Z tego niedługiego okresu warszawskiego do dziś pozostało kilka fotografii. Najpierw pokonały drogę z Warszawy do Adamowców, następnie z Adamowców do Białegostoku, i w końcu z Białegostoku powróciły do Warszawy. Z jednej z nich spogląda na nas lekko łobuzerskim spojrzeniem cztero, może pięcioletni chłopak, siedzi pewnie na koniu, w krótkich spodenkach, bluzie z munduru ułana z czasów Księstwa Warszawskiego, na głowie ma czako, w prawej dłoni dzierży drewniany karabin, lewą trzyma wodze, a w tle widać dwa dość spore budynki – w tym z lewej strony dostrzegalne są trzy kondygnacje, na parterze wysokie podłużne okna, na drugim i trzecim piętrze okna nieco mniejsze, i na trzeciej kondygnacji budynek się urywa, a trochę bardziej w głębi, z prawej strony, prawdopodobnie pięciopiętrowa kamienica, na jej piętrach drugim, trzecim i czwartym widoczne są balkony, zaś dolną część tej kamienicy zasłania nieznajomy chłopak stojący na trawie, w trzewikach, getrach, krótkich spodniach i białej koszuli wpuszczonej w spodnie, w fikuśnym nakryciu głowy, i patrzy prosto w obiektyw z zaciekawieniem. Przyglądając się tej fotografii, mam wrażenie jakbym już kiedyś widział te budynki na innych zdjęciach przedstawiających międzywojenną Warszawę. Być może jest to Mokotów, może okolice Pól Mokotowskich. Na drugiej fotografii Oswaldek siedzi - dla odmiany - na słoniu, w krótkich spodenkach, w bluzie z białym kołnierzem, z prawej strony stoi Florian, w eleganckim trzyczęściowym garniturze, białej koszuli, pod krawatem, i w kapeluszu, a w tle za nimi widoczne jest wysokie, rozłożyste drzewo. I zachowała się jeszcze trzecia fotografia - wykonana już w atelier, na tle tapety z kwiatami i fragmentem jakiegoś pałacu - na pierwszym planie na trzykołowym rowerku siedzi chłopczyk w marynarskiej bluzie, krótkich spodenkach, z dłuższą grzywką i krótko przystrzyżonymi włosami, z jego lewej strony stoi Genowefa, w czarnej sukience do połowy łydki, z białym fantazyjnym kołnierzem układającym się płatki kwiatu, w białych rękawiczkach i kapelusiku, a z prawej strony - Florian, również w trzyczęściowym garniturze jasnego koloru, spodnie zaprasowane na kant, biały kołnierz koszuli, krawat w paski, i delikatnie przekrzywiony kapelusz.
To co może się wydawać nie najszczęśliwszym miejscem do życia, fabryczna, trochę chaotyczna i nie należąca do najbezpieczniejszych Wola, w opowieściach Genowefy malowała się jednak jako miejsce dające poczucie zakotwiczenia w spokojnej przystani. Można byłoby myśleć, że dużo bardziej przyjazne, ciche, a więc lepsze do życia były dalekie niewielkie Adamowce, zanurzone w litewskim, czy jak ktoś woli - białoruskim krajobrazie, z niewysokimi wzniesieniami, przepastnymi kniejami, polami, łąkami, przetykanymi malowniczymi jeziorami, to jednak czy ta historia się w pewien sposób nie powtarza? Obecne północno-wschodnie tereny, z rozległymi widokami zapierającymi dech w piersiach, z urokliwymi wzniesieniami Wysoczyzny Białostockiej, Wzgórz Sokólskich, pagórkami Suwalszczyzny, Podlasia Nadbużańskiego, tak odmiennymi od dość monotonnych mazowieckich równin, wyludniają się podobnie. Tym razem niemała część ich mieszkańców ciągnie już nie tylko do Warszawy, czy mitycznych Stanów Zjednoczonych, które jakby coraz bardziej traciły swój powab, ale rozlewa się po całej Europie, która też już nie jawi się być tak atrakcyjną, jaką wydawała się być jeszcze w na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.
Wróćmy jednak do Warszawy. W czasie, gdy Florian pracował w fabryce gumy, Genowefa zajmowała się domem, ktoś musiał opiekować się żywym jak srebro chłopakiem. Pewnego razu, gdy wróciła z Oswaldkiem ze spaceru, okazało się, że w mieszkaniu kręcił się jakiś mężczyzna o zakapiorskim wyglądzie. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, oprych rozwścieczony odepchnął młodą kobietę z dzieckiem, wybiegł na klatkę schodową, zbiegł czym prędzej po schodach i nikt go tu już więcej nie widział. Zaskoczona i wystraszona Gienia nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Gdy się otrząsnęła, sprawdziła czy z mieszkania nic nie zniknęło. Tak naprawdę niewiele można byłoby z niego ukraść, ale jakąś biżuterię skromną czy zaskórniaki mógłby zabrać. O zdarzeniu tym opowiedziała sąsiadce. I jeszcze tego samego dnia podszedł do niej pewien dwudziestokilkuletni chłopak, mieszkaniec tej samej kamienicy, i powiedział:
- Pani Szpakowa, następnym razem, jak ktoś będzie buszował pani po mieszkaniu, to niech pani woła i krzyczy, a my już będziemy wiedzieli, co mamy robić.
