wielkomiejskich. Rację miał Sokrat Janowicz, nazywając Białystok wielką wsią. Od tamtej pory nic się nie zmieniło, poza większym nadęciem i miłym oku papierkiem. Więcej betonu, szkła, blachy, tymczasowości, bylejakości, i mniej ducha. Historia to prawdziwe straszna zmuła i nuda. Stare drewniane domki z ogrodami zbyt bardzo swojskie. Fajnie, gdy ktoś jest swój, swojakiem, ale wieś mieście, to już nie do zniesienia. Widok z ósmego piętra na same apartamentowce i tnące miasto dwupasmówki wart jest hałasu, smrodu spalin, szarości, braku placów zabaw i ani krztyny zieleni. Miasto wszechwładnych deweloperów, cwanych bojowników z mową nienawiści i faszyzmem. Miasto, którego jedynym spoiwem staje się wierne kibicowanie Jadze. Miasto aroganckich,zadufanych w sobie, odklejonych od rzeczywistości prawicowców i sarmatów, i neofickich pretensjonalnych lewicowców. Kościołów, w których wydaje się, że z wielką boleścią mieszka Jezus.

Bloki postawione w drugiej połowie lat 90-tych na ludzkich kościach. Deweloper wiedział, ale zysk wpływający na czas na konto jest wart więcej niż smęcenie o godnych pochówkach, majestacie śmierci. Anonimowo informowali robotnicy, pracujący na budowach. To dzięki ich informacjom z ogródków pod blokiem wydobyto kolejne szkielety, których liczba zbliża się już do 300. Tym razem z głębokości około półtora metra z przyblokowych ogródków, między tujami i balkonami, rozkopane doły z ludzkimi kośćmi. A jeszcze niedawno w błogiej nieświadomości można było na nich grillować. Ofiary Niemców, Sowietów, UB-eków. Zawracanie głowy i znowu zamulanie z tą historią.

Chlejący wódę na pomniku AK, i starsza kobieta, zwracająca uwagę, że w takim miejscu się nie godzi i oczywiście arogancka odpowiedź:

- A my jesteśmy komunistami.

- To ja zadzwonię na policję.

- To dzwoń.

- Przepraszam pana, nie mam telefonu, czy może pan zadzwonić na policję?

- A co to moja sprawa?

Zasłyszana historia. I tak brzmi mało brutalnie.

Po dłuższej przerwie aż strach iść na Jurowiecką, ulicę która towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo i młodość. Z XIX-wiecznymi kamienicami, z początku XX w., z dwudziestolecia międzywojennego. Od Sienkiewicza u wylotu Jurowieckiej była brama getta, którą wjeżdżały czołgi w sierpniu 1943 r., gdy wybuchło powstanie. Pamiętały ją przed kilku tygodniami wyburzone kamienice. Były świadkami walk na ulicach z bolszewikami w 1920 r., działań wojennych, przemarszów wojsk w czasie I i II wojny światowej, wszystkich najważniejszych wydarzeń w niezbyt bogatej historii miasta. Teraz złowrogie siły - wobec których, jak się okazuje, bezradni są nawet włodarze miasta, choć sami oczywiście wyburzaniem są oburzeni i jemu przeciwni - przymierzają się do zniesienia z powierzchni ziemi kamienicy z przełomu XIX i XX wieku na rogu Sienkiewicza i Ogrodowej. Szpital getta, o ciekawej modernistycznej bryle, na ulicy Fabrycznej zmieciono już dawno, nie ocaliła go nawet tablica pamiątkowa. Szpital, w którym Niemcy wymordowali nawet kilkuletnie dzieci.

U wylotu Ciepłej w pobliżu Jurowieckiej przy cudem zachowanej kamienicy, w pierwszych dniach powstania w getcie miała wybuchnąć domowej konstrukcji bomba, nie zadziałała. Z bunkru przy Chmielnej Niemcy wyprowadzili około 70 bojowników i poprowadzili Fabryczną, w dół, w stronę Białki, by ich rozstrzelać gdzieś na terenie, na którym stanął stadion Jagiellonii, już nieistniejący. Pustkowa porośnięte trawą, krzewami, apokaliptyczne krajobrazy na terenach dawnego stadionu, hali Jagiellonii, boiska treningowego, aż do starej fabryki nad rzeką. Z balkonu wspomnianej ocalałej kamienicy na rogu Ciepłej i Jurowieckiej oszalali Niemcy mieli strzelać z karabinu maszynowego do zgromadzonych na ulicy, przerażonych Żydów.

