Lubię odkrywać, poznawać wszystkie miejsca, w których się znajdę, sięgać pod to, co na zewnątrz. Opisuję to, co widzę na co dzień, szukam niezwykłości w tym, co zwyczajne. Podróżą jest każde wyjście z domu, każde spotkanie z drugim człowiekiem.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
Drewniane kapliczki i zabytkowa kaplica z czasów Powstania Styczniowego w Pogorzałkach
Pogorzałki, to urokliwie położona wieś, w odległości 15 km od na północny zachód od Białegostoku. Za żadne skarby świata nie przypomnę sobie tytułu, ani autora książki, w której wyczytałem, iż położona w pobliżu Jaworówka, okrutnie spacyfikowana po klęsce Powstania Styczniowego, miała być założona przez osadników litewskich. Ziemie te mają to do siebie, że krzyżowały się tu niemal na każdym kroku wpływy osadnictwa słowiańskiego obraz bałyjskiego; Słowianie wschodni, Słowianie zachodni, Litwini, Jaćwingowie, Mazowszanie, Rusini, Żmudzini, nieco dalej na wschód Tatarzy, Żydzi, istny tygiel kultur, języków, religii i narodowości. Wykluczyć, że Pogorzałki zostały również założone przez osadników z Litwy nie można, podobnie jak i nie można wykluczyć ich rodowodu mazowieckiego, zresztą jakie to ma obecnie znaczenie skoro na tym akurat skrawku śladów tej mozaiki pozostało już naprawdę niewiele. Dziś do Pogorzałek warto przybyć z zupełnie innych powodów, ale nie tylko z powodu wspomnianego wyżej malowniczego położenia wsi rozłożonej między łagodnymi wzniesieniami, ale także ciekawej zabytkowej kaplicy wzniesionej z kamienia polnego i drewna oraz nie mniej interesujących rekonstrukcji dwóch drewnianych kapliczek słupowych zwieńczonych świątkami, ulokowanych tuż przy kościele parafii Miłosierdzia Bożego.
Wspomniana zabytkowa kaplica składa się z dwóch części - starszej murowanej, z wielkim prawdopodobieństwem pobudowanej jeszcze przed 1863 r., i nieco młodszej drewnianej postawionej w czasie rewolucji 1905 r. Źródła historyczne informują, iż w tej murowanej mieli się modlić jeszcze powstańcy styczniowi. Stając natomiast frontem do kaplicy drewnianej, po lewej stronie dostrzeżemy rekonstrukcję drewnianej kapliczki słupowej postawionej tuż po trzecim rozbiorze Rzeczypospolitej, a zniszczonej około 1940 r. W pobliżu miał się niegdyś znajdować cmentarz gromadzki i przy niej właśnie żegnano zmarłych. Druga z kolei kapliczka, ustawiona po prawej stronie, stanowi wierną rekonstrukcję oryginalnej z 1802 r., ufundowanej przez Stanisława Stronowicza - pierwszego osadnika tego rodu w Pogorzałkach. O jej lokalizacji w tym miejscu zadecydował pewien utarty już obyczaj, nakazujący nie tylko żegnać w tym miejscu zmarłych, ale także spędzać tu wiosną, jeszcze przed pierwszym wypasem, bydło i święcić je. Czyniono tak nie tylko wiosną, ale również w czasie pomorów, wierzono bowiem, że święcenie bydła i odprawianie modłów skutecznie przegoni wszelkie epidemie.
W odległości kilkudziesięciu metrów od kaplicy wznosi się natomiast nowoczesny kościół, którego budowę rozpoczęto w 1976 r., a konsekracji dokonano w 1990 r. Świątynia harmonijnie wpasowuje się w łagodnie falujący krajobraz, co przecież nie zawsze jest regułą w przypadku modernistycznych obiektów sakralnych.
A skoro już jesteśmy w pobliżu wspomnianej wcześniej Jaworówki, to warto także odwiedzić to ważne historycznie miejsce, ale o tym, już następnym razem...
Wspomniana zabytkowa kaplica składa się z dwóch części - starszej murowanej, z wielkim prawdopodobieństwem pobudowanej jeszcze przed 1863 r., i nieco młodszej drewnianej postawionej w czasie rewolucji 1905 r. Źródła historyczne informują, iż w tej murowanej mieli się modlić jeszcze powstańcy styczniowi. Stając natomiast frontem do kaplicy drewnianej, po lewej stronie dostrzeżemy rekonstrukcję drewnianej kapliczki słupowej postawionej tuż po trzecim rozbiorze Rzeczypospolitej, a zniszczonej około 1940 r. W pobliżu miał się niegdyś znajdować cmentarz gromadzki i przy niej właśnie żegnano zmarłych. Druga z kolei kapliczka, ustawiona po prawej stronie, stanowi wierną rekonstrukcję oryginalnej z 1802 r., ufundowanej przez Stanisława Stronowicza - pierwszego osadnika tego rodu w Pogorzałkach. O jej lokalizacji w tym miejscu zadecydował pewien utarty już obyczaj, nakazujący nie tylko żegnać w tym miejscu zmarłych, ale także spędzać tu wiosną, jeszcze przed pierwszym wypasem, bydło i święcić je. Czyniono tak nie tylko wiosną, ale również w czasie pomorów, wierzono bowiem, że święcenie bydła i odprawianie modłów skutecznie przegoni wszelkie epidemie.