Ten młodzieniec nie pracował, ale nigdy nie brakowało mu środków do życia. Na Woli, jak powszechnie wiadomo, nie wszyscy utrzymywali się z ciężkiej, uczciwej pracy, lecz warto odnotować, że spora część osób z półświatka kierowała się swoistym kodeksem honorowym, a sąsiadowi, wiadomo, w potrzebie zawsze należało pomóc.
W opowieściach Genowefy o Warszawie pojawiał się kościół na ulicy Karolkowej. Świątynia wybudowana w latach 1931 - 1933, w stylu modernistycznym. Gdy trafiłem doń po raz pierwszy jesienią 2014 r., kiedy to zorganizowałem sobie pierwszy w moim życiu długi spacer po Woli, ulicą Wolską, Karolkową, Okopową, Żytnią, wieczorową porą, nie mając świadomości, że ta współczesna Wola, mimo że nie mająca wiele wspólnego z Wolą przedwojenną, w pewnych miejscach, o pewnej porze, do miejsc najbezpieczniejszych w stolicy nie należy, poczułem się w jego murach, jakbym trafił do miejsca, które już poniekąd znałem. Momentalnie ogarnęło mnie uczucie wewnętrznego pokoju i poczucie, że tu mogę odpocząć. Prostota i surowość wnętrza, a jednocześnie wrażenie ciepła domowego ogniska. Dopiero, gdy wróciłem do Białegostoku, mama uświadomiła mi, że ów kościół na Karolkowej często powracał w opowieściach babci. Te same mury, ten sam układ, i choć w czasie Powstania Warszawskiego kościół został zbombardowany, to przed pożarem ochroniła go nowoczesna konstrukcja, ogień nie uszkodził żelbetonowego stropu i nie zniszczył wnętrza. Natomiast w dniu 6 sierpnia 1944 r. Niemcy zamordowali na ulicy Wolskiej, trzydziestu ojców, braci i kleryków mieszkających w klasztorze redemptorystów mieszczącym się przy kościele. Kolejne świadectwo Rzezi Woli, uświadamiające jaki los mógłby spotkać Genowefę i Floriana z dziećmi, gdyby czas wojny przyszło im spędzić w Warszawie. Tymczasem w tych murach świątyni trwają szepty modlitw zanoszonych i przez Genowefę, zapisały się w nich na stałe wraz z modlitwami wypowiadanymi i szeptem i na głos przez tych, którzy na czas wojny tu pozostali.
niedziela, 28 lipca 2024
poniedziałek, 22 lipca 2024
Błyski - część 15
Zawieruchę wojenną przetrwała książeczka ubezpieczeniowa Floriana, wydana w 1936 roku, z wpisanymi do niej dwoma adresami zamieszkania, pierwszym przy ulicy Towarowej 33, i drugim przy Placu Kazimierza Wielkiego. Warszawska robotnicza Wola. A więc Władek pomógł znaleźć i pracę i mieszkanie. Genowefa i Florian, z trzyletnim synkiem nie musieli wyruszać w ciemno do stolicy. Z Adamowców do Warszawy jest ponad 600 kilometrów. Wyprawa z tego odległego zakątka była w tamtych czasach przedsięwzięciem logistycznie dość skomplikowanym. Z rozległego, falującego krajobrazu północno-wschodniej Wileńszczyzny, z pól, łąk, lasów, jezior, do fabrycznej, robotniczej gęstwiny warszawskiej Woli. Nieopodal słynnego Kercelaka z labiryntem ścieżek między drewnianymi straganami, przekrzykującymi się przekupkami i przekupniami, tłumami kupujących, a też przedstawicielami kryminalnego półświatka. Gmachy fabryk ogromnych, średnich i mniejszych; skromne zakłady rzemieślnicze; kominy potężne, sięgające nieba i niższe, kamienice czynszowe kilkupiętrowe przeplatane niską, parterową zabudową, tu kino, tam knajpa, szpitale, kościół w stylu neogotyckim, modernistycznym, cerkiew prawosławna. Istna różnorodność wszystkiego wokół, momentami ocierająca się o chaos. Łoskot pędzących tramwajów, przejeżdżające dość szerokimi ulicami automobile, wozy konne, gwar tłumów przemykających chodnikami, robotnicy spieszący do fabryk na pierwszą, drugą zmianę, nad ranem, wieczorem, w nocy. Dym wydobywający się nieustannie z kominów, jazgotliwa zajezdnia tramwajowa, okrągłe monumentalne budynki z czerwonej cegły należące do Gazowni Warszawskiej. Wschody i zachody słońca zza kominów i fabrycznych dachów, i jasne słoneczne światło sączące się zza zasłony dymów, pyłu i wzbijanego kurzu, z dostrzegalnymi skrawkami błękitnego nieba i białych obłoków. W tej mieszaninie szarości, hałasu, bogactwa i nędzy, ludzkiej wytrwałości, cierpliwości, szlachetności i upadku, a czasem nawet plugastwa wszelakiego, trzeba było zbudować dom już nie z kamienia czy drewna, ale przystań, do której po znojnej pracy będzie się wracać z niekłamaną radością.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do wszelkich faktów związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych na innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że do Warszawy zamierzali jeszcze wrócić. Jaki byłby ich los, gdyby z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być silna militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, póki co jest piękne lato roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
Istnieje publikacja z 1998 roku pod tytułem "Historia polskiego przemysłu gumowego" - część 8 serii "Karty z historii polskiego przemysłu chemicznego", autorstwa Mariana Basia, Lecha Ciechanowicza, Wiktora Hryniewieckiego, Wiktora Jurczakowskiego i Jerzego Rucińskiego, która wspomina o kilku fabrykach produkujących gumę na Woli. Tą najbardziej pasującą do wszelkich faktów związanych z Genowefą i Florianem wydaje się być Fabryka Wyrobów Gumowych "Indogum", mieszcząca się przy ulicy Srebrnej 16, założona w 1932 roku, w 1936 roku zatrudniająca 75 pracowników. Jako jej właściciele wymienieni zostali: M. Kejlin, J. Reichenbaum, H. Gruszkowski. Produkowano w niej węże, tkaniny gumowane, wyroby techniczne, opony i dętki rowerowe. W rubryce uwagi widnieje informacja, że została zniszczona we wrześniu 1939 roku. To najprawdopodobniej w niej od lata 1936 r. do czerwca 1939 r. pracował Florian. Z Towarowej miałby do pracy drogę nie zanadto odległą, bo tylko około kilometra, a z Placu Kazimierza Wielkiego jeszcze bliżej.