Jeszcze tylko kilka parterowych domów z cegły i drewnianych, w pobliżu Poleskiej, dwukondygnacyjna kamienica przy zajezdni autobusowej, z której w dniu wybuchu powstania wychodziło kilku bojowników, z zachowaną bramą na podwórze, kryjące jeszcze pewnie okrojony ogród. I jeszcze jedna zachowana kamienica w stylu trudnym do określenia, jakby nieudolnie naśladująca modernizm, z niegdyś żółtym, teraz mocno wyszarzałym tynkiem.

I dopiero teraz dostrzeżone sztucznie usypany lekko wzniesiony teren wzdłuż Nowogródzkiej, po lewej stronie, idąc od Ciepłej, prawie jak wzniesienia na Muranowie, kryjące gruzy getta. Podobnie teren wznosi się wzdłuż Fabrycznej. Gruzy, których nie usunięto, a jedynie zasypano. Te wypalone ceglane fundamenty, zburzone ściany wspomina czasem Mama, która do Białegostoku dotarła w 1946 r. Codziennie biegała ulicą Fabryczną do fabryki na Włókienniczą, by do domu zbudowanego z kolejowych podkładów, pamiętającego jeszcze czasy carskie, w którego sieni powiesił się rosyjski oficer - przyprowadzać swoją dzielną Mamę. Dziś to dzielnica osób starszych, cicha, spokojna, zielona. Gdzieś między Nowogródzką, Ciepłą i Jurowiecką rozciągał się olbrzymi ogród, może z XIX w. może z międzywojnia, istniał na pewno w czasie, gdy było tu getto, i jeszcze po wojnie, bo dzieci z pobliskiej harcówki na ulicy Fabrycznej - mieszczącej się w wiekowym drewnianym domu, wyburzonym kilka lat temu pod kolejny apartamentowiec - biegały tu po warzywa. Obok kiosku ocalała jeszcze drewniana willa z czasów międzywojnia, podobna do niej stała po przeciwnej stronie, również na Nowogródzkiej. Teraz działkę po niej otoczono blaszanym ogrodzeniem i trwają wykopy.

Miasto bez realnych, sensownych inwestycji, dających miejsca pracy, miasto tysięcy urzędników (w samym magistracie ponad 1070 etatów), miasto coraz większych kontrastów, miasto nieustannie wznoszonych apartamentowców i galerii, przejść podziemnych prezentowanych, jako wyznacznik nowoczesności, ścieżek rowerowych pod mostami, zalewanych przy pierwszym lepszym większym deszczu. Miasto wypierane z tożsamości, brutalnie niszczone, bez ducha. Miasto, zdaniem niezależnej dziennikarki, bez wielkich zbrodni. Bo cóż to i za zbrodnia - niszczenie przedwojennej tkanki miasta. Oglądając fotografie z XIX w. początku wieku XX i międzywojnia odnosi się wrażenie, że Białystok był po raz ostatni miastem właśnie wtedy. Ruch, gwar na ulicach, kłębiące się tłumy, ruchliwi Żydzi, ospali, ociężali ruscy stójkowi, potomkowie powstańców styczniowych, niemieccy i żydowscy fabrykanci, wykwalifikowani robotnicy i wiejska biedota ciągnąca do miasta w poszukiwaniu pracy w przemyśle włókienniczym. Murowane kamienice, drewniane domy, rozległe ogrody. Miasto stu synagog i domów modlitwy, pnącego się do nieba neogotyku Fary, przyklejonej do barkowej skromności białego kościółka, przysadzistej Cerkwi św. Mikołaja i górującej nad miastem cerkiewki na Wzgórzu św. Magdaleny, modernistycznej bryły św. Rocha, zapadającej w pamięć przybyszom z odległych zakątków Polski, labiryntu uliczek na Chanajkach. A teraz jak ochłapem mamy cieszyć się z kilku domków na Młynowej, przygniecionych kolejnymi apartamentowcami wykorzenionych lemingów, dla których wszystko, co trąci historią, przeszłością, prawdziwą, trudną, nieraz bolesną, nie plastikową, lukrowaną, wygładzoną wywołującą mdłości wielokulturowością, jest zupełnie niestrawne.

Znajomi spoza Białegostoku twierdzą, że miasto rozwinęło się dostrzegalnie, zmieniło się na korzyść, że kiedyś wyglądało jak nieco większe miasto powiatowe, a teraz ma rozmach, styl i szyk. Nie widzieli jednak zdjęć z XIX wieku, początku wieku XX, ani z międzywojnia. A ja tęsknie też za Białymstokiem "powiatowym".