W odległości kilkudziesięciu metrów od kaplicy wznosi się natomiast nowoczesny kościół, którego budowę rozpoczęto w 1976 r., a konsekracji dokonano w 1990 r. Świątynia harmonijnie wpasowuje się w łagodnie falujący krajobraz, co przecież nie zawsze jest regułą w przypadku modernistycznych obiektów sakralnych.
A skoro już jesteśmy w pobliżu wspomnianej wcześniej Jaworówki, to warto także odwiedzić to ważne historycznie miejsce, ale o tym, już następnym razem...
Rekolekcje
Pierwsze rekolekcje po niemal kilkunastoletniej przerwie i od razu niemałe rozczarowanie. Nie chcę przez to powiedzieć, że moja wiara osłabła, że znowu postanowiłem obrazić się na Kościół cały, że uszła ze mnie energia, ale chyba coraz lepiej zaczynam rozumieć fenomen polskiego, przaśnego antyklerykalizmu, a tym samym też polityków pokroju Janusza Palikota, którzy unoszą się na koniunkturalnej fali, zawsze z wiatrem.
Niedziela kończąca trzydniowe rekolekcje, które powinny być czasem absolutnie szczególnym, sprzyjającym zajrzeniu w głąb siebie samego, przynajmniej w założeniu, czasem refleksji nad sobą, nad światem, zwolnienia, zatrzymania się, wyciszenia. Mądry rekolekcjonista powinien wnieść coś nowego, świeżego i pozytywnego do naszego życia, nowe spojrzenie na znane nam często nader powierzchownie zagadnienia, których sami zgłębiać nie mamy czasu, albo brakuje nam odpowiedniej wiedzy i przygotowania. Ale gdy słyszę wygłaszane z charyzmą, niestety właśnie z charyzmą, w sposób przekonujący i barwny, opowieści o tym, że stan naszych finansów rodzinnych, prywatnych zależy od tego, czy rzucam na tacę i ile rzucam, to zastanawiam się, czym taka mało finezyjna propaganda różni się od manipulacji politycznej. Wszak to podobne metody i poniekąd intencje. A przecież istnieje niemała grupa ludzi, którzy każde słowo księdza biorą za dobrą monetę, bo wiadomo księdzu szacunek się należy, i krytykować książąt Kościoła nie można, co zresztą też na samym początku rekolekcjonista podkreślił! Mechanizm jest prosty, najpierw zamykamy usta potencjalnym krytykom, którzy mogliby się sprzeciwić takiej interpretacji - no właśnie czego - Słowa Bożego (konia z rzędem temu, kto znajdzie w Biblii passus mówiący o tym, że nasza sytuacja materialna, majątkowa, finansowa zależy od tego, czy i ile rzucimy na tacę). Owszem Biblia mówi o jałmużnie, ale czym innym jest dobrowolne obdarowywanie potrzebujących i ubogich, a czym innym zbieranie za pośrednictwem rekolekcji środków pieniężnych na potrzeby rodzimej parafii rekolekcjonisty. A gdy dodać jeszcze do tego dąsy, fumy i krzywienie się proboszcza, podsumowującego nie tak dawno kolędę w parafii i z oburzeniem konstatującego, że są też tacy, którzy mają czelność i tupet rzucać na tacę po kilkadziesiąt groszy, to zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno część duchownych nie odkleiła się za bardzo od rzeczywistości, i czy to na pewno jest jeszcze Kościół, którego drogą ma być człowiek?
Kościół liczący publicznie swoje pieniądze, zawsze tracił. Wielu to zgorszy, ale w Kościele pozostaną, bo rozumieją, że ksiądz jest jedynie narzędziem w rękach Boga, a poza tym takimi samymi grzesznikami, jak wszyscy świeccy parafianie, ale idę o zakład, że jest i wcale nie tak nieliczna grupa osób, która za sprawą podobnych poczynań od Kościoła odejdzie, pozostanie na uboczu, albo będą tworzyć może i większość z owych 95 % polskich katolików, którzy albo nie wierzą, ale praktykują, albo wierzą, ale nie praktykują.
Warto jeszcze raz zaznaczyć, ze jałmużna jest czymś pożądanym i koniecznym, ze wszech miar chwalebnym, ale snucie opowieści o tym, że nasza sytuacja finansowa zależy od tego, czy rzucam i ile rzucam na tacę, jest jedynie niezbyt wysokich lotów manipulacją, żerowaniem na łatwowierności, dobrej woli i prostocie wielu parafian, nadużywaniem ich dobroci.
Przypomniało mi to zdarzenie też opowieść pewnego duchownego z pewnej parafii na południowym Podlasiu, który bez żadnego skrępowania opowiadał kilkunastoosobowej grupie gości o tym, jak to trudno mu konkurować z innymi konfesjami, jakie pojawiły się w ostatnich latach w okolicy, bo te wiernych przekupują lekarstwami, używanymi ubraniami rozdawanymi bezpłatnie, a on musi swoje owieczki straszyć chorobami zakaźnymi, w tym AIDS, którego mogą się nabawić przywdziewając owe ciuchy z darów, i podsumowując to następującymi słowami: "Bzdury, oczywiście, że bzdury opowiadam!"