Kamienica na Towarowej 33 i plac Kazimierza Wielkiego już nie istnieją, nawet nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie ta kamienica stała, nieco łatwiej zlokalizować miejsce, w którym niegdyś rozlokował się plac imienia tego tak cenionego króla. Kiedy w 2014 r. pomieszkiwałem przy ulicy Żytniej i zacząłem odkrywać Wolę, natknąłem się w pobliżu ulicy Towarowej 30 na tablicę Tchorka z wygrawerowanym napisem: "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność ojczyzny. W dniach 5-6 sierpnia 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali w tym miejscu 120 osób". Upamiętnia ona ofiary egzekucji przeprowadzonej przez Niemców w trakcie Rzezi Woli. W okolicach 6 sierpnia 1944 r. na podwórzu pobliskiego domu przy ulicy Krochmalnej 90 (obecnie Jaktorowska 4) zamordowano co najmniej 34 osoby. Tablic Tchorka na pobliskiej ulicy Wolskiej, Górczewskiej, i rozsianych na innych uliczkach Woli jest znacznie więcej. Niedaleko stąd był też plac Kazimierza Wielkiego, na którym przed powrotem w czerwcu 1939 r. na Wileńszczyznę mieszkali Florian z Genowefą i kilkuletnim synkiem. Co zdecydowało o tym wyjeździe do Adamowców? Z opowieści Genowefy wynikało, że do Warszawy zamierzali jeszcze wrócić. Jaki byłby ich los, gdyby z Warszawy nie wyjechali albo wrócili przed wrześniem 1939 r.? Być może i oni znaleźliby się w tych liczbach ujętych na kamiennych tablicach, ofiar nieznanych z imienia i nazwiska, ale już nie tylko we trójkę, lecz i z dziewczynką poczętą na Woli, choć – dzięki zrządzeniu Opatrzności – urodzoną już w styczniu 1940 r. w dawnym województwie wileńskim.
W czerwcu 1939 r. można już było spodziewać się wybuchy wojny. Kto jednakże mógł przewidzieć, jakie przyniesie ona ze sobą okrucieństwa. Wedle zapewnień ówczesnej propagandy Polska miała być silna militarnie i moralnie, naród zjednoczony i gotowy do walki. Ale zostawmy propagandowe hasła, póki co jest piękne lato roku 1936, pozwólmy młodym nacieszyć się sobą, rodziną, Warszawą, nową pracą, marzeniami o lepszym życiu, nadzieją na lepszy los niż ten, który pozostawili za sobą, hen daleko na Wileńszczyźnie.
sobota, 20 lipca 2024
Błyski - część 14
Rok 1932 minął pod znakiem wznoszenia nowej siedziby w Adamowcach. Podstawowym budulcem na tych terenach było drewno, murowane budowle na wsiach czy w miasteczkach należały do rzadkości i ograniczały się w zasadzie do dworów, pałaców, świątyń, czasem piętrowych kamienic w miastach. Zdobienia nad oknami, z motywami roślinnymi, geometrycznymi, wykonał osobiście Florian. Wiosną 1933 roku, w nowym domu na świat przyszedł chłopak. Specjalistką od nadawania imion w Adamowcach była krewna Szpaków - ciotka Marianna, która długie lata spędziła jako guwernantka w Petersburgu. Była oczytana głównie we francuskiej i niemieckiej literaturze romantycznej, i za jej to sprawą przypadło chłopakowi imię Oswald. Starsza już kobieta uważała się za wielką damę, na przestrzeni kilkudziesięciu lat przesiąkła wielkomiejską atmosferą, a gdy dodać do tego tak hołubioną w rodzinie Szpaków opowieść o wspomnianym już wcześniej praszczurze, który będąc medykiem w armii napoleońskiej, osiadł - w czasie jej odwrotu spod Moskwy - w Adamowcach, to naturalną konsekwencją takiej postawy musiało być przekonanie, że dzieci nie mogły nosić pospolitych imion, musiały się czymś wyróżniać. Współcześnie taka postawa też nie powinna zadziwiać, pod tym także względem natura ludzka, jak się okazuje, jest niezmienna i objawia się nawet w takich śmiesznostkach, nawet jeśli – teoretycznie - żyjemy w podobno bardziej egalitarnych czasach.
Oswaldek przyszedł na świat dorodny i zdrowy. Radość w domach Szpaków i Bochanów była wielka. Chłopaka ochrzczono w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Rósł jak na drożdżach, był żywy, pełen energii, ruchliwy, miał ciemne włosy, jasną cerę i niebieskie oczy. Ale czasy stawały się coraz trudniejsze. Skutki Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933 dotarły i na Wileńszczyznę, choć i przed nim te tereny do najłatwiejszych nie należały, nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, to jednak życie godne, choć skromne można wieść na nich było. Piękno natury, krajobrazu kontrastowało z większą lub mniejszą biedą znacznej części mieszkańców, zabory nie tak dawno się skończyły, a bycie częścią imperium carskiego, tą buntowniczą, o silnych polskich wpływach, wiązało się z zapóźnieniem gospodarczym, będącym skutkiem odgórnego tłumienia wszelkiej inicjatywy, rozwoju, jako kara za niewdzięczność wobec cara. Teraz z kolei bliskość granicy ze Związkiem Radzieckim również nie sprzyjała rozwinięciu skrzydeł. Niemal odwieczne przekleństwo polskiej ściany wschodniej. Drobne rzemiosło i handel w miasteczkach, znaczna część ludności utrzymująca się z rolnictwa, brak rozwiniętego przemysłu rzutowały na sytuację ekonomiczną całego regionu. Jedna rodzina z Adamowców sprzedała już swoje gospodarstwo i jako pierwsza ze wsi wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia do Stanów Zjednoczonych Północnej Ameryki. Florian i Genowefa również zaczęli rozważać taką możliwość. Oboje chcieli mieć większą rodzinę, lecz ich pomysł nie przypadł do gustu ani Mojżeszowi i Józefie, ani dziadkowi Ksaweremu i braciom Gieni, zresztą i sami nie byli do niego przekonani. Postanowili więc, że zostaną w kraju, wspólnymi siłami jakoś podołają, a jeśli nawet nie tu w Adamowcach czy w Krukowszczyźnie, to przecież Władek niedawno wyjechał do Warszawy i w ostateczności pomoże im znaleźć jakąś pracę w stolicy. Do Wilna Genowefa wyjechać nie chciała, o mieście tym tak z jednej strony umiłowanym ze względu na Ostrą Bramę czy Kalwarię Wileńską, pod każdym innym względem dobrej opinii nie miała. Genowefa lubiła odwiedzać Matkę Najświętszą, co w Ostrej świeci Bramie, kochała kalwaryjskie ścieżki, ale pracy i życia sobie w nim nie wyobrażała. Za to sława Warszawy jako miasta otwartego na przybyszów, którego mieszkańcy nikomu zginąć nie dadzą dotarła i na te odległe rubieże. Oboje zatem mieli twardy orzech do zgryzienia – czy zostać w Adamowcach, czy może jednak wyruszyć do stolicy?
Oswaldek przyszedł na świat dorodny i zdrowy. Radość w domach Szpaków i Bochanów była wielka. Chłopaka ochrzczono w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Udziale. Rósł jak na drożdżach, był żywy, pełen energii, ruchliwy, miał ciemne włosy, jasną cerę i niebieskie oczy. Ale czasy stawały się coraz trudniejsze. Skutki Wielkiego Kryzysu lat 1929-1933 dotarły i na Wileńszczyznę, choć i przed nim te tereny do najłatwiejszych nie należały, nie była to kraina mlekiem i miodem płynąca, to jednak życie godne, choć skromne można wieść na nich było. Piękno natury, krajobrazu kontrastowało z większą lub mniejszą biedą znacznej części mieszkańców, zabory nie tak dawno się skończyły, a bycie częścią imperium carskiego, tą buntowniczą, o silnych polskich wpływach, wiązało się z zapóźnieniem gospodarczym, będącym skutkiem odgórnego tłumienia wszelkiej inicjatywy, rozwoju, jako kara za niewdzięczność wobec cara. Teraz z kolei bliskość granicy ze Związkiem Radzieckim również nie sprzyjała rozwinięciu skrzydeł. Niemal odwieczne przekleństwo polskiej ściany wschodniej. Drobne rzemiosło i handel w miasteczkach, znaczna część ludności utrzymująca się z rolnictwa, brak rozwiniętego przemysłu rzutowały na sytuację ekonomiczną całego regionu. Jedna rodzina z Adamowców sprzedała już swoje gospodarstwo i jako pierwsza ze wsi wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia do Stanów Zjednoczonych Północnej Ameryki. Florian i Genowefa również zaczęli rozważać taką możliwość. Oboje chcieli mieć większą rodzinę, lecz ich pomysł nie przypadł do gustu ani Mojżeszowi i Józefie, ani dziadkowi Ksaweremu i braciom Gieni, zresztą i sami nie byli do niego przekonani. Postanowili więc, że zostaną w kraju, wspólnymi siłami jakoś podołają, a jeśli nawet nie tu w Adamowcach czy w Krukowszczyźnie, to przecież Władek niedawno wyjechał do Warszawy i w ostateczności pomoże im znaleźć jakąś pracę w stolicy. Do Wilna Genowefa wyjechać nie chciała, o mieście tym tak z jednej strony umiłowanym ze względu na Ostrą Bramę czy Kalwarię Wileńską, pod każdym innym względem dobrej opinii nie miała. Genowefa lubiła odwiedzać Matkę Najświętszą, co w Ostrej świeci Bramie, kochała kalwaryjskie ścieżki, ale pracy i życia sobie w nim nie wyobrażała. Za to sława Warszawy jako miasta otwartego na przybyszów, którego mieszkańcy nikomu zginąć nie dadzą dotarła i na te odległe rubieże. Oboje zatem mieli twardy orzech do zgryzienia – czy zostać w Adamowcach, czy może jednak wyruszyć do stolicy?