Wydaje się jednak, że przydałoby się Kościołowi katolickiemu, jako całości, mówię tu też o sobie samym, więcej pokory i mniej cynizmu, a do tego umiejętności i chęci postrzegania duchownych przez siebie samych bardziej jak sług niż książąt Kościoła.
Niedziela kończąca trzydniowe rekolekcje, które powinny być czasem absolutnie szczególnym, sprzyjającym zajrzeniu w głąb siebie samego, przynajmniej w założeniu, czasem refleksji nad sobą, nad światem, zwolnienia, zatrzymania się, wyciszenia. Mądry rekolekcjonista powinien wnieść coś nowego, świeżego i pozytywnego do naszego życia, nowe spojrzenie na znane nam często nader powierzchownie zagadnienia, których sami zgłębiać nie mamy czasu, albo brakuje nam odpowiedniej wiedzy i przygotowania. Ale gdy słyszę wygłaszane z charyzmą, niestety właśnie z charyzmą, w sposób przekonujący i barwny, opowieści o tym, że stan naszych finansów rodzinnych, prywatnych zależy od tego, czy rzucam na tacę i ile rzucam, to zastanawiam się, czym taka mało finezyjna propaganda różni się od manipulacji politycznej. Wszak to podobne metody i poniekąd intencje. A przecież istnieje niemała grupa ludzi, którzy każde słowo księdza biorą za dobrą monetę, bo wiadomo księdzu szacunek się należy, i krytykować książąt Kościoła nie można, co zresztą też na samym początku rekolekcjonista podkreślił! Mechanizm jest prosty, najpierw zamykamy usta potencjalnym krytykom, którzy mogliby się sprzeciwić takiej interpretacji - no właśnie czego - Słowa Bożego (konia z rzędem temu, kto znajdzie w Biblii passus mówiący o tym, że nasza sytuacja materialna, majątkowa, finansowa zależy od tego, czy i ile rzucimy na tacę). Owszem Biblia mówi o jałmużnie, ale czym innym jest dobrowolne obdarowywanie potrzebujących i ubogich, a czym innym zbieranie za pośrednictwem rekolekcji środków pieniężnych na potrzeby rodzimej parafii rekolekcjonisty. A gdy dodać jeszcze do tego dąsy, fumy i krzywienie się proboszcza, podsumowującego nie tak dawno kolędę w parafii i z oburzeniem konstatującego, że są też tacy, którzy mają czelność i tupet rzucać na tacę po kilkadziesiąt groszy, to zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno część duchownych nie odkleiła się za bardzo od rzeczywistości, i czy to na pewno jest jeszcze Kościół, którego drogą ma być człowiek?
Kościół liczący publicznie swoje pieniądze, zawsze tracił. Wielu to zgorszy, ale w Kościele pozostaną, bo rozumieją, że ksiądz jest jedynie narzędziem w rękach Boga, a poza tym takimi samymi grzesznikami, jak wszyscy świeccy parafianie, ale idę o zakład, że jest i wcale nie tak nieliczna grupa osób, która za sprawą podobnych poczynań od Kościoła odejdzie, pozostanie na uboczu, albo będą tworzyć może i większość z owych 95 % polskich katolików, którzy albo nie wierzą, ale praktykują, albo wierzą, ale nie praktykują.
Warto jeszcze raz zaznaczyć, ze jałmużna jest czymś pożądanym i koniecznym, ze wszech miar chwalebnym, ale snucie opowieści o tym, że nasza sytuacja finansowa zależy od tego, czy rzucam i ile rzucam na tacę, jest jedynie niezbyt wysokich lotów manipulacją, żerowaniem na łatwowierności, dobrej woli i prostocie wielu parafian, nadużywaniem ich dobroci.
Przypomniało mi to zdarzenie też opowieść pewnego duchownego z pewnej parafii na południowym Podlasiu, który bez żadnego skrępowania opowiadał kilkunastoosobowej grupie gości o tym, jak to trudno mu konkurować z innymi konfesjami, jakie pojawiły się w ostatnich latach w okolicy, bo te wiernych przekupują lekarstwami, używanymi ubraniami rozdawanymi bezpłatnie, a on musi swoje owieczki straszyć chorobami zakaźnymi, w tym AIDS, którego mogą się nabawić przywdziewając owe ciuchy z darów, i podsumowując to następującymi słowami: "Bzdury, oczywiście, że bzdury opowiadam!"
Wydaje się jednak, że przydałoby się Kościołowi katolickiemu, jako całości, mówię tu też o sobie samym, więcej pokory i mniej cynizmu, a do tego umiejętności i chęci postrzegania duchownych przez siebie samych bardziej jak sług niż książąt Kościoła.
wtorek, 17 stycznia 2012
Podróż na południowy zachód
Obłędnie pędzący czas przyprawia mnie już o prawdziwe lęki. Po 6 latach, jak niedawno wyliczyłem, choć dałbym sobie głowę uciąć, że od ostatniej wyprawy do Legnicy minęły nie więcej niż 3 lata, nie spodziewałem się dostrzeżenia tak jaskrawych kontrastów. Wydaje się, że na południowych zachodzie funkcjonuje jedna, jedyna metropolia - Wrocław, i szaro - bura cała reszta, zupełnie nieprzystająca do metropolii prowincja. Drogi dziurawe jak sito i mityczne autostrady, omijane prawdopodobnie przez większość kierowców, w tym przez ledwie mieszczące się na nich tiry. Wąskie szosy o poszarpanym poboczu, żadnych parkingów, zatoczek, zjazdów, toalet, szczęśliwie cały syf od Krotoszyna do Obornik Śląskich przykryty został śniegiem. Uciążliwa śnieżyca w okolicach Trzebnicy, wycieraczki nie nadążają zbierać śniegu. Mieszkańcy miast, wsi i miasteczek, którzy nie potrafią wskazać właściwej drogi do miejscowości odległych o nie więcej niż 20 - 30 km. To trochę tak, jakby mieszkaniec Sokółki nie potrafił wskazać drogi do Krynek, co zresztą jest wielce prawdopodobne.