czwartek, 18 lipca 2024
Błyski - część 13
Oświadczyny okazały się być nie takimi strasznymi jak się obojgu wydawało. Dziadek Ksawery, Mojżesz i Józefa przypadli sobie od razu do gustu. Było między nimi jakieś podobieństwo, zauważalne już na pierwszy rzut oka. Florian przezwyciężył swoje zdenerwowanie i z początku, może dość nieporadnie, wypowiedział te najważniejsze jak dotąd w swoim życiu słowa, w których prosił opiekunów o rękę swojej wybranki. Głos mu nieco drżał, nogi się trzęsły niemiłosiernie, nie wiedział co zrobić z dłońmi, zwłaszcza, że przyglądało mu się tyle par oczu, co do których nie miał pewności, czy aby na pewno wszystkie są mu życzliwe. To trudne do ukrycia stremowanie miało jednak swoją dobrą stronę, w sposób niezamierzony przydało mu tylko wiarygodności i wzbudziło nawet sympatię braci, którzy nabrali już stuprocentowej pewności, że nie mają do czynienia z jakimś latawcem czy fircykiem. Słowem, pierwsze lody zostały przełamane. Gdy oświadczyny zostały przyjęte, rozmowa popłynęła swobodnym, żwawym strumieniem. I tak się dobrze rozmawiało, że dopiero, gdy słońce zaczęło się już chylić ku zachodowi, przypomniano sobie, że trzeba ustalić konkrety co do ślubu i wesela. Stanęło na tym, że weselisko odbędzie się w domu Szpaków w Adamowcach. Sporych rozmiarów izby i podwórze pomieszczą i bliższą i dalszą rodzinę, sąsiadów, i przyjaciół. A o pogodę zadba już święty Justyn.
Ślub się odbył w kościele świętej Anny w Mosarzu. Święty Justyn rzeczywiście się spisał i zapewnił wymarzoną na taki dzień aurę. Od chwili przysięgi złożonej przed ołtarzem rozpoczął się nowy etap w życiu Genowefy i Floriana, pełen nadziei i szczęścia z założonej właśnie rodziny. Mojżesz i Józefa, nie zwlekając, wydzielili w Adamowcach miejsce pod budowę nowego domu. Chętnych do pomocy przy jego wznoszeniu nie brakowało. Mojżesz, Jan, dziadek Ksawery wciąż jeszcze pełen zapału i energii, a także Justyn, Adolf i Władysław, zobowiązali się tak organizować sobie czas, by Florian mógł na nich liczyć. A zanim powstanie nowe domostwo, miejsca u Mojżesza i Józefy nowożeńcom nie zabraknie.
Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele obu rodzin, zgodnie zauważali, że przedstawiciele obu tych rodów jakby idealnie się do siebie dopasowali pod względem cech charakteru, nawet temperamentów, podejścia do życia i sposobu postrzegania świata. To miało być najlepszą rękojmią dobrego przyszłego życia.
Ślub się odbył w kościele świętej Anny w Mosarzu. Święty Justyn rzeczywiście się spisał i zapewnił wymarzoną na taki dzień aurę. Od chwili przysięgi złożonej przed ołtarzem rozpoczął się nowy etap w życiu Genowefy i Floriana, pełen nadziei i szczęścia z założonej właśnie rodziny. Mojżesz i Józefa, nie zwlekając, wydzielili w Adamowcach miejsce pod budowę nowego domu. Chętnych do pomocy przy jego wznoszeniu nie brakowało. Mojżesz, Jan, dziadek Ksawery wciąż jeszcze pełen zapału i energii, a także Justyn, Adolf i Władysław, zobowiązali się tak organizować sobie czas, by Florian mógł na nich liczyć. A zanim powstanie nowe domostwo, miejsca u Mojżesza i Józefy nowożeńcom nie zabraknie.
Sąsiedzi, znajomi i przyjaciele obu rodzin, zgodnie zauważali, że przedstawiciele obu tych rodów jakby idealnie się do siebie dopasowali pod względem cech charakteru, nawet temperamentów, podejścia do życia i sposobu postrzegania świata. To miało być najlepszą rękojmią dobrego przyszłego życia.
czwartek, 11 lipca 2024
Błyski - część 12
Nad Adamowcami zawisły ciężkie burzowe chmury, zerwał się silny wiatr, głośno szumiąc w koronach smukłych, wysokich brzóz, topól i wiekowych rozłożystych dębów, rozsianych po podwórkach, gnąc konary i gałęzie na wszystkie strony, kręcąc nimi niemal młynki. Nie w porę pojawiła się ta burza. Rodzice byli już odświętnie ubrani, gotowi do wyjazdu, a tu tymczasem zaczęło grzmieć, błyskać, i rozpadało się na dobre. Od lejącej się strumieniami z nieba wody za oknami zrobiło się szaro. Mojżesz spoglądał przez okno, zaniepokojony, nerwowo przestępując z nogi na nogę - nie wypada się spóźniać. Jedynie Józefa, mimo swojej niespożytej energii, potrafiła zachować spokój. Doskonale i harmonijnie łączyły się w niej pozornie przeciwstawne temperamenty, moc i energia, a równocześnie łagodność i spokój. Nie tylko w tej chwili, ale też na co dzień. Czym by się nie zajmowała, zawsze bił od niej wewnętrzny pokój. A burze mają to do siebie, że jak nagle się pojawiają, tak też prędko mijają, po cóż się denerwować, deszcz ustanie i pojadą, a w Krukowszczyźnie się nie rozmyślą, poczekają, zresztą te ciężkie czarne chmury zaległy pewnie i nad Mosarzem, więc nietrudno się domyślić, co mogłoby być powodem spóźnienia. Florianowi wydawało się natomiast, że ta burza trwa godzinami, chodził nerwowo po izbie w tą i z powrotem, co wywołało tylko delikatny uśmiech na twarzy Józefy. Tymczasem nie minęła godzina i od zachodu niebo zaczęło się rozjaśniać, deszcz już nie był tak gwałtowny, grzmoty było słychać tylko z oddali, a ciemne chmury przesunęły się na wschód. Od strony Murz niebo stawało się żółtawe, szarość ustępowała miejsca barwie jaśniejszej, cieplejszej, zapowiadającej rychły powrót słońca. Drzewa stały znowu nieruchomo, żadne się nie nadłamało, spadały jeszcze tylko pojedyncze krople bardziej może z liści niż z nieba. Florian nie zwlekając poszedł do stajni po konie. Chciał już jak najszybciej dotrzeć do Krukowszczyzny.
Niecałe dziesięć kilometrów, gdy się jedzie bryczką zaprzężoną w rącze konie, to żadna odległość. Nie zdążyli wyruszyć, a już ich oczom ukazały się zabudowania Krukowszczyzny, drewniane domy z gankami, tonące w świeżej, mokrej jeszcze zieleni przydomowych ogrodów, stary drewniany krzyż na rozstaju dróg, a nieopodal bardziej zwarta zabudowa Mosarza, z górującą nad miasteczkiem białą bryłą kościoła św. Anny. Mieć już za sobą ten najtrudniejszy moment i rozpocząć zupełnie nowe życie, stać się prawdziwie dorosłym, dojrzałym, mieć własną rodzinę, własny dom, tylko takie myśli kłębiły się teraz w głowie Floriana. Wreszcie bryczka zatrzymała się na wprost ganka, na którym stał już Ksawery, tuż za nim najstarszy Justyn, trochę dalej Adolf, Władysław, a między nimi całkiem jak na dziewczynę wysoka i postawna Genowefa. Postronnemu obserwatorowi trudno byłoby stwierdzić, kto denerwował się mocniej, czy Florian czy Genowefa. Bez trudności dostrzegłby natomiast, że jedynymi osobami, które zachowywały spokój, i od których emanowała - zauważalna już na pierwszy rzut oka – serdeczność i życzliwość, byli rodzice Floriana i dziadek Ksawery. Bracia Genowefy nie bardzo wiedzieli, jak mają się zachować, bili się z napływającymi z prędkością światła myślami, intuicjami, suflującymi im jakieś dziwaczne pomysły - czy powinni okazać choć cień rezerwy i badawczymi spojrzeniami powitać kandydata do ręki ich siostry, czy wręcz przeciwnie, to jest darować sobie taką zbędną powściągliwość? Przecież tak naprawdę nie potrafili oschle czy chłodno witać gości, to w ogóle nie wchodziło w rachubę. Ani rodzice, ani dziadek Ksawery nigdy ich nie uczyli okazywania nieufności, podejrzliwości, gość w dom, Bóg w dom. Poza tym przypomnieli sobie, że ich siostra jest przecież na tyle rozsądna, że złego wyboru dokonać nie mogła, ufali jej przecież bezgranicznie, może nawet bardziej niż sobie samym.
Niecałe dziesięć kilometrów, gdy się jedzie bryczką zaprzężoną w rącze konie, to żadna odległość. Nie zdążyli wyruszyć, a już ich oczom ukazały się zabudowania Krukowszczyzny, drewniane domy z gankami, tonące w świeżej, mokrej jeszcze zieleni przydomowych ogrodów, stary drewniany krzyż na rozstaju dróg, a nieopodal bardziej zwarta zabudowa Mosarza, z górującą nad miasteczkiem białą bryłą kościoła św. Anny. Mieć już za sobą ten najtrudniejszy moment i rozpocząć zupełnie nowe życie, stać się prawdziwie dorosłym, dojrzałym, mieć własną rodzinę, własny dom, tylko takie myśli kłębiły się teraz w głowie Floriana. Wreszcie bryczka zatrzymała się na wprost ganka, na którym stał już Ksawery, tuż za nim najstarszy Justyn, trochę dalej Adolf, Władysław, a między nimi całkiem jak na dziewczynę wysoka i postawna Genowefa. Postronnemu obserwatorowi trudno byłoby stwierdzić, kto denerwował się mocniej, czy Florian czy Genowefa. Bez trudności dostrzegłby natomiast, że jedynymi osobami, które zachowywały spokój, i od których emanowała - zauważalna już na pierwszy rzut oka – serdeczność i życzliwość, byli rodzice Floriana i dziadek Ksawery. Bracia Genowefy nie bardzo wiedzieli, jak mają się zachować, bili się z napływającymi z prędkością światła myślami, intuicjami, suflującymi im jakieś dziwaczne pomysły - czy powinni okazać choć cień rezerwy i badawczymi spojrzeniami powitać kandydata do ręki ich siostry, czy wręcz przeciwnie, to jest darować sobie taką zbędną powściągliwość? Przecież tak naprawdę nie potrafili oschle czy chłodno witać gości, to w ogóle nie wchodziło w rachubę. Ani rodzice, ani dziadek Ksawery nigdy ich nie uczyli okazywania nieufności, podejrzliwości, gość w dom, Bóg w dom. Poza tym przypomnieli sobie, że ich siostra jest przecież na tyle rozsądna, że złego wyboru dokonać nie mogła, ufali jej przecież bezgranicznie, może nawet bardziej niż sobie samym.