Od Wyszkowa do Łęczycy jedziemy w pełnym słońcu, pełen uroku Łowicz i Łęczyca, trochę gotyku, klasycyzmu i baroku, majaczącego gdzieś za oknami w przepływających wieżach kościołów, kolegiat, bryłach kamienic i bliżej nieokreślonych, niegdyś budynków użyteczności publicznej. Kalisz ze swoją urokliwą Starówką zostaje zupełnie z boku, jego obrzeża nużą wszystkimi odcieniami szarości. Zaczyna prószyć śnieg, który nie odpuszcza aż do Obornik Śląskich, by w okolicy Wołowa przejść w deszcz niemal ulewny i towarzyszący nam przez Prochowice do Legnicy. Tysiące świateł odbijających się w czarnym, mokrym asfalcie, poza drogą nie ma nic. Trzebnica, Lubiąż, czerń, szarość i z trudem dostrzegalne, pobłyskujące tablice informujące o miejscach związanych ze św. Jadwigą Śląską. Ból gardła, zmęczenie, znużenie całą mijaną brzydotą, która w innym świetle i w innym czasie niepozbawiona jest przecież uroku, dają się niemiłosiernie we znaki, oślepiające światła tirów z tyłu i z przodu, ciemne okna, ani żywej duszy w większości mijanych miejscowości. Legnica, wywołująca tyle ciepłych, dobrych wspomnień, wydaje się oddalać z każdym kilometrem. 650 km na 11,5 h, i dobrze znany widok szpitala, blokowiska, wieże kościoła, Kaufland, Bodzio Meble. Wjeżdżamy w strugach deszczu do miasta.
Od Wyszkowa do Łęczycy jedziemy w pełnym słońcu, pełen uroku Łowicz i Łęczyca, trochę gotyku, klasycyzmu i baroku, majaczącego gdzieś za oknami w przepływających wieżach kościołów, kolegiat, bryłach kamienic i bliżej nieokreślonych, niegdyś budynków użyteczności publicznej. Kalisz ze swoją urokliwą Starówką zostaje zupełnie z boku, jego obrzeża nużą wszystkimi odcieniami szarości. Zaczyna prószyć śnieg, który nie odpuszcza aż do Obornik Śląskich, by w okolicy Wołowa przejść w deszcz niemal ulewny i towarzyszący nam przez Prochowice do Legnicy. Tysiące świateł odbijających się w czarnym, mokrym asfalcie, poza drogą nie ma nic. Trzebnica, Lubiąż, czerń, szarość i z trudem dostrzegalne, pobłyskujące tablice informujące o miejscach związanych ze św. Jadwigą Śląską. Ból gardła, zmęczenie, znużenie całą mijaną brzydotą, która w innym świetle i w innym czasie niepozbawiona jest przecież uroku, dają się niemiłosiernie we znaki, oślepiające światła tirów z tyłu i z przodu, ciemne okna, ani żywej duszy w większości mijanych miejscowości. Legnica, wywołująca tyle ciepłych, dobrych wspomnień, wydaje się oddalać z każdym kilometrem. 650 km na 11,5 h, i dobrze znany widok szpitala, blokowiska, wieże kościoła, Kaufland, Bodzio Meble. Wjeżdżamy w strugach deszczu do miasta.
piątek, 23 grudnia 2011
Suchowolsko - okopowe impresje z księdzem Jerzym Popiełuszką w tle
Nie wyobrażam sobie roku bez wizyty w Okopach koło Suchowoli, niewielkiej, pozornie ponurej wioski około 50 km na północ od Białegostoku, z kilkoma opuszczonymi domostwami, przydrożnymi krzyżami, otoczonej wzgórzami, wyglądającymi, jak średniowieczne grodziska Jaćwingów albo kurhany. Podobno nazwa wsi wywodzi się właśnie od kurhanów, które miejscowa ludność nazywała okopami. A być może są to jakieś dawne szańce?