poniedziałek, 8 lipca 2024
Błyski - część 11
Ksawery spodziewał się już od pewnego czasu tego pytania. Dwudziestojednoletnia dziewczyna, tak często wyprawiająca się do świętej Anny, oprócz potrzeb duchowych musiała mieć jeszcze jakiś inny powód, tak przeczuwał. Znał wnuczkę przecież doskonale i jego uwadze nie mogły umknąć pewne zmiany w jej zachowaniu. Wracała do domu pod wieczór rozpromieniona, radosna, skora do rozmów i żartów częściej niż zazwyczaj. Siwowłosy staruszek wierzył głęboko w rozsądek dziewczyny, miał do niej niezachwiane zaufanie, ale też cały zestaw pytań, które chciałby zadać – jak się domyślał - wybrankowi serca Genowefy. Podobnie i bracia, oni również dostrzegli zmianę w zachowaniu swojej siostry - rozradowane, błyszczące oczy i częstsze niż dotychczas wyprawy do mosarskiego kościoła. Wszyscy w tym domu czuli się za siebie odpowiedzialni, każdemu zależało na szczęściu i dobru drugiego, ufali sobie wzajemnie bezgranicznie, wczesna utrata rodziców, traumatyczne wydarzenie z czasu wojny polsko-bolszewickiej, mozolna codzienna praca w gospodarstwie, zahartowały ich w zmaganiach z wszelkimi trudnościami i przeciwnościami losu, dały też umiejętność twardego stąpania po ziemi i trzeźwego podejścia do świata. Ale w ich życiu było też miejsce na spontaniczność, radość z drobnych rzeczy, rozmowy, żarty i śmiech, lecz nie na płochość. Mieli też pewność, że mogą na sobie polegać niezależnie od okoliczności.
I w końcu to oczekiwane pytanie padło z ust Genowefy, zwróciła się z nim do dziadka i do braci. Nie przyszło jej to łatwo, ale chciała mieć już ten moment za sobą. Zależało jej na zgodzie ich wszystkich, tak bardzo ich przecież kochała. Mężczyźni nie kryli radości, nie mieli wątpliwości co do umiejętności rozeznawania Gieni, potrafiła doskonale odczytywać ludzkie charaktery i miała niezawodne wyczucie do ludzi.
Teraz pozostawało tylko przygotować się na wizytę Floriana z rodzicami w Krukowszczyźnie. On też musiał najpierw opowiedzieć rodzicom o swojej wybrance, powiadomić ich o podjętej decyzji, a następnie wspólnie z nimi wybrać się do jej domu i poprosić o zgodę na ślub jej nieformalnych opiekunów. W gronie kolegów był odważny, rozmowny i wesoły, a teraz czuł niepokój, zamartwiał się jak zostanie przyjęty przez braci i dziadka Genowefy, czy przypadnie im do gustu, czy polubią się od razu, czy będzie to praca rozłożona na lata?
I w końcu to oczekiwane pytanie padło z ust Genowefy, zwróciła się z nim do dziadka i do braci. Nie przyszło jej to łatwo, ale chciała mieć już ten moment za sobą. Zależało jej na zgodzie ich wszystkich, tak bardzo ich przecież kochała. Mężczyźni nie kryli radości, nie mieli wątpliwości co do umiejętności rozeznawania Gieni, potrafiła doskonale odczytywać ludzkie charaktery i miała niezawodne wyczucie do ludzi.
Teraz pozostawało tylko przygotować się na wizytę Floriana z rodzicami w Krukowszczyźnie. On też musiał najpierw opowiedzieć rodzicom o swojej wybrance, powiadomić ich o podjętej decyzji, a następnie wspólnie z nimi wybrać się do jej domu i poprosić o zgodę na ślub jej nieformalnych opiekunów. W gronie kolegów był odważny, rozmowny i wesoły, a teraz czuł niepokój, zamartwiał się jak zostanie przyjęty przez braci i dziadka Genowefy, czy przypadnie im do gustu, czy polubią się od razu, czy będzie to praca rozłożona na lata?
czwartek, 4 lipca 2024
Błyski - część 10
Do dziś po Adamowcach pozostało jedynie kilka drewnianych domów, stojących w otulinie gęstych bezładnie rosnących krzaków i całkiem już wysokich drzew. Droga od strony Murz zarosła wysoką trawą, zaniknęły koleiny wyjeżdżone wozami i furmankami na przestrzeni setek lat, nie widać nawet drewnianego mostka na rzeczce Marchwie, jedynie pola i łąki - jak dawniej - łagodnie wznoszą się i opadają. Dom Floriana i Genowefy, już po wojnie ktoś rozebrał i wywiózł do innej wsi, nie wiadomo kto, nie wiadomo dokąd, nowy dom z misternie wykonanymi przez Floriana zdobieniami nad oknami. We wsi nie mieszka tu już nikt. Z trudem można ją wypatrzeć na google maps, o ile wie się, że taka kiedyś istniała. W pewnym ocalałym, ale opuszczonym domu, w którym drzwi i okien już nikt nie otwiera i nie zamyka, pozostała stara szafa z niedomykającymi się drzwiczkami, a na niej egzemplarz "Gościa Niedzielnego" z 2012 roku, być może przywieziony z Polski, być może prenumerowany, wyglądający w 2024 r. nadal jak nowy, tak jakby go ktoś dosłownie przed chwilą skończył czytać i odłożył. Tylko słońce świeci zapewne tak samo, jak w roku 1932, gdy w Adamowcach zamieszkali Florian z Genowefą. W miejscu pełnym życia, dobrze znających się ludzi, odwiedzających się wzajemnie, pracujących na co dzień w polu, przy warsztatach, krzątających się w izbach, kuchniach, po których dziś już nie ma śladu, przestrzeń po nich we władanie objęła zachłanna, bujna natura. Życie dzikie, nieujarzmione, chaotyczne, pochłonęło wszystko to, co było z takim mozołem tworzone od kiedy pojawił się tu pierwszy osadnik, co tę naturę porządkowało i nadawało jej celowość oraz kierunek. Oglądanie zdjęć i filmików przesłanych z Białorusi, z miejsca, które było niegdyś Adamowcami, zbiegło się w czasie z wpatrywaniem się w fotografię z czasów międzywojnia, na której na warszawskiej ulicy widać stojące po dziś dzień piętrowe murowane domy, wzniesione w stylu modernistycznym, biegnące środkiem tory tramwajowe, dokładnie w tym samym miejscu, co w latach trzydziestych ubiegłego wieku, dzielące ulicę na dwie części, tak jak i dziś, a od strony północnej w stronę centrum zmierza kobieta, i tylko kładące się na nawierzchni cienie wskazują, że ulica zalana jest słońcem, i odnosi się wrażenie, że owa kobieta wyszła z domu właściwie nie tak dawno, przechodziła tędy jakby jeszcze za naszej pamięci, i absolutnie niemożliwym jest to, by na tej ulicy, czy gdzieś na ulicy sąsiedniej, jej już nie było. Przecież tu się prawie nic nie zmieniło. Minęło dziewięćdziesiąt lat? To niemożliwe. Ta kobieta szła tym istniejącym chodnikiem naprawdę nie tak dawno. Czy to samo można powiedzieć o miejscu, które zmieniło się nie do poznania? O miejscu, w którym stał dom dziś zieje pustka, rosną chaszcze, wysokie trawy zniechęcają od wchodzenia w zielsko po pas. Nie zachowały się ogrodzenia, nie ma studziennych żurawi, kiedyś piaszczysta droga jest możliwa do przebycia tylko autem terenowym na wysokim zawieszeniu. Gdzie miejsce na bryczkę, którą Florian jeździł z rodziną do kościoła? Gdzie warsztat do gręplowania wełny? Gdzie ławeczka przed domem, na której wieczorami przesiadywali Mojżesz z Józefą? Gdzie podziały się przydomowe ogródki, kwietne rabatki?
Dobre wspomnienia mają to do siebie, że te wszystkie wydarzenia, z którymi się wiążą, musiały się rozgrywać obowiązkowo w dni pełne słońca, w anturażu soczystej zieleni wiosny czy wczesnego lata, wielobarwnej jesieni lub baśniowej zimy. Adamowce we wspomnieniach Florci zawsze były pełne słońca, ludzi pomocnych i życzliwych, natury przyjaznej ich mieszkańcom, choć z pewnymi wyjątkami, bo już będąc dzieckiem zauważyła, że wkrada się do niej czasem nieoczekiwanie okrucieństwo, lecz na zasadzie zaburzenia pewnego ustalonego porządku, i krajobrazów niosących wyłącznie spokój.
Dobre wspomnienia mają to do siebie, że te wszystkie wydarzenia, z którymi się wiążą, musiały się rozgrywać obowiązkowo w dni pełne słońca, w anturażu soczystej zieleni wiosny czy wczesnego lata, wielobarwnej jesieni lub baśniowej zimy. Adamowce we wspomnieniach Florci zawsze były pełne słońca, ludzi pomocnych i życzliwych, natury przyjaznej ich mieszkańcom, choć z pewnymi wyjątkami, bo już będąc dzieckiem zauważyła, że wkrada się do niej czasem nieoczekiwanie okrucieństwo, lecz na zasadzie zaburzenia pewnego ustalonego porządku, i krajobrazów niosących wyłącznie spokój.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Błyski - część 40
Drewniany kościółek na niewielkim wzniesieniu, z dwiema niewysokimi wieżami, od frontu pojedyncze sosny, wolnorosnące, w swoich kształach sw...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Bujny ogród, drzewa owcowe - wiśnie, śliwy, jabłonie, grządki warzywne, kwietne, malwy pod oknami, maliny, krzewy porzeczek, wysokie trawy, ...
-
Lesław Maleszka stanowi chyba najlepszy przykład agenta, który ochoczo i nadgorliwie współpracował ze służbami specjalnymi. Historie o łaman...