Pierwsze osady na tych terenach zakładali z pewnością Jaćwingowie, pobliska Suchowola zwała się pierwotnie Suchaja Jatwieź, na zachód od Suchowoli do dziś istnieją wsi o wiele mówiących nazwach - Jatwieź Mała, Jatwieź Duża. Nieodległy Skindzierz jest również nazwą pochodzenia bałtyjskiego, podobnie, jak i Kumiała (od słowa "kumele", które w języku litewskim oznacza klacz), Dryga, Igryły. Niewiele wiemy o języku jaćwieskim, stąd też trudno dziś stwierdzić czy mamy tu do czynienia z toponimami pochodzenia litewskiego czy jaćwieskiego, a najprawdopodobniej stykamy się z jednymi i drugimi. Na ziemiach tych lokowali się bowiem osadnicy z głębokiej Litwy, może nawet ze Żmudzi, a więc rodowici, etniczni Litwini, jak też wschodni Słowianie, Rusini z okolic Grodna, z czasem zaczęło tu też sięgać osadnictwo z sąsiedniego Mazowsza. Do dziś niektórzy mieszkańcy tych okolic władają dialektem języka białoruskiego, choć wyznają katolicyzm. Wystąpiło tu prawdopodobnie zjawisko, z jakim mieliśmy do czynienia także w okolicach Wilna, kiedy to etniczni Litwini w zetknięciu z ludnością ruską, o wyższej kulturze i dużo bardziej zaawansowanej cywilizacyjnie, slawizowali się na przestrzeni stuleci. Nie można też wykluczyć dość powszechnego przechodzenia dawnych unitów - po wydaniu w 1905 r. ukazu tolerancyjnego przez cara Mikołaja II - na katolicyzm. Dawni unici i ich potomkowie po kasacie Unii Brzeskiej dokonanej w 1839 r. na ziemiach Rzeczypospolitej wcielonych bezpośrednio do Imperium Rosyjskiego, a więc dużo wcześniej niż w Królestwie Polskim (w 1875 r.), kiedy pojawiły się sprzyjające temu okoliczności, przechodzili masowo na katolicyzm, bo jedynie taką możliwość dawał im wspomniany edykt tolerancyjny z 1905 r., nie przywracał przecież Unii Brzeskiej.
Nie bez powodu zatem jeszcze w ubiegłym miesiącu na Rynku w Suchowoli, tuż przy kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła, naprzeciw pomnika ks. Jerzego Popiełuszki, słyszałem rozmowę dwóch starszych mężczyzn, przeplatających polskie słowa, słowami pochodzącymi z pewnością z dialektu białoruskiego. Ksiądz Popiełuszko musiał sam władać w młodości tą melodyjną mieszanką języków.
Nie jest to jakaś banalna i pusta, jak wydmuszka multi-kulti, ale realne dziedzictwo wielokulturowego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Okopy i Suchowola należały przed rozbiorami do województwa trockiego. Tu w XVII w. pojawili się Żydzi, którzy wznieśli w Suchowoli piękną, okazałą drewnianą synagogę, będącą pierwszą świątynią w miasteczku. Tuż po nich, bo w wieku XVIII w Suchowoli zaczął stacjonować pułk tatarski. Z czasem Tatarzy zajęli się dużo bardziej pokojową działalnością, a mianowicie garbarstwem i ogrodnictwem. Dziś w Suchowoli mieszka 58 Tatarów. Można się tu zatrzymać w muzułmańskim Domu Pielgrzyma, niedaleko plebanii kościoła Św. Apostołów Piotra i Pawła, który oferuje także sposobność posmakowania tradycyjnych potraw kuchni tatarskiej. Stąd też już tylko o krok mamy Izbę Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki, ulokowaną przestronnym pomieszczeniu przy plebanii, a w niej publikacje poświęcone Błogosławionemu, sutanna, kawałek sznura, którym był spętany przez oprawców, książka - nagroda z czasów nauki w szkole podstawowej, stare fotografie, zabytkowa chrzcielnica, poduszka, którą kapłan miał podłożoną w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Białymstoku.
Dnia 30 października 1984 r. ciało zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki przewieziono do Białegostoku w celu wykonania sekcji zwłok. 2 listopada wiadomość o tym, że zwłoki księdza będą transportowane do Warszawy rozniosła się po mieście lotem błyskawicy. Na drodze przejazdu konduktu zgromadziły się tysiące białostocczan, taksówkarze uformowali kolumnę złożoną prawdopodobnie z kilkuset aut, towarzyszącą księdzu aż do rogatek miasta, wolno z włączonymi klaksonami, przesuwającą się ulicami miasta. Za ten gest zostali zresztą później ukarani przez stosowne władze. Pamiętam, że tego dnia Mama wróciła do domu zapłakana i łamiącym się głosem, opowiedziała nam o żegnających ks. Popiełuszkę tłumach, była ogromnie wzruszona i przejęta. Każdy, kto miał tylko taką możliwość, pod byle pretekstem, wychodził z pracy, by uczestniczyć w pożegnaniu kapelana "Solidarności".
Gdy teraz spoglądam na zdjęcia wykonane w czasie procesu mordercy Grzegorza Piotrowskiego i Matki Księdza - Marianny Popiełuszko, skromnej, prostej kobiety, w chustce na głowie, wspartej na drewnianej lasce, przeszywają mnie dreszcze. Jest coś absolutnie mistycznego w tym zestawieniu pewnego siebie, inteligentnego mężczyzny i prostej, ale wręcz nieziemsko mądrej kobiety z małej, ubogiej wsi na Podlasiu, która w tym "starciu światów", odniosła prawdziwe zwycięstwo.
















Pierwsze osady na tych terenach zakładali z pewnością Jaćwingowie, pobliska Suchowola zwała się pierwotnie Suchaja Jatwieź, na zachód od Suchowoli do dziś istnieją wsi o wiele mówiących nazwach - Jatwieź Mała, Jatwieź Duża. Nieodległy Skindzierz jest również nazwą pochodzenia bałtyjskiego, podobnie, jak i Kumiała (od słowa "kumele", które w języku litewskim oznacza klacz), Dryga, Igryły. Niewiele wiemy o języku jaćwieskim, stąd też trudno dziś stwierdzić czy mamy tu do czynienia z toponimami pochodzenia litewskiego czy jaćwieskiego, a najprawdopodobniej stykamy się z jednymi i drugimi. Na ziemiach tych lokowali się bowiem osadnicy z głębokiej Litwy, może nawet ze Żmudzi, a więc rodowici, etniczni Litwini, jak też wschodni Słowianie, Rusini z okolic Grodna, z czasem zaczęło tu też sięgać osadnictwo z sąsiedniego Mazowsza. Do dziś niektórzy mieszkańcy tych okolic władają dialektem języka białoruskiego, choć wyznają katolicyzm. Wystąpiło tu prawdopodobnie zjawisko, z jakim mieliśmy do czynienia także w okolicach Wilna, kiedy to etniczni Litwini w zetknięciu z ludnością ruską, o wyższej kulturze i dużo bardziej zaawansowanej cywilizacyjnie, slawizowali się na przestrzeni stuleci. Nie można też wykluczyć dość powszechnego przechodzenia dawnych unitów - po wydaniu w 1905 r. ukazu tolerancyjnego przez cara Mikołaja II - na katolicyzm. Dawni unici i ich potomkowie po kasacie Unii Brzeskiej dokonanej w 1839 r. na ziemiach Rzeczypospolitej wcielonych bezpośrednio do Imperium Rosyjskiego, a więc dużo wcześniej niż w Królestwie Polskim (w 1875 r.), kiedy pojawiły się sprzyjające temu okoliczności, przechodzili masowo na katolicyzm, bo jedynie taką możliwość dawał im wspomniany edykt tolerancyjny z 1905 r., nie przywracał przecież Unii Brzeskiej.
Nie bez powodu zatem jeszcze w ubiegłym miesiącu na Rynku w Suchowoli, tuż przy kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła, naprzeciw pomnika ks. Jerzego Popiełuszki, słyszałem rozmowę dwóch starszych mężczyzn, przeplatających polskie słowa, słowami pochodzącymi z pewnością z dialektu białoruskiego. Ksiądz Popiełuszko musiał sam władać w młodości tą melodyjną mieszanką języków.
Nie jest to jakaś banalna i pusta, jak wydmuszka multi-kulti, ale realne dziedzictwo wielokulturowego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Okopy i Suchowola należały przed rozbiorami do województwa trockiego. Tu w XVII w. pojawili się Żydzi, którzy wznieśli w Suchowoli piękną, okazałą drewnianą synagogę, będącą pierwszą świątynią w miasteczku. Tuż po nich, bo w wieku XVIII w Suchowoli zaczął stacjonować pułk tatarski. Z czasem Tatarzy zajęli się dużo bardziej pokojową działalnością, a mianowicie garbarstwem i ogrodnictwem. Dziś w Suchowoli mieszka 58 Tatarów. Można się tu zatrzymać w muzułmańskim Domu Pielgrzyma, niedaleko plebanii kościoła Św. Apostołów Piotra i Pawła, który oferuje także sposobność posmakowania tradycyjnych potraw kuchni tatarskiej. Stąd też już tylko o krok mamy Izbę Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki, ulokowaną przestronnym pomieszczeniu przy plebanii, a w niej publikacje poświęcone Błogosławionemu, sutanna, kawałek sznura, którym był spętany przez oprawców, książka - nagroda z czasów nauki w szkole podstawowej, stare fotografie, zabytkowa chrzcielnica, poduszka, którą kapłan miał podłożoną w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Białymstoku.
Dnia 30 października 1984 r. ciało zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki przewieziono do Białegostoku w celu wykonania sekcji zwłok. 2 listopada wiadomość o tym, że zwłoki księdza będą transportowane do Warszawy rozniosła się po mieście lotem błyskawicy. Na drodze przejazdu konduktu zgromadziły się tysiące białostocczan, taksówkarze uformowali kolumnę złożoną prawdopodobnie z kilkuset aut, towarzyszącą księdzu aż do rogatek miasta, wolno z włączonymi klaksonami, przesuwającą się ulicami miasta. Za ten gest zostali zresztą później ukarani przez stosowne władze. Pamiętam, że tego dnia Mama wróciła do domu zapłakana i łamiącym się głosem, opowiedziała nam o żegnających ks. Popiełuszkę tłumach, była ogromnie wzruszona i przejęta. Każdy, kto miał tylko taką możliwość, pod byle pretekstem, wychodził z pracy, by uczestniczyć w pożegnaniu kapelana "Solidarności".
Gdy teraz spoglądam na zdjęcia wykonane w czasie procesu mordercy Grzegorza Piotrowskiego i Matki Księdza - Marianny Popiełuszko, skromnej, prostej kobiety, w chustce na głowie, wspartej na drewnianej lasce, przeszywają mnie dreszcze. Jest coś absolutnie mistycznego w tym zestawieniu pewnego siebie, inteligentnego mężczyzny i prostej, ale wręcz nieziemsko mądrej kobiety z małej, ubogiej wsi na Podlasiu, która w tym "starciu światów", odniosła prawdziwe zwycięstwo.
środa, 14 grudnia 2011
Oskar Luts, stara parafialna szkoła i średniowieczny kościół w Palamuse, Estonia, czerwiec 2010 r.
O Palamuse po raz pierwszy dowiadujemy się od męża naszej gospodyni w Tartu, około 60 - 70 - letniego, postawnego mężczyzny o wciąż bujnych, siwych włosach; tak jak i większość napotkanych przez nas Estończyków odznaczającego się niebywałą wręcz uprzejmością, o dość powściągliwym sposobie bycia, ale niepozbawionym ciepła i życzliwości. Chętnie nawiązywał z nami rozmowę, kilkakrotnie wypytywał nas o obecną sytuację w Polsce i dzielił się z nami swoją wiedzą o samym Tartu i okolicach. Gdy informujemy go o naszej wyprawie do Laiuse, a dalej nad Jezioro Pejpus, chwyta leżącą na szafce mapę i z dość zabawnym akcentem - nawet dla nas, osób które mistrzami języka rosyjskiego nazwane być nie mogą - oznajmia, że na szlaku naszej wędrówki nie możemy ominąć Palamuse, miejscowości niezwykle ważnej dla estońskiej historii, kultury i świadomości narodowej. Kilka razy wspomina o szkole, o Oskarze Luts'ie, o którym jeszcze wówczas nie wiedzieliśmy kompletnie nic; zabytkowym kościele, i na sam koniec daje nam do zrozumienia, że nie sposób wyjechać z Estonii, nie odwiedziwszy właśnie Palamuse.
Kierując się zatem w stronę Laiuse, kilkanaście kilometrów na północ od Tartu, zauważamy drogowskaz kierujący nas na prawo, do Palamuse. Wąska asfaltowa szosa, teren łagodnie pofałdowany, lesisty, przypominający krajobrazowo nieco naszą Puszczę Knyszyńską, choć drzewa wydają się być jeszcze bardziej okazałe, przede wszystkim sięgające nieba, smukłe sosny i świerki. Ruch na szosie nieduży, las się kończy i wjeżdżamy do miejscowości, która sprawia wrażenie nieco większej wsi, zadbanej i schludnej. Momentalnie dostrzegamy drewniane zabudowania dawnej plebanii, a dalej wieżę gotyckiego, murowanego kościoła, i drewnianej szkoły krytej gontem, a to wszystko w scenerii bujnej, soczystej czerwcowej zieleni.
Pierwsza wzmianka w dokumentach historycznych o kościele św. Bartłomieja w Palamuse pochodzi z 1234 r. Jest on jednym z najstarszych kościołów, które przetrwały do naszych czasów w Estonii. Na przykościelnym cmentarzu naszą uwagę zwracają wiekowe, kamienne celtyckie krzyże. Wnętrze jest dość surowe, jak przystało na protestancką świątynię. Oprócz naszej trójki nie ma w świątyni nikogo, to doskonały czas i miejsce do kontemplacji, przez otwarte drzwi dobiegają nas wiejskie odgłosy, szum wiatru w koronach drzew i szemrzący u podnóża łagodnego wzniesienia strumień.
Dalej zmierzamy w stronę drewnianego budynku starej szkoły, o której wspominał nasz tartuski gospodarz. Pewnego chłodnego styczniowego dnia w 1987 r. otwarto tu muzeum. Owa parafialna szkółka jest jedną z bohaterek powieści "Kevade" ("Wiosna") napisanej przez estońskiego pisarza - Oskara Luts'a. Jej historia sięga 1687 r., ale obecny budynek, jak też zabudowania pobliskiej plebanii, wzniesiono w roku 1874.
W pomieszczeniach, wydzielających woń tak charakterystyczną dla zabytkowych drewnianych, konserwowanych budynków, mieszczą się sale wystawowe oraz sklep z pamiątkami, a raczej punkt informacyjny, w którym można nieodpłatnie otrzymać liczne foldery turystyczne, doskonale opracowane, z pasją i zawsze w kilku językach, w tym w perfekcyjnym angielskim, niemieckim i rosyjskim. Za sprawą stylowej tablicy, pulpitu, uczniowskich ławek, możemy się przenieść w czasie do drugiej połowy XIX w., i poczuć klimat ówczesnej szkoły. We wnętrzach i w w otoczeniu zapewne niewiele się zmieniło od czasów, gdy nauki pobierał w niej sam Oskar Luts, w latach 1895 - 1899.
Ten tak ważny dla estońskiej kultury pisarz przyszedł na świat dnia 7 stycznia 1887 r. w Järvepera. Z czasem przeniósł się do Tartu, w którym w dzielnicy willowej, zamieszkałej niegdyś przez profesorów tartuskiego uniwersytetu, do dziś stoi jego dom, mieszczący obecnie muzeum. Wspomniana już "Wiosna" powstała na bazie jego wspomnień wyniesionych z tej skromnej, pełnej uroku parafialnej szkoły.
W samym muzeum spotykamy pierwszych turystów w liczbie co najwyżej kilku osób, nie więcej niż dwie estońskie rodziny. Kustoszki muzeum, uśmiechnięte, przesympatyczne około czterdziestoletnie panie, usłyszawszy język polski, upewniają się, czy aby na pewno jesteśmy z "Poola". Musimy być w ich oczach tak egzotycznymi przybyszami, że nie są w stanie ukryć zaskoczenia, ale też i sympatii dla wędrowców z summa summarum nie tak odległego kraju (z Tartu do Białegostoku jest około 800 km), odwiedzających miejsce ważne bądź co bądź dla estońskiej kultury, które prawdopodobnie pomijane jest przez zagranicznych turystów. Prowadzimy zatem krótką, miłą rozmowę w języku angielskim, zostajemy obdarowani licznymi folderami, mapami, książkami, i ruszamy w dalszą podróż.
Kierując się zatem w stronę Laiuse, kilkanaście kilometrów na północ od Tartu, zauważamy drogowskaz kierujący nas na prawo, do Palamuse. Wąska asfaltowa szosa, teren łagodnie pofałdowany, lesisty, przypominający krajobrazowo nieco naszą Puszczę Knyszyńską, choć drzewa wydają się być jeszcze bardziej okazałe, przede wszystkim sięgające nieba, smukłe sosny i świerki. Ruch na szosie nieduży, las się kończy i wjeżdżamy do miejscowości, która sprawia wrażenie nieco większej wsi, zadbanej i schludnej. Momentalnie dostrzegamy drewniane zabudowania dawnej plebanii, a dalej wieżę gotyckiego, murowanego kościoła, i drewnianej szkoły krytej gontem, a to wszystko w scenerii bujnej, soczystej czerwcowej zieleni.
Pierwsza wzmianka w dokumentach historycznych o kościele św. Bartłomieja w Palamuse pochodzi z 1234 r. Jest on jednym z najstarszych kościołów, które przetrwały do naszych czasów w Estonii. Na przykościelnym cmentarzu naszą uwagę zwracają wiekowe, kamienne celtyckie krzyże. Wnętrze jest dość surowe, jak przystało na protestancką świątynię. Oprócz naszej trójki nie ma w świątyni nikogo, to doskonały czas i miejsce do kontemplacji, przez otwarte drzwi dobiegają nas wiejskie odgłosy, szum wiatru w koronach drzew i szemrzący u podnóża łagodnego wzniesienia strumień.
Dalej zmierzamy w stronę drewnianego budynku starej szkoły, o której wspominał nasz tartuski gospodarz. Pewnego chłodnego styczniowego dnia w 1987 r. otwarto tu muzeum. Owa parafialna szkółka jest jedną z bohaterek powieści "Kevade" ("Wiosna") napisanej przez estońskiego pisarza - Oskara Luts'a. Jej historia sięga 1687 r., ale obecny budynek, jak też zabudowania pobliskiej plebanii, wzniesiono w roku 1874.
W pomieszczeniach, wydzielających woń tak charakterystyczną dla zabytkowych drewnianych, konserwowanych budynków, mieszczą się sale wystawowe oraz sklep z pamiątkami, a raczej punkt informacyjny, w którym można nieodpłatnie otrzymać liczne foldery turystyczne, doskonale opracowane, z pasją i zawsze w kilku językach, w tym w perfekcyjnym angielskim, niemieckim i rosyjskim. Za sprawą stylowej tablicy, pulpitu, uczniowskich ławek, możemy się przenieść w czasie do drugiej połowy XIX w., i poczuć klimat ówczesnej szkoły. We wnętrzach i w w otoczeniu zapewne niewiele się zmieniło od czasów, gdy nauki pobierał w niej sam Oskar Luts, w latach 1895 - 1899.
Ten tak ważny dla estońskiej kultury pisarz przyszedł na świat dnia 7 stycznia 1887 r. w Järvepera. Z czasem przeniósł się do Tartu, w którym w dzielnicy willowej, zamieszkałej niegdyś przez profesorów tartuskiego uniwersytetu, do dziś stoi jego dom, mieszczący obecnie muzeum. Wspomniana już "Wiosna" powstała na bazie jego wspomnień wyniesionych z tej skromnej, pełnej uroku parafialnej szkoły.
W samym muzeum spotykamy pierwszych turystów w liczbie co najwyżej kilku osób, nie więcej niż dwie estońskie rodziny. Kustoszki muzeum, uśmiechnięte, przesympatyczne około czterdziestoletnie panie, usłyszawszy język polski, upewniają się, czy aby na pewno jesteśmy z "Poola". Musimy być w ich oczach tak egzotycznymi przybyszami, że nie są w stanie ukryć zaskoczenia, ale też i sympatii dla wędrowców z summa summarum nie tak odległego kraju (z Tartu do Białegostoku jest około 800 km), odwiedzających miejsce ważne bądź co bądź dla estońskiej kultury, które prawdopodobnie pomijane jest przez zagranicznych turystów. Prowadzimy zatem krótką, miłą rozmowę w języku angielskim, zostajemy obdarowani licznymi folderami, mapami, książkami, i ruszamy w dalszą podróż.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Las Bielański - wspomnienia rodzinne
Słońce nie będzie prażyć, ale łagodna jasność jego promieni otuli las cały, zieleń będzie bujna i soczysta, między drzewami będą przemykać j...
-
Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze ...
-
Od dłuższego już czasu, jadąc za dnia ulicą Kasprzaka od strony Płockiej, na jednym ze szklanych domów przy Rondzie Daszyńskiego, dostrzec m...
-
Kapliczki, święte figury, wiekowe sosny, cudem oclałe wśród zachłannie wdzierającej się deweloperskiej architektury. Wydeptana ścieżka wzd...